19.11.2016

Rozdział XVI

CARLOS
Dziewczyna poruszyła się przez sen, ale nie otworzyła oczu. Carlos zamrugał kilkukrotnie, zaskoczony i mocno zdezorientowany. Jak długo stał w tym samym miejscu, wpatrując się w tę ludzką istotę? W przypadku nieśmiertelnych czas nie miał wielkiego znaczenia, ale i tak nie przywykł tracić cennych sekund w taki sposób. Sam nie był pewien, co właściwie robi w tym pokoju, wpatrzony w dziewczynę, której nawet nie znał, ale jakie to miało teraz znaczenie?
Wahał się jeszcze przez moment, po czym gwałtownie cofnął się o krok. Czuł się dziwnie podekscytowany, ale i pewien obaw, tym bardziej, że nie tak dawno temu obserwował pogrążoną we śnie Alyssę – z tym, że w jej przypadku przebudzenie nastąpiło tak nagle i niespodziewanie, że nawet nie miał szansy na to, żeby spróbować się wycofać. Wiedział, że spieprzył sprawę, a później niepotrzebnie dał się ponieść emocjom, wchodząc w niepotrzebną dyskusję z dziewczyną i własną rodziną, zwłaszcza braćmi. Gdyby zachował się wtedy inaczej, być może obyłoby się bez gróźb i stawiania sprawy na ostrzu noża, ale z drugiej strony…
Westchnął przeciągle, po czym raz jeszcze spojrzał na Mary. W przeciwieństwie do Alyssy, wydawała się spokojna i rozluźniona, nieświadoma tego, że tuż obok niej stał ktoś, kto z powodzeniem mógłby pozbawić ją życia. Głupia, ludzka istota, całkowicie nieświadoma istnienia świata, który każdego dnia przeplatał się ze znaną jej rzeczywistością, a do którego teraz przynależała jej najlepsza przyjaciółka… Tak bez wątpienia było dla niej lepiej – ta niewiedza – problem jednak leżał w tym, że Mary mogła okazać się idealną kartą przetargową, gdyby Alyssa zaczęła sprawiać problemy. Inną kwestią było to, że dziewczyna mogła okazać się problematyczna, bo nie sądził, by tak po prostu zignorowała zniknięcie przyjaciółki. Niewiedza była błogosławieństwem, jednak w większości przypadków ludzie doceniali ten dar dopiero wtedy, kiedy na własne życzenie się go wyzbywali, a śmierć upominała się o ich nędzne, kruche życia.
Och, dlaczego nie możesz po prostu odpuścić?, pomyślał i niewiele brakowało, żeby wypowiedział te słowa na głos. Słyszał o przekazie podprogowym i wszystkich tych technikach, które rzekomo miały ułatwiać wpływanie na ludzką wolę, ale nie sądził, żeby to poskutkowało – a przynajmniej nie w przypadku kogoś tak zdeterminowanego i upartego jak ta dziewczyna. Nie znał Mary, ale obserwując Alyssę, zdążył się zorientować, że jej współlokatorka była typem dziewczyny, którą nie tak łatwo było zmusić do zmiany obranego wcześniej kursu, zwłaszcza kiedy już podjęła konkretną decyzję. W normalnym wypadku pewnie nawet doceniłby ten upór, tym bardziej, że w pewnym sensie byli do siebie pod tym względem podobni, jednak nie tym razem. Cholera, zawsze wiedział, że ludzie bywają problematyczni, a już na pewno nie był aż tak naiwny, żeby uwierzyć, że zniknięcie Alyssy przejdzie bez echa, ale nie wziął pod uwagę aż takich komplikacji – chociażby tego, że Mary już na wstępie zacznie panikować. Przez ostatnie godziny zorientował się, że sprawą Alyssy już się zainteresowano, chociaż nie potrafił wyjaśnić jakim cudem, skoro nie minął jeszcze przepisowy czas oczekiwania na zgłoszenie zaginięcia. Cóż, udział policji to jedno, bo każde dochodzenie prędzej czy później znajdowało swój koniec – najczęściej w zapomnianym archiwum, opatrzone metryczką „umorzone” – ale ktoś z takim charakterem jak Mary…
