19.03.2017

Rozdział XXXIII

ALYSSA
Wypadła z samochodu, ledwo tylko czarny mercedes zatrzymał się na żwirowej, leśnej drodze. Z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi, poruszając tak błyskawicznie, że nawet jej wyostrzone zmysły okazały się zbyt słabe, żeby nadążyć za tym, co działo się wokół niej. Czuła jak dotychczas prawie niebijące serce energicznie tłucze się w piersi, uderzając tak szybko i mocno, że doświadczenie wydało się niemal bolesne. Wrażenie było takie, jakby za moment miała rozpaść się na kawałeczki, a to zdecydowanie nie było normalne, zwłaszcza bacząc na fakt, że była wampirzycą… A przynajmniej tak do tej pory sądziła, nagle niepewna, czego tak naprawdę powinna spodziewać się po własnym ciele.
Nie, to nie było tak. Dotychczas sądziła, że jej największym problem jest właśnie to, kim była – potworem, który pragnął krwi i który stanowczo zaprzeczał temu, kim była do tej pory. Teraz wszystko stało się inne, a do dziewczyny z całą mocą dotarło, że jej dotychczasowe przypuszczenia były błędne. Jeśli do tej pory nie miała powodów, żeby czuć do siebie nienawiść, Carlos właśnie naprawił ten defekt, po raz kolejny zmieniając wszystko.
Usłyszała trzaśnięcie dwóch par samochodowych drzwiczek, co uprzytomniło jej, że miała niechciane towarzystwo, ale nawet nie obejrzała się w stronę obserwujących ją braci. Czuła przenikliwy chłód, ale sama nie była pewna, co jest jego źródłem – lodowate powietrze i wciąż padający deszcz, czy też coś w jej wnętrzu. Miała wrażenie, jakby ktoś przebił jej serce na wylot, co samo w sobie wystarczyło, żeby zapragnęła rzucić się na ziemię i – zwinąwszy w ciasny kłębek – czekać na tej cholernej żwirowej drodze na śmierć. W duchu czuła ulgę, że przynajmniej zdążyli wyjechać poza miasto, zatrzymując się jakiś kilometr od zjazdu na leśną drogę, która prowadziła bezpośrednio do domu Sorentich. Ze wszystkich stron otaczały ich drzewa, częściowo chroniąc przed lodowatymi kroplami, ale tak prowizoryczny baldachim z liści nie był w stanie ot tak powstrzymać rozszalałej natury, zwłaszcza kiedy rozpętała się burza. Tak samo nikt nie był w stanie okiełznać emocji, które nagle wypełniły ją całą, chyba jedynie cudem nie rozrywając od środka. Czuła, że kręci jej się w głowie, a na samo wspomnienie wypowiedzianych przez Carlosa słów robiło jej się niedobrze – tak, że miała ochotę dopaść do najbliższych zarośli i po prostu zwymiotować, choć w przypadku kogoś takiego jak ona podobne objawy zdecydowanie nie były normalne.
– Alysso… – usłyszała tuż za sobą.
Zareagowała automatycznie, prostując się niczym struna i w pośpiechu odskakując na bezpieczną odległość. Kiedy odwróciła się na pięcie i – przybrawszy pozycję obronną – zwróciła w stronę stojącego tuż obok niej Michaela, z jej gardła wyrwało się przeciągłe, ostrzegawcze warknięcie. Gniewnie spojrzała na wpatrzonego w nią nieśmiertelnego, samym tylko spojrzeniem dając mu do zrozumienia, że powinien trzymać się na dystans. Nie miała cierpliwości ani do ciągnięcia jakiejkolwiek dyskusji, ani tym bardziej zastanawianiem nad tym, czy ten z braci Carlosa zasłużył sobie na podobne traktowanie. Nie znała go i choć Eleonora od samego początku była dla niej dobra…
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, mimowolnie zaczynając się wahać. Trudno, niech i tak będzie. Po wszystkim, co się wydarzyło, miała prawo czuć się rozbita, a tym bardziej ranić wszystkich wokół. Skoro oni mogli mieć przed nią tajemnicę, miała wręcz święty obowiązek się im „odwdzięczyć”, tym bardziej, że nie wierzyła, by nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co takiego kierowało Carlosem, kiedy postanowił spieprzyć jej życie.
