26 marca 2019

Rozdział I

CARLOS
Słodycz krwi oszałamiała. Równie intensywna okazała się aura śmierci – jakże mu znajoma, choć od dawna nie przytłoczyła go aż do tego stopnia. W normalnym wypadku jej obecność nie zrobiłaby na nim żadnego wrażenia, ale tym razem było inaczej.
Wrzask, który nagle wyrwał się z gardła Alyssy, ogłuszał.
Carlos był gotów przysiąc, że świat wokół zwolnił i to tylko po to, by po chwili wszystko zadziało się błyskawicznie. Choć wciąż oszołomiony, znalazł w sobie dość motywacji, by się poruszyć. Udało mu się zaskoczyć Michaela na tyle, by w końcu go z siebie zepchnąć, zwłaszcza że brat wydał mu się równie oszołomiony, co i wszyscy wokół. To, co się wydarzyło, otrzeźwiło go na tyle, by zaczął pojmować, co robił.
– Ja… – wyrwało mu się, ale Carlos nie miał czasu, by poświęcić bratu choćby chwilę uwagi. Pocieszanie go i zapewnianie, że tak naprawdę nie zrobił niczego złego, również wydawało się pozbawione sensu, a może to po prostu on absolutnie się do tej roli nie nadawał.
Poderwał się na równe nogi. Jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało ku Skyler, która jak gdyby nigdy nic stała z wciąż uniesioną ręką, beznamiętnie wpatrując się w miejsce, w którym upadła Mary. Dziwnie było patrzeć na zazwyczaj łagodne rysy Eleonory, w tamtej chwili wykrzywione w coś, co był wstanie określić wyłącznie jako grymas. Nie, to nie mógł być uśmiech. Nie tak po prostu.
Błękitne oczy przypominały kryształki lodu – zimne, obojętne i tak dalekie od tych, które mogłyby należeć do człowieka…
– Ariana!
Głos Nicholasa go otrzeźwił. Miał zaledwie ułamek sekundy na uskoczenie, kiedy tuż obok niego przemknęła Alyssa… O ile nazywanie jej w ten sposób miało jakikolwiek sensu. W pierwszym odruchu zapragnął chwycić dziewczynę za ramię, a potem porządnie potrząsnąć, by uświadomić dziewczynie, że jedna kretynka-samobójczyni w zupełności wystarczyła, ale instynkt podpowiedział mu, że to zły pomysł. Odsunął się, nerwowo zaciskając dłonie w pięści i w oszołomieniu pojmując, że w tamtej chwili naprawdę się dziewczyny obawiał.
To nie była Alyssa. Nie tak po prostu, co miał okazję zaobserwować już w chwili, gdy do niej dotarli, ale dopiero obserwując ją w tamtej chwili w pełni to do niego dotarło. Kiedy na dodatek poczuł, że ziemia pod jego stopami zadrżała w niepokojący, ostrzegawczy sposób, dotarło do niego, że sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Tym razem chodziło o coś więcej, aniżeli pękający za sprawą frustracji nieśmiertelnej konar, którym nieświadomie prawie go zmiażdżyła, gdy powiedział jej prawdę.
A potem dziewczyna rzuciła się na Skyler i do Carlosa dotarło, że jak najbardziej miał przed sobą Arianę w całej okazałości.
Śmiech, który wyrwał się demonicy, miał w sobie coś niepokojącego. Wydawała się tylko czekać na to, by córka jej pana zdecydowała się ją zaatakować. Przemieściła się błyskawicznie, uskakując przed pierwszym ciosem, a później kolejnymi. Wydawała się przy tym doskonale bawić, zachowując jak ktoś, kto z pobłażaniem obserwował nic nieznaczący wybuch złości małego, niedoświadczonego dziecka. Obie nieśmiertelne poruszały się błyskawicznie, dosłownie przewidując swoje ruchy i trwając w jakimś dzikim, śmiertelnie niebezpiecznym tańcu. Carlos obawiał się, że doskonale wiedział, ile każdą ze stron mógłby kosztować nawet najmniejszy błąd.