Ta dziewczyna była niebezpieczna. Czuł to całym sobą i tym bardziej nieprawdopodobne wydawało mu się to, że we śnie wyglądała na tak kruchą i bezbronną. Nie miał pojęcia, skąd brała się ta pewność siebie, ale to było w tym momencie najmniej istotne. Gdyby tylko miał pewność, że nie będzie komplikowała sprawy bardziej niż powinna…. Każda inna współmieszkanka popłakałaby trochę, pomartwiła się, a potem pewnie zaakceptowałby fakty. Do diabła, już dawno przestał wierzyć w prawdziwą, bezwarunkową przyjaźń i oddanie, nie wspominając o jakiejkolwiek silniejszej więzi pomiędzy osobami, które nawet nie były ze sobą spokrewnione. Dlaczego czuł, że akurat Alyssa musiała przyjaźnić się z kimś, kto wydawał się zdolny do tego, żeby poruszyć niebo i ziemię, byleby tylko pomóc komuś, kogo darzył jakimś cieplejszym uczuciem? Na świecie było tyle zimnych, fałszywych dziewczyn, ale – no, oczywiście! – przy jego szczęściu, to akurat jemu musiały się trafić dwie oddane sobie przyjaciółki. Co gorsza, żadna z nich nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, jak bardzo ryzykują, a to mogło się źle skończyć – i to zwłaszcza dla tej, która nadal pozostawała człowiekiem.
Po raz kolejny przyłapał się na tym, że praktycznie wodzi wzrokiem po bladej twarzy dziewczyny. Nie miała na sobie makijażu, choć bez wątpienia pokaźny stosik kosmetyków, którymi zastawiona była toaletka, należał do niej; do Alyssy to po prostu nie pasowało, choć może nie powinien był wyciągać wniosków, skoro wciąż jej nie poznał. Tak czy inaczej, śpiąca Mary była najzupełniej naturalna i to mu się podobało. Nie miał pojęcia, gdzie zmierzał świat, ale te nowe czasy irytowały go coraz bardziej, tak jak sposób w jaki na przestrzeni wieków zmieniły się kobiety. Gdzie podziały się te niewinne, delikatne istoty, o które warto było się ubiegać i które wyznawały swoje zasady? Kiedyś kobiety były pełne klasy, świadome swojej wartości i – co najważniejsze – czyste, cnotę zaś traktowały jako największy skarb, który mogły sprezentować mężczyźnie. Teraz nie musiał się nawet starać, bo gdyby tylko zapragnął, niejedna niewiasta sama weszłaby mu do łóżka, nieświadoma tego, że będzie to najprawdopodobniej ostatnia rzecz, którą zdarzy się jej zrobić w życiu.
Naturalność… i niewinność.
W Mary dostrzegał coś takiego, choć to wydawało się przeczyć jej charakterowi. Musiał zresztą przyznać, że okazała się zaskakująco ładna, tym bardziej, że nie była wampirzycą. Nigdy nie zachwycały go przedstawicielki jego rasy, obdarzone tym jakże lodowatym pięknem – sztucznym i tak bardzo… nieludzkim. Być może to Mistery zmieniła jego sposób postrzegania rzeczywistości, ale zawsze najbardziej pożądał tego pierwiastka człowieczeństwa, ciepłej skóry, krwi krążącej w żyłach… I świadomość, że wciąż pozostawała krucha. Zabawne, bo ludzkie istoty zwykle go drażniły, tak bardzo naiwne i całkowite wyzute z tego, co najbardziej ceniły sobie wampiry – a więc odwagi i jakiegoś zdecydowania w działaniu. Ludzie zresztą byli tak bardzo delikatni, a jeśli dobrze się nad tym zastanowić, równie dobrym określeniem dla tej rasy byłoby „śniadanie”, „obiad”, „kolacja” – zależnie od kaprysu oceniającego.