– Nie zbliżaj się – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie poznawała własnego głosu, w tamtej chwili zagniewanego i obcego. W jej tonie pobrzmiewała przede wszystkim gorycz, przysłaniająca szok i przejmujący ból, który towarzyszył Alyssy przez cały ten czas. – A ty tym bardziej! – warknęła, nagle zwracając się do Carlosa.
– Księżniczko… – zaoponował, zatrzymując się wpół kroku. Jego ciemne oczy wydawały się nienaturalnie duże, poza tym wyglądały tak, jakby łagodnie jarzyły się w ciemnościach.
– Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj! – „huknęła”, nagle tracąc nad sobą kontrolę.
Ali… Ariano… Księżniczko… I co jeszcze?!, tłukło jej się w głowie. Wszechobecny gniew zaczynał ją przytłaczać, a Alyssa nagle zapragnęła z całych sił uderzyć pięściami w pierwszą rzecz, która znalazłaby się w jej zasięgu…
Albo osobę.
Nigdy wcześniej nie czuła się tak, nawet kiedy Carlos w tak okrutny sposób groził w jej obecności Mary, ani na widok przyczajonej, gotowej do ataku na Alexa Skyler. W jednej chwili cały świat przysłoniła znajoma czerwona mgiełka, jedynie podsycając odczuwaną przez dziewczynę irytację. Gdyby tylko mogła, bez chwili wahania rzuciłaby się Carlosowi do gardła, a potem rozerwała go na kawałeczki, czerpiąc wręcz dziką przyjemność z każdego kolejnego ruchu. Pragnęła cisnąć nim o najbliższe drzewo, które najpewniej złamałoby się pod jego ciężarem, tak jak wtedy, gdy w Seattle bronił ją przed Dorianem. Wręcz potrafiła wyobrazić sobie szkody, których byłaby w stanie się dopuścić, gdyby jednak pokusiła się o atak na tego cholernego wampira. Chciała, żeby cierpiał tak jak i ona cierpiała najpierw podczas przemiany, ale przede wszystkim teraz, kiedy już wiedziała, że…
Nie! Nie chciała o tym myśleć a już na pewno nie zamierzała przyjąć do świadomości tego, co mówił jej ten dupek. Musiał się pomylić, goniąc za mrzonkami, a teraz ona płaciła za jego chore obsesje. Po prostu cudownie! Trafiła na wariata, a jeśli się nie myliła, cała jej dotychczasowa rodzina wcale nie była od niego lepsza!
Ta myśl bolała, zresztą jak i poczucie zdrady, które nagle ją ogarnęło. Przez kilka tygodni nawet mimo zagubienia miała poczucie tego, że znalazła się w bezpiecznym miejscu. Przez cały ten czas była na dobrej drodze, żeby uporządkować sobie wszystko i uwierzyć, że mogła ufać tym, którzy ją otaczali. Tak było przede wszystkim z Eleonorą i Jasonem, ale teraz… Teraz z kolei całą sobą czuła, że ci doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nadejdzie, nie wspominając o powodach, dla których ostatecznie miała się pojawić. Była ślepa i głupia, pozwalając mydlić sobie oczy fałszywymi zapewnieniami i uśmiechami, podczas gdy przez cały ten czas wszyscy nią manipulowali. Widzieli w niej kogoś, kim nie była, a żadne z nich nie pofatygowało się nawet, żeby cokolwiek jej wytłumaczyć, pokornie patrząc jak Carlos robi z niej idiotkę, jak pojawia się i znika, podczas gdy ona…
To bolało. Bolało okropnie, bo chyba nie istniał większy ból, niż ten, który mogli zadać ci, których była skłonna nazwać niemalże rodziną, a przynajmniej przyjaciółmi. Po tym, co zrobiła dla niej Eleonora, a wcześniej Jason…
Nie miała pojęcia, jak to możliwe, ale taka była prawda. Zaufała im bezgranicznie w kilka zaledwie tygodni, chociaż w pełni dotarło to do niej dopiero z chwilą, kiedy stała na tej cholernej żwirowej drodze, zanosząc się szlochem. Z zaskoczeniem odkryła, że płacze, dopiero po dłuższej chwili będąc w stanie odróżnić słony smak łez od obmywających całe jej ciało kropli deszczu.
