23.12.2016

Rozdział XXI

ALYSSA
Odskoczyła, kiedy Jason się na nią zamachnął. To było niczym impuls, któremu natychmiast się poddała, właściwie nie zastanawiając się nad tym, co i dlaczego robi. W tamtej chwili w głowie miała przede wszystkim może i na pierwszy rzut idiotyczną, ale na pewno motywującą myśl, że skoro mężczyzna się na nią rzucił, najpewniej próbował ją skrzywdzić. Jakaś cząstka Alyssy zdawała sobie sprawę z tego, że to zwykły trening, a ona nie ma powodów do niepokoju, ale inna – bardziej drapieżna i niebezpieczna, natychmiast dała dziewczynie do zrozumienia, że za wszelką cenę powinna się bronić.
Przecież wiesz jak, prawda?, odezwał się cichy głosik w jej głowie. Napięła mięśnie, po czym zupełnie machinalnie przybrała pozycję obronną. Nie wiedziała, skąd brała się ta wiedza – to, że lekkie ugięcie nóg w kolanach i wysunięcie jednej nogi naprzód, mogłyby być właściwe w obecnej sytuacji – ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Jej ciało działało, podczas gdy ona się dostosowywała. Już to robiłaś.
Ale to nieprawda…, chciała machinalnie zaoponować, jednak z jakiegoś powodu nie potrafiła się na to zdobyć.
Jason spojrzał na nią z zaciekawieniem, unosząc brwi i sprawiając wrażenie zaskoczonego. Sądził, że już na wstępie powali ją na ziemię? Być może, ale nawet jeśli tak było, nie odniosła wrażenia, by był rozczarowany tym, że się nie udało. Zaskoczyła go i to w jak najbardziej pozytywny sposób, a przynajmniej wszystko wydawało się na to wskazywać. Zaczęła sobie powtarzać, że to dobrze i że tak naprawdę nie miała powodów do niepokoju, ale to okazało się trudne, skoro instynkt wydawał się wiedzieć swoje. Walczyła, więc była zagrożona, a w takim razie powinna zrobić wszystko, byleby spróbować się obronić.
Wampir ponowił próbę, tym razem o wiele bardziej skutecznie, bo niewiele brakowało, żeby jednak zdołał ją pochwycić. Odskoczyła dosłownie w ostatniej chwili, dostosowując się do jego ruchów, zupełnie jakby wcześniej się na to umówili. To było niczym jakiś dziki taniec, choć takie porównanie brzmiało dość nieprawdopodobnie. Z drugiej strony, określenie tego w ten sposób wydało się Alyssy właściwe, a przynajmniej do tego próbowała samą siebie przekonać. Walka płynna, zsynchronizowana, niczym układ taneczny – coś dzikiego i śmiertelnego zarazem, choć przecież żadne z nich nie miało w planach zabić drugiego… Chyba, bo jakaś jej cząstka raz po raz próbowała zwrócić uwagę Ali, by uświadomić dziewczynie, że mogłaby być w niebezpieczeństwie.
Taniec…
Kiedyś chyba lubiła to robić – z tym, że to było tak dawno, że ledwo o tym pamiętała.
Wciąż o tym myślała, zaskoczona stwierdzeniami, które akurat w takiej chwili przychodziły jej do głowy. Jakie to właściwie miało znaczenie, czy naprawdę czerpała przyjemność z takich ruchów? Co więcej, jak mogłaby mieć wątpliwości co do tego, czy lubi tańczyć, skoro robiła to tak rzadko? Kilka razy bywała na różnego rodzaju dyskotekach, ale nigdy nie czerpała z tego szczególnej przyjemności, pojawiając się w takich miejscach najczęściej za sprawą Mary. Tak czy inaczej, bezsensowne skakanie do muzyki diametralnie różniło się od tego, co robiła teraz, raz po raz odskakując, błyskawicznie przemieszczając i niemalże przewidując każdy kolejny ruch Jasona. Trzymała go na dystans, działając niczym automat i mimowolnie raz po raz spoglądając na ściskany przez mężczyznę kołek. To właśnie tego przedmiotu obawiała się najbardziej, w głowie wciąż mając to, co jej powiedział – a więc że naprawdę wystarczyło wbić ten kawałek drewna w serce, żeby unieruchomić przeciwnika.
– O rany… – wyrwało się Jasonowi, kiedy po raz kolejny wylądowali po dwóch przeciwległych stronach trawnika., gdy zdołała uniknąć kolejnego precyzyjnego ciosu. – Nie sądziłem, że… Hm, całkiem wdzięcznie – ocenił, ale coś w spojrzeniu, którym ją obdarzył, wydało się Alyssy zastanawiające.
– Dziękuję? – wyrzuciła z siebie tak cicho, że ledwo była w stanie zrozumieć samą siebie.
Za co?, odezwał się ponownie cichy głosik w jej głowie. Tym razem okazał się o wiele wyraźniejszy, choć zarazem była w stanie określić go wyłącznie mianem szeptu. To było tak, jakby ktoś obcy stał tuż przy niej, obejmując czule i niczym kochanek szepcąc coś wprost do ucha zaskoczonej, dziwnie oszołomionej Alyssy. Za to, że chce cię zabić? Po prostu to skończ!, nakazał, a dziewczyna jeszcze bardziej zaczęła się wahać.
Co tak naprawdę powinna o tym wszystkim myśleć? Jak miałaby interpretować zasłyszane słowa, tym bardziej, że na pierwszy rzut oka wydawały się nie mieć żadnego sensu? Słuchała, w żaden sposób nie potrafiąc zrozumieć, czego właśnie doświadczała, nie po raz pierwszy zresztą. Czuła, że coś było nie tak, podobnie jak i podczas porannego spaceru, kiedy po raz pierwszy uświadomiła sobie, że jest obserwowana. Teraz miała do czynienia z czymś subtelniejszym, ale niemniej niepokojącym, być może dlatego, że miała towarzystwo. Jason stał naprzeciwko niej – znajomy, dotychczas wzbudzający poczucie bezpieczeństwa, a jednak…
On nie ma prawa podnosić na ciebie ręki…
Mimowolnie zadrżała nie tyle w odpowiedzi na te słowa, co na świadomość tego, że po raz kolejny wypełniały ją słowa i emocje, które wydawały się należeć do kogoś innego. Odbierała je, słyszała, a jednak całą sobą czuła, że nie miały żadnego związku z tym, czego sama mogłaby chcieć. To wydawało się pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale inaczej nie potrafiła tego określić, być może zbytnio oszołomiona, by zdobyć się na zdrowy rozsądek. Wszystko po raz kolejny wymykało jej się spod kontroli, a ona nie była w stanie zrobić niczego, by próbować z tym uczuciem walczyć i to nawet pomimo tego, że tak bardzo chciała.
– Alyssa? – rzucił naglącym tonem Jason, tym samym sprowadzając dziewczynę na ziemię. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym w roztargnieniu przeniosła na swojego rozmówcę wzrok. – Wszystko w porządku? – drążył, a ona uświadomiła sobie, że już od dłuższego czasu tkwiła w miejscu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń.
– T-tak… Nic mi nie jest – zreflektowała się, choć wcale nie była własnych słów taka pewna.
Wypuściła powietrze ze świstem, bezskutecznie próbując się rozluźnić. Spróbowała się uśmiechnąć, ale to przyszło jej z trudem, poza tym była gotowa przysiąc, że na jej ustach pojawiło się coś, na co właściwym określeniem wydawał się grymas. W głowie miała pustkę, pomimo usilnych starań nie będąc w stanie określić ani tego, co czuła, ani tym bardziej co chciała zrobić.
– Jesteś pewna? – Jason wyprostował się, zwieszając ramiona. Końcówka zaostrzonego kołka, który trzymał w dłoni, ostatecznie skierowała się ku ziemi. – Nie chcę być złośliwy, ale trochę dziwnie wyglądasz… Przerwa? – zaproponował, więc energicznie potrząsnęła głową.
– Radzę sobie – oznajmiła z naciskiem.