Przez chwilę tkwił w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w walczące. Jakaś jego cząstka rwała się do tego, by rzucić się Alyssie na pomoc, ale nie był w stanie się ruszyć. Gdyby go potrzebowała, wyczułby to, a jednak w tamtej chwili wszystko w niej aż krzyczało, że wolałaby, by wszyscy wokół trzymali się z daleka.
Zrozumienie pojawiło się w chwili, w której ziemia znów zadrżała, tym bardziej o wiele intensywniej niż do tej pory. Dziewczyna przemieściła się błyskawicznie, nie tylko unikając ataku Skyler, ale też przymuszając demonicę do przesunięcia się bliżej linii lasu. Drzewa wokół domu rosły gęsto, o czym co prawda wiedział od samego początku, ale nigdy wcześniej nie zauważył, by las był aż tak dziki. Gałęzie poruszały się, choć – co był gotów wręcz przysiąc – do tej pory nie było nawet najdelikatniejszego wiatru. Jakby tego było mało, co samo w sobie wydawało się niedorzeczne, nawet w szeleście liści wyczuł coś niepokojącego, co momentalnie skojarzyło mu się z ostrzeżeniem.
Nie dostrzegł żadnego znaku czy gestu, który świadczyłby o tym, że Alyssa straciła cierpliwość. Nagle po prostu zaatakowała, bynajmniej nie w sposób, którego mógłby się spodziewać. Nie ruszyła się z miejsca, nie warknęła – nie zrobiła niczego, by dosięgnąć Skyler.
Natura dokonała tego zamiast niej.
Gruby, ostro zakończony konar dosłownie wyskoczył spod ziemi, przebijając zaskoczoną nieśmiertelną na wylot. Jakimś cudem demonica wyczuła niebezpieczeństwo i nawet spróbowała uskoczyć, ale okazała się zbyt wolna. Powietrze znów wypełnił słodki zapach krwi, tym razem wampirzej, kiedy drewno przeszyło ciało Eleonory. Błękitne oczy rozszerzyły się, a palce instynktownie zacisnęły na tym krańcu gałęzi, który wyłonił się z jej brzucha. Alyssa nawet nie mrugnęła, beznamiętnie przypatrując swojemu dziełu i sprawiając wrażenie… co najmniej rozczarowanej.
Nie trafiła, uświadomił sobie Carlos i to wydało mu się oczywiste. Nie celowała w brzuch, tylko w serce.
Skyler kaszlnęła, po czym splunęła krwią. Dłonie wciąż zaciskała na unieruchamiającym ją kawałku drewna, chociaż nie próbowała się uwolnić. Bezradnie zawisła na konarze, zdolna co najwyżej nachylić się w stronę miejsca, gdzie stała Alyssa.
– Swoją… stwórczynię? – wykrztusiła, choć to przyszło jej z trudem. Mimo wszystko żyła, a Carlos z doświadczenia wiedział, że drewno samo w sobie nie mogło jej zabić. – Zły pomysł… księżniczko.
Dopiero po chwili dotarło do niego, co takiego miała na myśli demonica. Syknął, gdy uświadomił sobie, że sam również poczuł przeszywający ból – zaledwie jego echo, ale to wystarczyło, by wytrącić go z równowagi. Instynktownie zgiął się wpół, przyciskając obie dłonie do brzucha. Nie poczuł niczego, co świadczyłoby o tym, że również został zraniony, ale w tamtej chwili to nie miało znaczenia. Liczyło się, że z jakiegoś powodu było mu ciężko oddychać, co najmniej jakby…
– Ariano – doszedł go nerwowy, dziwnie spięty głos Nichoalsa.
Wampir nagle pojawił się w zasięgu jego wzroku. On również pobladł, chwiejąc się na nogach, co jednak nie powstrzymało go od podejścia zastygłej w bezruchu dziewczyny. Drgnęła, kiedy w uspokajającym geście ułożył dłonie na jej ramionach. Choć na moment oderwała wzrok od Skyler, a w jej ciemnych oczach w końcu pojawiło się coś więcej, prócz obojętności. Gdy tylko skupiła się na Nicholasie, na powrót stała się ludzka – i bardzo, ale to bardzo przerażona.
– Co ja…? – zaczęła słaby głosem i zrobiła taki ruch, jakby chciała się wycofać, ale stojący za nią mężczyzna skutecznie jej to uniemożliwił. Mocniej zacisnął dłonie na jej ramionach, przymuszając do pozostania w miejscu.