Coraz bardziej rozbita, z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Nie rozumiała dlaczego nie mogli tak po prostu dać jej spokoju, ale nie chciała się tym przejmować. W zamian za to pragnęła jak najszybciej rzucić się do ucieczki; jakimś cudem rozpłynąć w powietrzu i zniknąć, żeby już nigdy nikt nie był w stanie jej skrzywdzić. Poczucie rozbicia i samotności wydało jej się co prawda niczym w porównaniu z szokiem, którego doznała podczas rozmowy w samochodzie, ale z drugiej strony…
– Proszę. – Głos Carlosa wyrwał ją z zamyślenia, zwracając uwagę przede wszystkim tym, jak nienaturalnie łagodny się wydał. Spojrzała na niego gniewnie, omal nie wychodząc z siebie, kiedy – całkowicie obojętny na jej ostrzeżenia – zrobił zdecydowany krok w jej stronę. – Alysso, proszę…
– Nie! Powiedziałam ci już, że… – zaczęła, a jej gniew nagle osiągnął swoje apogeum.
Zaraz po tym wszystko potoczyło się błyskawicznie.
~*~
Jasnowłosa piękność ostrożnie stąpała po leśnej ściółce. Poruszała się szybko i lekko, prawie bezszelestnie, co również było dla kogoś takiego jak Ariana właściwe. Fałdy białego materiału owijały się wokół jej kostek, unosząc zaledwie kilka milimetrów nad ziemią, przez co dziewczyna wyglądała tak, jakby płynęła w powietrzu. Najpewniej dla niejednego postronnego obserwatora musiała być niczym prawdziwe zjawisko; istota nadludzka i piękna, niczym nimfa albo uosobienie bogini, która z sobie tylko znanego powodu zdecydowała się zstąpić na ten nieszczęsny padół łez i zaszczycić go swoją obecnością.
Sama myśl o tym wywołała odrobinę sarkastyczny uśmieszek na jej twarzy. Ach, naiwni śmiertelnicy. Gdyby tylko wiedzieli, kim była naprawdę…
Ale w promieniu kilkunastu kilometrów nie czuła nikogo, kto byłby w stanie ją zauważyć, a tym bardziej usłyszeć. Nikt nie zapuszczał się w te rejony, o co zresztą zadbali już dawno temu. Ona sama nigdy nie wyszłaby z domu z obstawą, chociaż podobno tak właśnie wypadało. Bzdura! Wiedziała przecież, że chodzi o kontrolę – ciągłe lustrowanie jej życia, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała i pragnęła. To doprowadzało ją do szaleństwa, wymagając kreatywności i coraz to bardziej nietypowych sposobów, żeby jednak wymknąć się gdziekolwiek w pojedynkę. Zwłaszcza teraz chciała pobyć sama, po raz pierwszy od wielu dni mając okazję, żeby odetchnąć i przynajmniej spróbować  pozbierać myśli.
Wzniosła twarz ku przysłoniętemu baldachimem liści niebu, mrużąc oczy w nikłym świetle promieni słonecznych. Jasny blask musnął jej odsłoniętą skórę, nie czyniąc najmniejszej nawet krzywdy, co sprawiło, że po raz pierwszy tego dnia szczerze się uśmiechnęła. Wiatr bawił się długimi włosami, niosąc ze sobą świeże leśne powietrze, wolne od ciągle towarzyszącej Arianie słodyczy nieśmiertelnych, od której już zaczynało robić jej się niedobrze. Uwielbiała naturę i wszystko to, co z nią związane, co zresztą wcale nie było dziwne, zwłaszcza w jej sytuacji, kiedy…
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy, gdy w pełni skoncentrowała się na otaczających ją ze wszystkich stron drzewach. Las żył swoim życiem, z czego zwłaszcza ona zdawała sobie sprawę. Czasami miała wrażenie, że jest częścią otaczającej ją rzeczywistości, całą sobą chłonąc spokój i siłę, którą dawała jej możliwość przebywania pośród drzew.