Skinął głową, choć po wyrazie jego twarzy odniosła wrażenie, że i tak nie uwierzył. Najchętniej jednak by się wycofała, ale nie potrafiła się do tego zmusić, zbytnio zdeterminowana, żeby walczyć dalej. Nie potrafiła jednoznacznie określić własnych emocji, te zresztą wydawały się najmniej istotne. Wiedziała jedynie, że czuła się dziwnie, ogarnięta pragnieniami i myślami, o które zdecydowanie by się nie podejrzewała.
– Dobrze… Skoro tak uważasz.
Jason najwyraźniej nie potrzebował niczego więcej, żeby na powrót spróbować na nią skoczyć. Powrócenie do wcześniejszego rytmu zajęło im zaledwie kilka sekund, co Alyssa przyjęła z ulgą, wciąż obawiając się, że w którymś momencie popełni błąd. Starała się o tym nie myśleć, skupiona na kolejnych ruchach, ale trwanie w takim stanie rzeczy powoli zaczynało ją drażnić. Chciała czegoś więcej, aż nazbyt świadoma, że w którymś momencie będą musieli to zakończyć, ale zarazem nie potrafiła się na to zdobyć. Gdyby jednak przegrała…
Właściwie jakie to miało znaczenie? Przecież powinna się cieszyć, że w ogóle przez cały ten czas zdołała ustać na nogach. Samej siebie nie rozumiała, oszołomiona zarówno niespójnością tych dziwnych, dręczących ją myśli, jak i wprawy, którą tak nagle zaczęła przejawiać. Czuła, że to nie jest naturalne – fakt, że zachowywała się jak ktoś, kto w przeszłości prowadził niejedną walkę, w efekcie nie mając żadnych wątpliwości co do tego, co i jak powinien zrobić. Po samym wyrazie twarzy Jasona poznała, że wprawiła go w konsternację, a to również o czymś świadczyło. Wszystko było nie takie, jak powinno, a ona już nie rozumiała siebie. A jakby tego było mało, zaczynała pragnąć czegoś, czego nie powinna, tym samym nie po raz pierwszy dosłownie przerażając samą siebie.
Nigdy wcześniej nie doświadczyła tak silnego pragnienia, żeby postawić na swoim. Przecież wiedziała, w jaki sposób powinna doprowadzić sprawy do końca – jak wygrać, jak zwykle zresztą, prawda? Była dobra w tym, co robiła. Nie raz słyszała pochwały, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że porażka nie wchodziła w grę. Dać pokonać się komukolwiek, byłoby niczym największa obraza, ona z kolei zasłużyła na wszystko, co najlepsze. Ona, czyli…
Tak, Ariano, odezwał się ponownie cichy głosik w jej głowie – aksamitny szept, który wabił i kusił w sposób, któremu nie potrafiła się opierać. Znowu słyszała to imię, ale i ono powoli przestawało szokować, Ali z kolei doszła do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno. Po prostu to zrób… Tak, jak się uczyłaś. Najlepiej jak potrafisz.
To wystarczyło.
Zareagowała instynktownie, bez chwili wahania wyrywając się do przodu. Tym razem nie próbowała unikać ciosu, który wymierzył jej Jason, w zamian dosłownie się na niego rzucając. Przez nadmiar emocji i krążącą w żyłach adrenalinę nawet nie poczuła bólu, w zamian będąc w stanie bez większego wysiłku powalić swojego przeciwnika na ziemię. Poczuła dziwną, narastającą z każdą kolejną sekundą satysfakcję, kiedy wampir wylądował tuż pod nią, pozwalając, żeby nad nim górowała. Bez chwili wahania, zupełnie jakby zaplanowała to wcześniej, chwyciła go za rękę, by w następnej sekundzie wyrwać Jasonowi ściskany dotychczas kołek. Pewnie zacisnęła na nim obie dłonie, czując się przy tym o wiele bezpieczniej, aniżeli kiedykolwiek wcześniej. Teraz miała broń, podczas gdy jej przeciwnik mógł zdać się wyłącznie na swoją siłę i doświadczenie, które niekoniecznie musiało dorównywać temu, które miała ona.
