11.03.2017

Rozdział XXXII

ALYSSA
Samochód wciąż pędził gdzieś przed siebie, podczas gdy deszcz zawzięcie atakował przednią szybę, tocząc nierówną walkę z metodycznie poruszającymi się wycieraczkami. Gdzieś jakby z oddali doszedł głośny huk grzmotu, niepoprzedzony chociażby najsłabszym błyskiem pioruna. Padało coraz intensywniej i nic nie wskazywało, by miało przestać w ciągu kilku następnych godzin, to wydawało się dziać jakby w innej rzeczywistości, odległe i tak nierealne, co i ostatnie wydarzenia.
Alyssa z opóźnieniem uświadomiła sobie, że już dłuższą chwilę wstrzymuje oddech. Nerwowo zaciskała dłonie w pięści, nie odrywając wzroku od przedniej szyby auta, zupełnie jakby w ten sposób miała być w stanie uciec przed… Właściwie przed czym? Przed prawdą? To wydawało się pozbawione sensu, skoro nade wszystko jej pragnęła, to jednak nie było takie proste, jak mogłaby tego oczekiwać. Miała wrażenie, że w jednej chwili czas jakimś cudem stanął w miejscu, a świat zatrzymał się, kurcząc do pędzącego drogą czarnego mercedesa – a także melodyjnego szeptu Carlosa, który wydawał się dręczyć ją nawet wtedy, kiedy wampir milczał.
Czuła na sobie jego spojrzenie i to wystarczyło, żeby doprowadzić ją do szaleństwa. Obecność Michaela w pewnym stopniu ją uspokajała, co chyba świadczyło o tym, że jednak była na tyle naiwna, żeby próbować wierzyć w to, że wampir będzie miał choć niewielki wpływ na brata, ale to również nie wystarczyło, żeby zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Czuła, że wisi nad nią coś wielkiego, co kumulowało się już od dłuższego czasu, a ostatecznie osiągnęło punkt kulminacyjny, teraz najpewniej zamierzając zwalić jej się na głowę. Już wcale nie była pewna tego, czego chciała, ale jedno pozostawało aż nadto oczywiste: Carlos absolutnie nie zamierzał pozwolić jej się wycofać.
Jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń w lusterku dostrzegła nikły, niezwykle pociągający uśmiech, który z wolna pojawił się na twarzy nieśmiertelnego. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że próbowała dyskretnie go obserwować, ale nawet jeśli miał coś przeciwko, nie skomentował jej zachowania nawet słowem.
– Nie odpowiesz mi, Ali? Łatwiej jest rozmawiać, kiedy druga strona też ma coś do powiedzenia – zauważył przytomnie, tym nieznośnie uprzejmym tonem, który z równym powodzeniem mogłaby uznać za przejaw sympatii i dobrych manier albo próbę doprowadzenia jej do szaleństwa. Jak znała Carlosa, najpewniej chodziło o to drugie. – Zapytałem, czy wierzysz w anioły – dodał już łagodniej, a Alyssa ledwo powstrzymała dreszcz.
– Jakiego to ma znaczenie? – odpowiedziała tak cicho, że nawet sama siebie ledwo była w stanie zrozumieć.
Carlos nie odpowiedział od razu, wcześniej z wolna nachylając się w jej stronę. Brodę oparł tuż przy nagłówku jej fotela, nagle znajdując się tak blisko, że poczuła jego słodki oddech na twarzy, ale… Och, to na swój sposób było dobre.