Drzewa wydawały się nachylać w jej stronę, muskając blade policzki i przynosząc ukojenie. Nie przeszkadzało jej, że wydawały się do niej lgnąć, a gałęzie raz po raz zahaczały o długie włosy, ciągnąc je, ale nie w sposób, który mogłaby uznać za bolesny. Były prawie jak dzieci, które próbowały wciągnąć ją do wspólnej zabawy, a ona… Ona po prostu się temu poddawała.
Gaja… Ziemia…
To, co czuła i potrafiła, było spuścizną po jej matce.
~*~
Trzask pękającej gałęzi miał w sobie coś ogłuszającego. Alyssa nawet nie zorientowała się, kiedy – mogłaby przysiąc – przesycone deszczem powietrze wokół niej zawirowało. W jednej chwili poczuła to, czego już doświadczyła podczas walki ze Skyler, mając wrażenie, że coś w niej narasta, ale nie będąc w stanie tego wykorzystać. Przez minione tygodnie wielokrotnie czuła, że coś ciągnie ją do lasu i związanego z długimi, samotnymi spacerami spokoju, który zawsze ogarniał ją, kiedy przebywała w otoczeniu drzew, ale tym razem…
Tym razem to było coś o wiele więcej.
Nie była pewna, w którym momencie poczuła, że coś w niej pęka – że wydostaje się na wolność, niczym emocje, które po długim czasie w końcu znalazły ujście. Drzewa zaszeleściły niebezpiecznie, wydając z siebie dźwięk, który przywiódł jej na myśl złowrogi syk węża, co samo w sobie wystarczyło, żeby przyprawić dziewczynę o dreszcze. Chociaż wciąż padał deszcz, Alyssa nagle odniosła wrażenie, że cały świat zamarł w oczekiwaniu na jej decyzję. Przenikliwe zimno zniknęło, a ona poczuła się pewna siebie i silna, wydając się czerpać garściami z tego, co oferowało otoczenie. Całą sobą chłonęła zapach lasu i mokrej ziemi, tym intensywniejszy podczas burzy i zważywszy na miejsce, w którym się znajdowali.
Ziemia nagle zadrżała, chociaż do Alyssy nie od razu dotarło, że to działo się naprawdę. Miała wrażenie, że wszystko to, co ją otaczało – ziemia, drzewa, rośliny – odczuwa jej gniew, w jakiś niepojęty, niemożliwy wręcz sposób uznając go za swój własny. Takie rzeczy nie miały prawda się dziać, ale z drugiej strony, równie nieprawdopodobne powinno być to, że mogłaby być wampirzycą, a tym bardziej… córką Lucyfera, prawda?
Właśnie wtedy pękła ta cholerna gałąź, tak głośno i samoistnie, że w pierwszym momencie pomyślała, że jakimś cudem piorun uderzył w stojące zaledwie metr od zaparkowanego na ulicy samochodu drzewo. W następnej sekundzie solidny konar sędziwego buku ustąpił z cichym jękiem, zmuszając zaskoczonego Carlosa do panicznej ucieczki w tył. Wampir, który najwyraźniej nie spodziewał się ataku ze strony Alyssy, a tym bardziej samej przyrody, aż zatoczył się do tyłu, potknął i upadł. Sam widok swojego leżącego stwórcy sprawił jej dziką przyjemność, co jedynie utwierdziło Ali w przekonaniu, że wszystko idzie na opak, a ona była na dobrej drodze do postradania zmysłów. Jakaś jej część czuła, że powinna być przerażona wszystkim tym, co działo się na jej oczach, a jednak… Alyssa czuła wyłącznie pustkę.
Przejmującą, stopniowo zabijającą ją od środka i sprawiającą, że miała ochotę już tylko biec przed siebie, nie zatrzymując się nawet na chwilę. W uszach wciąż dźwięczały jej wypowiedziane przez Carlosa słowa, powracając niczym bumerang – z tym, że pewnie nawet cios zakrzywionym kawałkiem drewna sprawiłby mniej bólu. Co więcej, na ułamek sekundy znów pociemniało jej przed oczami, prawie jak na parkingu, kiedy na jej drodze pierwszy raz stanął Nicholas – i podobnie jak wtedy odniosła wrażenie, że w jej umyśle majaczy jakieś obce wspomnienie, które nie miało prawa należeć do niej, ale… w jakiś pokrętny sposób było jej cząstką. Tym razem doznanie okazało się o wiele mniej intensywne, prawie jak kadr z filmu, na dodatek o bardzo słabej jakości, ale to i tak nie wyjaśniało jego pochodzenia, a tym bardziej tego, dlaczego czuła się tak bardzo podekscytowana i przerażona jednocześnie. Miała wrażenie, że znamię na łopatce pali ją żywym ogniem, rozgrzane tak bardzo, jakby ktoś przytknął do skóry rozpalony do białości pogrzebacz.
