04 lutego 2018

Rozdział LVI

Carlos
Uparcie milczał, cierpliwie czekając na rozwód wypadków. Zrozumiała – widział to po wyrazie jej twarzy, spojrzeniu, a już zwłaszcza po sposobie, w jaki wpatrywała się w niego. Czuł się podekscytowany, trochę jak dziecko, któremu właśnie powiedziano, że gwiazdka będzie wcześniej w tym roku, chociaż w jego przypadku to było coś znacznie więcej. Obserwował i wiedział, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego, choć nadal nie miał pewności, czy narażanie Alyssy aż do tego stopnia miało jakikolwiek sens. Z drugiej strony, przecież od samego początku o to chodziło, a on czekał zbyt długo, żeby teraz przejmować się konsekwencjami. Teraz wszystko nareszcie miało szansę się poukładać, a Carlos nie zamierzał odmówić sobie możliwości zdobycia czegoś, czego szukał równie długo, co wcześniej córki Gai i Lucyfera.
Czuł na sobie zszokowane spojrzenie dziewczyny i pozostałych, ale nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. W skupieniu czekał na reakcję Ali (A może raczej Ariany?), w duchu odliczając kolejne sekundy. Podobno wampiry były stworzone do tego, żeby czekać, on jednak miał w zwyczaju niecierpliwić się ot tak, zwłaszcza w chwilach takich jak ta. Nie, nic nie było takim, jak mógłby oczekiwać, jednak teraz był skłonny przymknąć na to oko. Nie bez powodu tyle zwlekał, wypatrując dogodnego moment, w którym Michaela nie będzie w pobliżu. Co prawda to z Jasonem kłócił się częściej, ten jednak nie miał w zwyczaju mu matkować, zwykle szybko się zniechęcając. Jeśli ktoś mógł okazać się problematyczny, to zdecydowanie nadopiekuńczy Mickey.
– O mój Boże!
Cichy okrzyk Alyssy okazał się prawdziwym wybawieniem, wyrażając wszystko to, czego Carlos mógłby oczekiwać. Na jego ustach z wolna pojawił się delikatny, czarujący uśmiech, zdradzający o wiele więcej, aniżeli początkowo chciał. Wciąż stał naprzeciwko zaskoczonej nieśmiertelnej, po chwili zabierając dłonie z jej ramion, by w zamian móc ująć ją za rękę. Stanowczo zacisnął palce wokół jej własnych, zamykając je w zdecydowanym, ale kontrolowanym uścisku. Starał się zbytnio jej nie narzucać, nie chcąc, żeby po raz kolejny wpadła w szał i spróbowała się od niego odsunąć, bo to nie doprowadziłoby do niczego dobrego. Zdążył przekonać się, że Alyssa bywała nieprzewidywalna, zwłaszcza w tych najtrudniejszych, najbardziej złożonych sytuacjach, które mimo wszystko zawsze dotyczyły jego – w mniejszym lub większym stopniu, skoro jako jedyny z takim uporem odwoływał się do jej przeszłej, dotychczas zapomnianej cząstki duszy.
Miał wrażenie, że wszystko trwało całą wieczność, choć i do tego jako nieśmiertelny powinien być przyzwyczajony. Alyssa nagle wzdrygnęła się, po czym odsunęła od niego, przybierając pozycję kogoś gotowego do ataku. Jej palce bezwiednie zacisnęły się wokół pustki, a Carlos na moment zwątpił w to, czy nadal widziała pogrążony w ciszy, wypełniony wampirami salon. Oddech dziewczyny przyśpieszył, a oczy na ułamek sekundy zaszły mgłą, chociaż tym razem przynajmniej nie straciła przytomności. Przez dłuższą chwilę sprawiała wrażenie chętnej do tego, żeby zacząć się rzucać na prawo i lewo, oszołomiona, być może nawet spanikowana, choć w jej przypadku niczego nie można było być tak naprawdę pewnym.