Poza tym ona wcale nie jest podobna do Mistery…, przeszło mu przez myśl i ledwo powstrzymał zirytowany jęk. Doprawdy, to zdecydowanie nie było to, o czym chciał myśleć…
Aczkolwiek musiał przyznać, że coś w tym jest. Mistery przypominała żywy płomień, zwłaszcza ze swoimi rudymi, lekko poskręcanymi włosami i rozkosznie zarumienioną cerą. Mary była ciemnowłosa i blada, stanowiąc całkowite przeciwieństwo dziewczyny, którą pokochał. Nie miał pojęcia, jakie miała oczy, ale był pewien, że daleko było im do czekoladowych tęczówek Misty – lśniących i nieco figlarnych, szczególnie kiedy spoglądała na niego. Jego żona była niczym niszczycielski żywioł, zwłaszcza kiedy zaczynała tańczyć; wtedy mógł obserwować ją całymi godzinami, póki nie znudziła się i nie decydowała się skoczyć na niego niczym rozjuszona kotka, wpadając mu w ramiona. Wtedy zwykle chwytał ją, a potem – Bóg raczy wiedzieć kiedy i jakim cudem – skupiony wyłącznie na jej pocałunkach i bliskości, jakimś cudem docierał z nią do sypialni, gdzie kochali się przy muzyce, która była jej częścią. Kochali, nie pieprzyli – i to była jedna z najistotniejszych różnic, tym bardziej, że od jej śmierci już z żadną inną kobietą nie doświadczył czegoś takiego…
Za dużo wspomnień. Zdecydowanie zbyt wiele jak na jedną noc.
Pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym cofnął się w popłochu, całkowicie oszołomiony. Co on właściwie wyprawiał? Musiał odreagować po kłótni z Alyssą, ale to zdecydowanie nie było odpowiednie miejsce. Ten pokój go przytłaczał, jeśli zaś chodziło o śpiącą dziewczynę… Dał Alyssy szansę, którą mogła wykorzystać. Dopiero kiedy zawiedzie, mógł wziąć sprawy w swoje ręce, ale do tego czasu…
Nocną ciszę przerwał hałas, kiedy z impetem władował się w coś, co chyba było przysłoniętym ubraniami krzesłem. Mebel upadł z trzaskiem, co zwłaszcza w panującej ciszy przypominało wystrzał z armaty. Skrzywił się i klnąc pod nosem, natychmiast rzucił się, żeby wszystko naprawić, choć zdawał sobie sprawę z tego, że to nie ma sensu. Jak do tego w ogóle mogło dojść? Niezdarny wampir? Świetnie, mógł przewidzieć, że prędzej czy później sam siebie doprowadzi do grobu, niezależnie od tego, jak ironicznie mogłoby to brzmieć.
Coś poruszyło się poza zasięgiem jego wzroku. Natychmiast poderwał się na równe nogi, omal znów nie potrącając chwiejnie postawionego do pionu, obciążonego ubraniami krzesła. Jego wzrok momentalnie powędrował w stronę łóżka i…
Właśnie wtedy Mary otworzyła oczy.
MARY
Mary poderwała się na łóżku, wyrwana ze snu. Głowa jej pękała, poza tym nadal dzwoniło jej w uszach, choć sama nie była pewna dlaczego. Gdzieś na krawędzi świadomości wciąż kołatały się niechciane wspomnienia snu, który miała, jednak z każdą kolejną sekundą trudniej było jej przypomnieć sobie szczegóły.
Ona… jej matka… jak zwykle ta sama sceneria…
Do diaska, prawdziwy koszmar!
Z jękiem ukryła twarz w dłoniach, po czym ze świstem wypuściła powietrze, żeby się uspokoić. Wiedziała, że to skończy się w ten sposób i teoretycznie sama była sobie winna, ale naprawdę miała nadzieję, że tych kilka drinków pomoże. Rzadko nadużywała alkoholu, jednak w ostatnim czasie była w tak podłym nastroju, że chyba jedynie cudem nie zabiła kogoś podczas wieczornej zmiany w barze. Zwykle potrafiła być cierpliwa, nawet dla tych najbardziej uciążliwych klientów, ale tym razem czuła się tak bardzo rozbita...
