25.09.2016

Rozdział XI

ALYSSA
Z wrzaskiem poderwała się na równe nogi. Świat na ułamek sekundy zamienił się w serię ciemnych plam, zamazanych kształtów i kolorów, ale prawie nie była tego świadoma. Zanim się obejrzała, znalazła się w najbardziej oddalonym od okna kącie pokoju, skulona pomiędzy ścianą a niewielką komodą, będącą czymś na kształt punktu bezpieczeństwa, jakby tylko mebel był w stanie zapewnić dziewczynie ochronę przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Mięśnie instynktownie napięła do granic możliwości w taki sposób, że sama dziwiła się temu, że w napięciu jeszcze nie połamała sobie kości.
Coś poruszyło się na tle okna. Intruz podszedł bliżej i w końcu była w stanie mu się przyjrzeć, ale to bynajmniej jej nie uspokoiło. Jakaś część niej już chwilę wcześniej zdała sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia, ale myśl ta wydawała się jej tak irracjonalna, że stanowczo odpychała ją od siebie. To niemożliwe, po prostu niemożliwe…!, wręcz krzyczała w myślach, próbując przekonać samą siebie, że wciąż śni albo zwariowała, jednak mimo usilnych prób nie była w stanie się obudzić.
Wciąż oszołomiona, ponownie nabrała powietrza do płuc, gotowa znów wrzasnąć w rozdzierający sposób.
Z ciemności doszło ją rozdrażnione przekleństwo, a potem znajomy głos, który co prawda słyszała zaledwie raz i to pod wpływem silnych emocji, a który momentalnie rozpoznała:
– Alyssa, do diabła… – zaczął Carlos – Carlos! – wyrzucając obie ręce ku górze w nieco teatralnym, poddańczym geście.
Przerwała mu niekontrolowanym wrzaskiem, nie dbając o to, że w ten sposób najpewniej zaalarmuje wszystkich w promieniu kilku kilometrów. Od nadmiaru emocji kręciło jej się w głowie, podobnie jak i za sprawą sprzecznych ze sobą myśli, jakże nierealnych w sytuacji, która…
Bo przecież była całkowicie pewna, że on nie żył!
Pamiętała krzyki, ślady wypalonego stosu i ten mdlący zapach, aurę śmierci w lesie, zaledwie kawałek od miejsca w którym się ocknęła… Wtedy zrozumiała, co się wydarzyło – była absolutnie pewna tego, że spotkało go coś złego. Co innego mogła myśleć po znalezieniu tych wszystkich śladów, na dodatek w sytuacji, w której mężczyzna tak po prostu zniknął bez śladu, pozostawiając ją samą – tak bardzo rozbitą, rozchwianą emocjonalnie i…
A teraz stał przed nią jak gdyby nigdy nic, jak najbardziej żywy, o ile oczywiście w przypadku kogoś, kto potrafił łamać drzewa samym tylko ciężarem ciała, można było mówić o czymkolwiek więcej, prócz trwającej w nieskończoność egzystencji.
Szok i przerażenie – dwa najbardziej intensywne uczucia, które już od jakiegoś czasu mieszały się ze sobą, jedynie cudem nie rozrywając jej od środka – w jednej chwili zeszły na dalszy plan, ustępując czemuś zgoła innemu. Gniew pojawił się nagle, a Alyssa poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją czymś ciężkim w głowę, całkiem wytrącając ją z równowagi. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, a wrzask ugrzązł jej w gardle, przez co omal nie zakrztusiła się powietrzem. Już wcześniej była przytłoczona tymi wszystkimi emocjami, tak bardzo intensywnymi i trudnymi do zignorowania, ale teraz…
– Ty… Ty cholery dupku… – wyrzuciła z siebie z trudem. Jej głos zabrzmiał cicho, co było nierealną wręcz odmianą w porównaniu z intensywnością uczuć, które nią targały. – Cholerny dupku! – wydarła się, nagle odzyskując panowanie nad tonem głosu.
– Nie powiem, żebym był zdziwiony takim przywitaniem, aczkolwiek… – zaczął irytująco spokojnym tonem Carlos, ostrożnie dobierając słowa.