– Hm… Nie ułatwiasz mi. – Przesunął językiem po wargach, a ona omal nie wyszła z siebie. Czuła, że serce wali jej jak oszalałe, jednak nie była pewna, co jest tego przyczyną: świadomość zagrożenia, podekscytowanie czy… po prostu Carlos. – W porządku, jakoś sobie poradzę. Nie będę cię pytał o to, co sądzisz o religii, bo to w tym momencie najmniej istotne… Kto by pomyślał, że usłyszysz coś podobnego od syna faceta, który był wręcz cholernie religijny, prawda? – mruknął i parsknął odrobinę wymuszonym śmiechem. – Jedno, co na pewno muszę przyznać naszemu ojcu – wymownie zerknął na Michaela – to bez wątpienia to, że dzięki niemu dobrze poznaliśmy Biblię. Z mniejszą czy lepszą chęcią, ale jednak dobrze. Tak czy inaczej… Podejrzewam, że słyszałaś historię stworzenia świata, tak jak znamienita większość ówczesnej populacji. Prędzej czy później każdy się z tym spotyka, dlatego pozwolę sobie założyć, że taka inteligentna dziewczynka jak ty, zetknęła się z tym tematem, zwłaszcza na wydziale humanistycznym. W końcu wy, dziennikarze, dotrzecie wszędzie…
– Do rzeczy, Carlos – syknęła, powoli zaczynając tracić cierpliwość. Czuła, że coraz bardziej drży, a to zdecydowanie jej nie pomagało w zebraniu myśli, tym bardziej, że słabość była ostatnim, co chciała w jego towarzystwie okazać.
Wywrócił oczami, ale przynajmniej usłuchał, co do pewnego stopnia zdołało wytrącić dziewczynę z równowagi. W zasadzie sama nie była pewna, jak miały układać się ich relacje, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w zasadzie chwilę wcześniej, ale starała się o tym nie myśleć. Prawda była taka, że na swój sposób chyba nawet chciała, żeby Carlos znów zaczął zachowywać się jak irytujący, chłodny dupek za którego miała go od samego początku i którego swobodnie mogła obwiniać w myślach o całe zło ówczesnego świata.
– Cały czas dążę do jednego. Nie chcę po prostu, żebyś później zarzuciła mi to, że jestem za mało delikatny – obruszył się, a Alyssa prychnęła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Mam uwierzyć, że nagle zacząłeś troszczyć się o to, co mogę sobie pomyśleć? – zadrwiła, a do jej głosu wkradła się nutka goryczy, która zaskoczyła ją nawet bardziej niż ucisk, który nagle poczuła w żołądku.
Carlos zmarszczył brwi, spoglądając na nią w dziwny, nieodgadniony sposób. Atmosfera w samochodzie nadal była napięta, a Ali miała wrażenie, że gęstnieje coraz bardziej z każdą kolejną sekundą. W zasadzie nie zdziwiłaby się, gdyby w pewnym momencie faktycznie udało jej się zawiesić siekierę w powietrzu. Prawda była taka, że miała ochotę otworzyć drzwi i bez zastanowienia wyskoczyć na zewnątrz – nawet w ten deszcz i pomimo tego, że samochód wciąż pozostawał w ruchu. To jak nic była oznaka desperacji, a może po prostu powoli zaczynała już tracić zmysły, ale właściwie jakie to miało znaczenie?
– Nie możemy odłożyć tego na później? – Alyssa wzdrygnęła się słysząc napięcie w głosie Michaela. Natychmiast przeniosła na niego wzrok, jedynie po sposobie w jaki kurczowo zaciskał palce na kierownicy auta orientując się, jak trudno było mu zachować spokój. – Wszystkim należą się wyjaśnienia. Powinniśmy usiąść i porozmawiać, ale najpierw…
– Naprawdę chcesz w tej sytuacji udawać, że możliwa jest spokojna rozmowa, braciszku? – zapytał z niedowierzaniem Carlos. Nawet to jego złośliwe „braciszku” zabrzmiało jakoś inaczej, być może dlatego, że w głowie wampira jeden z nielicznych razów pobrzmiewała wręcz wyjątkowa powaga. – Zresztą jak sobie chcecie. Jej się pytaj, a nie mnie – rzucił chmurnie, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście.