Miała nadzieję, że jeśli się upije, będzie tak zmęczona i oderwana od rzeczywistości, że spokojnie prześpi całą noc, ale najwyraźniej nawet alkohol nie był dla niej łaskawy.
Westchnęła, po czym na oślep odnalazła porzucony na stoliku nocnym telefon komórkowy. Jasny blask bijący od wyświetlacza jedynie spotęgował ból głowy, ale nie zniechęcił jej na tyle żeby spróbowała cisnąć urządzeniem przez pokój. Zmrużyła oczy i wbiła wzrok w ekranik, w końcu dostrzegając cyfrowy zegar w rogu ekranu, aktualnie wskazujący godzinę trzecią dwadzieścia trzy nad ranem.
Cudownie. Przy jej szczęściu, już pewnie i tak nie miała być w stanie zasnąć.
Westchnęła i rzuciła telefon gdzieś na materac, rozdrażniona i rozczarowana. Nie musiała nawet sprawdzać, żeby zorientować się, że nie ma co liczyć na jakieś nieodebrane połączenia albo wiadomości. Chwilę siedziała w bezruchu, nasłuchując i nie po raz pierwszy mając wrażenie, że za moment usłyszy spokojny oddech skulonej na sąsiednim łóżku Ali. Choć zdawała sobie sprawę, że to niemożliwe, to i tak raz po raz odczuwała nieprzyjemne ukłucie rozczarowania w okolicach serca. Martwiła się przez cały czas, nawet jeśli prawdziwy niepokój okazywała wyłącznie przed samą sobą, kiedy zostawała sama i nikt nie mógł jej zauważyć. W towarzystwie Alexa, który teraz stanowił jej jedyne wsparcie, czy tych cholernych hien z zajęć, które w zaginięciu koleżanki widziały wyłącznie znakomitą okazję na artykuł do studenckiej gazetki (och, Alyssa byłaby załamana – została gwiazdą szkolnego szmatławca; swoją drogą, chyba była jedną z nielicznych osób, którym poświęcono aż całą kolumnę…), wolała udawać zimną i zdecydowaną, tym bardziej, że miała już wprawę w ukrywaniu emocji. Łatwo było przekuć strach i niepokój w zdecydowanie, irytację i ironię. Kto jak kto, ale ona doszła pod tym względem do prawdziwej perfekcji.
Cóż, mogła oszukać wiele osób, ale nigdy nie udało jej się zwieść Alyssy. Znały się od dziecka, a Ali była dla niej jak siostra, której Mary nigdy nie miała. Pamiętała te wszystkie incydenty, kiedy sporadycznie zrywała się w środku nocy, choć od chwili rozpoczęcia studiów zdarzało jej się to coraz rzadziej… W domu nie musiała się kontrolować, ale odkąd zamieszkały z Alyssą razem, zwłaszcza na początku starała się udawać, że wszystko jest w porządku – aż do pierwszego razu, kiedy zastała wyrwaną ze snu Ali na skraju swojego łóżka. Chyba nigdy nie czuła się wtedy tak bardzo oszołomiona i zawstydzona jednocześnie, w pierwszym odruchu gotowa nawet naskoczyć na najlepszą przyjaciółkę, jak to robiła wielokrotnie w przypadku tych, którzy mogli okazać się jej potencjalnymi wrogami.
Cokolwiek Alyssa musiała wtedy o niej myśleć, nie dała niczego po sobie poznać i po prostu ją przytuliła. Ten prosty gest tak oszołomił Mary, że nie była w stanie nawet zaprotestować, już nie tyle zażenowana, co… uspokojona? Nie potrafiła tego opisać, ale to było najmniej istotne. Przez moment poczuła się dobrze, jakby naprawdę wszystko było w porządku. Co prawda już do rana żadna z nich nie zasnęła, ale ta chwila porozumienia była dla nich równie istotna, co i rozwijająca się przez te wszystkie lata przyjaźń. Alyssa znała ją jak nikt inny, poza tym naprawdę wydawała się rozumieć, aż nazbyt świadoma tego, co działo się z Mary za każdym razem, kiedy myślała o matce albo gdy na wyświetlaczu telefonu dostrzegała jakiś obcy numer.
