02.04.2017

Rozdział XXXV

MARY
Mary przesunęła szczotką po włosach, bezskutecznie próbując rozplątać posklejane przez deszcz kosmyki. Pogoda była paskudna, chociaż jak najbardziej właściwa dla wiecznie zasnutego chmurami stanu Waszyngton. Seattle miało to do siebie, że w ciągu zaledwie kilku minut potrafiło zamienić się w małe piekło na ziemi, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę opady, ale chociaż dziewczyna doświadczała tego od lat, zwłaszcza w ostatnim czasie przygnębiająca pogoda drażniła ją równie mocno, co wszyscy wokół.
Spuściła wzrok, uparcie unikając swojego spojrzenia w lustrze. Chociaż nie chciała, mimowolnie pomyślała o pamiętnym wieczorze, kiedy to Alyssa siedziała na jej miejscu, pozwalając przyjaciółce zająć się swoimi lśniącymi włosami. Od tamtego dnia minęły całe tygodnie, tak, że wspomnienia zaczynały jawić się jako jakiś zły sen, który…
Och, świetnie – właśnie tego potrzebowałaś na dobre zakończenie dnia, zadrwiła w myślach. Jakby mało ci było kilku godzin uganiania się ze ścierą między stolikami i tego, że znowu znalazłaś jakże sensowny powód, żeby nie odwiedzić matki. Och nie wspominając o tym, że dopiero co…
Nie, nie chciała o tym myśleć.
Zacisnęła usta, po czym energicznie pokręciła głową, zupełnie jakby w ten sposób mogła odpędzić się od niechcianych wspomnień. Sądziła, że nieplanowany dyżur w kawiarni wystarczy, by choć na moment zapomniała o spotkaniu z Alyssą, ale to okazało się niemożliwe. Czuła się fatalnie, ale w ostatnich dniach to nie było niczym nowym i chyba powoli zaczynała się do takiego stanu rzeczy przyzwyczajać. Kto wie, może nawet miała to polubić – bycie wyrodną córką i porzuconą niby najlepszą przyjaciółką, która nie jest warta chociażby najbardziej błahych wyjaśnień. Tak, to było najzupełniej normalne, że Ali potraktowała ją w taki sposób, nie wspominając o tym dziwnym doświadczeniu z uczelni, kiedy spotkały się po raz pierwszy od tygodni. Coś miedzy nimi pękło, a jeśli chodziło o Alyssę…
Mary już jej nie poznawała – i właśnie to było najgorsze.
Gdzieś z oddali doszedł ją grzmot pioruna, zaskakując aż do tego stopnia, że dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. Szczotka zatrzęsła się jej w ręce, więc Mary ostatecznie zrezygnowała, odrzucając przedmiot na toaletkę i podrywając się na równe nogi. Była tak rozżalona i zmęczona, że i tak już do niczego nie miała się nadawać.
I jeszcze ta burza….
Słyszała szum intensywnie uderzającego o szybę deszczu, wręcz brzmiącego tak, jakby ktoś raz po raz pukał w okno. Skrzywiła się, dziwnie zaniepokojona tą perspektywą, zaraz też rozejrzała się niespokojnie po pokoju, niemal spodziewając się zauważyć parę przenikliwych oczu, które będą obserwować ją w ciemności. Cholera, jak nic była już przewrażliwiona, tym bardziej, że po raz drugi w ostatnim czasie miała wrażenie, że nie jest w sypialni sama.
– Za dużo horrorów, Mary – mruknęła do siebie, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Zaraz po tym zamilkła, tym bardziej, że jej własny głos nie przyniósł oczekiwanego ukojenia. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robisz, szybkim krokiem podeszła do zasłoniętego okna i – chociaż to wydawało się idiotyczne – rozsunęła zasłony, spoglądając w panującą na zewnątrz ciemność. Krople deszczu osiadły na powierzchni szyby, znacznie utrudniając widok, przez co nie od razu zorientowała się, że spogląda wprost na…
Aż zachłysnęła się powietrzem, cofając się o krok tak gwałtownie, że omal nie potknęła się o własne nogi. Obie ręce przycisnęła do ust, równie wstrząśnięta, co i oszołomiona, zaraz jednak wzięła się w garść i doskoczyła do okna, by nawet mimo panującej na zewnątrz zawieruchy otworzyć je na całą szerokość.
– Ali…
ALYSSA
Sama nie wierzyła w to, co działo się wokół niej. Poruszała się jak w transie, wystawiona na tak wiele sprzecznych, wręcz porażających intensywnością bodźców, że nawet z wyostrzonymi zmysłami miała problem, by je zinterpretować. To przypominało sen, tak dynamiczny i pełen barw, że aż kręciło jej się w głowie. Nie była pewna, czy w przypadku istoty nieśmiertelnej coś podobnego powinno mieć miejsca, ale jakby nie patrzeć, w niczym przecież nie przypominała swoich pobratymców. No cóż, w końcu córka Lucyfera nie mogła być normalna!
Gorycz nie opuszczała jej ani na moment, chociaż uczucie to zeszło gdzieś na dalszy plan z chwilą, w której Mary wpuściła ją do pokoju. Ali pamiętała tę chwilę jak przez mgłę, tak jak i nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy w ogóle przyszło jej do głowy, żeby wrócić właśnie do Seattle – i to zwłaszcza po tym, co miało miejsce całe godziny temu. Wspomnienia mieszały się ze sobą, zlewając w kalejdoskop kolorów, niespójnych obrazów, emocji i myśli, których w żaden sposób nie potrafiła uporządkować, nawet jeśli tworzyły całość. Wciąż trzęsła się, nerwowo obracając w palcach kubek gorącej herbaty i przez cały ten czas podrygując nerwowo, co nie zdarzało jej się często. Nigdy nie czuła się tak bardzo rozbita i niezdolna, by zdobyć się choćby na najcichszy jęk.
Zbyt szybko… Wszystko działo się zbyt szybko, a ona już nie miała nad tym kontroli. Rozumiała to doskonale, jednocześnie mając świadomość, że najpewniej właśnie popełniła największy błąd w całym dotychczasowym życiu. Wyrzuty sumienia dawały jej się we znaki, sprawiając, że czuła się tak, jakby za moment miała popaść w szaleństwo. Swoją drogą, najpewniej już zwariowała, bo nikt o zdrowych zmysłach nie wparowałby w środku nocy do mieszkania dotychczas najlepszej przyjaciółki, na dodatek wchodząc oknem, choć mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, a jedyny punkt podparcia stanowił sędziwy, rozłożysty dąb – jeden z wielu, które zdobiły teren campusu. Normalny człowiek nie miał prawa dostać się tą drogą aż tak wysoko, nie ryzykując złamania karku, ale nie dbała o to. Popełniła błąd, kolejny zresztą, bo w ogóle nie powinna tutaj przyjeżdżać, ale co tak naprawdę mogłaby zrobić?
Potrzebowała Mary. To nie było uczciwe, ale miała dość uciekania i ciągłego zastanawiania się nad tym, co było właściwe. Nigdy nie prosiła o przemianę w potwora, a tym bardziej nie chciała, by ktokolwiek odebrał jej całe dotychczasowe życie. Nikt nie zapytał o zdanie, z kolei zresztą zachowywał się tak, jakby właśnie wyświadczył wszystkim wokół jakąś pieprzoną przysługę, za która powinna dziękować mu do końca świata i jeden dzień dłużej. To on sprawił, że ostatecznie znalazła się w tym miejscu, mierząc się z szaleństwem, którego nie chciała i przy okazji wciągając we wszystko przyjaciółkę.
Do tej pory pamiętała przerażoną minę Mary, chociaż nie była pewna, co wstrząsnęło dziewczyną bardziej: widok zapłakanej i przemoczonej Ali, która rzekomo miała wieść szczęśliwe życie w Nowym Jorku, czy też sam fakt tego, że ta jak gdyby nigdy nic siedziała sobie na parapecie. Tak czy inaczej, cokolwiek pomyślała sobie w tamtej chwili, nie powstrzymało jej przed natychmiastowym wciągnięciem Alyssy do środka i narobieniem takiego zamieszania, jakby właśnie się paliło. Chyba właśnie czegoś takiego mogła się spodziewać: całej wiązanki przekleństw, dziesiątek pytań i nerwowego krążenia, kiedy Mary w pośpiechu rozglądała się po pokoju, przetrząsając szafki, póki nie znalazła kompletu suchych ubrań, które bezceremonialnie wcisnęła przyjaciółce w ręce, zanim dosłownie wepchnęła ją do łazienki. Mary miała to do siebie, że okazywała się najbardziej praktyczna akurat wtedy, kiedy najbardziej się denerwowała, teraz zaś dosłownie przechodziła samą siebie. Co więcej, taki stan rzeczy wydał się Alyssy najzupełniej normalny, chociaż sama nie była pewna dlaczego.