– Jak ty…? – doszedł ją nieco chrapliwy, zmieniony przez nadmiar emocji głos Jasona. Kiedy przeniosła na niego wzrok, przekonała się, że wpatrywał się w nią z mieszanką irytacji i niedowierzania, zdecydowanie nie spodziewając się takiego wyniku pojedynku. Głupiec myślał, że ma przed sobą niewinną dziewczynkę, którą będzie w stanie unieruchomić w kilka zaledwie sekund, jeśli nie krócej. – Świetnie, wygrałaś. Nie wiem, w jaki sposób, ale… Hej, wystarczy! A teraz bądź taka dobra i pomóż mi wstać – rzucił, nieco nerwowym śmiechem kwitując całą sytuację.
Alyssa nawet nie drgnęła, uparcie dociskając go do ziemi i beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w twarz leżącego pod nią mężczyzny. W głowie miała pustkę, ale nie czuła się z tym źle, świadoma przede wszystkim układających się w logiczny ciąg myśli, które krążyły jej po głowie. Palce wciąż zaciskała wokół kołka, dobrze wiedząc w którym miejscu powinna chwycić, żeby nie ryzykować łatwego wyrwania broni, a przy tym nie zmniejszać skuteczności. Może i nie mogła tym zabić, skoro nie był posrebrzany, ale wciąż dysponowała aż nadto praktyczną bronią. Gdyby było inaczej, drewniany bełt nie odgrywałby aż tak ważnej roli zarówno w historii nieśmiertelnych, jak i tym, co na temat istot mroku wiedzieli ludzie.
Choć Jason się uśmiechał, jasno dając do zrozumienia, że walka dobiegła końca, z jej perspektywy to wciąż był dopiero początek. Zwykle doprowadzała sprawy do końca, więc również tym razem miało tak być.
– Alyssa? – usłyszała, ale tym razem dźwięk własnego imienia nie zrobił na dziewczynie wrażenia. W zasadzie to jedno słowo wydawało się brzmieć nienaturalnie, zupełnie jakby tak naprawdę jej nie dotyczyło.
Nie odpowiedziała, w zamian zdecydowanym ruchem unosząc kołek. Właśnie tak. Dokładnie jak się uczyłaś, księżniczko, odezwał się ponownie ten sam głos, ale tym razem nie wzbudził w dziewczynie niepokoju czy niechęci. Wręcz przeciwnie – przywitała go niemalże z rozkoszą, mając wrażenie, że póki szeptał, wszystko było w porządku. Rady, których jej dostarczał, były właściwe, a ona nade wszystko chciała się im podporządkować.
Nie zastanawiając się długo, poruszając się przy tym trochę jak w transie, odchyliła się, przygotowując do natychmiastowego ataku. Miała wrażenie, że ktoś znowu wypowiedział jej imię, ale właściwie nie zwróciła na to uwagi, skupiona przede wszystkim na tym, co zamierzała zrobić. To było bardzo proste, zwłaszcza teraz, poza tym…
Cios nadszedł nagle, tak szybko, że początkowo nawet go nie zarejestrowała. Aż zachłystnęła się powietrzem, czując, że coś wbiło się pomiędzy jej łopatki. Oszołomiona, wyprostowała się niczym struna, choć to okazało się zaskakująco trudnym zadaniem, skoro miała wrażenie, że należące do niej ciało w ułamku sekundy zaczęło ważyć tonę. Oddychała szybko i płytko, niezdolna określić, co tak naprawdę się wydarzyło, przynajmniej do momentu, w którym z trudem nie odwróciła głowy, by spojrzeć wprost na stojącą tuż za nią postać.
Nadia była blada jak papier i wyraźnie podenerwowana. Palce wciąż zaciskała wokół własnego kołka, częściowo już wbitego w ciało Alyssy. Z twarzy wampirzycy nie dało się wyczytać niczego i jedynie jej oczy – nienaturalnie rozszerzone i nieruchome – zdradzały odczuwane przez kobietę przerażenie.
– Nie próbuj tego więcej – wyszeptała cicho Nadia.