Ciągły niepokój, ciągłe napięcie…
Miała wrażenie, że kiedyś ją to zgubi, jeśli natychmiast nie znajdzie sposobu na to, żeby się uwolnić. Męczyły się w tym obie – ona i jej matka – ale mimo upływu czasu, nie była w stanie znaleźć w sobie dość siły, żeby w końcu postąpić w sposób, który wydałby jej się odpowiedni. Już nie potrafiła zliczyć, jak wiele razy rozmawiała o tym z Alyssą, raz po raz słysząc od przyjaciółki te same rady – że powinna coś zrobić, zdecydować się, póki jeszcze nie było za późno… „Pojedź tam, Mary. Zobaczysz, że poczujesz ulgę” – słyszała i za każdym razem tchórzyła, składając sobie puste obietnice, których i tak nie miała spełnić.
Pewnie prędzej czy później faktycznie miała tego pożałować, ale teraz… Miała wrażenie, że bezczynność powoli ją wyniszcza, ale jeszcze trudniej było podjąć decyzję i ruszyć z miejsca. Trwała w impasie, co nigdy nie było dobre, ale brakło jej odwagi i siły, żeby zmusić się do zrobienia czegoś więcej, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że czas nie jest jej sprzymierzeńcem. Ale naprawdę miała tego dość, zwłaszcza po tym, jak całe dzieciństwo spędziła w jednym miejscu, kursując pomiędzy pustym domem, a szpitalem – tam i z powrotem, tam i z powrotem…
Gdyby nie Ali, pewnie już dawno oszalałaby, uwięziona w tej doprowadzającej ją do szaleństwa pętli. Gdyby nie jej najlepsza przyjaciółka…
A teraz Alyssy również nie było, a ona czuła się tak, jakby w jednej chwili znalazła się na samym skraju głębokiej przepaści, gotowa w każdej chwili runąć gdzieś w dół – i mimowolnie każdego dnia przesuwając się coraz bliżej krawędzi. Została sama i to było gorsze niż nawet najbardziej realistyczny koszmar, tym bardziej, że miała złe przeczucia już od jakiegoś czasu…
W którymś momencie miała stracić równowagę i spaść, a wtedy już nikt ani nic nie byłoby w stanie jej uratować.
Zadrżała mimowolnie, po czym w pośpiechu odrzuciła kołdrę na bok i zsunęła się z łóżka – a potem jak długa runęła na ziemię, zahaczając nogami o coś, co znajdowało się na podłodze. Pisnęła w aż nadto dziewczęcy sposób, w duchu dziękując losowi za to, że nikt nie mógł jej teraz zobaczyć; gdyby ktoś trzeci usłyszał, że stać ją na takie żałosne, dziewczęce wrzaski, musiałaby kogoś zabić – a konkretnie siebie albo tego nieszczęśnika.
Szlag, była aż tak pijana, żeby porozrzucać ubrania gdzie popadnie? Potrząsnęła z niedowierzaniem głową, jednocześnie z wysiłkiem próbując podnieść się na równe nogi. Nie przypominała sobie, co takiego robiła, kiedy już dowlekła się do akademika i zdołała ściągnąć ubrania, żeby przygotować się do snu, ale z drugiej strony… Cóż, Alyssa zawsze twierdziła, że miała słabą głowę. Gdyby tutaj była, pewnie pękałaby ze śmiechu, co pewnie w pierwszej chwili doprowadziłoby Mary do szału, ale zaraz po tym wprawiłoby ją w równie dobry humor. Co prawda gdyby wszystko było takie, jak być powinno, na pewno nie doprowadziłaby się do takiego stanu, aczkolwiek rozważanie czegoś, czego już i tak nie dało się zmienić, nie miało żadnego sensu. Alyssy nie było, a ona odchodziła od zmysłów; ta jedna rzecz była oczywista i nieznośnie prawdziwa, również teraz, kiedy chwiała się na nogach, częściowo wciąż pod wpływem alkoholu i resztek snu.