– Alyssa? – zaniepokoiła się Mary, niespokojnie spoglądając na przyjaciółkę. – Hej, Ali, o czym on bredzi? O czym on…? – zaczęła znowu, jednak Alyssa jedynie energicznie pokręciła głową.
– Jak długo wiesz? – zapytała w zamian, skupiając wzrok na milczącym Carlosie.
Coś w jej tonie i zachowaniu uległo zmianie, tak nagle i gwałtownie, jakby ktoś nagle wcisnął jakiś przycisk. Stała tuż naprzeciwko niego, piękna i wyprostowana, panując nad emocjami lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wyglądała trochę tak, jakby była w transie, chociaż i to wcale nie musiało być tak proste i oczywiste. W salonie natychmiast zapanowała cisza, a po spojrzeniach szanownej rodzinki, Carlos natychmiast zorientował się, że nie on jeden wyczuł zmianę w zachowaniu Alyssy. Nie potrafił tego sprecyzować albo jakkolwiek opisał, ale wiedział, że miała miejsce – i że powinien ją wykorzystać.
Otworzył usta, mając w planach odpowiedzieć. Nie odezwał się od razu, w zamian staranie ważąc słowa, by te zabrzmiały jak najbardziej sensownie i poważnie. Być może to nie miało sensu – przynajmniej na pierwszy rzut oka – ale momentalnie poczuł się tak, jakby stanął przed królową: potężną, piękną i niebezpieczną. W tamtej chwili nie widział niewinnego dziecka, które wzbudzało w nim tak wiele skrajnych emocji, ale kobietę z doświadczeniem wielokrotnie przekraczającym jego własnym. Nie myślał o Alyssy, o tym jak bardzo irytowało ją jego zachowanie i jak doprowadzało do szału samo tylko wspomnienie tego, jak mizdrzyła się z tamtym gościem w samochodzie. To wszystko zeszło na dalszy plan, bo już nie miał przed sobą zagubionej, dopiero co przemienionej dziewczynki.
Miał za to Arianę – i to w zupełności mu wystarczyło.
– Jakiś czas – przyznał z pewnym opóźnieniem. Nieprawdopodobne, ale naprawdę obawiał się, że mogłaby się na niego zdenerwować. – Potrzebowałem czasu na sprawdzenie wszystkiego, co będzie potrzebne. Musiałem się upewnić, żeby nie tracić czasu.
– I upewniłeś się? – ciągnęła, a jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Wydała mu się równie zafascynowana, co i przerażona, wydając się toczyć z sobą samą rodzaj wewnętrznej walki, której rezultatów wciąż żadne z nich nie mogło być pewne. – Pamiętam go… Miecz archanioła. Tak mi się wydaje – dodała i chociaż nadal brzmiała w ten nienaturalny, władczy sposób, Carlos uświadomił sobie, że Alyssa wciąż gdzieś tam była.
– Co takiego pamiętasz, księżniczko?
Jego głos zabrzmiał łagodnie, niemal czule, co nie zdarzało mu się często. W pokoju panowała nieprzenikniona cisza, co było mu na rękę, tym bardziej że wciąż spodziewał się protestów ze strony pozostałych. Podejrzewał, że gdyby był tutaj Michael, próbowałby dyskutować zarówno z nim, jak i z dziewczyną, co zresztą było powodem dla którego wolał poczekać do jego wyjazdu. Reszta wampirów milczała, co uznał za miłą odmianę, chociaż i to wydało mu się naturalne. Tylko głupiec nie wyczułby, że cisza jest najistotniejsze, Alyssa zresztą roztaczała wokół siebie dość specyficzną aurę, której w tamtej chwili wszyscy byli świadomi.
Dziewczyna wypuściła powietrze ze świstem, po czym z jękiem chwyciła się za głowę. Przez moment trwała w bezruchu, lekko pochylona i z twarzą ukrytą w dłoniach, przez co wyglądała niczym niezwykle smutny, pogrążony w żalu upadły anioł. Ciemne włosy opadły jej na twarz, przysłaniając blade policzki i mocno kontrastując z jej skóra, przez co wydała się Carlosowi jeszcze bardziej delikatna i eteryczna. Była piękna, czemu zresztą nigdy nie próbował zaprzeczać i co już raz zdołało go zachwycić do tego stopnia, by pokusił się o złożenie na jej ustach pocałunku. Wciąż wyrzucał sobie tę chwilę słabości, nie wspominając o tym, jak od tamtego czasu reagowali na siebie nawzajem, jednak to w tamtej chwili nie miało znaczenia. I tak nie mógł pozwolić sobie na podejście do niej, dotknięcie jej twarzy, a tym bardziej jakąkolwiek próbę pocieszenia jej, kiedy była w takim stanie. Istniały sprawy ważne i ważniejsze, a on zbyt długo czekał na możliwość przeprowadzenia tej rozmowy.
– Wszystko… A może nic – usłyszał jej wymijającą odpowiedź i musiał wręcz powstrzymywać się przed sfrustrowanym jękiem, który cisnął mu się na usta. – Opowiedz mi… Nam wszystkim – dodała, wraz z tymi słowami wymownie rozglądając się po pogrążonym w ciszy salonie.
– Ja tobie, księżniczko? – westchnął. Już drugi raz użył przezwiska, które dotychczas wydawało się doprowadzać ją do szału, a jednak nic nie wskazywało na to, żeby miała się na niego z tego powodu zdenerwować. Nie miał pojęcia czy to dobrze, czy też nie, zresztą określanie jej mianem na które zasłużyła, już od samego początku było silniejsze od niego. – W porządku. Jak sobie życzysz, ale…
– Ali, czy wszystko w porządku? – wszedł mu w słowo Jason. Carlos zacisnął usta, w duchu modląc się o cierpliwość, choć nawet nie zdziwiło go to, że właśnie on przerwał ciszę jako pierwszy. – Dziwnie się zachowujesz.
Dziewczyna uniosła głowę, żeby móc na niego spojrzeć. Jej oczy wydawały się lśnić w niezdrowy sposób, zdradzając całą mieszankę nieopisanych, trudnych do zinterpretowania emocji, które nawet na moment nie dawały jej spokoju. Coś w jej spojrzeniu musiało wpłynąć nawet na Jasona, bo ten nie dodał niczego więcej, co zwłaszcza w jego przypadku zdecydowanie nie było normą.
– Nie jestem pewna, ale nie ma powodu, dla którego powinniście się mną przejmować. Fizycznie jestem cała – oznajmiła z powagą, prostując się. Opuściła ręce, pozwalając im swobodnie opaść wzdłuż ciała, kiedy zdecydowała się wyprostować. – Możemy, proszę, posłuchać Carlosa? Niech mówi – dodała, ale mimo wszystko nie zabrzmiało to jak niewinna prośba – raczej jak ładnie zakamuflowany rozkaz.
I do tego wszystkiego wydajesz się być po mojej stronie, Ali?, pomyślał zaskoczony, jednak nie zamierzał tracić czasu na niepotrzebne rozwodzenie się nad czymś, co i tak nie miało większego znaczenia. Skoro dawała mu okazję do rozmowy, zamierzał ją wykorzystać – i to najlepiej od razu, zanim jakiś inny, wścibski wampir zdecydowałby się wejść mu w słowo.
– Już się robi – zapewnił pośpiesznie. Kiedy zaczął mówić, zwracał się bezpośrednio do niej, nie po raz pierwszy decydując się zignorować wszystkich wokół, traktując ich niemalże jak nic nieznaczące powietrze. – Kiedy opowiadałem ci o Arianie… Nie pozwoliłaś mi dodać, że według podań, córka Lucyfera odwróciła się od swojego ojca. Nikt tak naprawdę nie wie dlaczego, chociaż może niedługo sama będziesz w stanie mi wytłumaczyć, co takiego miało miejsce całe wieki temu. Historie za to mówią, że córka samej Ciemności mogła z równym powodzeniem przynieść mu chwałę, co i ostateczny upadek. – Zamilkł i zawahał się na moment. – Nie da się ot tak zgładzić kogoś, kto otrzymał nieśmiertelność. Można zabić ciało, ale nie duszę, co zresztą wyjaśnia dlaczego Lucyfer i jemu podobni przeżyli te wszystkie lata, zmieniając formy i nie zwracając na siebie uwagi. To także tłumaczy dlatego ty stoisz tutaj przede mną, chociaż kwestia wspomnień… Ale wszystko w swoim czasie – dodał, decydując się nie drążyć tematu, który mógłby okazać się dla niej kłopotliwy. – Istnieje legenda o mieczu archanioła, który pozostawiła po sobie sama Gaja i który podobno jest w stanie unicestwić nawet samego Lucyfera, tylko…
– Tylko? – ponagliła go dziewczyna, chociaż po jej tonie poznał, że dobrze wiedziała, co takiego usłyszy. Była blada, ale zdeterminowana, rozdarta pomiędzy pragnieniami siebie samej, a wciąż obecnej Ariany.
– Tylko nie każdy jest w stanie się nim posługiwać. To miecz archanioła, więc z założenia… – zaczął, jednak i tym razem ktoś zdecydował się mu przerwać:
– Więc tylko skrzydlaty gość w spódnicy będzie w stanie go użyć, tak? – wtrąciła cierpko Nadia. Spojrzał na wampirzycę z niedowierzaniem, mimowolnie zaczynając zastanawiać się nad tym, czy ten za każdym razem musiała wprawiać go albo w konsternację, albo coś z pogranicza irytacji i gniewu. Skrzydlaty gość w spódnicy? Poważnie? – To akurat byłoby logiczne… Tylko to, gdyby ktoś chciał znać moją opinię.
Wzniósł oczy ku niebu, w duchu modląc się o cierpliwość, chociaż już dawno ustalił, że tej najzwyczajniej w świecie mu brakowało. To chyba nawet nie było szczególnie dziwne, tym bardziej, że ta konkretna kobieta miała w sobie coś, co od pierwszego spotkania skutecznie wyprowadzało Carlosa z równowagi. Nie miał pojęcia, co stanowiło najistotniejszą z przyczyn, to zresztą wydawało się najmniej istotne. Liczyło się przede wszystkim to, że Nadia go drażniła.
Och, nie ukrywajmy – cała jego kochana rodzinka również.
– Nieważne – oznajmił już na głos, zachowując powagę tylko i wyłącznie przez wzgląd na Alyssę i siebie samego. Zbyt długo czekał, by dłużej tracić czas irytowaniem się na kogoś, kogo nawet nie był w stanie wykopać z pokoju. Cóż, przynajmniej teoretycznie wolał powstrzymać się przed atakiem na kobietę, nawet jeśli ta wydawała się skłonna, by przyłożyć mu bez choćby cienia wahania.  – Tak, coś w tym jest. A ona – skinął na Ali – jest córką archanioła. A może nawet dwóch, gdyby uprzeć się wierzyć w to, co zostało napisane w piśmie.
Nie czuł się dobrze z tym, że po raz kolejny musiał odwoływać się do Biblii i tego, co przez tyle lat próbował wpajać wszystkim wokół kościół, ale to w tamtej chwili wydawało się najmniej istotne. Jeśli to było ich jedynym źródłem wiedzy, musiało wystarczyć, zresztą w przeszłości Mistery… Cóż, Misty wydawała się być wyjątkowo tego pewna, kiedy jeszcze żyła – a on ufał jej niezależnie od wszystkich i wszystkiego.
– Być może – odezwała się cicho Alyssa – ale dalej nie powiedziałeś najważniejszego… Chociażby tego, że miecz archanioła sam w sobie jest bezużyteczny.
– Jednak pamiętasz więcej niż raczysz przyznać – zarzucił jej, zanim zdążył ugryźć się w język.
Przez twarz dziewczyny przemknął cień, ta zresztą nawet nie próbowała tego ukryć. W ułamek sekundy później zmaterializowała się tuż przed nim, wyraźnie wzburzona i sprawiająca wrażenie chętnej tego, żeby zacisnąć palce na jego gardle. Zaskoczyła go, choć nie po raz pierwszy widział, jak traciła nad sobą kontrolę, pozwalając sobie na coś, co w innym wypadku bez wątpienia nie miałoby miejsca. Wystarczyło, że wspomniał momenty, kiedy spoglądała na niego niemalże nienawistnie, sprawiając wrażenie kogoś niebezpiecznego, złaknionego krwi i chętnego w każdej chwili zaatakować.
– Śmiesz mi jeszcze cokolwiek zarzucać? – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – To przez ciebie jestem tutaj i czuję się jak dziecko we mgle. Błądzę, walczę o odzyskanie kontroli nad własnym życiem i wciąż próbuję zrozumieć, co dzieje się wokół mnie. To, co wiem albo nie, to tylko i wyłącznie moja sprawa, tym bardziej że ty też nigdy na bieżąco nie dzieliłeś się ze mną tym, co wiesz, Carlos – warknęła i chociaż coś w jej słowach go zaniepokoiło, zmusił się do zachowania spokoju i niemalże całkowitej obojętności.
– Jak sobie życzysz – odparował z nie mniejszym chłodem w głosie. – Tak, to nie wszystko. Tak się składa, że nie pozwoliliście mi do tego dojść.
Alyssa/Ariana skrzywiła się, bynajmniej nieusatysfakcjonowana jego tonem i odpowiedzią.
– Gdzie? – wyrzuciła z siebie na wydechu, na moment zapominając o wcześniejszych zarzutach. Carlos mimowolnie pomyślał o tym, że zachowywała się trochę tak, jakby była nie do końca świadoma własnych czynów, chociaż zarzucenie jej czegokolwiek zdecydowanie nie wchodziło w grę. – Powiedziałeś mi, że go znalazłeś.
– A ty, że jest bezużyteczny – przypomniał uprzejmie.
Być może igrał z ogniem, ale nie potrafił się powstrzymać. Byli do siebie tak bardzo podobni, zwłaszcza kiedy ona zachowywała się w ten sposób – tak władczo, pewnie i niemalże bezczelnie. Kiedy na dodatek w ułamek sekundy później zamachnęła się i spróbowała wymierzyć mu policzek, początkowo zamarł, obserwując ją w niemalże skonsternowany sposób. Zareagował dosłownie w ostatniej chwili, jakby od niechcenia chwytając ją za nadgarstek, a już w następnej sekundzie niezbyt delikatnie wykręcając jej dłoń za plecy.
– Nie próbuj tego więcej, księżniczko – rzucił cierpko. Bardziej stanowczo przyciągnął ją do siebie, obojętny na to, że natychmiast spróbowała mu się wyrwać. – Dobrze ci radzę, bo…
– O Boże, co ja chciałam zrobić, Carlos? – weszła mu w słowo i to wystarczyło, żeby zamilkła.
Kątem oka wyczuł ruch, kiedy Jason przemieścił się, najpewniej po raz kolejny planując się wtrącić, jednak coś w pytaniu dziewczyny wystarczyło, żeby i on zastygł w miejscu, czekając na rozwój wydarzeń. Zauważył również Eleonorę, która wpatrywała się w nich oboje rozszerzonymi, przestraszonymi oczami, po raz kolejny wprawiając Carlosa w oszołomienie tym, jak bardzo niewinna się wydawała. Mógł spodziewać się po bracie tak ułożonej żony, jednak nie zmieniało to faktu, że czasami sam nie miał pewności, jak powinien się przy tej kobiecie zachowywać. Skoro nawet on miał wątpliwości, co przecież nie zdarzało mu się często, jeśli w ogóle, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
Alyssa wzięła kilka głębszych, odrobinę drżących wdechów, wyraźnie próbując nad sobą zapanować. Chwilę później w końcu odwróciła się w jego stronę, chociaż początkowo nie miał pewności, czy powinien jej na to pozwolić. Wydało mu się, że lekko chwiała się na nogach, mając wyraźny problem z tym, żeby utrzymać się w pionie i najpewniej będąc w stanie dokonać tego tylko i wyłącznie dlatego, że nadal trzymał ją w ramionach. Ta bliskość wzbudziła w nim całą mieszankę skrajnych uczuć, a Carlos nie po raz pierwszy poczuł się dobrze z tym, że mógłby mieć do niej bezpośredni dostęp – dotykać, czuć bijące od dziewczyny ciepło, być może nawet móc…
Och, nie – na pewno nie znowu i nie w tych warunkach. Co więcej, zdecydowanie nie przy Mary, która zamarła zaledwie kilka kroków dalej, dosłownie przeszywając go spojrzeniem tych kocich, intensywnie zielonych oczu, najpewniej obawiając się tego, że z czystej złośliwości mógłby pokusić się o przegryzienie Alyssy tętnicy.
Przeniósł dłonie na ramiona dziewczyny, pomagając jej odzyskać pion. Wciąż czuł ciepło jej ciała, kiedy zaś delikatnie przygarnął ją do siebie, nawet nie próbowała protestować, czym po raz kolejny go zaskoczyła. Jej dłoni wylądowały na jego torsie, kiedy zaś spojrzała mu w oczy, nagle wydała mu się drobna, bardzo krucha i zagubiona – a przy tym przerażona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Nie denerwujcie mnie – powiedziała cichym, zdławionym tonem. W niejakim oszołomieniu przekonał się, że brzmiała trochę tak, jakby w każdej chwili mogła się popłakać. – Po prostu tego nie róbcie, bo wtedy nie ręczę za siebie.
– Prędzej połamałabyś sobie ręce, niż zrobiła mi krzywdę – odpowiedział niemalże pobłażliwym tonem, próbując choć trochę rozluźnić atmosferę.
Było coś mrocznego w spojrzeniu, które mu posłała.
– Nie masz pojęcia do czego mogę być zdolna – oznajmiła z powagą, a wampir z zaskoczeniem przekonał się, że naprawdę udało jej się go zaniepokoić. – Ja też wolałabym tego nie wiedzieć.
W tamtej chwili przez dłuższą chwilę miał ochotę zarówno odsunąć ją od siebie, jak i zamknąć w silnym, zdecydowanym uścisku, tak, by nareszcie poczuła się bezpiecznie. Chciał jakkolwiek na nią wpłynąć – poprawić nastrój, uspokoić albo… dokonać czegokolwiek innego – jednak ostatecznie nie zrobił niczego, po prostu tkwiąc w miejscu i w pozbawiony jakichkolwiek emocji sposób lustrując jej twarz wzrokiem.
– Teraz jesteś sobą i to się liczy. Ja z kolei nie po to zacząłem tę rozmowę, żeby oberwać w twarz i odłożyć wszystko na później – oznajmił, rzucając jej znaczące spojrzenie. Jego głos zabrzmiał spokojnie, na swój sposób zaczepnie, chociaż szczerze wątpił w to, by Ali miała ochotę na jakiekolwiek dyskusje. – Miecz archanioła… Powinniśmy skupić się na mieczu archanioła – powtórzył z naciskiem, chociaż dobrze wiedział, że ona nie miała na to najmniejszej nawet ochoty.
Liczył się z tym, że doczeka się protestów z jej strony albo że Alyssa nagle opamięta się na tyle, by oswobodzić się z jego uścisku i uciec. Tym większym zaskoczeniem było dla niego to, że niemalże posłusznie skinęła głową, wciąż zamyślona i skoncentrowana na czymś, czego tylko mógł się domyślać. Chwilę później zdecydowanie spojrzała mu w oczy, decydując się wytrącić go z równowagi jeszcze bardziej, kiedy z powagą zadała najistotniejsze pytanie, które mógłby spodziewać się usłyszeć:
– Gdzie?
Już raz padło, zupełnie innym, bardziej wątpliwym tonem. Tym razem wydawała się wykończona i lekko zaniepokojona, coś jednak podpowiedziało mu, że pomimo tego pozostawała w pełni zdecydowana. Nie spodziewał się tego, ale z drugiej strony… jakie to właściwie miało w obecnej sytuacji znaczenie.
– To trochę ironiczne, bo oficjalnie mieszkasz tam z mężem… Nie taka była oficjalna wersja? – zapytał, a Alyssa drgnęła, nagle zaniepokojona. On sam zastanawiał się nad tym, jakie szanse istniały na przypadek, że to akurat ona wspomniała o tym mieście, cudownie nieświadoma tego, co mogli tam znaleźć. – Co powiesz na małą wycieczkę do Nowego Jorku, księżniczko?
Dobry wieczór :3 Kolejny rozdzialik poprawiony na szybko, będący wstępem do akcji, na którą czekałam. Zasadniczo mamy tu sam trzon opowiadania, bo właśnie wszedł wątek, który z założenia ma być motywem przewodnim dla całej trylogii. Co prawda wciąż nie zdradziłam wszystkiego, ale… na początek wystarczy, prawda? ;>
Dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Przypominam, że opowiadanie dostępne jest również na platformie Wattpad, wiec jeśli komuś wygodniej czytać w takiej formie, to zapraszam: KLIK. Z mojej strony to na chwilę obecną wszystko, więc do napisania!

1 komentarz:

  1. Idziemy po miecz! Idziemy po miecz! Idzieeeemy pooooo mieeeecz! :D
    Dobra opanowałam się trochę i... co tu się działo?! Palpitacji serca dostałam, dziewczyno! A jaki czarujący i jednocześnie rozmarzony uśmiech pojawił się na moich ustach, to się możesz tylko domyślać. :3
    Alyssa albo Ariana... nie mam pojęcia, która zaszczyciła nas swoją obecnością tak do końca. A może to były one obie naraz? Choć bardziej skłaniam się ku Arianie, przynajmniej tak to wyglądało, bo zdecydowanie nie zachowywała się jak świeżo przemieniona studentka dziennikarstwa, tylko istnie córka samego Lucyfera – dumna, pewna siebie, wojownicza, nieznosząca sprzeciwu – aż mam ciarki. I... odniosłam właśnie wrażenie, że te stwierdzenia opisują kobiecą wersję Carlosa. xD Cóż... podejrzewam, że on będzie miał spore problemy na dogadanie się z Arianą w swej pełnej odsłonie, bo są zbyt podobni do siebie, a takie charakterki zazwyczaj ze sobą rywalizują. A niestety powątpiewam, że Carlos dałby sobie radę z dzieckiem Lucyfera, które ma po swojej stronie całą naturę. Jednak tli się we mnie nadzieja, że dopóki jest nasza Ali, to raczej większa krzywda nie powinna mu się stać, chociaż...
    Końcowe akapity urocze. :3 W ogóle to jak Carlos myśli o Ali – samo to świadczy, że mimo wszystko w nim są jeszcze uczucia pozytywne, a nie tylko złość, chęć zemsty i nienawiść do wszystkich i wszystkiego wokół. Pokusiłabym się, że chwilami (bardzo, baaaaardzo rzadkimi) wobec Alyssy ma odruchy wręcz ludzkie. Odniosłam wrażenie, że jakaś część w nim pragnie iść do przodu, ale on sam na to sobie nie pozwala.

    Pytanie z poprzedniego komentarza cofam – już wiem czyj miecz znalazł Sorenti. ^^

    OdpowiedzUsuń