11.08.2016

Rozdział VI

ALYSSA
Alyssa czuła, że zaczyna brakować jej tchu. Miała problem ze złapaniem oddechu, a świeże powietrze nie przynosiło ulgi i nie pomagało w zapanowaniu nad ciałem, chociaż podświadomie na to liczyła. Mimo upływu kolejnych sekund wcale nie czuła się lepiej, nie wspominając o tym, że miałaby uporządkować plątaninę sprzecznych ze sobą myśli i pragnień.
Chciała biec.
Chciała zostać w miejscu.
Kiedy w końcu udało jej się wyprostować, czuła się tak, jakby trwała w jakimś dziwnym transie. Powoli przeniosła wzrok na tabliczkę z nazwą miasta, wpatrując się w nią tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się przed oczami. Zamrugała kilkukrotnie, a kontury na powrót się wyostrzyły i mogła się przekonać, że znak wygląda dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej. Czarne litery na zielonym tle (Do diabła, dlaczego tu wszędzie musiało być tak zielono?!) wydawały się wypalać w umyśle Ali tak, żeby nigdy nie zapomniała nazwy tego miejsca.
Home. Teraz nawet wyrwana ze snu w samym środku nocy, byłaby w stanie podać tę nazwę, gdyby ktoś zapytał… O ile oczywiście sen miał być jej kiedykolwiek jeszcze dany.
– Złotko? – usłyszała głos Lucka. Wyczuła, że się poruszył, ostrożnie przesuwając ku niej.
Odwróciła się tak gwałtownie, że zaskoczyła samą siebie. Nie panowała nad ciałem, prędkością i drżącymi mięśniami; nie kontrolowała już niczego. Palenie w gardle coraz bardziej dawało jej się we znaki, pobudzając jakiś pierwotny instynkt i gniew, który nagle wyszedł na pierwszy plan. To uczucie ją zaskoczyło, podobnie jak i ból wbijających się w skórę paznokci, kiedy nieświadomie zacisnęła obie dłonie w pięści.
Starając się oddychać przez usta, skoncentrowała wzrok na zastygłym w bezruchu Lucku. Staruszek opierał się plecami o bok półciężarówki, w jakiś dziwny sposób pasując do tego zielonego krajobrazu i swojego samochodu. Rudy lakier lśnił w promieniach poranka, podobnie jak i zalegające na trawie kropelki rosy. Obserwując świetlne refleksy, Alyssa nie była pewna czy to naturalna barwa pojazdu, czy może pickup był już aż do tego stopnia zeżarty przez rdzę.
Obserwowała wszystko tak długo, jak było to możliwe, unikając patrzenia na stojącego przed nią mężczyznę. Kiedy się w końcu na to zdecydowała, coś przewróciło jej się w żołądku, gdy dostrzegła szok i niedowierzanie malujące się na zastygłej, poznaczonej zmarszczkami twarzy Lucka. Słyszała swój przyśpieszony, nierówny oddech i – co dziwniejsze – rozpaczliwe bicie serca staruszka. Czuła jego strach w postaci metalicznego posmaku na języku, chociaż nie miała pojęcia skąd wie, co takiego ów doświadczenie oznacza. Powietrze wokół nich było nieruchome i dziwnie naelektryzowane, jakby zbliżała się burza, co w gruncie rzeczy wydawało się prawdopodobne. Stan Waszyngton, a zwłaszcza te tereny, słynął z deszczu i ciężkich chmur, które zasnuwały niebo.
Z tym, że majowy poranek zapowiadał się wyjątkowo pogodnie. Niebo nad ich głowami miało głęboki odcień błękitu; słońce wisiało wysoko, skutecznie przebijając się przez cienką warstwę chmur, wydobywając pełnię koloru z otaczających ich roślin i przedmiotów. Obserwując twarz Lucka, dostrzegła w jego oczach odbicie swojej własnej sylwetki i aż zadrżała, przez moment wytrącona z równowagi. Z wzburzonymi włosami, w podartej sukience i bez butów wyglądała eterycznie i nieprawdopodobnie, niczym zjawa, która jakimś cudem zmaterializowała się na tym świecie. Kiedy spuściła wzrok i spojrzała na siebie, przekonała się, iż blada skóra lśni subtelnie w promieniach słońca, dodając jej tajemniczości. Różnica była niewielka i Ali nie miała pewności, czy ktokolwiek prócz niej może ją dostrzec, ale to i tak było niezwykłe, a przy tym… wydawało się groźne.