Poczuła podmuch chłodnego powietrza i mimowolnie zadrżała. Okno do pokoju było uchylone, wprawiając w ruch zasłony i sprawiając, że Mary przez ułamek sekundy poczuła się tak, jakby nie była sama. Energicznie potarła ramiona, po czym dla pewności rozejrzała się dookoła, chcąc pozbyć się irracjonalnego wrażenia tego, że ktoś ją obserwuje. Nie miała pojęcia dlaczego, ale przez ułamek sekundy wydłużone cienie i nieregularne kształty, które dostrzegała w ciemnościach, wydały jej się nienaturalne i jakby żywe. Za dużo horrorów, pomyślała i wymownie wywróciła oczami, tym bardziej, że nagle zaczęła się zastanawiać nad tym, jak łatwo byłoby ukryć się gdzieś w mroku, może nawet gdzieś na wyciągnięcie ręki. Spokojnie mogłaby mieć potencjalnego kata gdzieś przed sobą, a pewnie nawet by się nie zorientowała.
Ciaśniej zaplotła ramiona na piersi, w nadziei, że w ten sposób łatwiej przyjdzie jej zachowanie ciepła, po czym podeszła do okna, wcześniej odgarniając nogą ubrania, które walały się po podłodze. Niepotrzebnie zostawiła otwarte okno, ale przynajmniej wiedziała już, co takiego ją obudziło. Co prawda na zewnątrz wcale nie było aż tak wietrznie i chłodno, ale klimat deszczowego, mglistego Seattle potrafił być uciążliwy nawet na koniec maja, kiedy wakacje były tuż na wyciągnięcie ręki. Najwyraźniej podmuch powietrza wywrócił krzesło i narobił hałasu, choć sama nie była pewna, jakim cudem mogło do tego dojść.
Och, nigdy nie była dobra z fizyki, poza tym łatwiej było żyć w przekonaniu, że na świecie możliwe jest wszystko – i że wcale nie trzeba było przejmować się tym, jak dochodziło do pewnych rzeczy. W końcu każdy pytał „co?” a nie „w jaki sposób?”, a przynajmniej ona ceniła sobie takie podejście. Kto normalny uprzykrzałby sobie życie, rozważając bzdury, zwłaszcza w środku nocy, wciąż jeszcze odurzony alkoholem i pod wpływem tych wszystkich sprzecznych ze sobą emocji i myśli, które dręczyły ją nieustannie już od dłuższego czasu?
Chciała zamknąć okno, ale w ostatniej chwili się zawahała. Z cichym westchnieniem wsparła obie dłonie na parapecie, po czym wychyliła się na zewnątrz, pozwalając żeby chłodny podmuch wieczornego powietrza musnął jej policzki, bawiąc się włosami i – prócz naturalnego chłodu – przynosząc jakże upragnioną ulgę w bólu głowy. Gdzieś z oddali dochodziły ją typowe dla pogrążonego w nocnej ciszy miasta odgłosy ulicznego ruchu, częściowo przytłumione przez rosnące na kampusie drzewa oraz odległość, która dzieliła akademik od ruchliwych ulic.
