17.12.2017

Rozdział LI

ALYSSA
Spokój wydawał się dziwnie nienaturalny, a Alyssa nie była w stanie się do niego przyzwyczaić. To było zbyt proste i znajome – spędzanie czasu z Jimiem, dobre relacje z Sorentimi (w granicach rozsądku, a więc przy starannym omijaniu wciąż naburmuszonej Nadii)… I podejrzanie spokojny Carlos, który pojawiał się i znikał, zależnie od nastroju i tego, co akurat było mu na rękę. Nie rozmawiali ze sobą, ale nie przeszkadzało jej to, choć momentami miała ochotę przycisnąć wampira do ściany i porządnie nim potrząsnąć, byleby tylko przestał zachowywać się niczym jakiś cholerny król świata, czy za kogo tam się uważał. Chciała rozmawiać, ale w przypadku Carlosa takie podejście najwyraźniej nie miało racji bytu, niemniej milczenie i tak było lepsze niż złośliwości albo awantura przy wszystkich. Zwłaszcza to drugie wydawało się być w jego stylu, a Ali nawet nie chciała słyszeć o podobnej ewentualności, przynajmniej w czasie obecności Jimiego.
Bliskość człowieka najpewniej krępowała wampiry, ale radzili sobie wręcz wyjątkowo dobrze. Zwłaszcza Eleonora wydawała się być zachwycona, sprawiając wrażenie wręcz zadowolonej z obecności człowieka. Alyssa była pewna, że zwłaszcza w pierwszym momencie otwartość kobiety skutecznie wytrąciła jej brata z równowagi, ale już po pierwszym dniu przyzwyczaił się na tyle, żeby swobodnie ze wszystkimi rozmawiać. Cieszyło ją to, bo teraz to właśnie z tymi osobami wiązało się całe jej życie, przynajmniej tymczasowo.
Choć Jimie bez wątpienie nie orientował się w sytuacji, najważniejsze było to, że w pełni akceptował jej decyzje. O niczym więcej nie śmiała marzyć, za wszelką cenę usiłując zachowywać z trudem odzyskaną równowagę i przekonać samą siebie, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku. Jakby nie patrzeć, chłopak wciąż był dla niej ważny, a po wtajemniczeniu Mary, jedynie jego aprobaty łaknęła nade wszystko.
Jej najlepsza przyjaciółka również zachowywała się naturalnie, co było o tyle proste, że znała Jimiego. Czasami miała ich dość, zwłaszcza kiedy zaczynali sobie docinać, a jednak w ostatnim czasie słuchanie nawet tego rodzaju kłótni poprawiało jej nastrój. To była zaledwie namiastka tego, czym mogła cieszyć się zaledwie rok wcześniej, ale wystarczało, pomimo tego, że wciąż nie czuła się aż tak spokojna i pewna siebie, jak za swojego ludzkiego życia. Wiedziała, że kurczowe trzymanie się przeszłości nie jest najlepszym rozwiązaniem i nie przyniesie niczego dobrego, jednak z drugiej strony… Jakie to właściwie miało znaczenie? Skupiała się na tym, co miała i co znajdowało się w jej zasięgu, zamierzając korzystać z tego tak długo, jak tylko mogła. Takie podejście pozwalało jej choć po części zapomnieć o Nicholasie, to jednak okazało się zbyt trudne i skomplikowane, by mogła przestać o nim myśleć całkowicie.
Jakby tego było mało, wciąż śniła – a dotychczasowy schemat znajomego snu zmienił się w dość znaczący sposób.
Podczas nocnych majaków wciąż spadła w pustkę, w pewnym momencie zawsze uświadamiając sobie czyjąś obecność. W momencie, w którym w końcu dostrzegała jakże upragnione niebieskie oczy, zawsze podświadomie wyczekiwała przebudzenia, jednocześnie się go obawiając, to jednak od jakiegoś czasu nie nadchodziło. W zamian w końcu była w stanie zobaczyć jego twarz i wcale nie była zaskoczona tym, że za każdym razem towarzyszył jej Nicholas – właściciel ów niebieskich oczu i olśniewającego uśmiechu, który sprawiał, że czuła się naprawdę bezpieczna. Te sny był dobre, a jednak kiedy się budziła, za każdym razem towarzyszył jej niejasny niepokój i poczucie pustki, której w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć. Ta sprzeczność nie dawała jej spokoju, a Alyssa zaczynała błogosławić fakt, że wciąż sypiała dość sporadycznie. Zwłaszcza przy Jimiem wszyscy musieli zachowywać pozory, a godziny spędzone na bezsensownym krążeniu po sypialni, zdecydowanie nie należały do jej ulubionych perspektyw.