Gdzieś drogą przemknął kolejny samochód, ale nawet na niego nie spojrzała. Jeśli ktokolwiek ich zauważył, najwyraźniej nie dostrzegł niczego podejrzanego, bo warczenie silnika nie ustało, a po kilku sekundach zaczęło cichnąć.
Znów zapanowała cisza – nieprzenikniona i niepokojąca. Z jakiegoś powodu Alyssa poczuła się jeszcze bardziej nieswojo w tej sytuacji.
– Proszę… – Znów ten dziwny, melodyjny głos. Urwała gwałtownie, czując, że to wszystko zaczyna ją przerastać i właściwie nie mając pewności, co takiego chciała powiedzieć. – Proszę – powtórzyła ciszej, bardziej delikatnie, ale na nic więcej nie było jej stać.
Luck spojrzał na nią w sposób, który sugerował, że zrozumiał. Alyssa nie potrafiła opisać tego, co sama czuła, ani co dostrzegła w wyrazie twarzy mężczyzny, ale była świadoma zawiłości ich wspólnych uczuć. Metaliczny posmak na języku przybrał na sile, podobnie jak i męczące ją od dłuższego czasu palenie w gardle, dodatkowo wzbogacone o delikatne pulsowanie, które nagle poczuła w szczęce. W naturalnym odruchu zapragnęła przyłożyć dłoń do ust, a potem upewnić się, że niemożliwym jest, by cokolwiek zmieniło się w jej wyglądzie – a już zwłaszcza by słusznym było wrażenie, iż czuła wydłużające się kły. Wzrok dziewczyny machinalnie powędrował w stronę pulsującej żyły na szyi mężczyzny, a Alyssę po raz kolejny ogarnęło niepokojące pragnienie tego, żeby zatopić w niej zęby.
Świadoma tego, że nadmiar różnorodnych doznań i tego palącego pragnienia zaczyna ją przytłaczać, pośpiesznie uciekła wzrokiem gdzieś w bok – a potem bezceremonialnie odwróciła się i spokojnym krokiem ruszyła w stronę linii drzew.
Usłyszała, jak Luck gwałtownie nabiera powietrza do płuc, co uświadomiło jej, że od dłuższej chwili wstrzymywał oddech. Nie minęła sekunda, a on ruszył za nią, wciąż przerażony, ale przede wszystkim zaniepokojony. Nie widziała go, ale jakimś cudem była w stanie precyzyjnie rozróżnić jego emocje na podstawie zaledwie reakcji organizmu, chociażby bicia serca czy zapachu.
– Poczekaj – zaoponował. Do tej pory ani razu nie słyszała go aż tak poważnego i wytrąconego z równowagi. – Alysso, co chcesz zrobić?
– Muszę iść – powiedziała po prostu, chociaż to nie było odpowiedzią na jego pytanie. – Dziękuję ci za wszystko… I przepraszam. Ale teraz naprawdę muszę już iść – powtórzyła z naciskiem.
Nie okłamywała go, chociaż z jego perspektywy to nie musiało być aż takie oczywiste. W momencie, w którym pierwszy raz dostrzegła tę tablicę i znalazła się w Home, poczuła się… Nie potrafiła tego opisać, ale była świadoma, że coś się zmieniło. W jednej chwili zapragnęła biec, czując się tak, jakby wróciła do domu, chociaż miasto było jej przecież obce, a jedynym domem, jaki kiedykolwiek miała, stanowiło niewielkie mieszkanko w akademiku. A jednak teraz stała tutaj, oszołomiona i drżąca, walcząc z pokusą, żeby puścić się biegiem przed siebie i poddać instynktownemu pragnieniu, żeby kierować się w stronę, którą sam z siebie wyznaczył dziewczynie umysł. Niemożność zaspokojenia potrzeby, czy podporządkowania się temu impulsowi, była niemal równie bolesna, co i palenie w gardle, a Alyssa czuła, że dłużej nie będzie w stanie się powstrzymać.
