28.05.2017

Rozdział XLI

NADIA
Krążyła niespokojnie, nie kryjąc podenerwowania. Nie była w stanie ustać w miejscu, aż rwąc się do tego, żeby kimś porządnie potrząsnąć, gotowa w jakikolwiek z możliwych sposób wyrazić narastającą w niej frustrację. Podejrzewała, że gdyby wzrok zabijał, już dawno miałaby kogoś na sumieniu, ale nie dbała o to, aż nazbyt świadoma, że miała do takiego stanu prawo. Tak przynajmniej sądziła, tym bardziej że potrafiła wymienić przynajmniej kilka powodów, przez które się martwiła.
Słyszała melodyjny głos Eleonory, która w pośpiechu wyrzucała z siebie kolejne słowa, rozmawiając z kimś przez telefon. Nadia nie była w stanie skoncentrować się na poszczególnych słowach, ale była pewna, że po drugiej stronie najpewniej był Michael. Zwykle była w stanie rozpoznać, kiedy wampirzyca rozmawiała ze swoją drugą połówką, wyczuwając w jej głosie dość charakterystyczną nutę. Nie próbowała się wtrącać, skupiona na skrupulatnym pokonywaniu kolejnych metrów, w miarę jak przemieszczała się z jednego punktu salonu do innego, ledwo będąc w stanie powstrzymać się przed ciśnięciem pierwszą rzeczą, która wpadłaby jej w ręce.
– Świetnie. W takim razie do zobaczenia – usłyszała Nadia i te słowa wystarczyły, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
– Znaleźli ją? – zapytała, ledwo tylko wampirzyca rozłączyła się i odłożyła telefon.
Eleonora rzuciła jej bliżej nieokreślone spojrzenie, po czym skinęła głową. Ona również wydawała się podenerwowana, ale najpewniej z zupełnie innego powodu, niż jej rozmówczyni, zaraz też uśmiechnęła się blado, czym prawie doprowadziła Nadię do szału.
– Tak, wszystko jest w porządku – stwierdziła ze spokojem. – Ani Alyssy, ani nikomu innego nic się nie stało.
Słysząc te słowa, wampirzycy ostatecznie puściły nerwy. Parsknęła pozbawionym wesołości, zdradzającym narastającą z każdą kolejną sekundą frustrację śmiechem. Było w tym coś histerycznego, a po spojrzeniu Eleonory poznała, że ta najpewniej miała ją za wariatkę, ale nie próbowała się nad tym zastanawiać. Jakie to właściwie miało znaczenie, skoro od chwili pojawienia się tej dziewczyny, wszyscy traktowali ją prawie jak intruza? Tak przynajmniej się czuła, we własnym domu mając poczucie, że wszyscy wokół postępują z nią jak z kimś obcym, kto nie miał prawa pytać, a co dopiero czynnie uczestniczyć w tym, co działo się dookoła.
Wiedziała, że Michael tylko z litości zdecydował się z nią porozmawiać. Do tej pory na wspomnienie tamtej wymiany zdań ciśnienie jej skakało, co w przypadku istoty teoretycznie martwej wydawało się dość ironiczne. Oddychała szybko i płytko, wciąż podenerwowana, co zresztą wyjaśniało, dlaczego jako ostatnia dowiedziała się, kim jest Alyssa i w co tak naprawdę pogrywał Carlos. Zrobili to specjalnie, zresztą chcąc nie chcąc musiała przyznać, że przemilczenie niektórych kwestii miało sens, ale zwłaszcza teraz nie miało to dla niej znaczenia. Och, wręcz przeciwnie – szlag ją trafiał, kiedy przypominała sobie, w jak wielkim byli niebezpieczeństwie. Wpuścili pod swój dach pomiot samego szatana, a teraz jeszcze się z tego cieszyli, próbując udawać, że nie ma powodów do niepokoju. Dziewczyna niczego nie pamiętała, przynajmniej na razie, poza tym Nadia na każdym kroku słyszała, że Ariana już wieki temu sprzeciwiła się ojcu, ale…
O Boże, naprawdę?! Naprawdę wszyscy są aż tak naiwni?!, pomyślała w oszołomieniu, nie pierwszy raz zadając sobie te pytania. Wielokrotnie miała ochotę je zadać, ale powstrzymywała się, chcąc przynajmniej udawać, że jest dokładnie tak, jak powiedział Michael – i że nie ma powodów do zmartwień. Kto przejmowałby się niestabilną emocjonalnie, niczego nieświadomą córą Lucyfera, która w każdej chwili mogła ich wszystkich pozabijać, prawda? To absolutny przypadek, że Nadia właściwie musiała ratować Jasona, bo inaczej ta ich nieszkodliwa wampirzyca najpewniej zrobiłaby z niego szaszłyk. Oczywiście, że przesadzała, niepotrzebnie uprzedzając się względem kogoś, kto w każdej chwili mógł dojść do wniosku, że miło będzie ich wszystkich pozabijać! Teraz, kiedy dziewczyna znała prawdę, a demony jej ojca wyraźnie na nią polowały, mogło być już tylko lepiej!
Zacisnęła dłonie w pięści, ledwo powstrzymując się przed całą wiązanką cisnących jej się na usta przekleństw. Jej spojrzenie skoncentrowało się na wyraźnie zmartwionej, obserwującej ją niespokojnie Eleonorze. Wampirzyca milczała, być może nie wiedząc, co powinna powiedzieć, a może po prostu nie chcąc prowokować kłótni. Problem z tą kobietą od samego początku polegał na tym, że była dobra – tak po prostu, w absolutnie ludzki sposób. To wystarczyło, żeby perspektywa wyżycia się na niej, wydała się Nadii czymś co najmniej niewłaściwym. Nie to, żeby wątpiła, czy Eleonora potrafił walczyć czy była absolutnie bezbronna, ale pewne rzeczy najzwyczajniej w świecie nie wchodziły w grę. Ta świadomość doprowadzała ją do szału, ale nie była w stanie niczego w związku z tym zrobić – i to niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
– Nadia…
Wypuściła ze świstem powietrze, próbując się uspokoić. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że zaciska dłonie w pięści, na dodatek tak mocno, że zdążyła upuścić sobie krwi. Natychmiast poluzowała uścisk, po czym zwiesiła ramiona. Poczuła delikatnie pieczenie w miejscu, gdzie dorobiła się niewielkich, krwawiących zadrapań, uczucie to jednak prawie natychmiast zniknęło, kiedy ranki samoistnie się zasklepiły.
– Alyssy nic nie jest… Tak, cieszmy się, bo to najważniejsze – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać.
– Wiesz, że nie o to chodzi – przypomniała cicho Eleonora. – Zresztą to moja podopieczna. Jestem za nią odpowiedzialna – dodała, a Nadia prychnęła.
– Nie, to zmartwienie Carlosa i tylko jego – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Igra z naturą i obie to wiemy. Skoro zdecydował się przywołać Arianę, niech zabiera dziewczynę i idzie w cholerę, zamiast wciągać nas wszystkich w te chore gierki!
Znów zaczęła niespokojnie krążyć, niezdolna do ustania w miejscu. Eleonora milczała, ograniczając się do biernej obserwacji, co jeszcze bardziej wytrąciło Nadię z równowagi. W gruncie rzeczy chciała, żeby ktoś się z nią pokłócił, ale ciężko było tego dokonać, jeśli trwało się w ciszy.
– To nie działa w ten sposób, Nadio.
Znów parsknęła pozbawionym wesołości, chociaż tym razem o wiele bardziej kontrolowanym śmiechem. Miała ochotę powiedzieć, że jak najbardziej działało i że teraz mogli co najwyżej czekać, aż ktoś zakradnie się do domu, żeby popodrzynać im gardła albo wyrwać serca właśnie z powodu tej dziewczyny, ale nie miała po to temu okazji. Cała zesztywniała, po czym zwróciła się ku drzwiom, wyraźnie słysząc dźwięk zbliżającego się samochodu. To wystarczyło, działając na wampirzycę niemalże jak czerwona płachta na byka.
Usłyszała, że Eleonora westchnęła, po czym raz jeszcze wypowiedziała jej imię, próbując powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego, ale Nadia nie zamierzała słuchać. To było niczym impuls, który nakazał jej jak najszybciej przemknąć do wyjścia, by w następnej sekundzie wypaść na pogrążony w półmroku podjazd. Padał deszcz, na dodatek wystarczająco intensywnie, by w krótką chwilę przemokła do suchej nitki, ale nie dbała o to. Jako wampirzyca nie była wrażliwa na wpływ temperatury, zresztą nawet gdyby była człowiekiem, gniew zrobiłby swoje, przynajmniej tymczasowo ograniczając intensywność dochodzących do niej bodźców.
– Nadia… Hej, Nadia, daj spokój! – doszedł ją spięty głos Eleonory i zrozumiała, że kobieta podążyła za nią, ale również tym razem zdecydowała się ją zignorować.
Och, niedoczekanie ich wszystkich! Zbyt długo milczała, spoglądając przez palce na sytuację, która od samego początku prezentowała się źle. Miała serdecznie dość udawania, że wszystko jest w porządku i akceptowania tego, że Carlos robił, co tylko uważał za stosowne. Nie, to zdecydowanie nie było właściwe – to, że podrzucił im dziewczynę zaraz po przemianie, a potem umył ręce i udawał, że nic się nie wydarzyło. Pojawiał się i znikał, zależnie od nastroju albo cholera wie czego jeszcze. To nie on musiał spełniać obowiązki stwórcy, chociaż – na wrota piekielne! – przecież to do niego należało zajęcie się Alyssą, Arianą czy cholera wie kim jeszcze. Na pewno zdecydowanie prościej było się wycofać i czekać, aż problem rozwiąże się sam, nie nadstawiając karku i nie przejmując się tym, że w każdej chwili mógł dopaść go ktoś ze świty Lucyfera.
– Och… Oj, oj, jaka wzburzona!
Myślała, że trafi ją szlag, kiedy dosłownie ułamek sekundy po tym, jak samochód zaparkował przed domem, usłyszała głos budzącego jej frustrację wampira. To on jako pierwszy zdecydował się wysiąść, co jak najbardziej było Nadii na rękę. Wystarczył jeden rzut oka na tego mężczyznę, żeby ostatecznie puściły jej nerwy, złość z kolei sięgnęła zenitu. To, że bezczelnie mógłby pokusić się o lustrowanie nieswoich myśli, dodatkowo ją napędzało, choć zarazem pozostawało najmniej istotnym z przewinień Carlosa.
Zareagowała w zasadzie automatycznie, doskakując do niego tak gwałtownie, że zaskoczyła nawet samą siebie. W następnej sekundzie zamachnęła się, chętna nie tyle go spoliczkować, co zapoznać swoją pięść z jego twarzą – cokolwiek, byleby przestał spoglądać na nią w ten pobłażliwy sposób, uśmiechając się przy tym cynicznie i…
No cóż, zadziałało – z tym, że zdecydowanie nie w sposób, którego mogłaby oczekiwać.
W nerwach nie zarejestrowała tego, że Carlos w ogóle się poruszył. Chyba jedynie cudem udało mu się w porę pochwycić zaskoczoną wampirzycę za oba nadgarstki, a potem zdecydowanie od siebie odepchnąć. Jakiekolwiek oznaki rozbawienia zniknęły z jego twarzy, zdradzając przede wszystkim frustrację i niedowierzanie. Nadia zatoczyła się, w ostatniej chwili odzyskując równowagę i przybierając pozycję obronną. Z głębi jej gardła wyrwał się gniewny, ostrzegawczy charkot. Kły wysunęły się, pulsując boleśnie – i to nie tyle z głodu, ale za sprawą narastającego pragnienia, żeby rozerwać komuś tętnice. Cóż, Carlos wydawał się być dobrym kandydatem, chociaż zarazem nie wyobrażałaby sobie, że mogłaby ot tak skosztować jego krwi. Co jak co, ale zdecydowanie nie miała ochoty na aż taką bliskość, niezależnie od tego, czy w ten sposób mogłaby okazać chociaż chwilową wyższość nad tym wampirem.
– Tak? – rzucił gniewnym tonem nieśmiertelny. – To zabawne, bo ja krwią urodziwej kobiety nie pogardzę… A już zwłaszcza takiej, która osobiście mnie prowokuje – dodał, robiąc krok w jej stronę.
Jeden rzut oka na jego twarz wystarczył, żeby Nadia zrozumiała, iż jak najbardziej byłby zdolny posunąć się aż tak daleko. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, bezskutecznie próbując się uspokoić i jakkolwiek zapanować nad drżeniem mięśni. W tamtej chwili pierwszy raz poczuła nie tylko gniew, ale również strach, który przedarł się przez mieszankę innych emocji, wymuszając na niej skupienie się na zdrowym rozsądku. Podejrzewała, że jest na to za późno, bo Carlos nie wyglądał na kogoś, kto odpuszcza, jeśli ktoś raz zajdzie mu za skórę, ale…
– Proszę bardzo, chodź! – odparowała, pochylając się do przodu. – Tylko spróbuj się do mnie zbliżyć, a przysięgam, że…
– Nie omieszkam – stwierdził cierpko Carlos, bezceremonialnie skracając dzielący ich dystans.
Napięła mięśnie, bynajmniej nie zamierzając się cofać. W zamian spojrzała na wampira w niemalże wyzywający sposób, chociaż widziała, że mocno ryzykuje. Gdzieś za plecami wyczuła ruch, ale nie zwróciła na to uwagi, obojętna na to, czy prócz niej i Carlosa przed domem znajdował się ktoś jeszcze. W tamtej chwili była świadoma przede wszystkim narastającego gniewu, poza tym…
– Wystarczy! – doszedł ją znajomy, kobiecy głos. – Carlos, daj spokój! – dodała Alyssa i to wystarczyło, żeby dosłownie wszystko uległo zmianie.
Wampir zesztywniał, zresztą tak jak i Nadia, tym bardziej że ostatnim, czego tak naprawdę chciała, było zawdzięczanie tej dziewczynie czegokolwiek. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie miała po temu okazji, wytrącona z równowagi reakcją Carlosa, który jak gdyby nigdy nic wyprostował się, uśmiechnął pod nosem, po czym z wolna wycofał, dla lepszego efektu wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście.
– Proszę bardzo, księżniczko – rzucił, zwracając się bezpośrednio do Alyssy. Nie wydawał się zaskoczony niemalże władczą nutą, która pobrzmiewała w głosie nieśmiertelnej. – Ale tylko dlatego, że tak ładnie mnie poprosiłaś – zadrwił, oglądając się przez ramię, by móc rzucić córce Lucyfera znaczące, wymowne spojrzenie.
Nadia również podążyła za jego wzrokiem, chcąc nie chcąc koncentrując wzrok na dziewczynie. Alyssa zdążyła wysiąść z auta, nie jako jedyna zresztą, wampirzyca jednak z premedytacją zignorowała towarzyszących jej Michaela i Jasona. Jej spojrzenie skoncentrowało się dopiero na jeszcze jednej osobie – ciemnowłosej śmiertelniczce, którą zdecydowanie pierwszy raz widziała na oczy. Z wolna uniosła brwi, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, coraz bardziej zdezorientowana. Czuła, że umknęło jej coś innego, ale za żadne skarby nie potrafiła stwierdzić co i dlaczego, to zresztą wydawało się mało istotne.
– Miałeś nie mówić na mnie w ten sposób – odezwała się ponownie Alyssa. – Carlos, na litość boską…
– Nie sądzę, żeby on miał coś tutaj do rzeczy – stwierdził z rezerwą wampir.
Być może dodał coś jeszcze, ale Nadia właściwie nie słuchała. Jej uwagę w pełni pochłonęła blada jak papier dziewczyna, która trzymała się na uboczu, dopiero po chwili decydując się podejść bezpośrednio do Alyssy. Brwi wampirzycy powędrowały ku górze, kiedy śmiertelniczka dosłownie zacisnęła palce na ramieniu Ali, zupełnie jakby jej obecność pozwalała jej zachować zdrowe zmysły. Nawet z odległości słychać było, że serce nieznajomej z zawrotną prędkością tłukło jej się w piersi, zdradzając przede wszystkich strach. Co prawda śmiertelniczka wyraźnie próbowała nad sobą zapanować, by nie dać niczego po sobie poznać, ale to skutkowało wyłącznie do pewnego stopnia. Cóż, nie dało się oszukać obdarzonego wyostrzonymi zmysłami wampira, więc Nadia wyraźnie czuła metaliczny, zwiastujący lęk posmak na języku.
– Ehm… Wkurwianie się na Carlosa to jakiś sport narodowy, czy denerwuje wszystkich wokół tylko okazyjnie? – zapytała spiętym tonem przybyszka, a Alyssa westchnęła przeciągle, wyraźnie zmęczona sytuacją.
– Obawiam się, że to pierwsze, Mary – przyznała niechętnie.
W normalnym wypadku być może Nadia zdołałaby się nawet uśmiechnąć albo – choć tego absolutnie sobie nie wyobrażała – dość do wniosku, że mogłaby chociaż spróbować porozumieć się z tymi dziewczynami. Sęk w tym, że nic podobnego nie miało miejsca, zwłaszcza kiedy usłyszała imię towarzyszącej Alyssy śmiertelniczki. Mary…, powtórzyła w myślach, a w następnej sekundzie aż się zapowietrzyła, uświadamiając sobie, że słyszała je już wcześniej. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, Nadia zaś przez krótką chwilę była w stanie co najwyżej spoglądać to na Alyssę, to znów na stojącą przy niej dziewczynę. Może i nie rozmawiały, przez większość czasu trzymając się z córką Lucyfera na dystans, ale to nie znaczyło, że nie miała pojęcia, co takiego działo się wokół niej. Zdążyła zorientować się, jak miała na imię najlepsza przyjaciółka podopiecznej Carlosa, a skoro ta teraz tutaj była i nikt nie próbował choćby częściowo ukrywać wynikających z nieśmiertelności zdolności…
Nie…!
Właściwie nie była pewna, dlaczego akurat myśl, że Mary mogłaby poznać prawdę, ostatecznie doprowadziła ją do szału. Sytuacja już i tak była napięta, zaś widok śmiertelniczki, miał w sobie coś, co przywiodło Nadię na skraj szaleństwa. Oczy wampirzycy rozszerzyły się nieznacznie, zaraz też potrząsnęła głową, próbując odrzucić od siebie niechciane myśli.
– Nie… Co tu się, do jasnej cholery, dzieje?! – zniecierpliwiła się, po czym w pośpiechu wyminęła Carlosa, by móc podejść bliżej i przyjrzeć się stojącej przy Alyssy dziewczynie. – Powiedziałaś jej? Całkiem ci już odbiło? – warknęła, nawet nie próbując zastanawiać się nad doborem słów.
– Musiałam – obruszyła się Alyssa. Nieznacznie pobladła, wyraźnie zaniepokojona. Nerwowym gestem odgarnęła wilgotne włosy z twarzy, próbując jakkolwiek uporządkować niesforne, klejące się do policzków kosmyki. – To znaczy…
– Znaczy co? – warknęła zniecierpliwionym tonem Nadia. – Czego nie zrozumiałaś, kiedy rozmawialiśmy na temat trzymania języka za zębami? Uważasz, że wszystko ci wolno i…?
– Nadia!
Natychmiast zamilkła, zaciskając usta w cienką linijkę. Jakby od niechcenia przeniosła wzrok na Jasona, próbując udawać, że wcale nie zraniło ją to, że akurat on mógłby zwracać jej uwagę. Kiedy napotkała spojrzenie pociemniałych od nadmiaru emocji, zagniewanych oczu wampira, wyprostowała się niczym struna, bezskutecznie usiłując nad sobą zapanować. Ostatnim, czego potrzebowała, było to, żeby znowu się upokorzyć, zwłaszcza przed kimś, kto mimo wszystko miał dla niej znaczenie – i to niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
– Więc to jest w porządku, tak? – zapytała cicho, coraz bardziej rozżalona. – Narażanie nas na każdym kroku jest właściwe?
– Mary nie jest głupia – oznajmiła natychmiast Alyssa. – Nikomu nie powie, tak? Nie byłoby jej tutaj, gdyby…
– Nie próbuj mnie rozśmieszać, bo to nie działa – przerwała zniecierpliwionym tonem wampirzyca. – I najlepiej zamilknij, bo dla mnie nie ma znaczenia to, kim jesteś. Pojawiłaś się znikąd i ciągle mieszać, a teraz… – Zamilkła, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Kurwa, naprawdę jesteście zaślepieni, jeśli nie widzicie problemu.
– Kto powiedział, że nie ma problemu? – żachnął się Carlos. – Rany, ta dziewczyna mnie zadziwia… Zacznijcie jej może pilnować, Mickey, bo jeśli jeszcze raz zrobi mi taki numer…
Nadia jęknęła, coraz bardziej rozeźlona. Już i tak miała dość Carlosa, zaś to, że kolejny raz mógłby wystawić jej nerwy na próbę, wyraźnie traktując ją prawie jak dziecko albo nic nieznaczącą rzecz, skutecznie doprowadzało wampirzycę do szału.
– Jestem tutaj i sama za siebie odpowiadam! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Gniewnym ruchem otarła twarz, w duchu błogosławiąc wciąż padający deszcz, zwłaszcza że w ten sposób mogła skutecznie zamaskować cisnące jej się do oczu łzy. Była zła, zaś narastając we wnętrzu wampirzycy emocje, próbowały za wszelką cenę znaleźć ujście. Oczywiście nie zamierzała na to pozwolić – nie w ten sposób – ale… – Nie wiem, co znowu sobie umyśliliście i nie obchodzi mnie to. Sęk w tym, że panna właśnie przyprowadziła nam do domu człowieka… Człowieka! – powtórzyła z naciskiem, bo najwyraźniej wciąż to do niej nie docierało.
Jeszcze kiedy mówiła, błyskawicznie zwróciła się ku Mary. Wciąż napinając mięśnie, w pośpiechu przemieściła się, dosłownie materializując przed zaskoczoną śmiertelniczką. Poczuła ledwo hamowany, bijący od dziewczyny strach i to wystarczyło, żeby poczuła ukłucie satysfakcji – tylko nieznaczne, ale wystarczyło, żeby choć odrobinę poprawić Nadii nastrój.
Wciąż z wysuniętymi kłami, spojrzała wprost z lśniące, zielone oczy Mary. Dłonie po raz kolejny zacisnęła w pięści, tym razem nawet nie próbując poluzowywać uścisku.
– Jedno słowo… Choć jedno słowo, które będzie świadczyć o tym, że nas zdradziłaś – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem – a wtedy po prostu zginiesz.
– Nadia!
Tym razem nawet nie sprawdzała, kto próbował przywołać ją do porządku. W gruncie rzeczy nie dbała o to, zbyt zdeterminowana, by doprowadzić sprawy do końca.
– Przysięgam, że osobiście cię zabiję, a wtedy…
Nie miała okazji po temu, żeby dokończyć. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że pomiędzy nią a Mary bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializuje się jakaś postać. Tym bardziej nie wzięła pod uwagę możliwości, by na jej gardle z siłą imadła zacisnęły się smukłe palce Alyssy, a tym bardziej że ta znajdzie w sobie dość siły, by zdołać unieść Nadię wystarczająco wysoko, by wampirzyca straciła grunt pod nogami.
Gdyby była człowiekiem, bez wątpienia zaczęła by się dusić, jednak w przypadku wampirzycy nic podobnego nie miało miejsca. W zamian po prostu spoglądała rozszerzonymi do granic możliwości oczyma na swoją przeciwniczkę, aż nazbyt świadoma, że ta byłaby jak najbardziej zdolna do tego, żeby ją zabić.
– Ali… Alyssa, do cholery! – zaoponowała Mary, ale dziewczyna nawet nie drgnęła, wciąż pewnie trzymając Nadię za gardło. Jej oczy błyszczały dziko, bardziej jak u bestii a nie kogoś, kto w choć niewielkim stopniu mógłby przypominać zagubioną, nieświadomą sytuacji studentkę.
Chociaż to wydawało się niemożliwe, Nadia jakimś cudem zdołała się uśmiechnąć. Nie próbowała walczyć, wątpiła zresztą, by to przyniosło jakikolwiek skutek.
– No i co teraz? – wykrztusiła z trudem, aż nazbyt świadoma uścisku, który dosłownie miażdżył jej krtań. Chociaż ledwo rozumiała własne słowa, czuła, że dziewczyna była w stanie ją usłyszeć. – Zabijesz mnie, tak jak twój ojciec wymordował moją rodzinę…?
Alyssa zamarła.
No i jest! :D Rozdział napisany właściwie pod wpływem chwili, więc tym bardziej jestem z niego zadowolona. Perspektywa Nadii, która – mam nadzieję – choć po części rozjaśni sposób myślenia tej postaci. Wyszło dość dynamicznie, tak sądzę, ale to nie wydaje mi się złe, chociaż ostateczną ocenę pozostawiam Wam. No i to wstęp do czegoś więcej, co chyba widać po końcówce…
Następny wkrótce, tam nadzieję. Bardzo dziękuję za obecność, komentarze oraz za głosy, które oddaliście na to opowiadanie w konkursie na rozdział kwietnia na Katalogowo. Z przyjemnością informuję, że rozdział XXXIV zajął pierwsze miejsce, za co jestem bardzo wdzięczna. Raz jeszcze dziękuję i do napisania! :)

2 komentarze:

  1. Jestem zachwycona ^^ Perspektywa Nadii była czymś takim akurat, że tak się wyrażę.
    W ogóle to mi jej żal. W całej tej sytuacji, to ona jest w jakiś sposób pokrzywdzona. Z pewnością nie jest przyjemnym, jeśli rodzina zaczyna Cię traktować jak powietrze, bo pojawił się ktoś nowy, a opis jej uczuć i myśli mówi sam za siebie.
    Reakcja Nadii na Carlosa... Byłam w szoku. Nie spodziewałam się, że ona będzie do tego zdolna. Cały czas wydawała mi się wycofaną, duszącą w sobie emocje istotką, a tu pokazała pazur. Lubię ją za to :) Carlos szczerze za nią nie przepada, co? O ile w ogóle można by powiedzieć, że ona za kimkolwiek przepada :D Chociaż w sumie tak, w końcu pocałował Ali ^^
    Nadia grożąca Mary – to było dość interesujące... I serio spodziewałam się, że to Jason stanie pomiędzy nimi, a tu Ali... W ogóle to w tym momencie znów zrobiło mi się żal Nadii. To wygląda tak, jakby nikt nie widział, że ona się martwi o nich wszystkich, no a że okazuje to tak, a nie inaczej...
    Ostatnie słowa Nadii, aż mnie zszokowały. I to wiele wyjaśnia, przynajmniej mi, jeśli chodzi o niechęć wampirzycy wobec Alyssy. I coś mi się wydaje, że Nadia za nic nie da sobie przemówić, że przecież Ali to nie Ariana. Co z tego, że ta sama dusza skoro osoba inna, no nie?
    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, więc błagam, niech pojawi się jak najszybciej. ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę lubię Nadię. Jest nieoczywistą postacią - na pierwszy rzut oka jest wredna, ale poza tym jest okropnie traktowana i współczuję jej. Sorenti traktują ją jakoś kogoś obcego i trochę zastanawiam się, dlaczego w ogóle z nimi trzyma. Mogłaby po prostu zostawić ich wszystkich i zacząć żyć własnych życiem.
    Poza tym Nadia nie jest wredna bo jest wredna - po prostu troszczy się o rodzinę. W końcu wpuścili do domu córkę Lucyfera i całkowicie rozumiem jej frustrację, bo nikt nie zdaje się traktować Aly właśnie w ten sposób. To znaczy ja wiem, że Aly nie jest zła i tak dalej, a z perspektywy Nadii to właśnie tak wygląda.
    No i ciesze się, że Nadia ma jakieś głębsze backstory i że nie będzie tylko "naczelną biczą" całej serii xD Jestem naprawdę ciekawa co się z nią stanie.

    OdpowiedzUsuń