Zaraz po tym bardziej stanowczo naparła na kołek, sprawiając, że Alyssa poczuła się, jakby coś rozrywało ją od środka. Chciała jęknąć, ale nie miała czasu nawet na to, zbytnio oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję.
Już w następnej sekundzie wszystko zniknęło, a ją otoczyła jakże łaskawa ciemność.
NADIA
Pozwoliła, żeby ciało dziewczyny ciężko opadło na ziemię, w ostatniej chwili puszczając wciąż wystający z jej pleców kołek. Obserwowała w milczeniu, spokojnie stojąc tuż obok Alyssy i próbując zapanować nad narastającą z każdą kolejną sekundą złością. Już od dłuższego czasu niczego nie rozumiała, ale dotychczas była w stanie to znosić, dość wprawnie udając, że skoro nikt nie chciał niczego wytłumaczyć, nie zamierzała naciskać i tak naprawdę było jej wszystko jedno. Wierutne kłamstwo, oczywiście, ale Nadia od zawsze była zbyt dumna, by pozwolić sobie na okazywanie w takich sytuacjach słabości.
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, po czym przeniosła wzrok na Jasona, kiedy ten nagle się poruszył. Aż się w niej zagotowało, kiedy wampir błyskawicznie poderwał się, żeby móc porwać na ręce wciąż nieprzytomną dziewczynę. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale zrezygnowała, widząc jak mężczyzna zdecydowanym ruchem wyszarpuje dopiero co wbity przez Nadię kołek. Alyssa jęknęła, ale nie otworzyła oczu, wciąż nieprzytomna i dosłownie przelewająca się w objęciach trzymającego ją nieśmiertelnego.
– To nie było konieczne – oznajmił Jason, a Nadia prychnęła, wręcz niedowierzając jego słowom.
– Ponieważ miałeś wszystko pod kontrolą? – zadrwiła, nie kryjąc goryczy.
Mężczyzna zacisnął usta.
– Tak – wycedził przez zaciśnięte zęby. Wciąż tuląc do siebie Alyssę, poderwał się na równe nogi, najwyraźniej zamierzając zabrać dziewczynę do domu… Tak po prostu. – Mogłaś ją skrzywdzić, do cholery – dodał gniewnym tonem i w tamtej chwili Nadia zapragnęła roześmiać się w nieco histeryczny sposób.
– Ach, tak… I dlatego to ty omal nie oberwałeś? – Spojrzała na Jasona z niedowierzaniem. – Chcesz mi powiedzieć, że nie zasłużyłam nawet na głupie podziękowania? Wiesz co, Jason? Jesteś beznadziejny! – oznajmiła lodowatym tonem, odwracając się na pięcie.
Gdzieś za plecami usłyszała westchnienie, a chwilę później wampir wypowiedział jej imię – o wiele łagodniejszym, niemalże pojednawczym tonem – ale nie zwróciła na niego uwagi. W pośpiechu odeszła, wciąż trzęsąc się ze złości i mając coraz silniejszą ochotę, żeby coś rozwalić. Na usta cisnęły jej się dziesiątki przekleństw, które jednak zdusiła w sobie, z doświadczenia wiedząc, że te i tak nie przyniosą ukojenia. Co więcej, najbardziej złościła się za to, że nie potrafiła mieć do siebie pretensji o uratowanie Jasona – i to pomimo tego, że mężczyzna najwyraźniej nie potrafił jej interwencji docenić.
Cholera, co jego zdaniem miała zrobić, kiedy zobaczyła w jaki sposób ze sobą walczyli? Wcześniej słyszała, że chodzi o trening i choć już wtedy aż się w niej zagotowało, nie próbowała interweniować, raz po raz powtarzając sobie, że to nie ma znaczenia. Aż do tej chwili, bowiem ta dziewczyna zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kto potrzebował lekcji. W zasadzie obserwując ją, Nadia poczuła się, jakby miała przed sobą doświadczonego mordercę, a nie młodą, zagubioną i jakże skrzywdzoną przez los wampirzycę, której wszyscy powinni współczuć. Nie miała pojęcia, co z Alyssą było nie tak, ale odkąd ta pojawiła się w ich domu i wyszło na jaw, że ma jakiś związek z Carlosem, Nadia całą sobą czuła, że mogą spodziewać się kłopotów. Co więcej, teraz wyraźnie widziała, że się nie pomyliła, tyle że wciąż nie potrafiła stwierdzić, gdzie tak naprawdę to wszystko zmierzało.
Zatrzymała się wpół kroku, po czym w przypływie frustracji uderzyła pięścią w pień najbliższego drzewa. Aż syknęła, nie tyle z bólu, co irytacji, bowiem cios również nie przyniósł oczekiwanej ulgi. Poczuła słodki zapach krwi, więc w roztargnieniu spojrzała na swoją dłoń, w milczeniu przypatrując się świeżym zatarciom na skórze, choć te prawie natychmiast zaczęły się zasklepiać. Rozprostowała palce, bynajmniej nie zaskoczona tym, że wszystkie były sprawne. Gdyby wciąż pozostawała śmiertelniczką, mogłaby liczyć się z połamaniem przynajmniej kilku kości, ale teraz takie urazy nie stanowiły dla niej najmniejszej nawet przeszkody.
Z nieznacznym opóźnieniem uświadomiła sobie, że nie jest sama. Natychmiast wyprostowała się, po czym błyskawicznie okręciła, stając oko w oko z obserwującym ją spomiędzy drzew Michaelem. Wampir okazał się spokojny, przynajmniej na pierwszy rzut oka i to z jakiegoś powodu jeszcze bardziej zdenerwowało Nadię. Po pierwsze, podświadomie jednak liczyła, że to Jason okaże choćby minimum przyzwoitości, żeby za nią pójść. A po drugie, miała wrażenie, że jej tymczasowy towarzysz nie podążył za nią bez powodu, najpewniej doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
– Widziałeś – nie tyle zapytała, co stwierdziła fakt.
Michael wzruszył ramionami.
– Tak.
Krótka odpowiedź, bez jakiegokolwiek konkretnego tłumaczenia. Nadia zacisnęła usta, ledwo powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś naprawdę przykrego. Spuściła wzrok, a jasne włosy opadły jej na twarz, na chwilę przysłaniając widok. Odgarnęła je nerwowym ruchem, chcąc zająć czymś ręce i jeszcze przez chwilę powstrzymać się od konieczności spoglądania na Michaela.
– I co? – nie wytrzymała, stopniowo zamierzając mieć dość milczenia. Odkąd ta dziewczyna się pojawiła, Nadia czuła się niemalże jak intruz, więc tak też zamierzała się zachowywać – tak, jakby rozmawiała z kimś obcym. – Och, chwila… I tak mi nie powiesz, chociaż z Jasonem pewnie rozumiecie, co się dzieje.
– Hm… Nie do końca – przyznał po chwili zastanowienia Michael. Nerwowym ruchem przeczesał włosy palcami, ostatecznie decydując się podejść bliżej. – Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała. Po prostu… to wszystko jest trudne i coraz bardziej niebezpieczne, tym bardziej, że teraz i ja, i Jason widzimy, że Carlos jednak się nie pomylił.
– W czym? – niemalże warknęła. Miała dość niedopowiedzeń i świadomości, że tak naprawdę nie wiedziała niczego. – Twoim zdaniem jestem za głupia, żeby zrozumieć?
Przez twarz jej rozmówcy przemknął ledwo zauważalny cień.
– Oczywiście, że nie! – zreflektował się pośpiesznie. – Ani ty, ani Eleonora. To jest po prostu…
– Zbyt niebezpieczne? – podsunęła mu. – Więc tym bardziej mam prawo wiedzieć, skoro tu mieszkam. Czy masz mnie za osobę bojaźliwą, Michael? – zapytała wprost i czuła, że tym razem trafiła w sedno.
Dziewczynka z szafy…
Mała, nieświadoma niczego dziewczynka, która przypadkiem widziała zbyt dużo.
Spuściła wzrok, nie będąc w stanie o tym myśleć. Czuła, że Michael najpewniej rozpamiętywał to samo, ale nie odezwała się ani słowem, tym razem zamierzając wykazać się cierpliwością.
– Ach… – Miała wrażenie, że całą wieczność musiał czekać na jakąkolwiek reakcję. Natychmiast poderwała głowę, spoglądając stojącemu mężczyźnie w oczy. – Chodź, przejdziemy się – zapowiedział, a Nadia w zamyśleniu skinęła głową.
Choć nie miała żadnej gwarancji, że zamierzał jej ulec, z jakiegoś powodu w tamtej chwili poczuła ulgę.
Dzień dobry! Rozdział przed świętami, bo czemu by i nie? W tym miejscu chciałam życzyć wszystkim spokojnych, rodzinnych świąt, udanej Wigilii i wszystkiego, co najlepsze. Na coś specjalnie na nowy rok jeszcze przyjdzie czas, tym bardziej, że kolejny wpis pojawi się za tydzień, jeszcze przed Sylwestrem – mam już gotowy z wcześniejszej wersji, tylko do sprawdzenia.
Mieszam, ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie robiła. Wątek Alyssy stopniowo prze do przodu, choć na wyjaśnienia jeszcze chwilę przyjdzie Wam poczekać. Na razie jestem ciekawa ewentualnych teorii po tej nietypowej scenie. Osoby wtajemniczone najpewniej rozumieją, więc cichać! :D
Z mojej strony to wszystko na dzisiaj, więc do napisania! Wciąż pięknie dziękuję za to, że jesteście. Inaczej to, co robię, nie miałoby sensu.

2 komentarze:

  1. Wow! Alyssa dała czadu. Te lekcje z pewnością nie były jej AŻ TAK potrzebne :P Oczywiście, nie ma wątpliwości, że trochę przesadziła ale to za sprawą tego tajemniczego głosu. Skąd on się bierze? Obstawiałabym może Lucyfera albo któregoś z jego podwładnych... No kto inny mógłby ją przekonać do zabicia pierwszego wampira, który jej pomóg?
    Co do Nadii... nie będę jej obwiniać - broniła kogoś, kto jest dla niej ważny. I choć wiem, że Jason za nią nie przepada to nie musiał tak na nią warczeć i mógł ładnie przeprosić. Ale spoko, rozumiem, urażona męska duma i tak dalej xD Nie wiem, czy już to mówiłam ale ogólnie lubię Nadię - głównie dlatego, że jest mi jej trochę szkoda. Nikt nie traktuje jej tam jako pełnego członka rodziny- nie wtajemniczają jej w żadne rodzinne tajemnice i ogólnie jest odsunięta od reszty. I zastanawiam się co ją przy nich trzyma?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki ładny gif na górze. :3
    Nie spodziewałam się tego, że to walka obierze taki obrót. Znaczy tylko na początku, potem, kiedy akcja zaczęła się rozkręcać miałam przeczucie, że Alyssa tak łatwo się nie podda i może się wydarzyć tragedia. No i na swój sposób się wydarzyła. Z tym głosem zaczynam się nieco gubić, jak i z tą całą Arianą. Sama nie wiem co o tym mam myśleć, ale siedzę cicho, będę sobie w myślach myśleć. Zobaczymy co z tego mojego główkowania będzie. ;) Jason najwyraźniej w ogóle nie zauważył w jej zachowaniu czegoś nietypowego. W końcu to młoda wampirzyca, która nigdy wcześniej nie walczyła, a teraz okazuje się, że potrafi nieźle walczyć i gdyby nie interwencja Nadii to może Jason skończyłby nadziany na kołek.
    Co do samej Nadii mam mieszane uczucia. Irytuje mnie ta kobieta, prawdę mówiąc. Nadal trzymają ja z daleka od wszystkich informacji i nie do końca rozumiem czemu, skoro tam mieszka. Jasne to niebezpieczne, ale jak ma się bronić skoro nawet nie wie przed czym i w jaki sposób? Może Michael jej teraz trochę wyjaśni podczas tego spaceru, chociaż... Z tobą nigdy nic nie wiadomo. ;)

    Gabi

    OdpowiedzUsuń