– Alysso…
Zareagowała szybciej niż byłaby w stanie przypuszczać. Kiedy ciszę wypełniło przeciągłe, zwierzęce warknięcie, przez ułamek sekundy naprawdę sądziła, że prześladowcom z lasu udało się ją odnaleźć; że za moment dostrzeże ich niebezpieczne, piękne twarze, lśniące czerwienią oczy, żądzę mordu…
A potem świat Alyssy po raz kolejny się zawalił, kiedy uprzytomniła sobie, że dźwięk wyrwał się z głębi jej gardła.
To odkrycie sprawiło, że zamarła. Zastygła w bezruchu, czując się tak, jakby za moment grunt miał usunąć się spod jej stóp. Luck stał ciągle w tym samym miejscu, wpatrując się w nią, podczas gdy ona nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Chwiała się na nogach, jedynie cudem będąc w stanie utrzymać się w pionie. Wrażenie było takie, jakby prawa grawitacji przestały ją obejmować, chociaż jak najbardziej powinny. Wiele rzeczy powinno mieć miejsce – tak powinno być, tak powinno… – a jednak wszystko uparcie działo się na opak, w okrutny sposób robiąc na przekór temu, czego mogłaby oczekiwać.
Wciąż drżała, niezdolna do tego, żeby ruszyć się z miejsca. Gardło płonęło, mięśnie napięły się do tego stopnia, że było to wręcz bolesne, a złapanie oddechu nagle okazało się prawdziwym wyzwaniem. Gniew przechodził powoli, przypominając morską falę, która muska rozgrzany piasek – wycofywał się i to tylko po to, żeby po chwili wrócić do poprzedniego stanu, najczęściej intensywniejszy niż dotychczas. Alyssa czuła, że balansuje na granicy czegoś, czego nie chciała zrobić i że przekroczenie tej niewidzialnej kreski zaprowadzi ją do miejsca, z którego nie będzie powrotu. Gdyby poddała się tym emocjom – zawierzyła im, a więc i sobie samej – żałowałaby tego już do końca życia. Nie potrafiła nawet zmusić się do sformułowania w głowie tego, co przecież i tak wiedziała i czuła; podjęcie decyzji uczyniłoby pewne rzeczy prawdziwymi, a ona wolała zwodzić się tak długo, jak tylko byłoby to możliwe.
Usłyszała cichy jęk, który wyrwał ją z chwilowego stanu otępienia. Zamrugała kilkukrotnie, po czym ponownie skoncentrowała się na Lucku. Mężczyzna przytrzymywał się maski swojej półciężarówki, a w jego oczach widziała lęk i niedowierzanie. Już nie patrzył na nią w ten sympatyczny sposób, jak wtedy, kiedy był przekonany, że jest zwykłą dziewczyną, której ma przyjemność pomóc. Alyssa sama nie była pewna, jak powinna rozumieć jego emocje i spojrzenie, ale z jakiegoś powodu czuła się tak, jakby już nie była człowiekiem. Dobrze, wiedziała, że coś się w niej zmieniło, ale do tej pory nie dopuszczała do siebie świadomości tego, że zmiany mogłyby zajść tak daleko. Była przerażona tym, kim jest i co czuje, a najgorsze w tym wszystkim było to, że coraz trudniej przychodziło jej panowanie nad sobą.
Właśnie wtedy poczuła, że coś w niej pęka. Wzrok machinalnie powędrował do pulsującej żyły na szyi staruszka i już nie była zdolna do niczego innego, prócz wpatrywania się w ten jeden punkt. Coś przewróciło jej się w żołądku, zwłaszcza, że znów zapragnęła znaleźć się na tyle blisko, żeby nie tylko lepiej ten punkt na skórze widzieć, ale wręcz go posmakować. Pragnęła poczuć pod językiem nagrzaną skórę, a pod nią delikatne pulsowanie. Pragnęła raz jeszcze usłyszeć szum pompowanej przez serce krwi, a potem…
Skoczyła do przodu bez chociażby chwili zastanowienia. Oczy Lucka rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy na jego oczach zamieniła się w rozmazaną smugę, poruszając się z prędkością równą obu tajemniczych mężczyzn z tamtego lasu, gdzie omal nie zginęła. Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym chwyciła staruszka za przód wyniszczonej kurtki, którą miał na sobie. Pchnęła go, aż plecami uderzył o drzwiczki od strony pasażera, po czym całym ciałem przygwoździła do samochodu. Aż zadrżała czując bijące od jego ciała ciepło, bardziej jednak była skoncentrowana na jego gardle. Jej własne płonęło teraz tak intensywnie, jakby właśnie napiła się kwasu; wszystko w niej krzyczało, że oto ma przed sobą jedyny sposób na zaspokojenie tego dziwnego rodzaju pragnienia, chociaż nie wiedziała skąd brała się ta świadomość.
Po prostu wiedziała.
Jakiś prymitywny instynkt podpowiadał, co i jak powinna robić. Była gotowa przysiąc, że doskonale wie, w jaki sposób obrócić głowę mężczyzny, żeby idealnie wyeksponować szyję. Wystarczyłoby, żeby się nachyliła i wgryzła się w gardło, a wtedy wszystko byłoby w porządku. Czuła, że udałoby jej się bez największego problemu przegryźć skórę i dostać się do żyły, może nawet w taki sposób, żeby Luck specjalnie nie cierpiał. Gdyby tylko sobie na to pozwoliła, wszystko potoczyłoby się samo; wystarczyło, że przynajmniej na moment zapomniałaby o wszelakich wątpliwościach, odrzuciła od siebie wewnętrzny opór i…
Przecież wiedziała, a teraz musiała tylko się tym pragnieniom poddać, żeby wszystko potoczyło się tak, jak powinno.
Ale nie mogła.
Nie chciała.
Prawda uderzyła w nią z siłą rozpędzonego pociągu, a ona jedynie cudem nie osunęła się przez to na kolana. Czuła, że jej tęczówki rozszerzają się jeszcze bardziej, jakby już teraz nie były tak duże, żeby zajmować całą powierzchnię oka. W błękitnych źrenicach trzymanego mężczyzny doskonale widziała odbicie własnych oczu, ale zupełnie ich nie rozpoznawała.
W tym przerażonym, pełnym głodu i szaleństwa spojrzeniu nie było niczego ludzkiego; niczego w czym rozpoznałaby siebie.
Ja pragnę krwi, uświadomiła sobie i to przelało czarę goryczy. Z piersi wyrwał jej się pełen goryczy, rozdzierający okrzyk, będący czymś na pograniczu wrzasku i szlochu. Oddech Lucka przyśpieszył, podobnie jak i jego puls, co po raz kolejny wystawiło kruchą samokontrolę Ali na poważną próbę. Miała wrażenie, że się rozpada, ale jakimś cudem wciąż była w całości, na dodatek tak bardzo zła i zagubiona.
To przecież nie mogło się dziać. Po prostu nie miało prawa…
Ale się działo i Alyssa doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Odetchnęła głęboko, co okazało się błędem, bo przesycone zapachem krwi i strachu powietrze wzmogło oszałamiający ból gardła. Miała ochotę chwycić się za szyję, ale powstrzymała się, podobnie jak i do tej pory zmuszała się do zaniechania najgorszej rzeczy w całym swoim życiu. Nie była mordercą; może kilka razy słyszała w różnych sytuacjach, że jest suką, ale nigdy nie zabiła.
Próbując utrzymać się resztek zdrowego rozsądku, Alyssa raz jeszcze skoncentrowała się na bladej, przerażonej twarzy Lucka. Obserwował ją w milczeniu, nienaturalnie wręcz spokojny, jakby już pogodził się z tym, że może zginąć z jej rąk. Ta myśl miała w sobie coś przerażającego, co jedynie pogorszyło to, jak się czuła. Gdyby teraz zdecydowała się go ugryźć albo skręcić mu kark, pewnie nawet nie próbowałby się bronić. Nie rozumiała jak ktokolwiek mógłby zachowywać się tak spokojnie w obliczu śmierci – zwłaszcza takiej, którą była w stanie mu zagwarantować. To przekraczało zdolności pojmowania, a Alyssa uświadomiła sobie, że właśnie znalazła się na skraju szaleństwa.
– Przecież prosiłam cię – powiedziała cicho, nie kryjąc żalu. Mówienie sprawiało niemal równie wielki ból, co i oddychanie, ale doznania fizyczne w tym momencie najmniej ją obchodziły. – Tak bardzo cię prosiłam…
– Nie posłuchałem. – Zdziwił ją tym, że w ogóle zdecydował się odezwać. Przez kilka sekund obserwowała go, przerażonego, ale przy tym odważnego w sposób, którego nie potrafiła opisać. – Nigdy nie miałem w zwyczaju podporządkowywać się temu, co mówią inni. Mieli rację, że to kiedyś mnie zgubi.
Płaskie słowa, pozbawione jakichkolwiek emocji, nawet strachu. Mówił równie spokojnym, lekkim tonem, jakby przedstawiał jej najbardziej naturalne, znane wszystkim fakty. Niebo było niebieskie, noc ciemna, a on miał stracić życie z rąk roztrzęsionej dziewczyny. Nikt nie powinien był w stanie przyjąć prawdy w takiej formie, a jednak jemu przyszło to z łatwością. Zachowywał się tak, jakby wręcz czekał aż sprawy przybiorą taki obrót, chociaż to bynajmniej nie znaczyło, że chciał umrzeć.
Dookoła panowała nienaturalna wręcz cisza, której Alyssa nie potrafiła zrozumieć. Dlaczego ulica była pusta? Czy nie powinien przejechać nią przynajmniej jeden samochód? Pojawić się ktokolwiek, kto przerwałby ten przerażający spokój i ją powstrzymał?
Słońce świeciło na niebie, grzejąc jej skórę i stopniowo wydłużając tańczące na ziemi cienie, co nadawało całej scenie jeszcze bardziej groteskowy wydźwięk. Oto stała tutaj, ogarnięta jakimś dziwnym szałem i gotowa zrobić coś, czego nie chciała i pragnęła zarazem.
Tyle sprzeczności i wątpliwości, tyle niezrozumiałych pragnień i myśli…
Nie sądziła, że ktokolwiek jest w stanie czuć tak wiele na raz i przy tym nie zwariować, ale najwyraźniej życie było bardziej poplątane niż można by przypuszczać.
– Nie chcę cię skrzywdzić, Luck – powiedziała zgodnie z prawdą. Mimo pragnienia, mimo wszystkiego, co czuła… – Jesteś dla mnie dobry – dodała, chociaż z jej perspektywy zabrzmiało to nader dziecinnie.
Spodziewała się wielu reakcji, ale nie tego, że na jego ustach pojawi się blady, łagodny uśmiech. Przełknęła z trudem, chociaż to niewiele zmieniło w tym, co odczuwała – ból nie ustąpił, a wręcz przybrał na sile, choć nie sądziła, że to w ogóle jeszcze możliwe.
Alyssa nagle zapragnęła, żeby poraził całe jej ciało, dokładnie jak wtedy w lesie; żeby powalił ją na kolana i sparaliżował, dając temu mężczyźnie szanse na ucieczkę.