– Rób to, co robisz – zażądał spiętym tonem. – Nami się nie przejmuj.
– Ale…
– Nie przejmuj się – powtórzył z naciskiem Nicholas i to były pierwsze słowa, które Carlos uznał za takie, pod którymi mógłby się podpisać.
W gruncie rzeczy wciąż nie do końca pojmował, co takiego działo się wokół niego. Próbował zrozumieć, swoje podejrzenia mając już od chwili, w której zdążył zamienić ze Skyler kilka słów przez telefon. Później sama Alyssa powiedziała coś, co dało mu do myślenia, przypominając o „trzech ugryzieniach”, o których sam jej wspomniał. Wcześniej nie zastanawiał się nad tym, jak interpretować te słowa, ale jeśli wszystko dobrze rozumiał…
Nie tylko on był jej stwórcą. Może i zaczął przemianę, jako pierwszy docierając do dziewczyny, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że absolutnie nie sprawdził się w roli czyjegokolwiek opiekuna. W zasadzie gdyby nie Eleonora, z Alyssą byłoby kruch, z kolei teraz… Nie miał pewności, co się zmieniło i jaki związek miał z tym Nicholas, ale jedno wydawało się oczywiste – skoro wszystko wskazywało na to, że Ariana w końcu wróciła, musiało dojść do czegoś ważnego.
Trzy ugryzienia. Trzech stwórców…
Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim, ale wszystko wskazywało na to, że ten stan wszystko komplikował. W jakiś pokrętny sposób byli ze sobą połączeni.
– Ma rację, nie przejmuj się – zadrwiła Skyler. Dysząc ciężko, jeszcze mocniej zacisnęła palce na konarze. – Zabij nas wszystkich.
Oczy Alyssy rozszerzyły się w geście niedowierzania. Zanim Carlos albo ktokolwiek inny zdołał zaprotestować, dziewczyna rozproszyła się – zaledwie na ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Głośny trzask przerwał panująca ciszę w chwili, w której Skyler dosłownie zmiażdżyła krępujący ją konar. Jej ciało ciężko osunęło się na ziemię, wciąż przebite zalegającym w nim kawałkiem konaru.
Nie na długo. Krzywiąc się i wciąż plując krwią, kobieta zdecydowanym ruchem wyszarpnęła drewno i niedbale odrzuciła je na bok. Carlos skrzywił się, ale przynajmniej w końcu poczuł, że będzie w stanie zaczerpnąć tchu.
– To… naprawdę żałosne. – Skyler zaśmiała się w pozbawiony wesołości sposób. – Sądziłam, że wróciłaś, ale… Kiedy zrobiłaś się tak mało pewna siebie, co?
– Zamknij się – wyrwało się Alyssy.
Jedynie bardziej demonicę rozbawiła. To był zimny, pozbawiony wesołości śmiech, tym bardziej niepokojący, skoro absolutnie nie pasował do słodkiego głosu Eleonory. W gruncie rzeczy kuląca się na ziemi kobieta wyglądała niczym parodia kogoś, kogo wszyscy tak dobrze znali.
– Bo co zrobisz? Och, Ariano… A może wciąż Alysso? – zadrwiła Skyler. Lekko przekrzywiła głowę, zupełnie jakby spojrzenie na dziewczynę pod innym kątem pozwoliło jej dostrzec w niej coś, co wcześniej mogłaby przeoczyć. – Jej też nie uratowałaś. Pamiętasz jak uciekłaś?
– Zamk…
– Jakie to uczucie zabić kogoś, kto był dla ciebie jak matka, co? Mogłaby się nią stać… I ma tyle ciepłych odczuć względem ciebie – podjęła ze spokojem demonica. Uklękła, przyciskając obie dłonie do piersi w miejscu, gdzie znajdowało się serce. – Mogę to wyczuć. Żałosne słabości, ale w tej sytuacji nawet mnie bawią… Zwłaszcza że wy też ją kochaliście. Manipulowanie kimś, kto ma w sobie tyle miłości, to jak kopanie szczeniaka – stwierdziła i wszystko wskazywało na to, że miała ochotę dodać coś jeszcze, ale nie było jej to dane.
Carlos nie był pewien, co usłyszał jako pierwsze – warkniecie, które wyrwało się z gardła Alyssy, kiedy po raz kolejny straciła nad sobą panowanie, czy może zdławiony jęk Skyler. Znaczenie tego drugiego pojął z opóźnieniem, w gruncie rzeczy sam nie potrafiąc stwierdzić, kiedy i jakim cudem tuż za kobietą pojawił się… Michael.
Zaraz po tym – ruchem tak zdecydowanym i precyzyjnym, jakby robił to wielokrotnie wcześniej – wbił w plecy Skyler prawdziwy, ostro zakończony kołek. W przeciwieństwie do Alyssy trafił prosto w serce, sprawiając, że drobne ciało bez życia osunęło się na ziemię.
Dookoła na powrót zapanowała cisza.
– Mickey… – wyrwało się Carlosowi, ale brat nawet na niego nie patrzył, w zamian w milczeniu przypatrując się nieruchomemu ciału.
– Później… porozmawiamy – wychrypiał, chwilę później przymuszając się do ruchu.
Wampir prawie zdążył zapomnieć o Nadii, którą Skyler potraktowała prawie jak szmacianą lalkę, tak po prostu odrzucając na bok. Michael dosłownie zmaterializował się u boku wciąż nieprzytomnej kobiety, z lekkością biorąc ją na ręce. Zwłaszcza w ramionach mężczyzny, Nadia wyglądała na kruchą, delikatną i całkowicie bezbronną.
Coś w tym widok otrzeźwiło Carlosa. Zanim zdążył się zastanowić, nogi same powiodły go do miejsca, w którym upadła Mary. Z wrażenia omal nie przeoczyć Alexa, który pierwszy znalazł się przy ciele – i to najpewniej już wcześniej, zwłaszcza że zdążył ułożyć dziewczynę tak, by mieć szansę spróbować zatamować sączącą się z rany na jej gardle krew. Zwitek materiału, który przycisnął do rozcięcia, dosłownie przesiąknął posoką, klejąc się i nie będąc w stanie wchłonąć wszystkiego.
– Bierz ręce – warknął Carlos, ale nie doczekał się reakcji. Sam musiał odepchnąć Alexandra, w zdecydowanie niedelikatny sposób przymuszając go do tego, by puścił przyjaciółkę. – Powiedziałem coś!
– Ona…
– Ani słowa! – zaoponował, obojętny na to, że w tamtej chwili zachowywał się jak jakiś desperat.
Nawet nie chciał brać pod uwagę tego, co planował powiedzieć mu Alexandre, choć przecież dobrze wiedział, dokąd to wszystko zmierzało. Słyszał… Albo raczej nie słyszał – i właśnie to stanowiło problem. Kiedy skupił się na Mary, odpowiedziała mu wyłącznie głucha cisza, która mogła oznaczać tylko jedno. Nie był w stanie wychwycić pulsu, o biciu serca nie wspominając. Rozsądek podpowiadał mu jedno, ale za nic w świecie nie miał zamiaru dopuścić do świadomości znaczenia tego, co podsuwały mu zmysły. Gdyby był człowiekiem, może taka taktyka miałaby sens, ale w sytuacji, gdy z łatwością mógł wychwycić nawet najcichszy szmer…
Nie zamierzał się nad tym zastanawiać.
Miał wrażenie, że ktoś wypowiedział jego imię – może nawet Alex, choć kto go tam wiedział – ale to również zignorował. Materiał, którym policjant próbował powstrzymać krwawienie, ześlizgnął się na ziemię, w końcu pozwalając Carlosowi zobaczyć ranę. Cięcie było większe i głębsze niż mógłby się spodziewać, zresztą znów krwawiło, choć nie tak intensywnie, jak mógłby się tego spodziewać. Nie miał pojęcia czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. W gruncie rzeczy nie wiedział już niczego poza jednym: że musiał coś zrobić.
Nie chciał, żeby ta dziewczyna umarła. Nie tak, nie kiedy miał coś do powiedzenia. Prawda była taka, że od samego początku czuł, że był jedyną osobą, która mogła zadecydować o jej życiu – a dokładnie od momentu, w którym darował jej je w chwili, w której obserwował jak spała w akademiku. Nie do uwierzenia wydawało mu się to, że nie tak dawno temu sam odprowadzał ją z pracy do domu, prawiąc wymówki na temat tego, czy szlajanie się po mieście chwilę przed wschodem słońca, było dobrym pomysłem.
Mary musiała żyć.
– Carlos – usłyszał ponownie i tym razem rozpoznał głos Alexandra, ale i tym razem go zignorował.
 Nie próbował uciskać rany, choć może powinien. Nie zastanawiał się nad niczym z tego, co robił, pod wpływem impulsu decydując się ułożyć dziewczynę płasko na ziemi i zacząć uciskać jej klatkę piersiową. Robił to gwałtownie, z trudem panując nad siłą i chyba jedynie cudem nie łamiąc przy tym Mary żeber. Zresztą czy to było ważne? Chciał pobudzić serce – zrobić cokolwiek, by zaczęło bić. Miał ochotę nią potrząsnąć, wydrzeć się, a na koniec zwyzywać od idiotek. Dlaczego to zrobiła? Dlaczego, do jasnej cholery, za każdym razem musiała zachowywać się jak ktoś, kto absolutnie nie pojmował działania instynktu samozachowawczego, o ile w ogóle go miał?
Dlaczego czuł się tak źle z myślą, że ona…?
Próbował odnaleźć jakiś sensowny rytm uciskania, gorączkowo zastanawiając nad tym, co jeszcze mógłby zrobić. Reanimacja przebiegała w jakiś konkretny sposób, prawda? Istniała jakaś określona liczba ucisków na minutę, siła z jaką należało prowadzić masaż serca i…
– Carlos!
Tym razem głos należał do kogoś innego i to okazało się wystarczające, by sprowadzić go na ziemię. Błyskawicznie poderwał głowę, spoglądając wprost na stojącego tuż przed nim Jasona. Nie miał pojęcia kiedy i jakim cudem brat pojawił się w całym tym zamieszaniu. Wystarczyło, że wyglądał na co najmniej przerażonego, jakby dopiero co uprzytomnił sobie, że pod jego nieobecność w domu wydarzyło się coś co najmniej niepokojącego. Jego oczy błyszczały w dziki, niepokojący sposób, ale spojrzenie, którym obdarował Carlosa, okazało się zaskakująco łagodnie. Może w grę wchodził szok, a może coś innego – to nie było ważne. Nie, skoro wampir już nie przypominał sobie, kiedy Jason ostatnim razem patrzył na niego inaczej niż na kogoś, komu właśnie planował skręcić kark.
Zesztywniał, kiedy nieśmiertelny wyciągnął ku niemu ręce, jakby chcąc powstrzymać przed dalszym uciskaniem piersi Mary. „Reanimujesz trupa” – wydał się sugerować ten gest, ale Carlos wciąż nie zamierzał przyjąć tego do świadomości. Nie, nie… To nie było tak. A ona musiała żyć.
– Pomóż mi – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Zajmij moje miejsce, a ja… Albo ty daje jej swojej krwi – zażądał, ale te słowa nie zabrzmiały nawet w połowie tak pewnie, jak mógłby tego oczekiwać.
– Carl. – Jason jedynie potrząsnął głową. Kiedy ostatnim razem zdecydował się na to, by skrócić imię brata, na dodatek bez złośliwego wydźwięku…? – Straciła dużo krwi. Sam czujesz. Ona…
– Jeśli nie zamierzasz mi pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzaj!
Samego siebie zaskoczył tym, że podniósł głos. Wypowiedział te słowa ostro, zdecydowanie zbyt gwałtownie, by zabrzmiały poważnie. Czuł, że emocje raz po raz wymykały mu się spod kontroli, zmierzając w kierunku, na który w normalnym wypadku by sobie nie pozwolił.
I wciąż uciskał. Nadal pragnął coś zrobić, ale…
Cisza dzwoniła mu w uszach. Mógł tylko zgadywać, co takiego myśleli sobie Jason albo Alex. W zasadzie miał to gdzieś. Jak długo trzymali się z daleka i pozwalali działać, było mu wszystko jedno.
Tyle że Mary nie reagowała. Czuł słodycz jej krwi; ciepło sklejającej palce posoki. Wydawała się być wszędzie, choć już nie płynęła, co sprawiało, że wszelakie jego działania traciły na znaczeniu. Z równym powodzeniem mógłby mieć przed sobą szmacianą lalkę, w którą bezskutecznie starał się tchnąć życie. Mógł próbować do woli, powtarzając te same ruchy przez całą wieczność, ale… przecież wiedział.
Rozumiał od samego początku.
Ręce mu zadrżały, co na moment wybiło go z rytmu. Nie odczuwał zmęczenia, ale kolejne gesty stały się bardziej nieporadne i niepewne, w miarę jak naszły go wątpliwości. To przypominało walkę z wiatrakami, której nie potrafił przerwać. Odsuwał od siebie zniechęcenie i wszelakie podszepty intuicji, o logicznych wnioskach nie wspominając. Miał wrażenie, że w chwili, w której dopuściłby do siebie te najbardziej niechciane myśli, stałyby się prawdziwe. Jak długo się oszukiwał, wciąż miał szansę.
Gdzieś jakby z oddali doszły go kroki – ciche, ale na tyle wyraźne, by rozpoznał, że zmierzały ku niemu. Początkowo nie zwrócił na nie uwagi, przynajmniej do momentu, w którym doszło go ostrzegawcze warknięcie Jasona.
– Kto…? – zaczął ostrzegawczym tonem wampir, próbując osłonić brata, ale przybysz nie pozwolił mu dokończyć.
– Myśl sobie, co chcesz, ale nie jestem wrogiem.
Carlos rozpoznał ten głos. Natychmiast poderwał głowę, jednocześnie próbując utrzymać stały rytm i skupienie na Mary. Rozszerzonymi oczyma spojrzał na znajomego mężczyznę, który jak gdyby nigdy nic podszedł bliżej, klękając tuż obok Jasona. Choć na sobie miał elegancką marynarkę, nie wyglądał na przejętego tym, że zalegająca na trawie krew zaczęła wsiąkać w drogi materiał.
– Noel – rzucił z ulgą. Spojrzenia jego i przyjaciela spotkały się na zaledwie ułamek sekundy, ale to wystarczyło. – Meg jest z tobą? Och, zresztą nieważne! Zrób coś! – zażądał, obojętny na to, że gdy już wcześniej próbował wymóc pomoc na Jasonie, spotkał się przede wszystkim ze współczującym spojrzeniem i bezradnością.
Sęk w tym, że z Noelem było inaczej. Intensywnie niebieskie oczy mężczyzny zabłysły, kiedy z uwagą zmierzył Carlosa wzrokiem, spoglądając na wampira tak, jakby widział go po raz pierwszy. Zaraz po tym krótko zerknął na Mary i westchnął, dla zyskania na czasie przeczesując palcami już i tak zmierzwione czarne włosy.
Milczał. Trwał w ciszy tak długo, że nawet Carlosa naszły wątpliwości. W tamtej chwili zapragnął rzucić się na przyjaciela z pięściami, porządnie nim potrząsnąć i…
– Mogę – oznajmił cicho wampir. To krótkie stwierdzenie wystarczyło, by wytrącić wampira z równowagi. Z wrażenia aż zamarł, na moment zapominając o dalszym uciskaniu klatki piersiowej dziewczyny. – O ile jesteś pewien. Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, co się stanie.
Carlos nawet się nie zawahał.
– Nie pierdol – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Nie był zaskoczony tym, że Noel jedynie się uśmiechnął – w nieco smutny, ale jednak szczery sposób.
– Jak sobie życzysz.
O mój Boże, no i jest! Witam Was w pierwszym rozdziale drugiego tomu. Całe lata czekałam na te sceny i teraz… Mam wrażenie, że historia pisze się sama, co bardzo mnie cieszy. Dobrych pięć lat czekania i planowania się opłaciło.
Dziękuję za obecność, komentarze – wszystko! Zostawiam Was z tekstem, jak zawsze opinię pozostawiając Wam. Mogę obiecać, że w najbliższym czasie będzie ciekawie, a do tego czasu… Cóż, po prostu zostawię Was w niepewności. ;>
Do napisania!