Zamknęła oczy, przez kilka następnych sekund trwając w bezruchu, póki w końcu nie udało jej się w pełni rozluźnić mięśni. Choć przez moment poczuła się naprawdę dobrze, prawie zapominając o tym, co ją dręczyło i dla odmiany skupiając się na czymś tak błahym, jak tłukące się w jej piersi serce, czy sposób w jaki wzburzone wiatrem włosy muskały jej odsłonięte ramiona i policzki. To było przyjemne, co stanowiło miłą alternatywę po dość brutalnym przebudzeniu, którego skutki miała pewnie odczuwać przez cały następny dzień. Co prawda nieprzespane noce nie były niczym nowym, zwłaszcza na studiach, ale naprawdę liczyła na to, że przynajmniej ten jeden raz uda jej się…
Nagle sfrustrowana, wycofała się do pokoju i z całej siły zatrzasnęła okno, aż szyba zagrzechotała, chyba jedynie cudem nie rozpadając się na kawałki. Zauważyła, że przypadkiem przytrzasnęła jedną ze wzburzonych podmuchami wiatru firanek, ale nawet nie zwróciła na to uwagi; równie dobrze mogła poprawić to jutro albo wcale. W zasadzie jakie to miało teraz znaczenie?
Stanęła na środku pokoju, bezwiednie zaciskając dłonie w pięści.
Choć akademik pełen był ludzi, nie po raz pierwszy poczuła się naprawdę samotna.
No i wracam z kolejnym rozdziałem, który spokojnie zalegał sobie na moim dysku. Uwielbiam zarówno Mary, jak i Carlosa, a tutaj dowiadujemy się o nich troszkę więcej – bez przesady, ale jednak. Mam nadzieję, że wyjdzie to tej historii na plus, tym bardziej, że to ważne postacie dla całej trylogii. Wkrótce wrócę do Alyssy, a potem już mogę obiecać trochę akcji, właściwe wyjaśnienia (nie, nie każę czekać na nie stu rozdziałów =P) i… oczywiście Nicholas, który pojawia się dość późno, biorąc pod uwagę rolę, którą ma odegrać. Ale wybaczycie mi to, prawda?
Pięknie dziękuję za wszystkie komentarze i obecność. Motywujecie mnie i to bardzo, za co jestem niezmiennie wdzięczna.
Tak więc do następnego, a ja idę dalej tworzyć. Wena mnie nie opuszcza, więc warto korzystać, prawda? Ewentualnie to głosy Liv i Michella, ale każda motywacja jest dobra.
Do napisania!

3 komentarze:

  1. Cieszę się, że są te dwa rozdziały. Jak dla mnie dobrze było zobaczyć nieco wrażliwszą stronę Carlosa i to miłe zobaczyć, że nie jest taki całkiem wyluzowany i perfekcyjny, za jakiego chciałby uchodzić. Jego wyrzutu sumienia w jakiś sposób mnie ujęły i zaczynam go lubić. Poza tym to, że wciąż wspomina swoją Mistery i od jej śmierci z nikim się nie związał świadczy tylko o jego wrażliwości. Ciekawie będzie oglądać jego relacje z Alyssą i resztą rodziny i może... z czasem zacznie się przed nimi otwierać.
    Z kolei co do Mary jestem równocześnie zaskoczona i bardzo zadowolona, bo nie sądziłam, że jeszcze się pojawi, a tym bardziej, że rozegra jakąś większą rolę, a tu proszę! Taka przyjaciółka to skarb! Mam nadzieję, że Mary nie będzie się zamartwiać w nieskończoność i jakoś to wszystko się ułoży, bo widać, że potrzebuje Alyssy i na odwrót. Szkoda mi jej :(

    Do następnego :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejka!
    Przybywam w chorobie do Ciebie. Siostra dodatkowo zostawiła laptopa - na pewno przez przypadek - to korzystam dodatkowo.

    No cóż, prawdziwi przyjaciele naprawdę instnieją, co nam udowadniasz. Mary martwi sie o Alyssę więc nic dziwnego, że zawiadomiła policję. Szczególnie, że zna swoją współlokatorkę i wiedziała dokąd ta się wybrała. Nie wiem czy Ali wcześniej tak znikała - bez słowa - więc jeśli nie, tym bardziej rozumiem to, że Mary tak a nie inaczej zareagowała. Musiało być nieźle, skoro policja działała pomimo tego, że nie upłynął ustawowy czas, a nawet na słowa Ona się tak wcześniej nie zachowywała! nie reagowali, tylko kazali czekać i zgłosić się dopiero po upłynięciu wyznaczonych godzin. Chyba, że Mary ma jakieś znajomości. Duże znajomości. Jeśli masz prawdziwego przyjaciela, to on zrobi wszystko jeśli Tobie coś się dzieje. Mary od razu przeszła do działania, gdy Ali się nie zjawiła i nie daje znaku życia. W końcu Ali była dla niej nie tyle co przyjaciółka, ale także jak siostra.