– Alyssa? – zwrócił się do niej Michael, jak gdyby nigdy nic ignorując brata. – Czy dobrze…? Wszystko w porządku? – zaryzykował, najwyraźniej w ostatniej chwili dochodząc do wniosku, że w takiej sytuacji dobre samopoczucie byłoby pojęciem dość względnym.
W zamyśleniu potrząsnęła głową, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. „Nie, do cholery! Nic nie jest w porządku!” – miała ochotę wykrzyczeć, ale powstrzymywała się, nie będąc w stanie zmusić się do tego, by wykorzystać furtkę, którą dawał jej wampir i jednak pozostać w błogiej nieświadomości. To zaszło zbyt daleko, a po tym, jak omal nie zginęła w tamtym cholernym zaułku…
O, nie ma mowy. To musiało się skończyć tu i teraz.
– Mów dalej, Carlos – usłyszała swój własny głos.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, samą siebie zaskakując sposobem w jaki wypowiedziała te słowa. Mówiła cicho, niemal szeptem, ale w jej głosie dało się wyczuć nutkę czegoś władczego, co zdecydowanie nie zdarzało jej się na co dzień. Chociaż miała wrażenie, że emocje dosłownie rozsadzają ją od środka, jakimś cudem udało jej się sprawiać wrażenie równie opanowanej i zdecydowanej, co podczas konfrontacji ze Skyler, kiedy tak po prostu rozkazała jej odejść – i podobnie tak jak wtedy, wydało jej się to równie właściwe, jak i… niepokojące.
Chyba do tego wszystkiego naprawdę zaczynała bać się samej siebie, a to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
Carlos zacisnął usta, co naturalnie nie uszło jej uwadze. Odniosła wrażenie, że pobladł, chociaż to jak nic musiało być co najwyżej wytworem wyobraźni. Nie, zdecydowanie nie wyobrażała sobie, że ten wampir mógłby pozwolić wytrącić się z równowagi, chociaż z drugiej strony… Możliwe, że wszystko zmieniało się, kiedy chodziło o nią.
– Jak sobie życzysz, księżniczko – powiedział cicho, starannie dobierając słowa. Chwilę jeszcze przyglądał jej się z uwagą, dopiero po kilku następnych sekundach decydując podjąć temat: – Mówiłem o Biblii, bo od niej wszystko się zaczyna. Mam na myśli… Wiem z doświadczenia, że w każdej historii jest ziarno prawdy. W każdej – powtórzył z naciskiem. – Jeśli spojrzysz na nasze istnienie, sama przekonasz się, że taka jest prawda. Sama zresztą zobacz… Mamy kły, prawda? I ty, i ja. Co więcej, jako jedyna z nas nie spalasz się na słońcu, jeśli zaś chodzi o wszystkie te historie na temat picia krwi… – Urwał, po czym energicznie potrząsnął głową. – Ty również tutaj jesteś, Ali, a to oznacza, że istnieje więcej opowieści, które ludzie przez rozwój cywilizacji i wzgląd na własną wygodę uznali za zabobony… W gruncie rzeczy trudno ich winić, bo w wielu przypadkach dla wszystkich lepiej byłoby, gdybyśmy mieli do czynienia wyłącznie z bajkami.
Uśmiechnął się drapieżnie, czym nie po raz pierwszy przyprawił ją o dreszcze. Gest oczywiście nie objął oczu, ale już zaczęła przywykać do myśli o tym, że Carlos szczerze śmiał się naprawdę rzadko, o ile w ogóle.
Albo pocałunki, odezwał się cichy, złośliwy głosik w jej głowie. Czy ten wampir którąkolwiek dziewczynę całował prawdziwie?
Alyssa zacisnęła usta i z niemal dziką przyjemnością nakazała swojemu sumieniu się zamknąć.