Mary była większą optymistką, a jej obecność w znacznym stopniu Alyssę uspokajała, nawet pomimo tego, że wciąż nie miała okazji do tego, żeby z dziewczyną porozmawiać i jakkolwiek zwierzyć. Chciała tego – tej szczerości, którą zawsze sobie okazywały – jednak ostatnie wydarzenia wydawały się zbyt skomplikowane, a Ali podświadomie chciała zostawić je dla siebie. Te sny… Pocałunek z Nicholasem…
Oraz Carlos, który w najmniejszym stopniu nie ułatwiał jej normalnego funkcjonowania. Zwłaszcza kwestia tego ostatniego nie dawała jej spokoju, a kobieta w żaden sensowny sposób nie potrafiła wytłumaczyć sobie tego, dlaczego tak bardzo przejmowała się tym wampirem i jego jak zwykle beznadziejnym zachowaniem. Nie musiała z niczego się tłumaczyć, zwłaszcza swojemu niechcianemu stwórcy, a jednak…
Och, czasami kiedy nie wracał na noc, wtedy naprawdę zaczynała mieć nadzieję na to, że zniknie na kolejnych kilka tygodni.
Obecność Jimiego była jej na rękę, ale i tak poczuła swego rodzaju ulgę, kiedy zaczął się zbliżać dzień powrotu chłopaka do domu. Czuła się winna, zwłaszcza kiedy zdarzało jej się podchwycić niechętne spojrzenie Nadii, o ile ta w ogóle raczyła zaszczycić kogokolwiek swoja obecnością. Zmuszanie któregokolwiek z mieszkańców do unikania własnego domu zdecydowanie nie było uczciwe, zwłaszcza że dla Ali wystarczająca była niechęć, którą darzyła ją ta z nieśmiertelnych. Co więcej, miała wrażenie, że między nią a Jimiem mimo wszystko coś się zmieniło, a czasami podczas wspólnych spacerów albo wycieczki do Seattle nie mogła pozbyć się wrażenia, że brat z uwagą ją obserwuje, jakby podejrzewając coś, czego ona mogła co najwyżej się domyślać. Nie miała pewności czy był taki zawsze, tylko nie zauważała tego bez wyostrzonych zmysłów, czy może dostrzegał coraz więcej szczegółów w trakcie mieszkania z Sorentimi, ale jego zachowanie i tak wydawało jej się zastanawiające. Jakby tego było mało, chyba zaczynała być przewrażliwiona, niejednokrotnie mając wrażenie, że ktoś ją obserwuje – niewidoczny, ale jak najbardziej obecny. Taki stan rzeczy sprawiał, że czuła się tym bardziej zaniepokojona, czasami mając ochotę natychmiast odesłać brata do domu, byleby tylko zapewnić mu bezpieczeństwo.
Wciąż rozważała ten pomysł, co było tylko odrobinę lepsze od zastanawiania się nad tym, co takiego robił Nicholas. Nie chciała się do tego przyznać, ale chyba naprawdę za nim tęskniła – za jego bliskością, głosem… oraz dotykiem, choć to wydawało się niedorzeczne. W zasadzie wszystko takie było, łącznie z tymi wszystkimi snami oraz pragnieniem, żeby jednak ulec i przy pierwszej okazji przespacerować się po mieście w nadziei na to, że przypadkiem na niego natrafi. Była na tyle zdesperowana, że kilka razy do głowy przyszła jej tak idiotyczna myśl, jak ryzyko kontaktu z Alexandrem i prośba o to, żeby ten sprawdził dla niej to i owo. Naprawdę tego potrzebowała, jakkolwiek bezsensowne i głupie by się to nie wydawało.
Tym większym zaskoczeniem było dla niej, kiedy Nicholas sam z siebie pojawił się pod domem Sorentich – równie beztroski i obojętny, co i za pierwszym razem, kiedy tak po prostu wyciągnął ją do kawiarni.
To jego głos ściągnął ją do przedpokoju, bardziej sugestywny od wyraźnego zaskoczenia w tonie Michaela, który zdecydował się otworzyć drzwi. W tamtej chwili serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy wyczuła bliskość aż nazbyt znajomej osoby. Co ty wyprawiasz?, warknęła w duchu, ale nie była pewna czy zwraca się do siebie, czy może ma nadzieję na to, że to Nick jakimś cudem odbierze jej mentalny przekaz. Swoją drogą, podejrzewała, że nawet gdyby zaczęła na niego warczeć, ostatecznie zbyłby ją uśmiechem – naturalnie tym wyjątkowym i odrobinę cynicznym, który niezmiennie doprowadzał ją do szaleństwa.
– Cześć, maleńka – usłyszała i to wystarczyło, by w równym stopniu zapragnęła go uderzyć, co i ponownie wpaść mu w ramiona. Coraz rzadziej rozumiała swoje uczucia, zwłaszcza przy Nicholasie, który w jakiś niezrozumiały sposób potrafił mieszać jej w głowie tak, jak tylko sobie tego zażyczył. – Właśnie próbowałem uprzejmie wytłumaczyć, że cię znam – dodał, a Alyssa prychnęła.
– Zdążyłam dochodzić do wniosku, że do bycia uprzejmym jednak ci daleko – oceniła, wspierając obie dłonie na biodrach. Poczuła na sobie przenikliwe, zdezorientowane spojrzenie Michaela, ale nie próbowała się tłumaczyć, zbyt skoncentrowana na Nicholasie. – Uważasz, że możesz przychodzić, kiedy tylko będzie ci to odpowiadać?
Nicholas jedynie wywrócił oczami.
– Zadzwoniłbym i błagał o audiencję, ale tak się składa, że nie zostawiłaś mi swojego telefonu – odpowiedział niemalże pogodnym tonem, który w zupełności wystarczył, żeby w jeszcze skuteczniejszy sposób doprowadzić ją do ostateczności.
Och, cudownie! Całowała się z nim, a w tamtym aucie przez moment naprawdę pragnęła czegoś więcej, a nawet nie dała mu swojego numeru telefonu. Coś było zdecydowanie nie tak, ale zdecydowanie nie zamierzała omawiać tego z Nicholasem, na dodatek przy jakichkolwiek świadkach.
Hm, w zasadzie wcale nie miała tego w planach.
– To dlatego, że w tej kawiarni nie było serwetek – uświadomiła go, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów. – Mogłeś mnie poprosić.
– A wypadało? – wypalił, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Serio? Wyciągnąłeś mnie z domu na randkę, nie pytając nawet, czego tak naprawdę chcę, jesteś zdecydowanie zbyt bezczelny, a do tego pocałowałam cię po pierwszym spotkaniu, a jednak przejmujesz się kwestią numeru telefonu?, pomyślała z irytacją. Oczywiście nie wypowiedziała tych słów na głos, ale mężczyzna i tak wydał jej się aż nazbyt świadomy takiego toku rozumowania… A przy tym coraz bardziej rozbawiony, chociaż sama nie mogła powiedzieć tego samego o sobie.
– Hm… Czy coś mnie ominęło? – zaryzykował Michael, obrzucając Nicholasa wymownym spojrzeniem, a ostatecznie zatrzymując wzrok na niej.
– Niekoniecznie – odpowiedziała wymijająco. – Nicholas już sobie szedł, prawda? – dodała, ale ten najwyraźniej nie zamierzał się ruszyć.
– Oczywiście – zapewnił, uśmiechając się olśniewająco. – O ile ta piękna pani znowu dotrzyma mi towarzystwa – dodał pogodnym tonem.
W tamtej chwili niewiele brakowało, żeby ciśnienie ostatecznie jej skoczyło. Miała ochotę rzucić mu się do gardła albo zrobić cokolwiek innego, co zmusiłoby go do milczenia. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę od niej chciał, ale znowu w jego towarzystwie czuła się co najmniej niezręcznie. Co więcej, jakaś jej cząstka nakazywała jej po raz kolejny rzucić wszystko i bez chwili wahania pójść za nim, chociaż ich spotkania w żadnym wypadku nie kończyły się dobrze. To, co było pomiędzy nią a Nicholasem, stanowiło gwałtowną i niebezpieczną mieszankę pozbawionych kontroli emocji, a Alyssa poważnie zaczynała obawiać się tego, dokąd mogło to ich zaprowadzić. Miała złe przeczucia, a jednak mimo wszystko…
Nick zdecydowanie jej tego nie ułatwiał, zachowując się w sposób aż nazbyt pewny siebie, co zdążyła zaobserwować już podczas pierwszej rozmowy z nim. Jakby tego było mało, nie potrafił trzymać języka za zębami, a teraz brakowało już tylko tego, żeby wspomniał o tym, jak cudownie oboje czuli się, kiedy ostatnim razem siedzieli razem w samochodzie. Wtedy najpewniej musiałaby go zabić, na co zresztą miała ochotę już w tamtej chwili. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o zachowywanie niektórych kwestii dla siebie, pomyślała i ledwo powstrzymała sfrustrowany jęk. Powinna była mieć do niego o to pretensje, a jednak… właściwie dlaczego? Nie miał pojęcia o tym, że niczego nie wspomniała rodzinie, nie mówiąc już o tym, że z perspektywy Nicholasa na pewno nie istniał żaden sensowny powód dla którego musieliby ukrywać to, że już raz się spotkali. To było tylko jedno spotkanie, na dodatek pozornie niewinne, a jednak… Jak miałaby mu wytłumaczyć, że to wcale nie było takie proste, a ona zdecydowanie nie powinna widywać się z kimś takim, jak on: człowiekiem?
– Nicholas…
– Nie zaczynajmy od nowa, proszę – przerwał jej niecierpliwie. – Wspominałem ci może, że bardzo sporadycznie uznaję odmowę?
– A ja wspomniałam, że jesteś wyjątkowo upierdliwy? – odparowała, po czym gniewnie zmrużyła oczy. – Mam gościa, więc nawet gdybym chciała… A warto zaznaczyć, że nie chcę – podkreśliła, chociaż to było jedno z największych kłamstw, jakie zdarzyło jej się w ostatnim czasie. – Tak czy inaczej, nie jestem w stanie nigdzie się teraz ruszyć.
– Aj… – Obrzucił ją zaciekawionym, wręcz rozbawionym spojrzeniem. – Ta złośliwa uwaga była absolutnie zbędna, maleńka.
Nerwowo zacisnęła obie dłonie w pięści, nie ledwo powstrzymując cisnące jej się na usta warknięcie. Och, chociaż nie – podejrzewała, że gdyby tylko zdecydowała się do niego zbliżyć, wtedy najpewniej znowu skończyliby w swoich objęciach, całując się z zaangażowaniem pary w długoletnim związku, a nie znajomych, którzy widzieli się raptem trzy razy.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale powstrzymało ją przenikliwe spojrzenie pary aż nazbyt znajomych, niebieskich tęczówek. Sądziła, że już zdążyła oswoić się z wyjątkowym kolorem jego oczu, a jednak niezmiennie czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła doświadczyć znajomego uczucia zapadania się w pustkę. Co takiego w tobie jest, Nicholas?, pomyślała nie po raz pierwszy, szczerze wątpiąc w to, żeby ktokolwiek był w stanie udzielić jej odpowiedzi. Wiedziała jedynie, że jak na śmiertelnika, którego poznała przypadkiem, ten chłopak zbyt skutecznie mieszał jej w głowie. To nie powinno mieć miejsca, poza tym niezmiennie wprawiało ją w konsternację, jedynie utwierdzając Alyssę w przekonaniu, że powinna być ostrożna.
– Przestań mówić do mnie „maleńka” – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Po prostu… przestań – powtórzyła raz jeszcze, a Nicholas wymownie uniósł brwi, naturalnie nie będąc w stanie doszukać się w jej słowach żadnej logiki.
– Odzywać się? – zasugerował jej nieznośnie uprzejmym tonem. Miała wrażenie, że doskonale bawił się jej kosztem.
– Też – przyznała. Mówiła szybko, pośpiesznie wyrzucając z siebie słowa, żeby nie ryzykować tego, że po raz kolejny mu ulegnie. Dlaczego nie mógł tak po prostu zrozumieć, że mogłaby potrzebować czasu? W zasadzie jemu również dobrze by to zrobiło, ale mimo wszystko… Na litość Boską, przecież łączące ich relacje nie miały sensu! – Dlaczego w ogóle…?
Natychmiast urwała, wyczuwając gdzieś za plecami nagły ruch. Zdążyła zapomnieć o tym, że nie są sami, ale jak ignorowanie Michaela przychodziło jej z łatwością, tak na widok Carlosa omal nie wyszła z siebie. Stał na półpiętrze, jakby od niechcenia przechylając się przez barierkę schodów. Przez myśl przeszło jej, że musiał obserwować ja i Nicholasa już od dłuższej chwili, chociaż wcześniej nie była tego świadoma. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy spojrzała mu w oczy, ale prawie natychmiast rozluźniła się, mimowolnie zauważając, że tęczówki wampira były czarne; przynajmniej dbał o pozory, ale widok wygłodniałego wampira z tym jego drapieżnym, wymuszonym uśmieszkiem, zdecydowanie nie sprawiał, że poczuła się jakkolwiek pewnie – nie, skoro sama właśnie dyskutowała z człowiekiem.
– Nie przeszkadzajcie sobie – rzucił pogodnym tonem, machnięciem ręki sugerując, że nie musi się nim przejmować. – Uwielbiam dobre romanse – zadrwił, posyłając jej równie olśniewający, co i bezczelny uśmiech.
– Idź do diabła – rzuciła z irytacją, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów.
Carlos wywrócił oczami, a Nicholas – ku jej jeszcze większej irytacji – parsknął śmiechem, zupełnie jakby był świadkiem czegoś wyjątkowo interesującego.
– Więc nie tylko dla mnie jest taka milutka? – zapytał, a Carlos jakby od niechcenia zmierzył chłopaka wzrokiem.
– Jak widać – rzucił bez chociażby cienia sympatii. Jego ton głosu zmienił się, a Alyssa nagle zapragnęła uciec, przytłoczona poziomem testosteronu. Przez myśl przeszło jej, że Carlos był poirytowany, a może wręcz zazdrosny, choć taka perspektywa niezmiennie wydawała je się czymś co najmniej nieprawdopodobnym. – A ty to…? Ach, już wiem – dodał i w tamtej chwili Ali nie miała wątpliwości, że zamierzał powiedzieć coś, co absolutnie nie miało przypaść jej do gustu. – Przystojny pan z uczelni… – rzucił dramatycznym szeptem, uśmiechając się jeszcze bardziej drapieżnie. Alyssa już od dłuższego czasu czuła, że szykował się do swego rodzaju wybuchu i najwyraźniej zamierzał pokazać pełnię swojej złośliwości właśnie w tamtej chwili.
– Ciekawe… Mam przez to rozumieć, że zdaniem Alyssy jestem przystojny? – zapytał z powątpiewaniem Nicholas i chociaż nie widziała jego twarzy, mogła domyślić się jaki w tamtej chwili miała wyraz.
– Hm… Nie, jednak nie. – Carlos nagle urwał, po czym dramatycznym gestem chwycił się za serce. – No tak, jak ja mogłem o tym zapomnieć! Księżniczce jakoś umknęła konieczność pochwalenia się nam tym, że sporadycznie sobie romansuje – rzucił gniewnie, a w niej aż się zagotowało w odpowiedzi na jego słowa.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, tak mocno, że aż poczuła ból, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. W tamtej chwili była w stanie niemalże wyobrazić sobie znajomy już szept, nakazujący jej Carlosa zabić, tym bardziej, że miała na to coraz silniejszą ochotę. Mało było mu tego, że od kilku dni doprowadzał ją do szału, zachowując się tak, jakby popełniła niezwykłą zbrodnię – i to nie tyle względem rodziny, ale przede wszystkim niego? Uważał, że miał do tego prawo? Właściwie dlaczego tak bardzo się przejmował, skoro przez większość czasu i tak był obojętny i postępował tak, jakby jej obecność nie miała dla niego znaczenia. Mogła zrozumieć irytację o to, że dopuściła do siebie człowieka, ale wampirowi chodziło o coś zdecydowanie więcej i miała tego świadomość. Widziała go, kiedy wpadał w szał, zaczynając ciskać się i kląć na czym świat stoi, kiedy w grę wchodziła jakakolwiek forma zagrożenia, ale jaki to miało sens w przypadku, w którym Carlos zachowywał się… No cóż, jak jakiś zazdrosny, zdradzony kochanek.
Och, tak myśl była irracjonalna.
Wciąż odczuwała gniew, ale z pewnym wysiłkiem zdołała nad nim zapanować. Gniewnie zmrużyła oczy, wbijając wzrok w drewnianą barierkę, o którą opierał się wampir. Zanim zdążyła jakkolwiek zastanowić się nad tym, czego chciała albo co powinna zrobić, wyraźnie poczuła, jak jej emocje kumulują się w coś bardziej złożonego i intensywnego, by ostatecznie znaleźć ujście. Zaraz po tym usłyszała trzask, a Carlos odskoczył jak poparzony, zataczając się na ścianę i z niedowierzaniem spoglądając na kawałek drewnianej balustrady, który bez jakiegokolwiek ostrzeżenia urwał się i wylądował na parterze.
– Lepiej zacznij uważać. W starych domach czasami dochodzi do nieprzyjemnych niespodzianek – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Byłoby mi bardzo przykro, gdyby coś ci się stało – dodała z przekąsem, nie szczędząc sobie złośliwości.
– Powiadasz, księżniczko?
Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem, mając wrażenie, że doskonale bawił się jej kosztem. Dobrze znała ten jago ton, ale choć wiedziała, że ją prowokował, a gwałtownymi reakcjami jedynie poprawiała mu nastrój, ale nie mogła powstrzymać się przed powiedzeniem czegokolwiek. Miała dość Carlosa, zresztą tak jak i napiętej sytuacji oraz wymownej ciszy, która nagle zapadła. Czuła na sobie nie tylko spojrzenie wampira, ale również jego brata oraz Nicholasa, a ostatecznie to ten ostatni zaryzykował powiedzenie czegokolwiek:
– Alyssa…?
Błyskawicznie odwróciła się w jego stronę. Sądziła, że ten się wzdrygnie, bo tak na nieśmiertelnych reagowała większość ludzi, ale chłopak stał spokojnie, spoglądając na nią w co najmniej skonsternowany sposób.
– Na zewnątrz – zażądała, a brwi Nicholasa powędrowały ku górze. Energicznie potrząsnęła głową, nawet nie próbując się przed nim tłumaczyć. – Tak, wyjdę z tobą, ale na krótko. Usprawiedliwcie mnie przez Jimiem – rzuciła nieznoszącym sprzeciwu tonem, dla zachowania pozorów chwytając kurtkę i w pośpiechu zarzucając ją na ramiona.
Nie czekała na to, by móc sprawdzić, czy ktokolwiek miał jakieś uwagi co do jej słów i zachowania. Wciąż była wzburzona, a przez myśl przeszło jej, że jeśli będzie musiała zostać z Carlosem pod jednym dachem chociaż kilka minut dłużej, wtedy naprawdę zrobi coś, czego będzie żałowała. Już i tak posunęła się za daleko i to na oczach Nicholasa, a skoro tak…
Musiała się uspokoić, a jeśli przebywanie z chłopakiem miało być najlepszym sposobem, by tego dokonała, zdecydowanie nie miała nic przeciwko.
Lubię ten rozdział. Sprawdzanie przyszło mi ot tak, więc publikuję z tym większą przyjemnością. Ostateczną ocenę jak zwykle pozostawiam Wam, ale przyznam, że po prostu jestem z efektu zadowolona.
Dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Ciąg dalszy wkrótce, więc do napisania!