Naprawdę tego chciała…
A jednak nie była w stanie nawet odrobinę rozluźnić uścisku; nie mogła zmusić się do odsunięcia albo ucieczki, chociaż tak bardzo pragnęła to zrobić.
Powoli nachyliła się w jego stronę, wciąż obserwując wyraz niemal przeźroczystej w tamtej chwili twarzy. Wyrwał mu się jęk, ale to nie powstrzymało Alyssy przed przysunięciem ust jeszcze bliżej, aż od jego gardła dzieliły ją zaledwie centymetry. Z bijącym sercem nieznacznie uniosła głowę, żeby móc widzieć jego błękitne oczy, a potem w końcu podjęła decyzję, w pełni poddając się temu, co zamierzała zrobić.
Źrenice Lucka zwęziły się, jakby dostrzegł w jej oczach coś, czego nie powinien. Oddech mu zwolnił, a Alyssa przez jedną nieznośną sekundę przytomności umysłu pomyślała, że właśnie dostał ataku serca. Machinalnie przytrzymała go mocniej, przekonana, że za moment bez życia osunie się na ziemię; sama myśl o tym przyprawiła ją o dreszcze, a strach doprowadził do tego, żeby się odsunąć.
Gdyby się postarała…
– Nie chcę cię skrzywdzić – powtórzyła. Coś w jej głosie się zmieniło i była tego świadoma. Już nie tylko brzmiał melodyjnie, ale pobrzmiewała w nim jakaś delikatna, aczkolwiek władcza nuta, która nawet ją wprawiła w konsternację. Niczego już nie rozumiała, ale mówiła dalej, wiedziona jakimś dziwnym instynktem i pewnością siebie, która wypełniła ją całą, odsuwając strach i głód. – Chcę, żebyś teraz wsiadł do samochodu i natychmiast odjechał. Nie zatrzymuj się w mieście… Nie w tym. Jedź tak długo, jak tylko będziesz w stanie, chyba, że poczujesz się naprawdę zmęczony. I, na Boga, nie zatrzymuj się, Luck. Musisz uciekać, po prostu musisz uciekać… ode mnie. – Ze świstem wypuściła powietrze. Czuła, że zaczyna wirować jej w głowie. – O mnie zapomnij. Chcę, żebyś zapomniał o tym, że kiedykolwiek mnie widziałeś. Wsiądź do auta, odjedź i zapomnij.
Chwilę jeszcze patrzyła mu w oczy, a potem odskoczyła do tyłu, nagle odzyskując władzę w nogach i całym ciele. Pewność siebie zniknęła, podobnie jak i to nienaturalne poczucie kontroli, którego dopiero co doświadczyła. W ułamku sekundy znów była roztrzęsioną, przerażoną i w połowie oszalałą z pragnienia dziewczyną, która nade wszystko pragnęła rzucić się do ucieczki. Cofnęła się o kolejny krok, a potem jeszcze jeden, na oślep posuwając się w stronę ściany lasu za swoimi plecami. Gdyby tylko skryła się pomiędzy drzewami, byłaby bezpieczna.
Luck patrzył na nią, ale jego oczy nie widziały niczego. Wciąż nienaturalnie zwężone źrenice na krótką chwilę rozszerzyły się, żeby ostatecznie wrócić do normalnego kształtu. Mężczyzna podparł się ręką o bok samochodu, wyprostował, po czym jak gdyby nigdy nic okrążył półciężarówkę i zniknął w środku, wsiadając drzwiami po stronie kierowcy. Nie minęła sekunda jak silnik zaskoczył, a samochód gwałtownie zawrócił, ulokował się na pustym paśmie drogi i z piskiem opon ruszył przed siebie. Już chwilę później skryły go drzewa, a po kolejnych kilku sekundach warczenie silnika ostatecznie ucichło.
Zniknął. Po prostu odjechał.
Alyssa stała w miejscu, trzęsąc się i ledwo łapiąc oddech. Dookoła wciąż panowała cisza, ale nie było w niej niczego nienaturalnego. Wiatr łagodnie igrał z liśćmi drzew, wprawiając je w ruch. Szumiały cicho, mieszając się z przyśpieszonym oddechem i trzepocącym rozpaczliwie w piersi sercem dziewczyny. Ali czuła się zmęczona, chora i bliska szaleństwa, chociaż pragnienie zelżało, kiedy Luck uciekł i przestała tak intensywnie czuć zapach jego ciała… A zwłaszcza krwi. Na samo wspomnienie tej słodyczy naszła ją myśl o tym, że powinna rzucić się za autem w pogoń – może jeszcze byłaby zdolna do tego, żeby go dogonić – ale stanowczo ją od siebie odrzuciła.
Boże, pomyślała, a potem – co jak nic było objawem szoku – wybuchła histerycznym śmiechem. Stała tutaj, na wpół naga, drżąca i oszalała z głodu, którego nie rozumiała i nie potrafiła zaspokoić. Gdyby Bóg istniał albo przynajmniej się nią przejmował, już dawno znalazłaby ukojenie, zamiast trwać w koszmarze.
Powoli, świadoma każdego kolejnego ruchu, odwróciła się twarzą w stronę lasu. Drzewa rosły wystarczająco gęsto, by rzucać przyjemny, chroniący przed światłem słonecznym cień. Wszechobecna zieleń miała w sobie coś kojącego, a Ali nagle zapragnęła znaleźć się w samym centrum dzikiej natury i w końcu odejść z miejsca, gdzie w każdej chwili ktoś mógł ją zobaczyć. Co więcej, wcale nie dlatego, że ktoś mógłby ją zauważyć, ale przez świadomość, iż po doświadczeniach z Luckiem drugi raz nie udałoby jej się powstrzymać.
Następnym razem musiałaby zabić.
Zadrżała niekontrolowanie, porażona tą myślą. Nie, zdecydowanie nie mogła na to pozwolić. Nie mogła, bo…
Nie potrafiła dokończyć, ale to nie miało znaczenia. Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, znalazła w sobie dość siły, żeby w końcu ruszyć się z miejsca. Gdy tylko otoczyły ją drzewa, bez zastanowienia rzuciła się do przodu.
Teraz mogła już tylko biec.
Pamiętam, że już za pierwszym razem byłam z tego rozdziału zadowolona. Tak jest i teraz, a ja nie wprowadziłam praktycznie żadnych zmian w treści. Ta scena… Cóż, zdradzę, że spotkanie Alyssy z rodziną Carlosa zależy od tego, ile czasu zajmie mi napisanie nowego rozdziału, bo teraz muszę pisać sceny praktycznie od podstaw. Cieszy mnie to, naprawdę, bo sądzę, że Sorenti okażą się dużo ciekawsi od tworów Meyer (#skromność).
Dziękuję za wszystkie komentarze i wyświetlenia. Kolejny rozdział już wkrótce, najpewniej na początku przyszłego tygodnia.
Do napisania!

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Dobry!
      W końcu tu zawitałam. Się zbierałam i zbierałam. A gdy się zbierałam i zaczynałam, coś mnie odciągało i o... Ach. Ale przybyłam! W końcu.
      Znów sobie wyobrażałam, jak Alyssa atakuje mężczyzne. Przyciska jego ciało do samochodu i... dalej już wszyscy wiedzą co i jak. Jednak gdy Luck zatrzymał Ali myślałam tylko o tym, że postępuje głupio, a mężczyzna w jego wieku powinien mieć już ciut oleju w głowie. Nie osądzam go, bynajmniej. Jak sam powiedział, nigdy się nie podporządkowywał. Dlaczego teraz miałby zrobić inaczej, choć ona go prosiła? No, ale najważniejsze, że Alyssie udało się jakoś wygrać i go nie zaatakowała. Choć gdy do niego skoczyła myślałam przez chwilę, ze jednak tak się stanie.
      Staruszek musi być twardy, że pomimo strachu nie dostał zawału. Podejrzewałam taką ewentualność :D
      Nie byłoby się co dziwić, bo doskonale oddałaś to jak ze sobą walczyła i ile to wszystko ją kosztowało. Już Ci powtarzałam, że Twoje opisy są genialne i powtórzę to jeszcze wiele razy. To nie jest żadne słodzenie, tylko czysta prawda i wiele osób się pod tym podpisze.
      Cóz, ja czekam już na kolejny rozdział :3 Wiem, że tu tak jak na Forever nic nie będzie się działo szybko, jednak z chęcią będę cierpliwie czekała na rozwój wydarzeń.

      Ściskam,
      Mrs.Cross!

      PS. Zapraszam do mnie! Bo... bo tak?

      Usuń
  2. A tu dla mnie miejscówka. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hello! Wracają moje pory na komentowanie rozdziałów. Cieszysz się? Bo ja tak trochę, ale z drugiej strony chciałabym już spać przytulona do moich chłopaków i dziewczyny. Tak, mam na myśli ta piątkę miśków, które ze mną śpią. :D Wracam już do rozdziału i nie pieprzę o głupotach, ha.
      "Chciała biec.
      Chciała zostać w miejscu." A ta co, na okresie, że nie wie czego od życia chce?:D Czytam, że usłyszała głosy Lucka. I oczywiście przeczytałam jak się pisze, bo za dużo (wcale nie) oglądam SPN i moja miłość do serialowego Lucyfera jest naprawdę duża. :3 Fani SPN zrozumieją, inni niech nie osadzają. Nie bawię się w palenie czarnych kotów czy co to tam ludzie robią. Ja tylko oglądam serial... xD
      Ona będzie sparklić? :c Czy to tylko takie chwilowe, dopóki nie spożyje krwi, a później te błyskotki odejdą? :3 Właśnie sobie przypomniałam ta genialna scenę ze "Zmierzchu", kiedy Edward łaził po lesie i się rozbierał, żeby zaimponować nie wiem czym Belli. Może myslala, ze jak go potnie na kawałki to będzie mogła sprzedać go jako diament? Dobry biznes by ukręciła. Szkoda, że Meyer o tym nie pomyślała.
      Swan & Cullen's Diamond c:
      "Luck! Zostaw mnie, muszę iść... jeść jelonki!" - wybaczysz mi, musiałam. XD
      Powiem Ci szczerze i od serca, że masz prawo być zadowolona z tego rozdziału. Nie gnasz do przodu z wydarzeniami byle tylko szybciej skończyć, opisujesz dokładnie co czuje Alyssa. Jej rozterki, czego pragnie, ale czego zrobić nie może. Wiem doskonale jak to jest nie być zadowolonym z rozdziału, ale ty w tym dłużej siedzisz ode mnie, więc z pewnością wiesz o tym znacznie lepiej. I jeśli będzie trzeba, to będę Cię zapewniać o tym, że świetnie piszesz przez resztę swojego życia. Kiedyś będzie musiało dotrzeć, że jest cholernie dobrze. ^-^
      Ciesze się bardzo, że Ali znalazła w sobie tyle siły, aby kazać Luckowi stąd odjechać i o niej zapomnieć. Dziewczyna jest naprawdę silna, a wiele na jej miejscu już dawno by tego biednego staruszka zabiło. Bardzo go polubiłam i przez cały ten rozdział miałam nadzieję, że nic złego mu się nie przytrafi. Teraz mam nadzieję, że wyjedzie i będzie miał życie szczęśliwe bez wampirów.
      Kochana, ja wiem, że bohaterowie, których nam przedstawisz będą o wiele lepsi niż gromada idealnych do granic możliwości wampirów Meyer. C:
      Czekam teraz na nowy rozdział i liczę, że długo czekać nie będę musiała. Za Ciebie trzymam kciuki, aby napisanie nowego rozdziału wyszło Ci tak jak tego chcesz. ;3
      I co tutaj tak cicho? :c
      Pozdrawiam, ściskam i przesyłam całusy!

      Gabi. 😘💘💚

      Usuń