Bardziej wyczuła niż zauważyła ruch, kiedy Carlos błyskawicznie poderwał się na równe nogi. Wydał jej się nienaturalnie blady, chociaż nie sądziła, że to w przypadku wampira w ogóle możliwe. Co więcej, kiedy wstawał, Ali odniosła wrażenie, że ziemia znów zadrżała w posadach – tym razem delikatnie i bardzo subtelnie, ale to wystarczyło, by zaskoczony wampir po raz kolejny stracił równowagę.
– Mam tego wszystkiego dość – oznajmiła głosem niewiele głośniejszym od wiatru, dodatkowo zagłuszonym przez szum padającego deszczu i szalejącą burzę. – Wszystkiego… dość! – powtórzyła z naciskiem.
Jeszcze kiedy mówiła, zrobiła zdecydowany krok do przodu. Michael, który zastygł w bezruchu gdzieś w połowie dystansu pomiędzy nią a Carlosem, spojrzał na nią w nieodgadniony sposób. Nie odezwał się, chociaż bez wątpienia miał na to ochotę, ostatecznie jednak powstrzymał go widok pustki w nietypowych, lśniących łagodnie oczach Alyssy. Widział ją, kiedy była przerażona, gdy zaraz po przemianie po raz pierwszy pojawiła się w domu jego rodziny – z tym, że nawet wtedy dziewczyna nie wydawała się aż tak bardzo dzika i… niebezpieczna. To był rodzaj gniewu, który robił wrażenie na każdym, nie wzbudzając niepokoju o samego siebie, ale właśnie o Ali – a także o to, że mogłaby być w stanie zrobić krzywdę samej sobie.
Carlos spojrzał na nią w intensywny, wręcz przenikliwy sposób, kiedy zatrzymała się tuż przed nim. Tym razem nie próbował się podnosić, przyczajony na ziemi i milczący. Trudno było stwierdzić, co takiego myślał, ale Alyssa była niemal absolutnie pewna, że nieszczególnie entuzjastycznie przyjął do świadomości to, że mogłaby nad nim górować, a tym bardziej, że ta po prostu była w stanie sprzeciwić się jego woli. Już nie chciała słuchać, zaś słodkie „Alysso” albo „księżniczko” nie wystarczyło, żeby naiwnie odpuściła i czekała na ciąg dalszy tego szaleństwa.
– Najbardziej jednak mam dość ciebie – oznajmiła z naciskiem, spoglądając z irytacją na swojego stwórcę.
– Obwiniasz mnie? – zapytał cicho. To pytanie ją zaskoczyło, tak jak i niepokój, który wkradł się do jego głosu. – Wszystko jest prawdą… I ty to wiesz. Ja z kolei jestem najlepszym, co mogło cię w obecnej sytuacji spotkać – dodał i to wystarczyło, żeby kolejny raz namieszać dziewczynie w głowie.
Wybuchła zimnym, pozbawionym wesołości śmiechem, który całkowicie wytrącił ją z równowagi. Czuła się, jakby była kimś innym, ale to wydawało się w tamtej chwili najmniej istotne, zwłaszcza w porównaniu z tym, co przez cały ten czas działo się w jej umyśle. Myślami wciąż była gdzieś daleko, podczas gdy Carlos…
Gdybyś tylko chciała, mogłabyś go zabić, podsunął jej niemal pogodnie cichy głosik w jej głowie – ten sam, który odzywał się od czasu do czasu, podpowiadając scenariusze, które niezmiennie przyprawiały Alyssę o dreszcze. Mogłabyś… Dlaczego nie?
W tamtej chwili poczuła, że gdyby zechciała, w istocie byłaby do tego zdolna.