– Stare wierzenia pełne są historii, które zostały pogrzebane. Niektóre z nich znalazły odzwierciedlenie w religii, a więc i Biblii, chociaż – naturalnie – żaden szanujący się Kościół nie dopuściłby do wiadomości tego, co mam ci do powiedzenia. Prawdziwą sztuką jest czytać pomiędzy wierszami, jeśli wiesz, co mam na myśli. – Carlos zaśmiał się cicho, naprawdę melodyjnie. Jego słodki oddech owiał jej policzek. – Domyślasz się, dlaczego pytałem cię o anioły, Ali?
Nie odpowiedziała, nie zamierzając zaszczycić go chociażby spojrzeniem, chociaż to było trudne. Był tak blisko, że pewnie gdyby jednak zdecydowała okręcić się na swoim miejscu, przekonałaby się, że jego usta są tuż przy jej własnych, a do tego zdecydowanie nie zamierzała dopuścić – i to nie tylko dlatego, że towarzyszył im Michael, a Carlos był cholernym manipulatorem.
Usłyszała przeciągłe westchnienie, ale przynajmniej darował sobie próby zwodzenia jej i wciągania do rozmowy. Mruknął coś gniewnie pod nosem, Alyssy zaś w oszołomieniu wydało się, że zabrzmiało to jak „Świetnie, zawsze lubiłem monologi” albo coś równie złośliwego, ale nie miała pewności.
– Anioły, Serafinowie, Posłańcy Boga… Nazwij ich, jak chcesz. Ja powiedziałbym, że to po prostu kolejne nadludzkie istoty, równie niezwykłe i wyjątkowe, co każde z nas. Wraz z nimi oczywiście zrodziły się demony, ale przecież wszystko zależy od nastawienia, czyż nie? To wciąż te same istoty, aczkolwiek… – Zamilkł i lekko potrząsnął głową. – Biblia mówi o dniu upadku i wielkiej wojnie w niebiosach, kiedy to jeden z najbardziej zaufanych posłańców Boga odwrócił się od swojego stwórcy. Niosący Światło pociągnął za sobą inne istoty ciemności, zastępy Serafinów podzieliły się i doszło do konfliktu, a w konsekwencji do potępienia tych, którzy sprzeciwili się swej naturze. Upadli, których wypędzono z Raju – obdarto ze skrzydeł i zrzucono na ziemię, gdzie przez resztę wieczności mieli wieść życie potępieńców…
Carlos zamilkł, dając jej chwilę na oswojenie się z nowymi informacjami. Chociaż Alyssa nadal nie rozumiała do czego zmierzał i jaki związek miały opowiadane przez niego historie z tym, co przecież miał jej wytłumaczyć, jednak nie miała odwagi zaprotestować, po prostu pozwalając mu mówić. W pewniej chwili uprzytomniła sobie, że słucha go jak urzeczona, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa albo głębiej odetchnąć. Nie miała pojęcia co to oznacza, ale nie potrafiła tak po prostu odciąć się od cichego szeptu Carlosa, a wypowiadane przez niego słowa wydawały się owijać wokół niej, przyprawiając o dreszcze i na swój sposób… nęcąc.
Zadrżała mimowolnie, nagle zaniepokojona. Manipulował nią jak nic, wykorzystując, że była oszołomiona i wciąż pod wpływem silnych emocji. Na pewno to robił, ale…
– W Biblii nie ma wielu wzmianek o upadłych aniołach, Ali. Nawet ludzie w swoich wierzeniach się ich wyrzekli, przez lata instynktownie wystrzegając tego, co nieznane i złe… Co oczywiście nie znaczy, że temat został wyczerpany – dodał pośpiesznie, po czym westchnął cicho. – Jest… wiele historii. Sporo elementów się zgadza, tak jak w przypadku podań o wampirach, ale jedna z wersji… mówi o tym, że życie na ziemi wcale nie było najpoważniejszą karą, która spotkała tych, którzy zostali wygnani z niebios. Wiele jest wzmianek o gigantach, o dzieciach spłodzonych w wyniku współżycia demonów z upadłymi kobietami. Te dzieci potępiano, zresztą tak jak i ich rodziców.
Carlos nachylił się bliżej, już nawet nie siedząc, ale dosłownie wisząc na oparciu jej fotela. Alyssa w końcu uniosła głowę, znajdując w sobie dość odwagi, żeby spojrzeć mu w oczy. Ciemne tęczówki wydawały się łagodnie jarzyć w ciemności, tak bardzo nieludzkie, ale na swój sposób zmartwione, choć nie sądziła, że to w jego przypadku możliwe.
Gdzieś w oddali rozległ się kolejny grzmot. Ten dźwięk w niemal brutalny sposób powinien był sprowadzić ją na ziemię, ale czuła się tak bardzo otępiała, że pewnie nawet gdyby auto nagle władowało się w drzewo, nie zwróciłaby na to uwagi.
– Potępione dzieci…? – wyszeptała, ale nawet nie była w stanie dokończyć. – Co ty próbujesz…?
– Kiedy aniołowie upadli, zmuszeni zostali do współegzystowania z ludźmi – podjął przesadnie wręcz spokojnym głosem, który doprowadzał ją do szaleństwa. – Ukryli się pośród śmiertelników, tak jak i my, chociaż na swój sposób nadal tworzyli oddzielną społeczność. Książę Ciemności – Lucyfer, jak powszechniej go znano – wciąż dzierżył władzę, choć naturalnie osłabiony i bardziej… ludzki. Podobno Bóg nie odbiera tego, co raz ofiarował, a dusze aniołów były nieśmiertelne. Problem w tym, że nieśmiertelność można rozumieć na bardzo wiele sposobów – dodał z naciskiem. – Sam Lucyfer i jego Serafinowie mieli istnieć wiecznie, ale dla zachowania równowagi… Istnieją legendy o nieśmiertelnych duszach, regularnie odradzających się w kolejnych wcieleniach. Historia świata pełna jest czarnych kart, a gdyby się nad tym zastanowić, można zauważyć pewną prawidłowość. Kto wie, może niektórzy wykorzystywali nawet wampiryzm, żeby wyzbyć się własnych słabości… Jak wspominałem, na świat przychodziły potępione dzieci, chociaż część z nich była tak słaba, że umierała jeszcze w okresie niemowlęctwa, z kolei te, które przeżywały, były niewiele wytrwalsze od ludzkich istot. Krew miała znaczenie, a wraz każdym kolejnym pokoleniem potomkowie byli coraz słabsi. Niektóre dusze wykorzystywały cudze ciała, żeby zapewnić sobie przeżycie, zmuszone kraść życie innych, by zapewnić sobie chociażby namiastkę nieśmiertelności. Tak czy inaczej, demony zawsze istniały i istnieć będąc, zresztą tak jak wampiry, chociaż nas również nie powinno być na tym świecie – powiedział wprost i to było prawie jak siarczysty policzek.
– Czy Skyler…? – wyrzuciła z siebie pod wpływem impulsu.
Carlos spojrzał na nią z uprzejmym zainteresowaniem.
– Ty to powiedziałaś, nie ja – zauważył przytomnie, ale – co nie uszło jej uwadze – nie zaprzeczył.
– Boże… – wykrztusiła w oszołomieniu. Czuła, że zaczyna kręcić jej się w głowie, chociaż nie sądziła, że to w jej przypadku możliwe. Jakby sam wampiryzm i ewentualne istnienie zmiennokształtności nie wystarczyły! – Ja nie… Ale co to ma wspólnego ze mną? – jęknęła, chociaż – niech go szlag! – chyba wolała nie wiedzieć dokąd to szaleństwo zmierzało.
Spodziewała się kolejnego retorycznego pytania, znaczącego spojrzenia a’la „Przecież wiesz” albo czegoś równie ostatecznego i denerwującego zarazem, ale nic podobnego nie miało miejsca.
W zamian Carlos mówił dalej:
– Podobno Bóg nie odwrócił się od swoich potępionych dzieci. Na ziemię z własnej woli zstąpili posłańcy, którzy mieli zlitować się nad swoimi pobratymcami i wskazać im drogę do zbawienia. Nie wszyscy Upadli byli tacy, jak pierwszy z nich. Niektórzy zbłądzili albo popełnili błąd. Istniała nadzieja, choć z natury już wiadomo, że ciemność zawsze będzie dążyła do zgładzenia nawet najłagodniejszego przebłysku światła. – Nagle spojrzał jej w oczy i już nie była w stanie nawet odwrócić głowy, porażona intensywnością jego spojrzenia. – Gaja była jedną z tych, którzy mieli poprowadzić Upadłych ku światłu. Była… dobra. Na wskroś dobra i niewinna, jeśli wiesz, co mam na myśli. Czysta… I naiwna, chociaż możesz stwierdzić, że to okrutne z mojej strony. Tak czy inaczej, ktoś tak pełen współczucia musiał prędzej czy później popełnić błąd. Z drugiej strony, może po prostu zgubiła ją jej uroda – promienne piękno, które poruszyło samego Księcia Ciemności…
Głos miał coraz cichszy i jakby odległy, a może to po prostu ona miała coraz większe trudności z tym, żeby właściwie koncentrować się na jego słowach. Z każdą kolejną sekundą ogarniało ją coraz silniejsze uczucie niepokoju, który… który…
Nie.
– Carlos… – szepnęła, ale miała wrażenie, że sprowadzało się to wyłącznie do bezradnego ruchu warg.
– Lucyfer uwiódł Gaję, zwodniczo przekonując ją do tego, że u jej boku byłby zdolny… obrać właściwą ścieżkę. – Wampir parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Gdyby w istocie tak było, okazałoby się to przełomem, którego wszyscy potrzebowali, zwłaszcza, że za Lucyferem podążyliby wszyscy ci, których pogrążył. Niestety, ładne zakończenia są tylko w bajkach, a igranie z ciemnością musiało doprowadzić do tragedii. – Nerwowo oblizał usta. Dlaczego mam wrażenie, że coś o tym wiesz? Dlaczego czuję, że tragiczne zakończenia nie są ci obce…?, przeszło Alyssie przez myśl, ale nawet gdyby była w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowo, nie miałaby odwagi go o to zapytać. – Gaja szybko zrozumiała, że została oszukana. Jakby tego było mało, wkrótce zorientowała się, że nosi pod sercem dziecko samej Ciemności – istotę zrodzoną ze współczucia i okrucieństwa, będącą uosobieniem miłości i gniewu, który samej Gai był czymś obcym. W noc przesilenia zimowego wydała na świat dziecko o którym mówiono, że przyniesie Lucyferowi chwałę albo spowoduje jego ostateczne zniszczenie. Dziecko, które…
Być może mówił coś jeszcze, ale już tego nie słyszała. Jeśli do tej pory w głowie miała mętlik, w jednej chwili stanęła gdzieś na krawędzi przepaści szaleństwa, a ostatecznie została z niej brutalnie zepchnięta. Nagle poczuła się tak, jakby znowu spadała – leciała w pustkę, prosto w nicość i ciemność, gdzie nie istniało już nic innego i które chyba nigdy nie miały się skończyć. Spadała coraz szybciej i niżej, w jednej chwili pragnąc już tylko chwycić się za głowę, zwinąć się w pozycji embrionalnej i krzyczeć tak głośno, jak tylko będzie w stanie, obojętna na to, czy miało to jakikolwiek sens.