Swoją drogą, poczuła przyjemne ciepło w okolicach serca, kiedy przekonała się, że przez minione tygodnie w ich wspólnym pokoju nie zmieniło się nic. Jej rzeczy nadal leżały na swoich miejscach, choć podejrzewała, że Mary w przypływie złości spakuje wszystko do kartonu i – powiedzmy – wyrzuci przez okno.
Nie mogła się przeziębić, ale nie protestowała, decydując doprowadzić się do porządku. Kiedy w końcu wróciła do pokoju, Mary siedziała po turecku na swoim łóżku, nienaturalnie spokojna i wyraźnie spięta, zaś na stoliku nocnym już stały dwa kubki z herbatą. Ten widok na ułamek sekundy wytrącił Alyssę z równowagi, tak nieznośnie znajomy się okazał. Nie potrafiła zliczyć, jak wiele razy przeprowadzały „poważne rozmowy” po prostu siedząc naprzeciwko siebie i niejako porozumiewając się bez słow. Mary zwykle wiedziała, co Alyssa czuła i w jakiś niezrozumiały dla dziewczyny sposób zawsze zadawała odpowiednie pytanie, chociaż czasami nie szczędziła sobie przy tym złośliwości.
Tym razem nie odezwała się nawet słowem. Milczała również wtedy, gdy Alyssa zajęła miejsce naprzeciwko niej, nerwowo nawijając wilgotny kosmyk włosów na palec, by zająć czymś ręce. Wiedziała, że towarzyszka uważnie ją obserwuje, a kocie, zielone oczy dosłownie przenikają na wskroś, co z miejsca sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Mary…
Właśnie wtedy coś w niej pękło, chociaż jeszcze długo później nie potrafiła stwierdzić jakim cudem zdołała wykrztusić z siebie choć słowo. Płakała, przerywała, a jednak nawet wtedy była w stanie mówić, nie zastanawiając się nad tym, czy to ma sens. Wcześniej nie brała pod uwagę tego, co zrobi po dotarciu na miejsce, a jednak siedząc w znajomym pokoju i obserwując przyjaciółkę, do głowy przyszło jej tylko jedno: prawda.
To było czyste szaleństwo, a jednak kiedy zaczęła mówić, słowa po prostu popłynęły, nie dając dziewczynie czasu na wątpliwości.
Wciąż drżała, kiedy w pokoju nareszcie zapadła cisza. Czuła wilgoć na policzkach, ale prawie nie zwracała na to uwagi, zbyt skoncentrowana na trzymanym w dłoniach kubku. Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że wręcz spodziewała się, że ten w którymś momencie wyślizgnie się z uścisku, choć przy wampirzym refleksie nic podobnego nie powinno mieć miejsca. Jakie to zresztą miało znaczenie w sytuacji, kiedy najpewniej zrobiła z siebie idiotkę, jednocześnie narażając na śmiertelne niebezpieczeństwo jedyną osobę na której kiedykolwiek tak naprawdę jej zależało? Mary nie zasłużyła sobie na kłamstwa, jednak na dłuższą metę te wydawały się lepszą alternatywą, skoro mogły zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo.
Problem polegał na tym, że teraz już było za późno. Słowa padły – nieskładne i bez przemyślenia, ale to nie miało znaczenia. Wciąż czuła na sobie spojrzenie przyjaciółki, a jednak sama nie miała dość odwagi, by spojrzeć dziewczynie w oczy. Czy została już uznana za wariatkę? To wydawało się najprawdopodobniejsze, a Alyssa z niedowierzaniem uprzytomniła sobie, że nie miałaby nic przeciwko, gdyby okazało się prawdą. Chyba nawet ucieszyłaby się, gdyby odkryła, że jednak jest obłąkana, a ostatnie tygodnie to jedynie wytwór jej wyobraźni. Wszystko wydawało się lepsze niż to, co powiedział jej Carlos, poza tym…
Najbardziej jednak bała się tego, że Mary jej uwierzy – a potem ucieknie z wrzaskiem.
Kolejne sekundy wydawały się ciągnąć w nieskończoność, dłużąc się tak bardzo, że w pewnym momencie straciła poczucie czasu. Zastygła w bezruchu, niemal siłą zmuszając ciało do współpracy i bojąc się poruszyć chociażby o milimetr. W pewnym momencie uprzytomniła sobie, że nieświadomie wstrzymała oddech, jedynie od czasu do czasu chwytając powietrze przez usta, w odstępach zdecydowanie zbyt długich, by było to możliwe w przypadku człowieka. Nie miała pewności czy Mary jest tego świadoma i czy miało to dla niej jakiekolwiek znaczenie, ale starała się o tym nie myśleć, zwłaszcza teraz, kiedy w każdej chwili mogła dziewczynę stracić – i to po warunkiem, że już do tego nie doszło.
Błagam, odezwij się…, przeszło jej przez myśl. Więcej łez napłynęło jej do oczu, zbierając się pod powiekami, choć nie sądziła, że wciąż jest w stanie płakać. Po prostu się odezwij albo…
Cisza. Cholera, coraz bardziej dająca jej się we znaki i tak ciężka, że wręcz doprowadzała Alyssę do szaleństwa.
Nie powinnam była…
Nie powinnaś, zgodziła się usłużnie jej podświadomość. Wzdrygnęła się, ledwo powstrzymując jęk, chociaż tym razem przynajmniej miała pewność, że myśl jak najbardziej należała do niej. Na samo wspomnienie szeptu, który towarzyszył jej w lesie, dostawała gęsiej skórki, przez co z nieopisaną wręcz ulgą przyjęła do świadomości fakt, że rozmawiała ze sobą. To też wydawało się lepsze od dyskutowanie z… głosami, których nawet nie rozpoznawała.
Bezwiednie uniosła głowę, spoglądając wprost na Mary. Miała dość czekania, a wątpliwości stopniowo wykańczać ją od środka, przez co nie była w stanie dłużej trwać w bezruchu. Nie miała pojęcia, co tak naprawdę spodziewała się zobaczyć, ale to i tak nie miało znaczenia, bo kiedy skoncentrowała się na siedzącej naprzeciwko niej dziewczynie, poraziła ją… pustka.
Mary po prostu siedziała, milcząca i nieruchoma, prawie jak ludzkich rozmiarów woskowa figura. Spuściła głowę, a czarne włosy opadły na twarz, mocno kontrastując z jasną skórą, tym bledszą, że dziewczyna nie zdążyła zmyć grubej warstwy ryżowego pudru, który standardowo stanowił podstawę jej makijażu. Powieki miała zaciśnięte, a kiedy Alyssa uważniej jej się przyjrzała, w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że dostrzega łzy, które powoli spłynęły po bladych policzkach, pozostawiając za sobą ciemne smugi tuszu Nawet z odległości widziała, że przyjaciółka drży, nagle bezbronna i krucha jak nigdy dotąd, chociaż zwłaszcza w ciągu ostatnich lat zdarzało jej się płakać zdecydowanie zbyt często.
Krucha Mary? To samo w sobie wydawało się wykluczać, brzmiąc niczym kłamstwo albo marny żart, który nie powinien mieć miejsca. Kto jak kto, ale ta dziewczyna zawsze była silna, zdecydowanie bardziej nadając się na wampirzycę, poza tym…
– Mary? – wyszeptała z wahaniem Alyssa. – Ja… Mary? – powtórzyła bardziej stanowczo, chociaż to i tak brzmiało niczym żałosne błaganie.
Chyba cała wieczność minęła, zanim ta w końcu uniosła głowę – bardzo powoli, metodycznie wykonując każdy kolejny ruch. Ciemne włosy odgarnęła na bok, po czym zatrzepotała powiekami, jak zwykle szokując spojrzeniem intensywnie zielonych oczu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale to było do przewidzenia, zresztą wszystko wydawało się lepsze od tego, czego spodziewała się Alyssa – począwszy od strachu po czyste obrzydzenie. Co prawda to jeszcze o niczym nie świadczyło, ale przynajmniej tymczasowo oszczędzało jej bólu odrzucenia.
Drgnęła, kiedy spojrzenia jej i Mary się spotkały. Wyraźnie słyszała przyśpieszone bicie serca dziewczyny i urywany, zdradzający zaczątki histerii oddech. Poruszyła się niespokojnie, bardziej niż wcześniej żałując, że zdecydowała się tutaj przyjść. Gdyby myślała rozsądnie, nie byłoby jej tutaj, niezależnie od targających nią emocji. To był głupie i – przede wszystkim – egoistyczne, zwłaszcza po tym, jak ochroniła Alexa. Czuła, że popełniła błąd, a jakby tego było mało, teraz nie miała najmniejszych szans, żeby choć spróbować go naprawić.
– Nie powinnam była…
Coś w tych słowach sprawiło, że Mary wyprostowała się niczym struna, błyskawicznie podrywając na równe nogi.
– Nie powinnaś była czego? – zapytała cicho, a jej głos zabrzmiał zaskakująco spokojnie, chociaż nadal nie wyrażał jakichkolwiek emocji. – Mówić mi prawdy, Ali? Bo to jest prawda…?
Oczywiście, że jest, pomyślała, jednak nie odważyła się powiedzieć tego na głos. Tym razem sama zdecydowała się na milczenie, pragnąc odwrócić wzrok, ale okazało się, że wyzwolenie się spod spojrzenia przyjaciółki, jest niemożliwe. Jęknęła, po czym znów zaczęła kręcić włosy, ostatecznie szarpiąc je tak mocno, że chyba jedynie cudem nie zaczęły wychodzić garściami.
Mary westchnęła, po czym zrobiła taki ruch, jakby chciała chwycić ją za rękę.
– Alyssa, do cholery!
Ciche przekleństwo wytrąciło ją z równowagi. Nie zorientowała się, kiedy właściwie nerwy wzięły nad nią górę, a w odpowiedzi na ruch Mary poderwała się na równe nogi, w ułamku sekundy materializując się na drugim końcu pokoju. Usłyszała stukot, kiedy dotychczas ściskany przez nią kubek z herbatą wylądował na podłodze, nie tłukąc się dzięki dywanowi, który przysłaniał wyniszczone panele. Kiedy w końcu się otrząsnęła, ciężko oparła się plecami o ścianę, coraz bardziej roztrzęsiona. Dopiero po chwili spojrzała na Mary, wręcz przerażona perspektywą tego, co mogłaby zobaczyć. Dziewczyna również zastygła na swoim miejscu, wyraźnie oszołomiona. Lekko rozchwyciła usta, chcąc coś powiedzieć albo zbierając się do krzyku, a jednak ostatecznie nie wydała z siebie nawet najcichszego jęku.
– Nie podchodź więcej – wyszeptała Alyssa, widząc, że jej towarzyszka próbuje przesunąć się ku niej. Coś w jej głosie zmieniło się, brzmiąc niemal jak dzikie warknięcie, chociaż Ali nie sądziła, że zdenerwowanie aż do tego stopnia będzie dawać jej się we znaki. – Ja nie…
– Ty… ty… O Boże! – Głos Mary brzmiał nienaturalnie piskliwie i nieskładnie. Nagle wydała się Alyssy jeszcze bledsza, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. – Ty naprawdę… – Dziewczyna urwała i już tylko kręciła głową, mając trudności nawet ze złapaniem oddechu, a co dopiero wykrztuszeniem z siebie jakiegokolwiek sensownego zdania.
Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, zdradzając oszołomienie, chociaż – jakby paradoksalnie – coś w jej spojrzeniu nadal wydawało się niezwykle przytomne. Mary wydawała się wstrząśnięta, o wiele bardziej niż podczas ich ostatniego spotkania, kiedy po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się Alyssy po zniknięciu i kilku znaczących godzinach nieobecności. Rano wyglądała na zranioną i chętną, by rzucić się do ucieczki, co wydawało się najzupełniej naturalne, jednak kiedy Ali przyjrzała się jej teraz…
Mary się bała, ale w jej spojrzeniu było coś, co wydarzało się wyjaśniać wszystko – jednocześnie zaprzeczając temu, czego można byłoby się po zachowaniu dziewczyny spodziewać. Ten błysk…
Ona wcale nie zamierzała uciekać. Nie, wręcz przeciwnie…
To była determinacja.
– Okej, w porządku… – Głos przyjaciółki ją zaskoczył, zwłaszcza kiedy ta tak po prostu zapanowała nad emocjami i odważyła się odezwać raz jeszcze, tym razem w o wiele bardziej składny sposób. – W końcu to nic takiego, ale…
– Nic takiego? – powtórzyła tępo Alyssa.
Mary jedynie potrząsnęła głową.
– Nie. Tak sądzę, ale… – zaczęła raz jeszcze, po czym barwo powoli uniosła obie ręce ku górze w poddańczym geście. – Ja… Mam się nie zbliżać, bo wtedy może wydarzyć się coś niedobrego? – zapytała nieoczekiwanie i wraz z tym pytaniem Alyssa poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją po głowie.
Czy wydarzy się coś niedobrego? To pytanie ją zaskoczyło, chociaż dopiero po kilku następnych sekundach uprzytomniła sobie, co tak naprawdę miała na myśli Mary. Poczuła, że sztywnieje, a jej oczy rozszerzają się nieznacznie, kiedy w końcu to do niej dotarło. Już na uczelni krew dziewczyny ją kusiła, jednak tym razem Alyssy nawet przez myśl nie przeszło, że mogłaby zagrażać jej w ten konkretny sposób. Czuła słodki, nęcący zapach, a kiedy się na nim skoncentrowała, jej gardło zapiekło nieprzyjemnie, ale nawet wtedy nie wyobrażała sobie, że mogłaby zaatakować. Nie mogła, bo…
Po prostu nie.
Wciąż jeszcze oszołomiona, energicznie pokręciła głową. Mary przyjęła to w milczeniu, wciąż uważnie obserwując swoją dotychczasową współmieszkankę i intensywnie nad czymś myśląc. W tamtej chwili Ali szczerze pożałowała, że nie jest w stanie przeniknąć czyjegokolwiek umysłu – cokolwiek, byleby nie znów nie trwać w ciszy. Co prawda nie miała pewności, czy oby na pewno chciała poznać prawdę, ale mimo wszystko…
– Te wszystkie tygodnie… To dlatego mi nic nie powiedziałaś, prawda? – drążyła Mary. – Uciekałaś, Ali…
– Musiałam – wyszeptała zdławionym tonem. Przełknęła z trudem, coraz bardziej podenerwowana. – Teraz sama wiesz dlaczego. Nie miałam wyboru, tak bardzo chciałam i… Nawet nie wiesz jak bardzo chciałam ci powiedzieć.
Mary w zamyśleniu skinęła głową.
– Chyba wiem. – Po jej tonie trudno było stwierdzić, czy mówiła prawdę, czy też nadal była w szoku.
Kolejna chwila milczenia. Mary patrzyła na nią przez kilka następnych sekund, ostatecznie decydując się zrobić ostrożny krok naprzód.
Alyssa jęknęła i jeszcze mocniej przywarła plecami do ściany, chyba jedynie cudem nie przebijając się na drugą stronę. Chciała stąd uciec… tak po prostu znikać, ale…
– Proszę…
Ale Mary się nie odsunęła.
No i jest. Mam wątpliwości co do jakości tego rozdziału, tym bardziej, że dodaję niejako w biegu, a sprawdzanie szło mi co najmniej opornie. Z góry przepraszam ;-; Z drugiej strony, dużo się dzieje, więc to swego rodzaju rekompensata. Mary zna prawdę, więc teraz będzie pojawiać się o wiele częściej.
Dziękuję za obecność, bo ta wiele dla mnie znaczy. Tak więc zostawiam Was z tym wpisem, piosenką i do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz