18.06.2017

Rozdział XLII

ALYSSA
Oddychała szybko i płytko, świadoma wyłącznie narastającego w jej wnętrzu gniewu. Pustym wzrokiem wpatrywała się w bladą, pozbawioną wyrazu twarz wampirzycy, początkowo nie zwracając uwagi, że Nadia nawet nie próbowała z nią walczyć. Do głowy przyszło jej, że to nienaturalne, żeby ktokolwiek, kogo podświadomie uznała za wroga, zachowywał się w aż tak bierny sposób, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie wątpliwości. Może ta dziewczyna po prostu była głupia, co zresztą potwierdzało, że w pełni zasłużyła sobie na wszystko, czego doświadczała.
Groziła Mary… Miała czelność grozić twojej przyjaciółce!, tłukło się w myślach wytrąconej z równowagi nieśmiertelnej. Nie miała prawa tego robić. Ani ona, ani…
Mocniej zacisnęła palce, wykorzystując siłę wystarczającą, by zmiażdżyć krtań, gdyby zaszła taka potrzeba. Gdyby miała do czynienia z człowiekiem, ten już dawno byłby martwy, Nadia jednak nie należała do osób, które można było ot tak zabić. Wampira nie dało się udusić, z kolei wszelakie obrażenia goiły się na tych istotach ot tak, o ile w grę nie wchodził ogień albo srebro. Och, ewentualnie skutecznie mogłaby ukrócić egzystencję kobiety, gdyby wbiła dłoń w jej mostek, by mieć szansę sięgnąć trzepocącego się w piersi serca. Co prawda nie zrobiła żadnego ruchu, który świadczyłby, że w ogóle zamierzała to zrobić, ale słysząc w jaki sposób pracował nieszczęsny narząd, zorientowała się, że Nadia brała taką możliwość pod uwagę.
Trudno, mogła się nad tym zastanowić wcześniej, zanim doprowadziła Arianę do ostateczności. Kto jak kto, ale córka Lucyfera nigdy nie dawała drugiej szansy komuś, kto żywił względem niej złe intencje. Przynajmniej czuła, że właśnie takie postępowanie byłoby najrozsądniejsze – likwidować wrogów, zanim ci zdążyliby się do niej zbliżyć na tyle, by mieć szansę ją skrzywdzić. Chciała też chronić Mary, po raz kolejny całą sobą czując, że musi stanąć w obronie przyjaciółki, zanim ostatecznie wydarzy się coś niedobrego. Takie rozwiązanie miało sens, Ariana zaś stopniowo poddawała się narastającym w jej wnętrzu pragnieniom. To było coś znajomego – stan, którego już kiedyś doświadczyła i który przyjęła niemalże z ulgą, uznając za absolutnie bezpieczny. W chwilach takich jak ta, dobrze wiedziała, że nie ma powodów do niepokoju – i że spokojnie może zawalczyć zarówno o siebie, jak i tych, którzy byli dla niej ważni.
Och, zabijanie wydawało się dziecinnie proste. Wywołanie posłuchu również, zwłaszcza że ten wydawał się czymś, co absolutnie się jej należało. To, kim była, warunkowało wszystko, zresztą jak i zdolności, którymi dysponowała. Kto jak kto, ale ktoś taki jak Nadia nie miał prawa z nią igrać. Skoro to zrobiła – posunęła się daleko, chociaż Ariana…
Ale ja jestem Alyssą, nie Arianą.
Myśl, która przebiła się przez przysłaniającą jej umysł otoczkę gniewu, była niczym cios prosto w żołądek. Z wrażenia aż zachłysnęła się powietrzem, a przynajmniej chciała to zrobić, zanim przekonała się, że była zbyt oszołomiona, żeby ruszyć się z miejsca. Z opóźnieniem zwróciła uwagę na zaciskającą się na swoją zaciskającą się na gardle Nadii dłoń, przez krótką chwilę mają wrażenie, że to, co się działo, nie miało żadnego związku z jej działaniami. Wręcz przeciwnie – to było tak, jakby obserwowała sytuację z boku, na dodatek zza grubej szyby, przez co wszystko wydawało się przytłumione, zaś targające nią emocje w rzeczywistości należały do kogoś innego.
Mniej więcej wtedy zawahała się po raz pierwszy. Gdzieś za plecami usłyszała znajomy, przerażony glos, kiedy ktoś w oszołomieniu wykrzyczał jej imię, ale praktycznie nie zwróciła na to uwagi. Nie mogła, skoro chwilę później dotarło do niej to, co mówiła Nadia, chociaż praktycznie musiała odczytać poszczególne słowa z ruchu warg kobiety.
– Zabijesz mnie, tak jak twój ojciec wymordował moją rodzinę…?
Przez krótką chwilę poczuła się tak, jakby właśnie oberwała w twarz. To było gwałtowne, a przy tym o wiele bardziej skuteczne, aniżeli bodźce, które próbowały dotrzeć do jej podświadomości wcześniej. Zamarła, przez kilka pierwszych sekund rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując się w bladą twarz Nadii. Miała wrażenie, że wampirzyca dosłownie przenika ją wzrokiem, spoglądając nań w niemalże wyzywający sposób. Choć to na pierwszy rzut oka jawiło się dziewczynie jako coś, co nie miało sensu, była gotowa przysiąc, że nieśmiertelna naprawdę tego chciała – że prowokowała ją, za wszelką cenę próbując wymóc na Alyssy zrobienie czegoś, czego przecież tak naprawdę nie chciała.
Po prostu to zrób!, nakazał cichy głosik w jej głowie. Mentalne nawoływanie zdawało się dochodzić jakby z oddali, skutecznie przyprawiając Alyssę o zawroty głowy. Przez krótką chwilę niemalże czuła obecność Ariany, która wręcz żądała tego, żeby posunąć się dalej. Wystarczyłby jeden, wprawny ruch, żeby doprowadzić sprawy do końca – tylko tyle albo aż tyle, bo Ali wciąż miała wątpliwości. Jak w ogóle mogłaby, skoro…? Zrób to, bo…
Myśl urwała się równie gwałtownie, co wcześniej się pojawiła, zupełnie jakby sama Ariana zaczęła się wahać. To okazało się przełomem, którego Alyssa tak bardzo potrzebowała, zaś w następnej sekundzie dziewczyna w końcu odzyskała kontrolę nad sobą na tyle, by zareagować. Jęknęła, po czym dosłownie zatoczyła się, w końcu luzując uścisk, choć nie przypuszczała, że będzie do tego stopnia. Nadia osunęła się na kolana, zanosząc kaszlem i przyciskając obie dłonie do obolałej, posiniaczonej szyi. Prawie natychmiast przy wampirzycy zmaterializowała się Eleonora, mocno chwytając bladą jak papier nieśmiertelną za ramię i w pośpiechu wyrzucając z siebie jakieś słowa – najpewniej pytania o samopoczucie, chociaż Alyssa nie była w stanie skoncentrować się na znaczeniu poszczególnych wypowiedzi. Jeszcze bardziej ubódł ją fakt, że jej samozwańcza stwórczyni nawet na nią nie spojrzała, chociaż może tak było lepiej. Dostrzeżenie zawodu akurat w oczach Ell, bez wątpienia okazałoby się… naprawdę bolesne.
Och, byłoby – chociaż nie tak, jak wyraz twarzy Mary. Już wcześniej zdążyła przerazić przyjaciółkę, zachowując się w sposób, który zdecydowanie nie nadawał się do uznania za „normalny”. To jednak wydawało się niczym w porównaniu z szokiem malującym się na twarzy dziewczyny. Zielone oczy wydawały się wręcz nienaturalnie duże, przynajmniej do momentu, w którym Alyssa podchwyciła spojrzenie współmieszkanki. Nie miała pojęcia, jak to możliwe, ale w tamtej chwili Mary jakimś cudem zdołała wziąć się w garść, prostując niczym struna, żeby łatwiej zapanować nad emocjami. Co prawda nie była w stanie kontrolować ani trzepoczącego się w piersiach serca, ani urywanego, spazmatycznego oddechu, jednak sam fakt, że próbowała się starać, wydawał się… wręcz zadziwiający.
– Alyssa.
Aż wzdrygnęła się, kiedy tuż obok niej dosłownie zmaterializował się Jason. W pierwszym odruchu zesztywniała, gotowa się wyraź, ostatecznie jednak się na to nie zdobyła. W zamian zamarła w objęciach wampira, pozwalając żeby ją trzymał, w pełni świadoma, że nie chodziło wyłącznie o przyniesienie jej ukojenia. On jej pilnował, choć podejrzewała, że gdyby odważyła się o to zapytać, nie otrzymałaby szczerej odpowiedzi. Cóż, nie potrzebowała jej, machinalnie poddając silnemu uściskowi. Nie była nawet w stanie go odwzajemnić, nie chcąc ryzykować, że jakikolwiek gest z jej strony zostanie odebrany jako coś niewłaściwego.
Tak… Tak, jestem Alyssa, miała ochotę powiedzieć, a jednak nie potrafiła wykrztusić z siebie choćby słowa. Po prostu wpatrywała się w wampira, po wyrazie jego twarzy próbując określić, czego powinna się po nim spodziewać. Był zły? Nawet jeśli, nie dał niczego po sobie poznać. W zasadzie nie była pewna, dlaczego się tym przejmowała, ale z jakiegoś powodu zarówno nastawienie Jasona, jak i pozostałych, było dla niej ważne. Jakby tego było mało, kiedy mimowolnie znów spojrzała na Mary, zrobiło jej się niedobrze. Chciała zniknąć wszystkim z oczu, ale to wcale nie miało być takie proste, skoro wampir wciąż ją trzymał, wyraźnie nie ufając na tyle, by gdziekolwiek puścić w pojedynkę. Wiedziała, że to tyle, jeśli chodzi o kwestię zaufania – nie po tym, co się wydarzyło, ale…
O Boże, czego właśnie doświadczyła? Nie rozumiała tego i chyba nawet nie chciała wiedzieć. Czuła, że się trzęsie, niezdolna choćby po części zapanować nad reakcjami własnego ciała. Ledwo panowała nad oddechem, wręcz musząc zmuszać się do wyrównania oddechu. Spojrzała na Jasona, przez krótką chwilę mając ochotę poprosić go, żeby ją puścił, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Miała wrażenie, że i tak by tego nie zrobił, zresztą nie ufała sobie na tyle, by choćby próbować. Wciąż ledwo była w stanie zmusić się do rozprostowania palców, rozpamiętując moment, w którym zaczęła dusić Nadię. Co gorsza, wciąż nie potrafiła zmusić się do tego, by odczuwać żal – nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. To zdecydowanie nie było normlane, przynajmniej z jej perspektywy, a jakby tego było mało, w jakimś stopniu wciąż odczuwała emocje, które wzbudziła w niej wampirzyca. Chęć pokazania, gdzie jest jej miejsce, mieszała się ze świadomością, że przesadziła, a także wciąż odczuwanym po słowach wampirzycy szokiem.
– Księżniczko… Alyssa, do cholery! – Głos Carlosa skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Natychmiast przeniosła wzrok na swojego stwórcę, chociaż wcale nie była pewna, czy to bezpieczne. Nie, skoro wampir wydawał się ostatnią osobą, która miała szansę poprawić jej nastój, ale… – Przejdźmy się.
– Żartujesz sobie – stwierdził Jason, tym samym dosłownie wyjmując dziewczynie to stwierdzenie z ust.
– Jak uważasz. Skoro tak, mogę odwieźć naszego… ludzkiego gościa, a ty posiedzisz sobie z Ali – rzucił niemalże pogodnym tonem. – Stworzyłem ją, więc – do cholery – naprawdę nie…
– Przestańcie obaj.
Nie sądziła, że będzie w stanie się odezwać, a tym bardziej że jej głos zabrzmi choć trochę stanowczo. Co prawda to nie był ten sam ton, którego używała, kiedy Nadia wytrąciła ją z równowagi, ale z jakiegoś powodu obaj Sorenti jak na zawołanie zamilkli. Poczuła się dziwnie, świadoma, że miała na nich jakikolwiek wpływ, ale nie dała sobie czasu, by się nad tym zastanawiać. Wiedziała jedynie, że pragnęła nade wszystko zniknąć wszystkim z oczu, a skoro już miała wybierać, kto miał jej wtedy towarzyszyć…
Zawahała się, dopiero po chwili decydując się w końcu zabrać głos. Chociaż nie sądziła, że się na to zdobędzie, do głowy przyszło jej tylko jedno. Co prawda nie była pewna, czy właśnie nie popełnia poważnego błędu, ale z dwojga złego wolała już ryzykować zabicie konkretnego, wyjątkowo działającego jej na nerwy wampira.
– Jason, proszę… Odstawisz Mary do domu? Ja… Cóż, muszę pomyśleć – stwierdziła zgodnie z prawdą.
– Ali…
Jedynie potrząsnęłam głową.
– Powiedziałam – przerwała mu spiętym tonem. – Skoro Carlos chce mi matkować i udawać, że do tej pory Eleonora wcale nie musiała odwalać za niego całej roboty, proszę bardzo. Najwyżej zakopię go w lesie, jak już wytrąci mnie z równowagi – dodała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że takie stwierdzenie nie najlepiej zabrzmiało w sytuacji, w której się znajdowała, ale i tego nie była w stanie zmienić. Spróbowała przybrać neutralny wraz twarzy, ostatecznie koncentrując spojrzenie właśnie na Carlosie. Wampir obserwował ją z zaciekawieniem, w sposób jednoznacznie sugerujący, że go rozbawiła. Nie miała pojęcia czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale nad tym również wolała się nie zastanawiać. Chciała udawać, że w jakimś stopniu wciąż miała kontrolę nad sytuacją, przynajmniej do pewnego stopnia, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie chciała robić czego, co byłoby wampirowi na rękę. Och, szła z nim tylko dlatego, że chciała odreagować, a on wydawał się idealny, żeby skończyć w roli worka treningowego – i nic ponad to.
No, ewentualnie była ciekawa, ale…
– Słyszałeś, o co… Alyssa – odezwał się cicho Carlos, starannie dobierając słowa i z jakiegoś powodu tym razem powstrzymując się od nazwania ją księżniczką – poprosiła, prawda? Miło było, ale… No cóż.
Skinął jej głową, jednoznacznie sugerując, żeby poszła za nim. Chociaż w pierwszym odruchu miała ochotę Carlosa zignorować, powstrzymała się, w zamian w pośpiechu oswabadzając z uścisku Jasona. Nawet jeśli wampir miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy powinien ją puścić, ostatecznie pozwolił, by się odsunęła. Z wahaniem odważyła się krótko spojrzeć mu w twarz, tym samym przekonując się, że wyglądał bardziej na zmartwionego niż rozeźlonego. Coś w tym widoku sprawiło, że poczuła się jeszcze gorzej, to jednak okazało się niczym w porównaniu z emocjami, które wzbudziły w niej słowa, które nagle wpadły z ust Mary.
– Ej, Carlos… – Już samo to, że jak gdyby nigdy nic zwróciła się do wampira po imieniu, skutecznie Alyssę zaskoczyło. Kiedy na dodatek spojrzała na swojego stwórcę, przekonała się, że ten spoglądał na dziewczynę w co najmniej skonsternowany sposób. – Jedna rzecz, jasne? Jak coś jej zrobisz, nakopię ci do tyłka.
– Zabawna jesteś – stwierdził w zamyśleniu Carlos.
Zaraz po tym w pośpiechu się ewakuował, nie pozostawiając Alyssy innego wyboru, jak tylko ruszyć za nim. Musiała wręcz zmusić się do tego, żeby mieć szansę za wampirem nadążyć, ale to nie miało dla niej znaczenia.
Nie, skoro wszystko wskazywało na to, że Mary nadal na niej zależało.
SKYLER
Szła szybko, nie oglądając się za siebie. Była zła, chociaż starała się tego nie okazywać, dobrze wiedząc, że przynajmniej na razie nie powinna pozwolić sobie na nadmierną emocjonalność. Gdyby to zrobiła, istniało duże prawdopodobieństwo, że ucierpiałoby sporo osób, a to zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nie żeby miała coś przeciwko wymordowania przecznicy czy dwóch, a może od razu całego miasta, ale zrównanie z ziemią Seattle niekoniecznie wydawało się dobrym pomysłem, jeśli chciała pozostać niezauważona. Skyler nie była zachwycona perspektywą krycia się po kątach, ale na razie nie miała wyboru. Już i tak pozwoliła sobie na błąd, a to mogło nieść za sobą naprawdę opłakane konsekwencje.
Cieszę się, że przyznajesz się do błędu, rozbrzmiało w jej głowie i to wystarczyło, żeby kobieta zastygła w bezruchu.
Zatrzymała się nagle, napinając mięśnie, a plecami ciężko opierając się o ścianę najbliższego budynku. Uliczka, w której się znajdowała, była brudna i zaciemniona, co jak najbardziej demonicy odpowiadało, chociaż zdecydowanie nie satysfakcjonowały jej warunki, w jakich musiała się obracać. Nie mogła zapomnieć, że utknęła w ciele, które pozostawało tak wiele do życzenia; w marnym człowieku, który może i z łatwością uległ jej woli, ale wciąż był ograniczony ludzkimi słabościami – i to również tymi, które dotykały najsłabszych jednostek. To sprawiało, że Skyler czasami miała ochotę wyjść z siebie, a potem rozszarpać nosicielkę, na której organizmie żerowała, by pokazać wszystkim wokół, co sądziła o takim traktowaniu.
Ach, cii… Nie zapomniałaś o moich obietnicach, moja bezduszna… Prawda?
Wypuściła powietrze ze świstem, kiedy ponownie doszedł ją mentalny głos Lucyfera. Spuściła głowę, pozwalając, by ciemne włosy opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając. Zawahała się, wciąż nie mając odwagi odpowiedzieć i próbując wyczuć w tonie swojego pana cokolwiek, co świadczyłoby o podstępie. Przecież zawiodła, więc zarówno łagodne brzmienie, jak i ten wszechogarniający spokój, zdecydowanie nie miały racji bytu. Jak mogłyby, skoro zrobiła coś, co zdecydowanie nie powinno przypaść Lucyferowi do gustu? Jeśli miała być ze sobą szczera, wolałaby, żeby demon już na wstępie dał jej do zrozumienia, że jest zagniewany. Zabawa w kotka i myszkę nigdy nie była czymś, co mogłoby przypaść Sky do gustu, o ile oczywiście to jej przypadała rola myszki. Zdecydowanie bardziej preferowała bycie drapieżcą, ale w przypadku tej istoty taka sytuacja nigdy nie miała mieć miejsca.
Zacisnęła usta, bezskutecznie próbując nad sobą zapanować. Wiedziała, że Lucyfer z uwagą lustruje jej umysł, świadom wszystkiego, co myślała albo czuła. W przypadku tego z odwiecznych kłamstwo zdecydowanie nie wchodziło w grę, wręcz mogąc okazać się przysłowiowym gwoździem do trumny. Skyler wiedziała, co powinna zrobić, żeby przetrwać, zresztą zdążyła się przekonać, że upadły miał do niej swego rodzaju słabość. Jakby nie patrzeć, wciąż pozostawała jego najwierniejszą – i to niezależnie od błędów, które sporadycznie popełniała.
To prawda, przyznał w zamyśleniu głos, ale to wcale nie sprawiło, że kobieta poczuła się jakkolwiek bezpieczniejsza. Wręcz przeciwnie – coś w tonie Lucyfera skutecznie przyprawiło ją o dreszcze. Ze wszystkich chodzących po tym świecie istot, bała się tylko jego. A dlaczego tak jest?
– Panie… – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Jej szept zabrzmiał dziwnie w panującej dookoła, przerwanej jedynie odległymi odgłosami miasta, ciszy.
Owszem, znała odpowiedź. Była aż nazbyt świadoma, jak surowo za wszystkie potknięcia karał Lucyfer. Sama doświadczyła tego nie raz, chociaż już nie pamiętała, kiedy ostatnim razem zrobiła coś, co doprowadziłoby nieśmiertelnego do furii. To, żeby unikać takich sytuacji, od zawsze było dla niej celem, który musiała osiągnąć za wszelką cenę – czymś nie tylko warunkowanym instynktem, ale przede wszystkim jej własną dumą. Dobrze wiedziała, jak daleko mógłby posunąć się Lucyfer, zwykle wiedząc, gdzie uderzyć, że zabolało najmniej. Znał jej obawy, pragnienia i lęki, a skoro tak…
Cisza, która nagle zapadła, miała w sobie coś co najmniej przerażającego. Skyler zastygła w bezruchu, napinając mięśnie do tego stopnia, że jej wrażliwe, ludzkie ciało zaczęło protestować. Już i tak czuła się wykończona po tym, co zrobiła, by mieć szansę poradzić sobie z Arianą i Carlosem. Wiedziała, że jeszcze długo nie będzie w stanie tego powtórzyć, nie tylko dlatego, że w ten sposób mogłaby co najwyżej zniszczyć to ciało. Ludzie byli tacy wrażliwi i choć swoją obecnością działała dość, by swobodnie się poruszać i co chwilę nie musząc zmieniać nosiciela, wciąż mogła przypadkiem zrobić coś, co doprowadziłoby do śmierci fizycznej powłoki. Już teraz potrzebowała odpoczynku i energii, chociaż za wszelką cenę próbowała to uczucie zignorować. Lucyfer potrzebował silnej, bezwzględnej wojowniczki, a nie kogoś, kto męczył się po jednej, stosunkowo prostej walce.
Wciąż czuła obecność demona, aż nazbyt świadoma, że specjalnie się z nią droczył. Trzymał ją w napięciu, tym samym wystawiając nerwy Skyler na próbę. Już i tak była bliska obłędu, nie wspominając o tym, że musiała wybrać się na małe polowanie, by uzupełnić straconą energię. Potrzebowała życia innych, by zapewnić przetrwanie sobie, co stanowiło kolejny z mankamentów ludzkiego ciała. Gdyby sytuacja była inna, już dawno poruszyłaby temat obietnicy, o której mówił Lucyfer – o tym, że otrzyma coś lepszego, skoro jest jego najwierniejszą – ale w obecnej sytuacji wolała milczeć. Nie, skoro go zawiodła i najpewniej zamierzał ją za to ukarać, a ona nawet nie była w stanie przewidzieć, czego tak naprawdę powinna się spodziewać.
Ach… Nie, nie tym razem, moja bezduszna.
Zamrugała w oszołomieniu, nie od razu będąc w stanie przyjąć do świadomości znaczenie tych kilku słów. Trwała w bezruchu, oddychając szybko i płytko. Wciąż oszołomiona. To nie miało sensu, przynajmniej na razie. Nie było w jego stylu, a przynajmniej sądziła, że zdążyła poznać Lucyfera wystarczająco dobrze, by znać jego praktyki. Ona – jego bezduszna, jak sam wielokrotnie powtarzał.
– Ale…
Powiedzmy, że mam wystarczająco dobry na strój, by… zrozumieć problemy, które napotkałaś, stwierdził w zamyśleniu głos. Zresztą to bez znaczenia. Podczas gdy ty mnie zawodzisz, wciąż istnieją tacy, którzy spisują się bez zarzutu… Jak Uzjel.
W tamtej chwili serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, czując się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w brzuch.
Uzjel…? – powtórzyła z niedowierzaniem, czując narastającą z każdą kolejną sekundą zazdrość. Chociaż Lucyfer fizycznie nie sprawił jej bólu, wciąż wiedział, w jaki sposób najlepiej demonicę zranić.
Następnym razem postaraj się bardziej, nakazał nieśmiertelny.
Zaraz po tym głos zniknął, a Skyler na powrót została sama.
Ehm… Zeszło, wiem. Mogłabym się tłumaczyć, ale w sumie nie widzę potrzeby, tym bardziej że przychodzę do Was z czymś, co naprawdę mnie zadowala. Miałam gorszy okres, co sporadycznie mi się zdarza i powoli ustępuje, co zresztą bardzo mnie cieszy. Kolejny rozdział prawie na pewno pojawi się szybciej, chociaż boję się cokolwiek obiecywać, bo zwykle mało co idzie zgodnie z nimi planami.
Rozdział z dedykacją dla Adny, która cierpliwie czekała, a także Sparks Fly za każde pozytywne słowo i obecność, bo to dla mnie bardzo ważne :) Jak zwykle zresztą dziękuję tym, którzy są, bo piszę dla Was.
Tak więc… Do napisania! ^^

1 komentarz:

  1. Ja się pytam, co ja czytam? No ale zdecydowanie jestem na tak, podobało mi się. ^^
    W pierwszym odruchu miałam takie WTF?! Ariana przejęła kontrolę nad Alyssą, czy po prostu Ali stwierdziła, że spoko – jestem córką Diabła, buahahaha! Ale uff... Jak się okazało, to to pierwsze. Chociaż jak się dłużej nad tym zastanawiam, to nie jestem już taka pewna, czy uff. No bo, kurde no... To nie pierwszy raz, jak pod wpływem gniewu Ali traci nad sobą kontrolę (w większym lub mniejszym stopniu, ale!), a przecież ona taka nie jest! Tak mi się kojarzyła zawsze z łagodną łowieczką. ;) A tu prawie zmiażdżyła Nadii krtań, a może i by urwała głowę, wyrwała serce, rozrzuciła flaki na kwiecistej łące... Najważniejsze jednak, że się opanowała, że jakimś cudem Alyssa wyrwała się na wierzch i nie pozwoliła zrobić Arianie czegoś naprawdę głupiego.
    W ogóle Ali musiała czuć się okropnie, gdy sobie uświadomiła, co się tak właściwie stało, chociaż żalu nie odczuwała, tak jakby tego chciała, ale nie oszukujmy się, one za sobą nie przepadają (delikatnie i ładnie to ujmując), więc i poniekąd jest to dla mnie zrozumiałe. A to, że Eleonora podeszła do Nadii – ałć... ale co się dziwić? To w końcu JEJ życie było zagrożone, więc chyba nic w tym dziwnego, że się o nią martwiła, prawda? Przynajmniej moim skromnym zdaniem.
    Wypowiedź Ali na temat zakopania Carlosa w lesie nieprzerwanie mnie bawi. ^^ Wcześniej nie sądziłam, że to było wypowiedziane na głos, myślałam bardziej, że może to myśli Ali, ale tak wyszło lepiej. :D W ogóle, że ona się zdecydowała iść właśnie z nim... Aż tal boi się, że rozczaruje sobą Jasona? Bo odnoszę wrażenie, że o to chodzi, chociaż po części. Ale nie ma tego złego. ;) Spacer po lesie (chyba, bo tam wokół lasy), w nocy, przy świetle księżyca... Wampirzyca z zachwianą równowagą emocjonalną, o tożsamości nie wspominając, i wampir z poczuciem wyższości i w ogóle mam wszystko w dupie... Mam nadzieję, że będzie ciekawie. ^^ Albo chociaż szczerze pogadają i Carlos pokaże się od tej lepszej strony... Chociaż zaraz. On ma lepszą stronę? :D
    Z obu rozwiązań będę zadowolona. Zresztą z innego także. ^^
    I szacun dla Mary! W ogóle to takie mam wrażenie, że trafiła kosa na kamień. Carlos łatwo z nią nie będzie miał. :)

    Prawie współczułam Sky, serio. Na chwilę zapomniałam, że jest suką i zwyczajnie zrobiło mi się jej żal. Ale tak się zastanawiam, bo ona niby się boi Lucka i w wykonywaniu jego poleceń ma cel, żeby poprawić swoje warunki bytowania, ale gdy było o Uzjelu (w ogóle, to chcę go poznać, wiesz, upadły anioł ^^), to mam wrażenie, że nie chodziło o zazdrość, że Lucyfer znalazł sobie kogoś lepszego na posyłki, tylko... Czy ona może coś czuć do Pana Ciemności?
    W ogóle to siedzenie w głowie jest straszne. Myślisz sobie o niebieskich migdałach, a tu ktoś odczytuje wszystkie myśli, najskrytsze tajemnice, pragnienia... Nope... Podziękuję...

    Tak więc dla małego podsumowania. Rozdział mi się podobał (zresztą jak zawsze^^) i jak zwykle mam niedosyt, więc czekam, już z utęsknieniem, na to co będzie dalej.
    Cieszę się baaaaardzo, że ten gorszy okres Ci mija i oby nie wracał.
    „...prawie na pewno...” – śmiechłam. :) Wiemy jak to z planowaniem jest, więc ja nadal będę czekać, może niekoniecznie cierpliwie, ale miło, że tak myślisz :3
    Dziękuję za dedykację, aż się uśmiechnęłam, gdy zobaczyłam. W ogóle poprawiłaś mi tym humor na dziś. ^^

    OdpowiedzUsuń