    Nie tylko kobiety się zmieniły, Carlos! Nie tylko. A co z dżentelmenami, hę? Kiedyś starali się o kobiety do ostatniej chwili, a teraz traktują je jak zabawki. Ale ma racje. Czasy się zmieniają. I ja nie chcę wiedzieć dokąd świat zmierza. Pożyjmy rzeczywistością, nie martwiąc się o przyszłość.
    Carlosowi się upiekło, nie ma co. Przyszedł w środku nocy, narozwalał i jeszcze hałasu narobił, a i tak Mary nic nie podejrzewała, bo mało pamiętała. Chociaż podoba mi się jej podejście, że w świecie możliwe jest wszystko. Przynajmniej mniej rozczarowania później, bo skoro wszystko to te złe rzeczy także. Sama nie wiem co mam myśleć o przyjaciółce Alyssy (prawie napisałam Mary). Niby jej perspektywa, ale dość krótko. Jestem jednak pewna, że z biegiem czasu pozwolisz nam ją poznać lepiej i jestem ciekawa jaki będzie miała w tym wszystkim swój udział.
    No i co jeszcze mogę dodać? Same opisy u Ciebie to żadna nowość i już do tego przywykłam :) W rozdziale wiele się nie działo - ale to również nic nowego, bo u Ciebie akcja toczy sie powoli, więc czytelnik musi być cierpliwy. Czasami nawet bardzo :p No ale dobra. Kończę na teraz, może jeszcze dzisiaj wpadnę, ale nic nie obiecuję - wiesz jak to jest ze mną :)

    Ściskam,
    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry^^
    Och, kolejny cudowny rozdział pełny Carlosa! *.* Będziesz musiała zdecydowanie więcej dawać takich rozdziałów, bo cholera, są genialne. I poznajemy przy tym lepiej jego postać, która mimo małych wyjaśnień wciąż pozostaje tajemnicza. Czytając o Misty, robi mi się naprawdę przykro. Jego ból, który wywołują myśli o żonie są wręcz wyczuwalne, a przynajmniej dla mnie. Czytając wręcz wczuwam się w niego i czuje jakbym to ja straciła miłość życia, co oczywiście nigdy się nie stało. Chyba, że liczymy zwierzęta, bo to tak naprawdę najbardziej szczera miłość jaka można otrzymać od życia. Musieli być słodka para, takie odnoszę wrażenie po opisie, który zaserwowałaś nam wyżej. Oczywiście to pewnie zasługa tej jakże uroczej panienki, która była Misty, a taka się wydaje. Chciałabym poznać jeszcze więcej szczegółów z ich wspólnej przeszłości i mam nadzieję, że niedługo nam tsog jeszcze trochę więcej dasz.^^
    Och, już się denerwowałam, kiedy w perspektywie Carlosa urwałaś, a tu po sekundzie ulga, bo druga część rozdziału należy do Mary. Dziewczynę polubiłam; chociaż nie wydaje mi się, abym w prawdziwym życiu się z nią dogadała. Widać, że jest prawdziwa przyjaciółka, a takich na świecie jest już mało. I niewiele ludzi ma to szczęście, że posiada przyjaciół od serca, którzy są w stanie dla nich być w środku nocy, jeśli są potrzebni.^^
    Czekam również na pojawienie się Alexandra, nie, tu nie chodzi wcale o to, że liczę na gify z moim mężem, (xD), ale również o samą postać. :3
    Ściskam mocno, lecę z rozdziałami dalej, weny, weny weny! :D

    Gabi

    OdpowiedzUsuń