Coś w jego wyrazie twarzy i nutce cynizmu, którą wychwyciła w jego tonie, doprowadziło ją do ostateczności.
Nie panowała nad sobą, kiedy chwyciła za krawędź komody, bez wysiłku podrywając ją do góry. W tamtej chwili nawet nie zwróciła uwagi na to co i jakim cudem jest w stanie zrobić, zbytnio oszołomiona złością, by skupić się na czymkolwiek innym. W przypływie gniewu, bez chwili wahania, cisnęła nieszczęsnym meblem w Carlosa, pragnąc zetrzeć mu ten irytujący uśmieszek z twarzy, rozerwać go na strzępy, a potem…
Och, robić cokolwiek, byleby pożałował tego wszystkiego, co jej zrobił – tego, jak ją potraktował, jak wszystko zniszczył i że ją zostawił, że… że…
Miała ochotę go udusić.
Carlos zaklął i bez większego wysiłku przeskoczył nad komodą, już ułamek sekundy później bezpiecznie lądując w kucki na podłodze. Rozległ się ogłuszający trzask wybitego okna, kiedy mebel z impetem uderzył w szybę za plecami mężczyzny, rozbijając ją na drobne kawałki. Grad ostrych odłamków szkła oraz kawałków plastiku posypał się na zewnątrz, chociaż kilka drobinek wpadło również do pokoju; do sypialni wdarło się chłodne, nocne powietrze, częściowo jedynie rozproszone przez pojedyncze odłamki, które wciąż trzymały się w ramie okiennej.
Alyssa wzdrygnęła się, zaskoczona i oszołomiona w równym stopniu tym, co zrobiła, jak i obecnością kogoś o kim była przekonana, że jest martwy. Serce waliło jej jak oszalałe, szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, a przynajmniej takie odniosła wrażenie. Niczym w transie wpatrywała się w przestrzeń, sama niepewna na czym powinna skoncentrować wzrok – na wybitej szybie, czy na intruzie, który bez większego wysiłku poderwał się na równe nogi i teraz praktycznie nie odrywał od niej wzroku.
– Do diabła, wiedziałem, że masz charakterek, ale powiedz mi, dziecko, co zrobiło ci to okno? – żachnął się Carlos, spoglądając na nią z nieskrywanym zainteresowaniem.
Jego głos ją otrzeźwił, ale nie aż tak bardzo jak moment w którym mężczyzna przesunął się o krok w jej stronę. W jednej chwili napięła mięśnie i spróbowała się cofnąć, ale to okazało się niemożliwe. Na ułamek sekundy przestała oddychać, kiedy uderzyła plecami o ścianę, tym samym uświadamiając sobie, że pozwoliła zapędzić się w kąt. Natychmiast skoczyła w bok, niemal rzucając się w stronę prowadzących na korytarz drzwi, jednak nawet wykorzystanie nietypowych zdolności, które odkrywała w sobie na każdym kroku, okazało się niczym, skoro miała do czynienia z kimś sobie podobnym, a przy tym zdecydowanie bardziej doświadczonym.
Carlos przemieścił się równie błyskawicznie, co i ona. Zatrzymała się gwałtownie, kiedy zmaterializował się na jej drodze, skutecznie odcinając dziewczynie drogę do drzwi. Znów zmieniła kierunek, instynktownie robiąc wszystko, byleby trzymać się poza zasięgiem jego rąk, chociaż nic nie wskazywało na to, żeby chciał ją pochwycić. W pośpiechu nie miała okazji mu się przyjrzeć, ale – mogłaby przysiąc! – wydało jej się, że swoim zachowaniem jedynie go drażni i że nawet wymownie wywrócił oczami, mrucząc pod nosem coś na temat impulsywności nastolatek. W przypływie gniewu i buntu miała ochotę uświadomić go, że już nie była dzieckiem, ale w ostatniej chwili powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że dyskusja z nim jest ostatnim, czego tak naprawdę potrzebowała.
Doskoczyła do okna, krzywiąc się nieznacznie, kiedy – bosa i, jak nagle sobie uświadomiła, w cieniutkiej koszuli nocnej – stanęła pośród kawałków roztrzaskanej komody oraz tych odłamków szkła, które nie wyleciały na zewnątrz. Zadrżała od chłodu nocy i stanąwszy plecami do okna, zwróciła się twarzą do Carlosa, spoglądając na niego z mieszaniną lęku, gniewu i oszołomienia.
Wciąż tkwił naprzeciwko drzwi, niebezpieczny, a przy tym – och, nie ukrywajmy! – niezwykle pociągający. Jego ciemne oczy wydawały się lśnić łagodnie w ciemnościach, utkwione w niej i tak bardzo… nieprzeniknione. Przystojna twarz nie wyrażała niczego, kiedy wpatrywał się w nią w takim skupieniu, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Mogła tylko zgadywać, jak wyglądała w jego oczach – zaspana i bosa, ubrana zaledwie w cieniutką koszulę i z rozwianymi przez nocne powietrze włosami…
To jego spojrzenie…
Nie chciała go widzieć. Nie chciała, żeby patrzył na nią w ten sposób, nie chciała… niczego, co się z nim wiązało, a jednak nie mogła wyobrazić sobie tego, że po tym wszystkim ponownie miałby zniknąć. W tamtej chwili uświadomiła sobie, że w jakiś pokrętny sposób czuła się przy nim bardziej bezpieczna niż wcześniej przy Jasonie, chociaż to nie miało sensu. Jestem w szoku, uświadomiła sobie, ale nawet jeśli tak było, to nie wyjaśniało sposobu w jaki patrzył na nią Carlos i co sama w związku z tym czuła.
Cofnęła się o krok, po czym nieznacznie skrzywiła, kiedy nastąpiła na jeden z ostrych odłamków. Poczuła słodki zapach krwi (wciąż nie docierało do niej to, że tak po prostu mogła ją rozpoznać), ale prawie nie była go świadoma, wciąż pod wpływem silnych emocji. Znów się poruszyła, czując się trochę tak, jakby trwała w jakimś transie, prawie jak podczas podróży do tego miejsca, wiedziona wyłącznie przeczuciami i niespójnymi myślami. Również teraz obrazy, emocje i doświadczenia mieszały się w jej głowie, tworząc pozbawioną spójności całość, której w żaden sposób nie potrafiła zinterpretować, niezależnie od tego, jak bardzo się starała.
Carlos wzdrygnął się, momentalnie dochodząc do siebie. Zamrugał, a jego oczy wróciły do normy i już nie wyrażały niczego, pomijając wcześniejsze zniecierpliwienie. Wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy – zaskoczyła go, poza tym czego innego mogła spodziewać się po mężczyźnie, który nocą wdarł jej się do sypialni? – chociaż jej wydawało się całą wiecznością. W jednej chwili zamknął się przed nią, kryjąc za znajomą już maską cynizmu i rozdrażnienia, tego chłodu, który zdążyła tak dobrze poznać już podczas pierwszego spotkania, kiedy uratował ją w lesie – i to tylko po to, żeby w następnej chwili wywrócić jej życie do góry nogami. Chociaż wszystko sprowadzało się zaledwie do ułamków sekund, różnica wydała się diametralna, a Ali z jakiegoś powodu poczuła się rozczarowana.
Niezależnie od wszystkiego, jednego pozostawała pewna – Carlos naprawdę był dupkiem, a przy tym ostatnią osobą, którą chciała widzieć na oczy.
– Alyssa – powiedział cicho, starannie akcentując jej imię. Nie miała pojęcia w jaki sposób tego dokonał, ale zabrzmiało to trochę tak, jakby je wyśpiewał.
– Trzymaj się z daleka! – warknęła, widząc jak robi kolejny krok ku niej.
Och, dlaczego nie mógł po prostu dać jej spokoju?!
Słowa dziewczyny nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Co prawda przystanął, ale nie cofnął się nawet o milimetr, chociaż wpatrywała się w niego twardo, wręcz naciskając nań spojrzeniem. Odejdź! Zostaw mnie!, pomyślała z goryczą, ale on ciągle tam był i jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że gdyby wykrzyczała mu te słowa, nie postąpiłby w taki sposób, jakiego mogła od niego oczekiwać. Ba! Mogła się założyć, że z czystą przyjemnością zrobiłby jej na przekór – ot tak, wyłącznie po to, żeby jeszcze bardziej ją zdenerwować. Nie rozumiała tego, jednak łatwo potrafiła sobie wyobrazić, że Carlos należy do osób, które czerpały przyjemność z niezadowolenia innych, ale wszystko wskazywało na to, że w tej jednej kwestii miała słuszność.
Mężczyzna wpatrywał się w nią przez kilka kolejnych sekund. Stali naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem i tocząc coś, co była w stanie określić wyłącznie mianem nieoficjalnego pojedynku na spojrzenia. Mimo wątpliwości spojrzała wprost w jego lśniące, w tych warunkach niemalże całkowicie czarne tęczówki i poczuła się trochę tak, jakby poraził ją prąd. Oddech przyśpieszył jej jeszcze bardziej, chociaż nie sądziła, że to będzie możliwe, tym bardziej, że już i tak ledwo trzymała się na nogach.
Takim wzrokiem mógłby patrzeć na nią morderca.
– Chcę tylko porozmawiać – odezwał się cicho, tonem łagodnej perswazji. – Alysso, posłuchaj…
Cofnęła się o kolejny krok, potrząsając energicznie głową, jakby w ten sposób jakimś cudem mogła powstrzymać go od mówienia. Miała wrażenie, że jego głos – melodyjny, hipnotyzujący baryton – owija się wokół niej, przyprawiając o coraz silniejsze dreszcze. Aksamitny szept, jakże przyjemny dla ucha, a przy tym do tego stopnia niepokojący i przyprawiający o palpitacje serca…
On cały taki był – pełen sprzeczności, w równym stopniu nierealny, co i prawdziwy. Już nawet nie chodziło o to, że była przekonana, iż jest martwy. Nie miało znaczenia, że jakimś cudem znał jej imię – że w ogóle tyle o niej wiedział, a przynajmniej tak jej się wydawało, odkąd wprost stwierdził, że zachowywała się jak typowa dziennikarka – ani że z sobie tylko znanych powodów postanowił zniszczyć jej życie, skazując na coś, co do tej pory była w stanie opisać wyłącznie mianem piekła…
„Dlaczego?” – chciała zapytać, ale głos uwiązł jej w gardle, wiedziała zresztą, że nie odpowie.
– Alysso…
Kolejny krok.
Jego ruch ją otrzeźwił, uświadamiając, że dzieląca ich odległość zmniejszyła się w drastyczny sposób. Dreszcz wstrząsnął jej ciałem, a Alyssa poczuła coś, czego w żaden sposób nie potrafiła opisać. Miała wrażenie, że ma przed sobą łowcę – kogoś niebezpiecznego, wabiącego i stopniowo osaczającego potencjalną ofiarę, żeby… żeby…
Gdzie byli pozostali? Dlaczego żaden z domowników nie zareagował na jej krzyk ani na hałas, którego narobiła? Czy Carlos jakimś cudem posunął się do tego, żeby skrzywdzić którąkolwiek z osób, które zdążyła poznać, czy może…?
Jej myśli wirowały, mieszając się ze sobą i nie pozwalając dziewczynie na wyciągnięcie jakichkolwiek sensownych wniosków. Wciąż czuła się zbytnio wytrącona z równowagi omdleniem i wszystkim tym, co działo się wokół niej – szaleństwem, w którym trwała z winy stojącego przed nią mężczyzny; kogoś, z kim w równym stopniu pragnęła porozmawiać, co i jak najszybciej uciec, póki jeszcze miała po temu okazję.
Gdyby tylko spróbowała…
Cofnęła się o kolejny krok, a potem jeszcze jeden, coraz bardziej przybliżając do wybitego okna.
Gdyby zaufała swojemu ciału – wciąż tak niepokojąco obcemu, zupełnie jakby należało do kogoś innego – wtedy mogłaby…
– Alyssa… Alyssa, czekaj…! – usłyszała i tym razem słowa mężczyzny ją zaskoczyły, a zwłaszcza nutka niepokoju w jego głosie.
Nie usłuchała.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc i zrobiła kolejnym krok w tył – z tym, że już nie miała gdzie iść. Że popełniła błąd, uprzytomniła sobie już w momencie, w którym Carlos zastygł w bezruchu, by w następnej sekundzie panicznie rzucić się ku niej. Nie zorientowała się, kiedy właściwie znalazła się tak blisko wybitego okna, ale to już nie miało najmniejszego znaczenia.
Uderzyła biodrami o parapet, po czym lekko zachwiała się, wytrącona z równowagi. Instynktownie wygięła się do tyłu, chcąc znaleźć oparcie w ścianie – z tym, że żadnej ściany nie było.
Poczuła, że zaczyna spadać, jednak nie miało to żadnego związku z poczuciem lekkości i bezwładności, które towarzyszyły jej podczas tych licznych, jakże znajomych snów. W panice wyrzuciła obie ręce przed siebie, chcąc chwycić się czegokolwiek, jednak jej palce natrafiły na pustkę. W jednej chwili była już tylko czerń oraz ciemne, zamazane kształty, których za żadne skarby nie była w stanie zidentyfikować. Chłodne powietrze przenikało jej ciało, burząc włosy i szarpiąc ubranie, ale prawie nie była tego świadoma. Chciała krzyknąć, ale również to okazało się niemożliwe, Alyssa zaś zdołała jedynie gwałtownie zaczerpnąć powietrza do płuc.
Pokój, Carlos, wybite okno... – wszystko to zniknęło, zupełnie jakby nigdy nie istniało. Spadała i nie była w stanie zrobić niczego, żeby to powstrzymać, całkowicie sparaliżowana, bezradna i…
Ciemny kształt zamajaczył gdzieś ponad nią, chociaż równie dobrze mogło być to wyłącznie jej wyobrażeniem. W jednej chwili spadała, świadoma wyłącznie tego pędu i poczucia bezradności, a już w następnej sekundzie coś z siłą owinęło się wokół jej talii. Przez moment naszła ją idiotyczna myśl o tym, że jeśli rozejrzy się dookoła, w końcu dostrzeże parę znajomych błękitnych oczu, które tyle razy nawiedzały ją w snach – a może nawet zobaczy twarz tego, którego wydawała się tracić za każdym razem, kiedy nadchodziło przebudzenie – zaraz jednak uświadomiła sobie, że to niemożliwe.
Poczuła szarpnięcie i chłód, kiedy czyjeś ramiona z siłą owinęły się wokół jej talii. Coś pociągnęło ją w bliżej nieokreślonym kierunku – być może w dół, a może na bok, chociaż nie miała pewności. Czuła jedynie bijący od silnych ramion chłód, zupełnie jakby znalazła się w objęciach posągu, choć zarazem obejmujące ją ciało okazało się zaskakująco wręcz miękkie. Posągi nie ożywają…, skarciła samą siebie, ale zanim zdążyła zastanowić się nad idiotycznością tej i jej podobnych myśli, otaczający ją świat po raz kolejny stanął na głowie – i to dosłownie.
Spokój nastał nagle i zaskoczył ją jeszcze bardziej niż wcześniejszy pęd. Zacisnęła powieki z całej siły, mimowolnie wyczekując chwili uderzenia o ziemię, jednak kolejne sekundy mijały, a ona wciąż pozostawała nienaruszona. Ból nie nadchodził, Ali zaś mogła co najwyżej wyobrażać sobie, co takiego mogłaby poczuć w momencie, w którym uderzyłaby o ziemię, spadając z wysokości pierwszego piętra. Oddychała z trudem, ledwo łapiąc oddech, chociaż od jakiegoś czasu tlen nie był jej aż tak niezbędny, jak do tej pory. Czuła się świadoma każdego, nawet najbardziej spazmatycznego, drżącego oddechu i swojego ciała, a także tych wszystkich sprzecznych emocji, które stopniowo rozrywały ją od środka od momentu przebudzenia.
Słyszała również drugi oddech, absolutnie spokojny i tak blisko niej, że mogła wyczuć muśnięcie chłodu na policzkach. Całe jej ciało przenikał lodowaty wręcz ziąb i w pierwszym odruchu uznała go za nocne powietrze, jednak w miarę jak szok zaczął mijać, zrozumiała to, co tak naprawdę podświadomie wiedziała od samego początku. Zesztywniała, walcząc z pokusą otwarcia oczu albo pozostania w cudownej nieświadomości. Miała wrażenie, że za moment straci przytomność, bądź obudzi się, by przekonać, że również teraz trwała w jakimś szalonym, pozbawionym głębszego sensu śnie, jednak…
– Alysso? – doszedł ją znajomy już szept.
Chociaż nie chciała, bardzo powoli uniosła powieki.
Carlos trzymał ją w ramionach, bezpiecznie stojąc na trawniku przed domem. Jego ramiona owinęły się wokół jej talii, mężczyzna zaś trzymał ją na rękach z taką lekkością, jakby nic nie ważyła albo w ogóle nie posiadała materialnego ciała. Przez cały czas wpatrywał się w nią uważnie, jednak zarówno z wyrazu jego twarzy, jak i spojrzenia, nie była w stanie wyczytać tego, co tak naprawdę musiał sobie myśleć.
Ale był tutaj – prawdziwy i tak żywy, jak tylko było to możliwe. Ta świadomość powinna była ją przerazić w równym stopniu, co i samo odkrycie tego, że nie zginął (o ile jego obecny stan można było określić mianem „żywego”), jednak w tamtej chwili nie poczuła niczego, prócz wypełniającej całe jej jestestwo pustki. Była świadoma wyłącznie swojego ciała i obecności Carlosa, silnych ramion owijających się wokół jej talii oraz przenikliwego chłodu, który… który…
Zadrżała niekontrolowanie – ni to z zimna, ni z nadmiaru emocji. Carlos nie poruszył się nawet o milimetr, wciąż trzymając ją w ramionach i bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś, kto zamierzał ją puścić albo skrzywdzić. Chciała zacząć krzyczeć, przynajmniej nim potrząsnąć, a potem spróbować znów rzucić się do ucieczki, ale w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że nie jest w stanie ruszyć się z miejsca. Czuła jego bliskość, poza tym aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że miał idealny dostęp do jej szyi, w tamtej chwili zdolny zrobić… dosłownie wszystko, czegokolwiek by sobie zażyczył. Nie chciała sobie nawet tego wyobrażać, ale jeśli tylko by tego zapragnął, mógłby…
Och.
Nie musiała pytać, żeby wiedzieć, iż w całym swoim istnieniu zabijał nie raz. Wyczuwała to w nim, tak jak i jeszcze będąc w pokoju zorientowała się, że na nią patrzył. Gdyby tylko zechciał, mógłby dokończyć to, co zaczął w lesie, a ona nie była w stanie zrobić niczego, żeby się obronić. W gruncie rzeczy chyba nawet tego nie chciała, powoli zaczynając dochodzić do wniosku, że śmierć mogłaby być o wiele lepszym rozwiązaniem, aniżeli próba zrozumienia tego, co działo się wokół niej.
– Chcesz mnie zabić? – szepnęła i dopiero po kilku sekundach uprzytomniła sobie, że zadała to pytanie na głos.
Carlos nie odpowiedział.
Zmieniłam kolejność. Przyznaję, że Carlos miał pojawić się dużo później, ale… w gruncie rzeczy nie było takiej potrzeby. Jego obecność i to, co będzie się z nią wiązało, zarazem skomplikuje, jak i wytłumaczy bardzo wiele kwestii. Mam przynajmniej taką nadzieję, chociaż na tę chwilę trudno mi powiedzieć, kiedy pojawią się ostatecznie wyjaśnienia dotyczące tego, kim jest Alyssa.
Pięknie dziękuję za wszystkie komentarze i coraz to nowsze wyświetlenia. Wasza obecność naprawdę wiele dla mnie znaczy. Wciąż zbieram się do tego, żeby nadrobić zaległości na Waszych blogach, ale na tę chwilę idzie mi to dość marnie. Podejrzewam, że sytuacja zmieni się za kilka dni, kiedy wrócę na studia i wyrwę się z letargu. Bezruch nigdy mi nie służył.
Do napisania w przyszłym tygodniu!

2 komentarze:

  1. Bry :3
    Moje jutro trochę się przedłużyło, ale chyba najważniejsze, że już jestem z powrotem. ^0^ Nie rozumiem czemu pod rozdziałami jest taka cisza. Pod takimi naprawdę dobrymi, wręcz genialnymi rozdziałami. ;_; Ludki, zbierać się i bić brawo, proszę! :3
    Wracając do rozdziału, nie myliłam się co do Carlosa! Hurra, ale to w sumie było całkiem oczywiste. Ze względu na zawarty gif w rozdziale xD Ale cieszmy wie z małych sukcesów, w końcu z czegoś trzeba.
    Dlaczego Ali musiała być taka zła i nie dobra dla tej biednej komody? Nic jej przecież nie zrobiła, a proszę bardzo jak skończyła. :< A co jeśli ta komoda miała dzieci i rodzinę?
    Takim wzrokiem mógłby patrzeć na nią morderca. po czym po chwili pada pytanie czy woli zostać zamordowana za pomocą rąk czy woli, aby użył piły mechanicznej. xD
    Jak można kończyć w takim momencie ;_; To naprawdę niesprawiedliwie, że zostawisz nas bez odpowiedzi, ale który autor nie zrobił czegoś takiego? C: Jestem cholernie ciekawa co takiego odpowie jej Carlos, ale na pewno nie pojawił się tutaj po to, żeby zamordować dziewczynę. Poza tym... gdzie się podziali wszyscy? Jako wampiry mają przecież naprawdę dobry słuch, węch. Musieli więc wyczuć, że w pobliżu jest Carlos. Ewentualnie, facet ma jakieś moce, które sprawiają, że go nie czuć/widać/słychać i je wykorzystuje, a rodzinka dlatego nie zdaje obie sprawy z tego co się dzieje i dajmy na to ogląda sobie w spokoju telewizję nadrabiając odcinki nowego serialu. :p
    Nie przedłużając już mówię, że z tego rozdziału też powinnaś być mocno zadowolona, bo jest równie świetny jak poprzedni. A ja już się nie mogę doczekać kolejnego. :3 I mam nadzieję, że długo czekać nie będziemy musieli ;>
    Ściskam mocno, dużo weny i czasu! :3

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha! Wiedziałam, że to Carlos! A swoją drogą ten gif... *.*
    Nie ma się co dziwić. Myślała, że Carlos nie żyje, a tu taka niespodzianka! Chociaż wie, że istnieją już wampiry, więc bardzo prawdopodobne bu było gdyby miała do czynienia z duchem. Ale tak nie jest, dla ścisłości :D (wcale nie wiedziałam o tym)
    Najpierw niedowierzanie a potem gniew :D Chociaż kto by się na jej miejscu nie wkurzał? Sama wymieniłaś powody, dla których ma prawo do złości i zdecydowanie się z tym zgadzam. A komoda... nie mogła łóżkiem? Może wtedy by miał mniejsze szanse na uskok i nie dałby rady xD
    Co do błękitnych oczu to ja czekam aż ten pan się pojawi. Nie tyle tego, że to Nick/Ian, ale jestem ciekawa jak nam go zaprezentujesz. Choć wiem, że jeszcze musze czekać :c Ale cierpliwi zostają wynagrodzeni!
    Wiedziałam, że ją złapie :D Chociaż gdyby spadła to bardziej ziemia by ucierpiała niż ona. Gdyby wampiry mogły ginąć od upadków to połowy z nich już by nie było xD Ale Carlos musiał rzucić się na ratunek damie, niczym rycerz w żelaznej zbroi <- nie wiem skąd mi się to wzięło. Może tym aktem ratunku Ali pozwoli mu powiedzieć to, co chciał. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.
    Gdyby to pisał ktoś inny, jakiś fanatyk romansów, właśnie w tamtej chwili Alyssa spojrzałaby Carlosowi w oczy, ich oddechy by się ze sobą mieszały, serca mocniej biły i w końcu...! Na szczęście tutaj tego nie doświadczyliśmy, nie było żadnego bum, ani fajerwerków. I zamiast pocałunku doczekaliśmy się pytania o zabójstwo! Bardzo romantyczne, Ness!
    NO i oczywiście Carlos jej nie zabije xD inaczej zamiast chęci rozmowy mógłby się od razu na nią rzucić. A ona niedoświadczona więc miałaby marne szanse. Poza tym gdyby chciał jej śmierci, po jakie licho by ją ratował w lesie?
    Miłych zajęć! ^.^

    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń