19 listopada 2018

Rozdział LXXII

CARLOS
Usłyszał jej krzyk. To i dziwny, niepokojący dźwięk, który był w stanie porównać wyłącznie do upadającego ciała. Machinalnie mocniej ścisnął telefon, jednocześnie przesuwając się do przodu, jakby w ten sposób mógł cokolwiek działać. Wszystko w nim aż rwało się, żeby popędzić do Tori i sprawdzić, co się stało, ale istniał jeden, dość istotny problem – nie miał pojęcia, gdzie powinien jej szukać.
– Victoria? Vicki! – jęknął, choć dobrze wiedział, że szczerze nienawidziła tego sposobu skracania swojego imienia. Sęk w tym, że to nie miało znaczenia, przynajmniej w tamtej chwili. – Co się stało? Co…?
– Dzień dobry, Carlos.
Zamilkł momentalnie, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Tkwił w bezruchu, bezmyślnie wpatrując w przestrzeń i bezskutecznie próbując zapanować nad mętlikiem w głowie. Choć w jakimś stopniu od samego początku brał taki scenariusz pod uwagę, słysząc znajomy, kobiecy głos, wcale nie poczuł się uspokojony. Wręcz przeciwnie – nie dowierzał, choć być może powinien poczuć choć cień ulgi, skoro miał rację.
Nie był w stanie odpowiedzieć. Wciąż przyciskał telefon do ucha, świadom wyłącznie niemalże przenikliwej ciszy. Gdzieś w oddali słyszał przyśpieszony oddech Victorii, a przynajmniej miał nadzieję, że wciąż była cała i żyła. Chciał się na niej skupić, bardziej niż wcześniej pragnąć zrobić coś, by pomóc tej małej, ale nie był w stanie.
Nie, skoro przez telefon zwróciła się do niego Eleonora – albo raczej to, czym teraz się stała.
– Co…? – doszło go jakby z oddali.
Wyczuł ruch, kiedy Michael nagle zmaterializował się u jego boku. Z drugiej strony, może był tam od samego początku – Carlos nie miał pewności. Prawie zdążył zapomnieć, że wciąż tkwił w salonie rodzinnego domu, gdzie chwilę wcześniej słuchał wyrzutów wszystkich wokół. To wszystko zeszło gdzieś na dalszy plan wraz z telefonem rozhisteryzowanej Victorii. Aż nierealnym wydawało mu się, że wszyscy posłusznie milczeli, po prostu przysłuchując się, jak instruował obcą im dziewczynę, próbując na odległość utrzymać ją przy życiu. Bo co? Bo to zbyt ludzkie jak na mnie?, przeszło mu przez myśl, ale nie potrafił mieć o to do nich pretensji. Nie potrafił przejąć się naprawdę wieloma kwestiami.
Drgnął, kiedy Michael spróbował wyjąć mu komórkę z rąk. Dla pewności odsunął się, ignorując rozgoryczone, zagniewane spojrzenie brata. To wciąż była ostatnia reakcja, której spodziewał się po tym wampirze – jakiekolwiek oznaki nienawiści, nawet jeśli podejrzewał, że kiedyś mogłoby do tego dojść – ale nie miał czasu, by się tym przejmować. Co więcej, nie mógł pozwolić na to, by wszyscy wokół trwali w iluzji.
– Skyler – powiedział cicho, dosłownie cedząc to imię przez zaciśnięte zęby.
Tak po prawdzie sam naiwnie liczył, że się pomylił. Mógłby udawać, że to Eleonora – cała i zdrowa, a przy tym równie prawdziwa, co i Victoria. Problem polegał na tym, że istniała naprawdę mała szansa, żeby te dwie znalazły się w tym samym miejscu i czasie, pozostając bez choćby cienia szkody. Po prostu w to nie wierzył, zwłaszcza że przez minione wieki zdążył doświadczyć dość. Świat nie był aż tak łaskawy, nieważne jak bardzo pragnęło się, by rzeczywistość okazała się inna.
Zimny śmiech, który nagle rozbrzmiał po drugiej stronie, jedynie utwierdził go w tym przekonaniu. Nie spędził z Eleonorą tyle czasu, ile mógłby, by dobrze ją poznać, ale jedno było pewne: ta kobieta nigdy nie zareagowałaby w ten sposób. To brzmiała jak marna parodia jej głosu. Nigdy nie był tak zimny, obojętny i pełen kpiny, a jednak w tamtej chwili…
Michael zamarł, wyglądając przy tym tak, jakby zderzył się z jakąś niewidzialną ścianą. Jego oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania, ale Carlos nie miał czasu, by w tamtej chwili cokolwiek mu uświadamiać albo bawić się w pocieszanie. Nie żeby był w tym dobry, nie wspominając o tym, że pozostawał jedną z ostatnich osób, które brat byłby w stanie wysłuchać.
– Ojej… Nie wydajesz się zaskoczony – westchnęła cicho Skyler. – Liczyłam na jakąś ciekawą reakcję, ale… Hej, to przecież ty. I chyba powinnam ci podziękować – stwierdziła pogodnym tonem. – Takiego prezentu się nie spodziewałam.
– Zamknij się – wyrwało mu się.
Skyler skwitowała jego słowa ponownym wybuchem śmiechu.
– Niezły skurwiel z ciebie. Niby wiedziałam już wcześniej, ale dopiero teraz to do mnie dotarło – ciągnęła, bynajmniej niewzruszona tym, czego mógłby sobie życzyć. Wręcz przeciwnie, bo Carlos jakoś nie miał wątpliwości, że świetnie bawiła się jego kosztem. – Uciekaliście księżniczką w takim popłochu, że aż się za wami kurzyło. A biedną Eleonorą nie zainteresował się nikt… – dodała, siląc się na troskliwy, łagodny ton głosu, ale wyszło jej to co najmniej marnie. To, że chwilę później znów parsknęła śmiechem, jedynie pogorszyło efekt. – Tę małą też znasz? Nie zdziwiłabym się, gdyby była tu dzięki tobie.
– Skończ już, Skyler – wtrącił męski głos w tle. – Swoją droga, oszalałaś? Mogłaś ją zabić! – dodał zniecierpliwionym tonem, a Carlos momentalnie zesztywniał, nagle zaniepokojony.
Tym razem wyraźnie usłyszał jęk Tori. To uprzytomniło mu, że żyła, ale wciąż nie wyjaśniało najważniejszego.
– Daj spokój. Jeśli skręciłaby kark, spadając ze schodów, to i tak żaden z niej wampir – żachnęła się kobieta. – Weź ją sobie i idź się bawić, bo następnym razem nie zamierzam się za nią uganiać. Mamy lepsze zajęcia – dodała, a potem nagle zwróciła się bezpośrednio do Carlosa: – Ariana w końcu wróciła. Wszyscy to poczuliśmy.
A potem bezceremonialnie się rozłączyła.
Cisza, która nagle zapadła, wręcz ogłuszała. W efekcie nawet dźwięk upadającego na dywan telefonu, zabrzmiał jak wystrzał z armaty, ale Carlos i tak nie był w stanie się tym przejąć. Tkwił w bezruchu, wciąż w jednej pozycji, z każdą kolejną sekundą czując tak, jakby był coraz bliższy, żeby postradać zmysły. O ile już do tego nie doszło, bo wnioski, które jak na zawołanie przyszły mu do głowy, zdecydowanie nie należały do optymistycznych.
Jasna cholera, księżniczko…
Był jej stwórcą. Przemienił ją jako pierwszy, choć to Eleonora dopełniła formalności. Do tej pory o tym nie myślał, ale prawda była taka, że niejako podzielili się prawami do dziewczyny. Taak… Prawami, pomyślał z przekąsem, z łatwością będąc w stanie, jak na taką sugestię zareagowałaby sama zainteresowana. Sęk w tym, że właśnie tak było, choć ratując Alyssę, zdecydowanie nie brał takiej możliwości pod uwagę. Później interwencja Eleonory była mu nawet na rękę, zwłaszcza że nie miał czasu niańczyć nowo narodzonej wampirzycy. Być może to czyniło z niego największego na świecie ignoranta, ale nic nie był w stanie na to poradzić. Nigdy nie powiedział, że nadawał się na czyjegokolwiek stwórcę, a tym bardziej mentora. Właśnie dlatego zaangażował w to braci, choć żadne z nich nie przewidziało, że sprawy skomplikują się aż do tego stopnia.
Problem polegał na tym, że teraz podzielona więź z Alyssą, mogła okazać się gwoździem do trumny. Skoro on powinien ją wyczuć, to znaczyło, że Eleonora…
– Carlos – doszło go jakby z oddali. Aż wzdrygnął się, kiedy na jego ramionach bezceremonialnie zacisnęły się dłonie Michaela. Brat kolejny raz wydał mu się co najmniej dziwny, przypominając bardziej desperata, aniżeli ostoję spokoju, z którą zazwyczaj utożsamiał go Carlos. – Co to było? Eleonora… – zaczął, ale wampir jedynie potrząsnął głową.
– Ani trochę – uciął stanowczo. Może to było okrutne, ale nie mógł pozwolić mu żyć w iluzji. – Później o tym porozmawiamy, o ile dalej będziesz chciał mnie widzieć na oczy. Na razie muszę iść.
– Ale…
Nie zareagował, w zamian zdecydowanie odsuwając od siebie brata. Odcięcie się od emocji przyszło mu z łatwością, zwłaszcza że w tamtej chwili koncentrował się przede wszystkim na Alyssy. Jakaś jego cząstka martwiła się jeszcze o Tori, ale w tej sytuacji nie był w stanie jej pomóc. Jeden dramat na raz, zadecydował i choć nie czuł się z tym dobrze, to była jedyna sensowna taktyka, jaka przyszła mu do głowy. Nie mógł sobie pozwolić na załamywanie rąk i czekanie, aż cokolwiek skomplikuje się jeszcze bardziej.
Wyczuł, że Michael chciał go zatrzymać. Może to był szok, a może coś innego, ale już nie wyglądał na chętnego, żeby wyrzucić Carlosa z domu. Jeszcze kwadrans wcześniej wampir byłby za to wdzięczny, natychmiast wykorzystując okazję, żeby raz jeszcze spróbować się wytłumaczyć, ale w tamtej chwili nie było na to czasu. Musiał znaleźć Alyssę i to natychmiast.
– Zostańcie tu – rzucił na odchodne. Zwracał się na Jasona i Nadii, choć nie był w stanie zdobyć się na spojrzenie któremukolwiek z nich w twarz. Michaelowi tym bardziej. – I nie róbcie nic głupiego, do diabła! Pogadamy, kiedy wrócę.
Z jakiegoś powodu te słowa zabrzmiały jak kłamstwo, ale nie dbał o to. Na pewno zamierzał wrócić, choć jakakolwiek rozmowa nie była szczytem jego marzeń. Po prawdziwe po raz kolejny miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę i ewakuować się. Nie bez powodu długie lata unikał rodzinnego domu, z czystym sumieniem wycofując się za każdym razem, gdy sprawy przybierały nieoczekiwany obrót. Podejrzewał, że taka ucieczka przed odpowiedzialnością jednak czyniła go tchórzem, ale co tak naprawdę mógł z tym zrobić? Jak długo nie angażował się emocjonalnie, wszystko było w porządku.
A teraz po raz kolejny spierdolił.
Na dworze już zaczynało robić się jasno. Zaklął pod nosem, mimo wszystko biegiem ruszając przed siebie. Próbował trzymać się w cieniu rzucanym przez drzewa, ale to i tak było zaledwie półśrodkiem, który prędzej czy później miał zawieść. Carlos zdecydowanie nie miał ochoty sprawdzać, czy jego organizm reagował z blaskiem dnia, zresztą wewnętrzny opór, który jak na zawołanie poczuł, wydawał się mówić sam za siebie. Wszystko w nim krzyczało, że powinien znaleźć sobie jakąś kryjówkę, zanim zdradzieckie słońce ostatecznie odetnie mu wszystkie drogi ucieczki, ale nie miał na to czasu.
Obejrzał się przez ramię, z powątpiewaniem spoglądając na dom. Jase mnie zabije, pomyślał, z westchnieniem zawracając i wpadając wprost do garażu. Podświadomie wciąż czekał, aż ktoś spróbuje go zatrzymać, ale – na całe szczęście – nic podobnego nie miało miejsca. Reakcja Jasona na to, że mógłby ruszyć jego samochód, również nie wydała się Carlosowi szczególnie niepokojąca ceną za decyzję, którą podjął. Brat i tak przejawiał mordercze odruchy.
Teraz największym problemem pozostawało odnalezienie Alyssy. Albo Ariany, bo słowa Skyler dały mu do myślenia. Podświadomie pragnął wierzyć, że demonica go prowokowała, ale obawiał się, że to nie było takie proste. Skoro nie tylko była powiązana z Lucyferem, ale teraz na dodatek dysponowała ciałem kogoś, kto był związany z księżniczką na poziomie wampir-stwórca…
Zaklął pod nosem. Jeszcze tego mu brakowało.
Odpalenie samochodu bez kluczyków okazało się dziecinnie proste. Poczuł ulgę, kiedy wyjechał na ulicę, w duchu modląc o to, by przyciemniane szyby samochodu okazały się wystarczającą osłoną. Z jednej strony Jason raczej wiedział, co robi, kiedy zdecydował się na taki dodatek, zresztą stan Waszyngton nie należał do najsłoneczniejszych na świecie, ale z drugiej strony…
– Gdzieś ty znowu wybyła, księżniczko? – mruknął sam do siebie.
Przez myśl przeszło mu, że najpewniej tracił zmysły, skoro rozmawiał ze sobą, ale nie potrafił się tym przejąć. W tamtej chwili był w stanie skupić się tylko na jednym, gorączkowo szukając odpowiedzi na dręczące go pytanie.
A potem uprzytomnił sobie, że najpewniej wiedział.
Istniało tylko jedno miejsce, które mógł sprawdzić.
~*~
To nie był pierwszy raz, kiedy zdecydował się dostać do pokoju Mary oknem. Rozsądek podpowiadał mu, że najpewniej upadł na głowę, a wkradanie się do czyjejkolwiek sypialni o świcie, na dodatek w miejscu, gdzie w każdej chwili mógł zauważyć go ktoś niepowołany, było najgłupszym pomysłem na świecie. Sęk w tym, że nic sensowniejszego nie przychodziło wampirowi do głowy, a Carlos zdecydowanie nie miał cierpliwości biegać po schodach, a potem kulturalnie pukać i czekać, aż dziewczyna łaskawie mu otworzy.
Wręcz nie do pomyślenia wydało mu się, że dopiero co odprowadzał Mary z pracy. Od tamtej chwili minęło zaledwie kilka godzin, ale Carlosowi nagle wydało się to całą wiecznością. Już wtedy podejrzewał, że w domu czeka go mały Armagedon, ale nawet nie brał pod uwagę, że wszystko mogłoby skomplikować się aż tak. Gdyby już wtedy wiedział, że Alyssa uciekła, do razu poszukałby w akademiku, ale w tym wypadku…
Załomotał w szybę – mocno, licząc się z tym, że Mary mogłaby spać. Tym razem nie zamierzał się zakradać, aż nazbyt wyraźnie dając znać o swojej obecności. Nie miał czasu, nie tylko przez wzgląd na szybko narastającą jasność, ale przede wszystkim obawy o Ali. Księżniczko, zabiję cię. Przysięgam, że osobiście to zrobię, westchnął w duchu, choć nie był w stanie zapomnieć, że tak naprawdę zawinił w równym stopniu, co i ona. O ile nie bardziej.
– Co do…? Jasna cholera, powaliło cię!
Głos Mary skutecznie wyrwał go z zamyślenia. Jej twarz nagle pojawiła się po drugiej szyby, blada i rozespana. Ciemne włosy miała w nieładzie, a cienie pod oczami jasno dały mu do zrozumienia, że najpewniej dopiero co położyła się spać. Co więcej, w tamtej chwili patrzyła na niego jak na ostatniego kretyna, co wcale nie wydało mu się takie dziwne, skoro jak gdyby nigdy nic przesiadywał na jej parapecie.
– Nie gadaj, tylko otwieraj. To nie jest najwygodniejsze miejsce na świecie! – zniecierpliwił się.
Drgnęła, jakby dopiero w tamtej chwili uprzytomniła sobie, że zamiast działać, po prostu bezmyślnie się na niego gapiła. Natychmiast wślizgnął się do środka, ledwo tylko dała mu po temu sposobność. Natychmiast wpadł do pokoju, ignorując wciąż oszołomioną dziewczynę. Wzrokiem bezceremonialnie powiódł dookoła, gotów przetrząsnąć pokój w całości, choć już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że Mary była sama.
– Cholera… Jasna cholera – wymamrotał gniewnie.
– Dziękuję bardzo – mruknęła chmurnie Mary. – Trudno mi po nocce wyglądać kwitnąco, więc… Co ty właściwie tutaj robisz?! – zniecierpliwiła się.
Nawet na nią nie spojrzał.
– Księżniczki tutaj nie ma? – zapytał wprost.
Może poszła do łazienki. Tak, istniała taka możliwość, skoro nie widział żadnych dodatkowych drzwi w pokoju. Jak ją znał, to od powrotu do domu wypłakiwała sobie oczy, a skoro tak…
– Alyssy? – Mary potrząsnęła głową. – Nie mów, że zniknęła. Powiedziałeś…
– Jakbym wiedział, gdzie ona jest, to nie byłoby mnie tutaj! – zniecierpliwił się, momentalnie tracąc nad sobą kontrolę.
Mary otworzyła i zaraz zamknęła usta. Wyglądała na chętną, żeby coś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu powstrzymała się. W zamian momentalnie spoważniała i – choć wciąż przy tym blada i wyraźnie wymęczona – spojrzała na niego w o wiele bardziej świadomy, skupiony sposób. Rozpoznał to spojrzenie i jej wyraz twarzy, jakże mocno kojarzące mu się z determinacją, której doszukał się w jej zachowaniu, gdy spotkali się po raz pierwszy. To była ta sama dziewczyna, która była gotowa wykłócać się z zagniewanym krwiopijcą, byleby tylko spróbować ochronić swoją przyjaciółkę.
– Spróbuję do niej zadzwonić – oznajmiła w końcu Mary. – Tak, podejrzewam, że próbowałeś – dodała pośpiesznie, podchwyciwszy jego minę. – Ale ja to co innego. Jak znam życie, znów mogłeś ją czymś wkurwić, więc nie dziw się, że teraz nie odbiera.
Carlos jedynie prychnął, nie pierwszy raz porażony bezpośredniością, z jaką ta dziewczyna próbowała się do niego zwracać. Uśmiechnął się w nieco wymuszony, gorzki sposób, choć Mary nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Wydawała się całkowicie obojętna na to, że w jej pokoju znajdował się wampir, na dodatek wzburzony. Co prawda słyszał, że jej serce waliło jak młotem, ale nie sądził, by to było objawem strachu. Jeśli już czegoś się bała, to tylko i wyłącznie o Alyssę.
Miał wrażenie, że zdecydowanie zbyt długo zajęło Mary wyjęcie telefonu i wybranie odpowiedniego numeru. Z trudem powstrzymał sfrustrowane warkniecie, kiedy dziewczyna nagle zaczęła krążyć tam i z powrotem, wciąż przyciskając komórkę do ucha. W tamtej chwili wydała mu się zdecydowanie zbyt ruchliwa i pobudzona, w niczym nie przypominając kogoś zmęczonego po pracy. W zasadzie wyglądała na zdolną do tego, by w razie potrzeby przestawić cały akademik.
– Cholera – usłyszał i to wystarczył, by zorientować się w czym rzecz.
– Cóż… – Na ustach Carlosa pojawił się nieco cyniczny uśmieszek. – Albo jednak coś się stało, albo na ciebie również jest zła.
Gdyby wzrok zabijał, jak nic miałaby go na sumieniu. Nie żeby podejrzewał, że mogłaby czuć się z tym źle. Wręcz przeciwnie – sądził raczej, że Mary zakończyłaby jego żywot z wielką przyjemnością.
– Nie denerwuj mnie – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Rany Boskie, co wyście znowu… Szlag. – Energicznie potrząsnęła głową. Włosy już i tak miała w nieładzie, zmierzwione i poplątane. – To wszystko twoja wina. Jeśli coś jej się stanie…
– Przestań mnie obwiniać, tylko lepiej pomyśl, gdzie może być. Ostatnio z problemem przyleciała do ciebie. Jeśli nie tutaj, gdzie miałaby pójść?
– Skąd ja to mam, do jasnej cholery…?
Urwała, co przyjął z ulgą, bo krzyki zdecydowanie nie miały poprawić ich sytuacji. Mógł zrozumieć, co zadecydowało o tym, że Mary ciskała się na prawo i lewo, ale i tak nie był w stanie spokojnie tego obserwować. Jej zachowanie sprawiło, że jemu również trudniej było nad sobą zapanować. Świt też dawał mu się we znaki, stopniowo podsycając zmęczenie. Sęk w tym, że to zdecydowanie nie był najlepszy moment na to, by położyć się spać.
Obserwował Mary, kiedy ta gorączkowo zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią. Nie miał pojęcia, jakim cudem w ogóle doszło do tego, że nagle jego jedyną deską ratunku stałą się irytująca, w pełni ludzka przyjaciółka Alyssy, ale to nie miało znaczenia. Nie był w stanie wskazać żadnej innej osoby, która miałaby szansę wiedzieć, gdzie szukać tej dziewczyny. W tamtej chwili wszystko wydawało się lepsze niż nic, choć i tak miał ochotę porządnie potrząsnąć Mary, by wymóc na niej szybsze podjęcie decyzji.
– Nie wiem – oznajmiła w końcu, a Carlos mimowolnie pomyślał, że za moment trafi go szlag. To było ostatnią odpowiedzią, której oczekiwał. – Ali nie miała tu nikogo innego. Ona… Zwłaszcza w ostatnim czasie nie była już sobą, ale to też twoja wina.
– Zwalanie na mnie winy idzie ci świetnie.
– A co innego mam robić?! Gdybyś jej nie tknął… – zaczęła, ale Carlos nie dał jej okazji, żeby dokończyła.
W ułamku sekundy doskoczył do dziewczyny, w zdecydowanie niedelikatny sposób chwytając ją za ramiona i przyciskając do ściany. Gniewnie spojrzał na nią, instynktownie wysuwając kły. Dostrzegł cień przerażenia w jej oczach i to wystarczyło, by poczuł swego rodzaju ponurą satysfakcję. Powinna się bać. Nie miał czasu, by przypominać jej, z kim tak naprawdę miała do czynienia, ale to okazało się silniejsze od niego. Od jakiegoś czasu doprowadzała go do szału, skutecznie igrając z jego nerwami. Pozwalał jej na zbyt dużo, ale teraz…
– Gdybym jej nie tknął – oznajmił chłodno – byłaby martwa. Czegokolwiek byś mi nie zarzuciła…
Dlaczego właściwie się przed nią tłumaczył? Nie była osobą, wobec której czułby się do tego zobowiązany. Nie musiał się wysilać, a jednak…
Coś w spojrzeniu Mary sprawiło, że zamilkł. Przez dłuższą chwilę trwali w ciszy, wzajemnie mierząc się wzrokiem. Patrzyła mu w oczy, choć czuł, że pragnęła uciec spojrzeniem gdzieś w bok – z tym, że kolejny raz okazała się na to zbyt dumna.
Głupia dziewczyna…, pomyślał niemalże z rozczarowaniem.
A potem ciszę przerwało głośne łomotanie do drzwi i całe napięcie zniknęło.
No i w końcu jest rozdział! Tłumaczyłam się już pod innymi opowiadaniami, ale powtórzę również tutaj: zaczęłam pracę i ostatni miesiąc po prostu mi uciekł. Dopiero teraz odnalazłam się na tyle, by pisać w miarę regularnie, ale nie ma tego złego. Dzisiaj za to oddaję Wam coś, z czego jestem jak najbardziej zadowolona, choć ostateczną opinię pozostawiam Wam.
Dziękuję wszystkim, którzy czekali. Tak więc z mojej strony to tyle i do napisania! ^^