Błękitne oczy… błękitne oczy i poczucie spadania, kiedy…
– Alysso… Alysso, rozumiesz? – Głos Carlosa doszedł do niej jakby z oddali, dziwnie zniekształcony i taki… taki odległy… – Zbłąkana dusza, która z jakiegoś powodu wracała już nie raz. Historia mówiła o znamieniu na plecach i o tym, że przed dwudziestymi urodzinami Córa Ciemności osiągnie nieśmiertelność… I moc. Wyjątkową moc, Ali. Trzy ugryzienia, żeby osiągnąć nieśmiertelność i… Wampiry zawsze mocno były związane z ciemnością, a może ona z nami – powiedział, ale z równym powodzeniem mógłby milczeć. – Ale ty nadal nie pamiętasz… Jak mam do ciebie mówić, księżniczko? Czy może wolałabyś Ariano? – zapytał, a jej aż pociemniało przed oczami, kiedy usłyszała to imię.
Czerwona suknia… złociste włosy…
Tamten taniec i spojrzenie przenikliwych błękitnych oczu, które…
Nie.
– Alyssa? Na litość Boską, Ali! – doszedł ją zaniepokojony głos Michaela i uprzytomniła sobie, że najpewniej wygląda na balansującą gdzieś na granicy omdlenia, ale nawet to nie miało dla niej znaczenia – tym bardziej, że nie zamierzała tak po prostu zemdleć.
Pod wpływem impulsu poderwała głowę, potrząsając nią tak gwałtownie, że włosy aż opadły jej na twarz. Trzęsła się cała, a od nadmiaru niespójnych, oszałamiających informacji kręciło jej się w głowie – bo chociaż Carlos nie powiedział tego na głos, przecież wiedziała, że…
NIE!!!
– Zatrzymaj samochód!
Czekałam na ten rozdział i w końcu się udało. Nie przedłużając, prezentuję Wam najważniejszą część tej księgi – zaledwie kawałek układanki, ale jakże istotny. Z dedykacją dla Adny, bo zdążyłaś rozgryźć dość, bym nie miała szans Cię na tym etapie zaskoczyć. Cóż, ale to wciąż zaledwie kawałek tego, co sobie zaplanowałam :)
Dziękuję za obecność i komentarze, zresztą tak jak zwykle. Mam nadzieję, że się na tej historii nie zawiedziecie.
Do następnego!

2 komentarze:

  1. No w końcu! :) Skłamałabym, gdybym powiedziała, że jestem zaskoczona wyjaśnieniami. Ale i tak jestem zaciekawiona jednym z elementów, że tak powiem. Chodzi o samą Gaję. Co się z nią stało? Czy dalej będzie coś o niej?
    Raczej kiepsko, dowiedzieć się, że jest się dzieckiem Lucyfera :/ No a skoro Ali ma albo pomóc, albo zaszkodzić Upadłemu, to ciekawe czy tatuś będzie chciał przeciągnąc ją na swoją stronę, czy też może zabić?
    Robi się jeszcze bardziej ciekawie. :)
    Carlos chyba pierwszy raz mówił tak dużo! I trochę haotycznie, przynajmniej ja tak to odebrałam, ale może to zasługa gorączki... tak czy siak, cieszę się, że w końcu jest ten rozdział i standardowo czekam na ciąg dalszy. :)

    Dziękuję bardzo za dedykację, nawet nie wiesz jak mi miło z tego powodu ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaskoczyłaś mnie :) Historia upadłych aniołów naprawdę mnie urzekła - chodzi mi o sposób, w jaki opowiedział ją Carlos, nie, nie uważam, żeby była słodka czy coś w tym rodzaju xD Sama historia matki Ali jest dość tragiczna i w sumie ciekawi mnie, jak to będzie z nią dalej i czy pojawi się kiedyś w przeciągu całej trylogii. Na przykład czy spotka kiedyś swoją córkę.
    Ogólnie to szkoda trochę Ali, bo jednak nie codziennie dowiadujesz się, że twój ojciec to zło wcielone. Pytanie tylko co Lucyfer planuje zrobić.

    OdpowiedzUsuń