– Pozwól mi wszystko wytłumaczyć, księ… Alysso – poprawił się pośpiesznie Carlos. – Jesteś zdenerwowana, jasne, ale…
– Ja jestem zdenerwowana? – przerwała mu natychmiast. – Nie, Carlos. Ja jestem wściekła!
– Jeden pies – stwierdził, wywracając oczami. – Nieważne. Tak czy inaczej, ty nie możesz tak po prostu…
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, doskoczyła do niego z prędkością, która nawet jej wydała się nieprawdopodobna. Smukłe palce zacisnęły się na przędze skórzanej kurtki, kiedy bezceremonialnie poderwała wampira do pozycji pionowej i z całej siły uderzyła zaskoczonym nieśmiertelnym o pień najbliższego drzewa. Wybacz mi, pomyślała mimochodem, obserwując jak konar chwieje się niebezpiecznie, a na ziemię sypią się odłamki ukruszonej kory, która oderwała się za sprawą ciężaru Carlosa. Jakby tego było mało, jej troska wcale nie odnosiła się do obserwującego z niedowierzaniem wampira, ale drzewa, które w przypływie złości musiała uszkodzić.
Z furią w oczach spojrzała wampirowi w twarz. Miała ochotę rozszarpać go na kawałeczki, ale…
– No, dalej – rzucił prowokującym tonem. – Masz ochotę mnie zabić tylko dlatego, że w końcu spełniłem twoją prośbę, księżniczko?
– Nie – odparowała, mimo uszu puszczając to, że znów nazwał ją w ten nieznośny sposób. Chciał śmierci? Och, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo rozbita się czuła. Była na krawędzi, a Carlos jedynie to pogarszał. – Za to, że zniszczyłeś mi życie. Za to, że uczyniłeś ze mnie potwora… Naprawdę tego nie widzisz, Carlos?
– Wiem tylko tyle, że zrobiłem to, co musiałem – odparł, ale coś w jego spojrzeniu złagodniało. Nie odepchnął jej, chociaż bez wątpienia byłby do tego zdolny, nie tylko bardziej doświadczony, ale przede wszystkim o wiele silniejszy niż ona. – Znasz tylko część prawdy. Znasz…
– Słyszałam dość.
Chwilę jeszcze na niego patrzyła, a potem po prostu zwolniła uścisk i cofnęła się o krok. Carlos nie ruszył się z miejsca, obserwując jak wycofała się, roztrzęsiona i blada jak papier. W tamtej chwili w niczym nie przypominała tej zagubionej i niespokojnej dziewczyny, którą była zaledwie chwilę wcześniej. Alyssa czuła, że byłaby w stanie zabić, a to…
Ten stan był niebezpieczny.
Nie zrobię tego, pomyślała z przekonaniem. Carlos nie jest wart tego, żeby obciążać sumienie… O ile w ogóle pozwoliłby mi się skrzywdzić, dodała z przygnębieniem.
– Nienawidzę cię – oznajmiła w zamian. – Słyszysz? Nienawidzę i… Daj mi święty spokój – warknęła, nagle podejmując decyzję.
Już w następnej sekundzie po prostu odwróciła się na pięcie i rzuciła do biegu. Nie oglądając się za siebie, popędziła w głąb lasu, w pamięci wciąż mając wyraz twarzy Carlosa i jego słowa. To dręczyło ją przez cały ten czas, a ona…
Nieważne. Tak naprawdę nic już nie było ważne, bo…
Biegła przed siebie, tak szybko, jak tylko była w stanie. Carlosa i Sorentich – dokładnie tak jak całe swoje dotychczasowe życie – zostawiła daleko za sobą.
Rozdział na koniec tygodnia. W ogóle nie mogłam się zebrać, żeby go sprawdzić, ale na szczęście już jest. Co więcej, pamiętam, że zawsze go lubiłam, zresztą jak wszystkie inne, w których pojawiają się wspomnienia o Arianie. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu. No i… Cóż, od tego momentu wszystko prowadzi tylko do jednej osoby, która zresztą zagości na dłużej, ale na razie nie uprzedzajmy faktów.
Dziękuję za komentarze i obecność – jesteście cudni. Przy okazji przedwcześnie już zapraszam na jutrzejszy, urodzinowy rozdział „Forever you said” ;>
Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz