Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: „Łowy”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: „Łowy”. Pokaż wszystkie posty

11 marca 2019

Podziękowania

Uwaga, mistrzyni elokwencji w natarciu. Z góry przepraszam za najpewniej nieogarniętą przemowę – i to nic, że powinnam mieć w nich już wprawę. Nie mam.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek dotrę tutaj do tego momentu. To opowiadanie przeszło dość sporo, począwszy przez bycie fan fiction, po moją chorobę, zastoje i inne cuda, które powstrzymywały mnie przed napisaniem epilogu. Teraz w końcu się udało, a ja w końcu wyrzuciłam z siebie coś, co miałam w głowie przynajmniej od pięciu lat. Przecudowne uczucie, naprawdę.
Jeśli ktoś jeszcze nie widział epilogu, to zapraszam. Naprawdę nie obiecuję, że po drodze nie zarzucę spojlerem.
Skoro o samym zakończeniu mowa, zmieniło się dość znacząco, choć sam zamysł pozostał taki sam – udział Mary i to, jakie konsekwencje przyniesie to, co ją spotkało. Pierwotnie miałam dodać po tej scenie jeszcze jedną, ale stwierdziłam, że przeniosę ją na początek drugiego tomu. Oczywiście pod warunkiem, że nie zjecie mnie za zakończenie tego.
Zabawne, ale podziękowania pisze mi się o wiele trudniej niż sam epilog. Poniekąd wciąż nie dociera do mnie to, że w ogóle muszę je układać – że to już, że się udało i że wkrótce przyjdę do Was z prologiem „Upadku”. Swoją drogą, opis drugiego tomu już jest dostępny, o tutaj: KLIK. Ponadto tradycyjnie (choć pierwszy raz przy tej historii) zarzucam screenem z takim małym podsumowaniem całości: KLIK. Wyniki nie są aż tak imponujące jak przy tomach Lost in the Time, ale i tak jestem z siebie dumna.
Siedemdziesiąt pięć wpisów. To dużo, a ja jestem wdzięczna każdemu, kto choć przez moment przewinął się przez tę historie.
No ale do rzeczy.
Gabi Sis, po prostu dziękuję. To już chyba tradycja, bo Ty jesteś ze mną nawet wtedy, gdy masz milion zaległych rozdziałów, słuchasz mnie, wspierasz i zarzucasz kolejnymi gifami, które przydają mi się w najmniej oczekiwanym momencie. Zadedykowałam Ci już epilog, więc tym bardziej musiałaś pojawić się i tutaj. Zresztą obie wiemy, że tu już od dawna nie chodzi tylko o blogi, choć to właśnie dzięki pisaniu Cię poznałam. I za to zawsze będę wdzięczna. ^^
Adna – bo jesteś ze mną tyle czasu. Co więcej, mogłam Ci się wygadać, a dzięki Twoim komentarzom nabrałam pewności, że kierunek, w którym idę, ma chociaż trochę sensu. No i trudno zapomnieć, komu odsprzedałam Carlosa… Tak, dalej uważam, że było warto. =P Tak czy siak, wielkie dzięki i to nie tylko za tę historię, ale i prywatę, bo to wiele dla mnie znaczy.
Frix – czyli mój cudowny beta. Od tego opowiadania zaczęła się nasza współpraca, a ja zawsze będę wdzięczna za czas, który mi poświęcasz, za dyskusję, za cierpliwość do tych moich cudów w rozdziałach. I za samą znajomość także, a może w szczególności. (Uprzedzając: beta idzie dużo wolniej niż pojawianie się rozdziałów. Z wszelakimi uwagami do mnie; mea culpa.)
Mrs. Cross – czyli kolejna cudowna, ważna dla mnie osoba. Dziękuję Ci za wszystko – bo jesteś, bo się troszczysz, bo zawsze mogę się do Ciebie zwrócić. Naprawdę zazdroszczę Ci tej miłości do książek i czytania. O tym, że wierzysz we mnie bardziej niż ja w siebie, nie wspominając.
Klaudia99 – a więc moja muzyczna bratnia dusza. Co tu dużo mówić? Uwielbiam Ciebie, Twoje komentarze i każdą perełkę, którą się wymieniamy. Jesteś cudowna, no.
Crazy Girl – choć Ciebie od dawna nie ma i najpewniej nawet tu nie zaglądasz. Ale ja pamiętam i jestem wdzięczna za wszystko; byłaś, wspierałaś, wierzyłaś. Tego nie mogłabym zapomnieć, nieważne co się wydarzyło. I za to Ci dziękuję.
ninka28042012 – a więc moja Wattpadowa dobra dusza. Pojawiłaś się, przeczytałaś i od tamtej chwili po prostu jesteś, motywujesz i zawsze zarzucić choćby krótkim komentarzem, dzięki któremu się uśmiecham. Wierz mi, że to cudowne uczucie wiedzieć, że ktoś tam czeka na kolejny wpis! 
Guśka – bo i dla Ciebie miejsce się tutaj znalazło, choć nie mam pojęcia kiedy i czy w ogóle to przeczytasz. Ale ja nie zapomniałam o tym, ile zrobiłaś dla pierwszej wersji tej historii. Każdy komentarz, uwaga, dociekliwe pytanie, które pomogło mi wyłapać niedociągnięcia. A zresztą ja Cię uwielbiam, zresztą jak i każdą naszą rozmowę. Po prostu dziękuję. 
Dziękuję każdemu, kto przewinął się przez tego bloga – choć przez moment, nawet jako cichy czytelnik; kolejny z mojego zacnego grona aniołów. Boję się, że kogoś pominę, ale i tak wymienię jeszcze kilka osób: Hiroki, Eva Lovesed, Dariusz Tychon, Mavis, Sparks Fly, King Balor, Sylwusiaa1Magiczna Mycha – każdy, kto przewinął się przez tę historię choćby przez chwilę.
Dziękuję Tobie, jeśli dotarłeś aż do tego miejsca – nieważne kiedy i w jakich okolicznościach.
Okej, z mojej strony to już chyba wszystko. Jeśli czegoś zapomniałam, wybaczcie mi, proszę. Zresztą robi się zdecydowanie zbyt słodko, więc na koniec dodam tylko: „Upadek” nastąpi 20 marca. Tak więc dziękuję, dobranoc.

Epilog

Carlos
Chciał zaprotestować. Powiedzieć cokolwiek, zwłaszcza gdy sytuacja po raz kolejny wymknęła się spod kontroli. Och, wręcz przeciwnie – w ułamku sekundy wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej, jakby mało było tego, że przez ostatnie godziny dosłownie odchodził od zmysłów, zadręczając Alyssą, Tori i… w zasadzie wszystkim na raz.
Odnalezienie dziewczyny okazało się prostsze niż mógłby przypuszczać. Jakby tego było mało, nagle odkrył pomiędzy nimi ten specyficzny rodzaj więzi, z którego do tej pory nie zdawał sobie sprawy – nie w takim stopniu. Niejednokrotnie słyszał, że między wampirem a jego stwórcą pojawiał się dość specyficzny rodzaj relacji, jednak dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niego, co to tak naprawdę oznaczało. Co więcej, choć dzięki temu w końcu udało mu się dotrzeć do Ali, odszukanie jej niczego nie ułatwiło.
– Przepraszam bardzo – wycedził przez zaciśnięte zęby – ale co…?
Nie miał okazji, żeby dokończyć. Coś w spojrzeniu i zachowaniu dziewczyny wystarczyło, żeby zamknąć mu usta, na domiar złego wzbudzając w Carlosie ostatnie, czego mógłby się spodziewać. Niepokój, który nagle poczuł, wytrącił go z równowagi, zwłaszcza że wampir zdecydowanie nie przywykł do tego, żeby się bać. Strach był mu obojętny, a przynajmniej przez większość czasu trwał w przekonaniu, że zdołał wyzbyć się słabości raz na zawsze.
Mylił się. Alyssa uprzytomniła mu to w aż nazbyt dobitny sposób…
Albo raczej Ariana, bo im dłużej obserwował tę dziewczynę, tym wyraźniej dostrzegał zmianę, która w niej zaszła. To było coś więcej niż wcześniej, gdy przeszłe wcielenie przejmowało nad nią kontrolę. W tamtej chwili była w pełni świadoma i zdecydowana, choć zarazem wciąż przypominała mu zagubioną dziewczynkę, która nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi.
Obserwował ją, kiedy szybkim krokiem ruszyła ku autu. Poruszała się szybko i z gracją, której mogłaby pozazdrościć jej niejedna wampirzyca. Bezceremonialnie zajęła miejsce od strony kierowcy, nie zadając ani zbędnych pytań, ani tym bardziej nie trudząc się wyjaśnieniami. Miała cel, który nade wszystko pragnęła zrealizować, choć Carlos mógł co najwyżej zgadywać, co takiego chodziło jej w tamtej chwili po głowie.
– Hej – obruszył się Alexander. To on jako pierwszy odzyskał głos. – Nie wiem, co tu się dzieje i gdzie znów się wybieramy, ale…
– Kluczyki.
Mężczyzna zesztywniał, przez moment spoglądając na przyjaciółkę tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Władcza nuta, która jak na zawołanie wkradła się do jej głosu, wytrąciła z równowagi wszystkich – i to łącznie z Carlosem, chociaż miał już okazję, by doświadczyć czegoś podobnego. Aż za dobrze pamiętał w jaki sposób czarowała Alexandra, gdy zaraz po starciu ze Skyler nakazała mu po prostu odjechać i o wszystkim zapomnieć.
Tym razem nie próbowała stosować wpływu. Nic na to nie wskazywało, a jednak mężczyzna i tak zamilkł, po czym posłusznie podszedł do Ali, by spełnić jej polecenie.
Carlos wyczuł ruch, gdy Nicholas również ruszył się z miejsca. Jak gdyby nigdy nic przemknął tuż obok niego, zdecydowanym krokiem podążając w ślad za Alyssą. Wampir zacisnął usta, nagle sfrustrowany, zwłaszcza że w ruchach chłopaka zauważył coś, co momentalnie dało mu do myślenia. To, że ten miał na ubraniu krew, również mówiło samo za siebie.
– Wiedziałem, że coś z tobą nie tak – oznajmił, a Nicholas przystanął i spojrzał na niego z zaciekawieniem.
– Ale teraz się chwalisz czy żalisz, bo nie bardzo rozumiem? – Potrząsnął głową. – Zresztą to teraz nieważne. Najdroższa… – zwrócił się do Alyssy.
Coś w wyrazie twarzy dziewczyny złagodniało, zaraz też przeniosła na Nicholasa wzrok. Jej oczy wydawały się nienaturalnie wręcz duże i ciemniejsze niż do tej pory.
– Musimy wracać do domu – powtórzyła, w tamtej chwili brzmiąc bardziej jak dziecko,  a nie pewna swoich decyzji królowa.
– Ależ wierzę. – Nicholas nawet się nie zawahał. – Ale co z…?
Nie dokończył, ale wymowne spojrzenie na towarzyszących im ludzi wystarczyło, by uprzytomnić Alyssie o co pytał. Jakby tego było mało, gdy do Carlosa dotarło, że to pytanie niejako dotyczyło również jego, dosłownie się w nim zagotowało. Zazgrzytał zębami, momentalnie jeszcze bardziej poirytowany. Na domiar złego uprzytomnił sobie, że już od dłuższego czasu zaciskał dłonie w pieści – a konkretnie najpewniej od chwili, w której z ust Nicholasa padło pierwsze „najdroższa”.
Coś nam umknęło, pomyślał mimochodem. W tamtej chwili miał ochotę wywrócić oczami. Czegoś nam nie mówisz, co?
Nie zadał żadnego z tych pytań na głos, chociaż miał ochotę. W zamian z uporem wpatrywał się w podrygującą nerwowo na fotelu pasażera Alyssę.
– To chyba oczywiste, że jedziemy z wami! Ali, co się dzieje? – usłyszał i to wystarczyło, żeby wyrwać go z zamyślenia.
Głos Mary go zaskoczył, choć zdążył przywyknąć do pobrzmiewającego w tonie dziewczyny zdecydowania. Chyba nawet mu się to podobało – ta bezpośredniość z jaką podchodziła nawet do istot, które z łatwością mógłby przetrącić jej kark. W tamtej chwili ta siła aż od niej biła, dokładnie jak w momencie, w którym Carlos miał okazję poznać ją po raz pierwszy w bardziej osobisty, oficjalny sposób. Wtedy też stała przed nim, próbując maskować strach i mówiąc rzeczy, które nie przeszłyby jej przez gardło, gdyby jej instynkt samozachowawczy działał jak trzeba.
Co nie zmieniało faktu, że Mary się bała. Nie miał pojęcia czy to coś właściwego studentce dziennikarstwa, ale za to był gotów przysiąc, że dziewczyna bez trudu wychwyciła zmianę, która zaszła w Alyssy. Obserwowała ją w czujny, nieufny sposób, mrużąc oczy tak, jakby w ten sposób miała szansę zauważyć coś więcej. Jakkolwiek by jednak nie było, zachowała wszelakie uwagi dla siebie, w zamian z uporem podążając za przyjaciółką.
Policjant nie odezwał się nawet słowem. To jego milczenie zaczynało Carlosa drażnić, zwłaszcza że zdążył się przekonać, że facet miał wystarczająco mocne nerwy, by wymachiwać nabita srebrem bronią.
– Nie wyjaśnię wam niczego – oznajmiła wprost Alyssa. – Ani nie zagwarantuję. Możecie co najwyżej mi zaufać, ale…
– Przyjechałam tu z Carlosem. Jakiego dowodu zaufania jeszcze potrzebujesz?
Prychnął, choć nikt nie zwrócił na niego większej uwagi. Przecież sama tego chciała! Popędziła za nim jak ostatnia naiwna, choć z równym powodzeniem mógł poprowadzić ją na śmierć. Jeśli teraz śmiała mieć o cokolwiek pretensje…
– Mieliśmy jechać – wtrącił Alexander. Jego głos zabrzmiał nienaturalnie spokojnie, choć bijące od mężczyzny emocje jasno dały Carlosowi do zrozumienia, że daleko było mu do takiego stanu. – Na pewno chcesz prowadzić czy jednak mam się tym zająć, co?
– Alex…
– Później będziesz mi się spowiadać – uciął stanowczo.
To wystarczyło. Tyle przynajmniej wywnioskował, kiedy Alyssa z przeciągłym westchnieniem i podejrzanie wilgotnymi oczyma, w pośpiechu przesunęła się na fotel pasażera. Drzwi trzasnęły, kiedy policjant w pośpiechu zajął  miejsce za kierownicą, już na wstępie odpalając silnik. Dopiero ten dźwięk otrzeźwił Carlosa na tyle, by uprzytomnić mu, że wciąż tkwił na środku jezdni, biernie obserwując sytuację. Nie zarejestrował momentu, w którym Nicholas i Mary zniknęli na tylnym siedzeniu, niejako zostawiając go samego. Myślami wciąż był przy Alyssy, jej zachowaniu i poczuciu, że sytuacja w każdy możliwy sposób wymykała się spod kontroli.
– Niech to szlag – wyrwało mu się.
Błyskawicznie przemknął na tył auta, bezceremonialnie wślizgując się na miejsce u boku Mary. Wyczuł, że zesztywniała, kiedy przypadkiem otarł się o jej ramię. Siedzący po drugiej stronie dziewczyny Nicholas rzucił mu bliżej nieokreślone spojrzenie, ale nie odezwał się nawet słowem. Całą uwagę wydawał się poświęcać Alyssie.
Samochód ruszył z piskiem opon, zawracając tak gwałtownie, że nawet wampir poczuł się nieswojo. Wymownie zerknął na Alexa, ale ten wydawał się doskonale wiedzieć, co robi. Z drugiej strony, być może oszalał, ale i to nie byłoby zaskoczeniem.
W końcu to taki dobry pomysł, by posadzić za kółkiem zszokowanego człowieka…
– Już myślałam, że zostajesz – doszedł Carlosa cichy, wyprany z jakichkolwiek emocji głos. Ali na niego nie patrzyła, ale wiedział, że te słowa były skierowane bezpośrednio do niego.
– A mam wybór? – rzucił bez przekonania. – Nie wiem, co znów sobie umyśliłaś, księżniczko, ale…
– Tym razem to ja oczekuję, że ty będziesz przytakiwał na wszystko, co robię – przerwała mu chłodno. – Ja robiłam to wystarczająco długo. Teraz ty możesz poczekać na wyjaśnienia.
– To jakaś twoja zemsta czy jak? – obruszył się. – Masz taki mętlik w głowie, a jednak…
– Czujesz to? – W końcu obejrzała się na tyle, by na niego spojrzeć. Jej oczy wydawały się lśnić. – Jesteś moim stwórcą. I to w gruncie rzeczy tłumaczy wszystko.
– Ale…
– Trzy ugryzienia – oznajmiła z naciskiem. – Ty to powiedziałeś… A Eleonora przejęła twoje obowiązki. Oboje wiemy, co to oznacza.
Momentalnie poczuł się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Zrozumiał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jakby tego było mało, sam nie potrafił stwierdzić, co bardziej wytrąciło go z równowagi – słowa Alyssy czy może…
Niech to szlag.
Nie odezwał się więcej nawet słowem. Ignorując ciszę, która jak na zawołanie zapanowała w samochodzie, instynktownie sięgnął do kieszeni kurtki. Czuł, że Mary obserwowała go przez cały czas, kiedy wyjął telefon i pośpiesznie wysłał krótkiego SMS-a. Nie miał pewności, co tak naprawdę wyczuła Alyssa, ale miał coraz więcej wątpliwości. Złe przeczucia dręczyły go przez cały ten czas i choć nie potrafił stwierdzić, dokąd to wszystko prowadziło, wolał dmuchać na zimne.
Nie dostał odpowiedzi. Nie miał pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale…
Potrząsnął głową. Chwilę jeszcze wpatrywał się w telefon, po chwili wahania decydując się wybrać numer Jasona. Zaklął, kiedy brat odrzucił połączenie, choć to nie wydało mu się dziwne. Mógł od razu spróbować z Michaelem, ale i tym razem doczekał się wyłącznie sygnału wołania. Z jednej strony mógł spodziewać się, że będą go ignorować, ale i tak nagle poczuł się jeszcze bardziej zaniepokojony.
Z trudem powstrzymując się od ciśnięcia komórka, nagląco spojrzał na Alexandra.
– Pośpiesz się – warknął.
Niewiele pomogło, ale to nie miało znaczenia. To, że nadal niczego nie rozumiał, tym bardziej.
Był gotów przysiąc, ze minęła cała wieczność, zanim znaleźli się na znajomej, otoczonej drzewami drodze. W gruncie rzeczy Carlos był bliski stwierdzenia, że przez cały ten czas się cofali, nie zaś sukcesywnie przesuwali naprzód. Dłoń wciąż nerwowo zaciskał na klamce, gotów w każdej chwili wypaść na zewnątrz i… zrobić cokolwiek.
To przypominało pewien odległy dzień, który tak bardzo chciał wyrzucić z pamięci. Gdyby tamtego wieczora przybył chociaż chwilę wcześniej…
– Carlos!
Nie miał pewności, kto tak naprawdę wypowiedział jego imię. Bezceremonialnie otworzył drzwiczki, po czym dosłownie wyskoczył na zewnątrz, lądując na lekko ugiętych nogach. Nie dał sobie czasu na sprawdzanie, w jaki sposób na ten ruch zareagowali pozostali. Od razu rzucił się do biegu, z niejaką ulgą przyjmując to, że dzięki temu mógł poruszać się o wiele szybciej i bardziej swobodnie niż ściśnięty na tylnym siedzeniu pędzącego samochodu.
Właściwie sam nie był pewien, czego spodziewał się, gdy w napięciu pędził ku rodzinnej posiadłości. Zgliszczy? Blasku płomieni albo krzyków, które świadczyłyby o tym, że się spóźnił? Zapachu krwi, która…
Nic podobnego. Dookoła panowała wyłącznie martwa cisza.
A potem w końcu wypadł spomiędzy drzew i je zobaczył.
To szloch Nadii doszedł do niego w pierwszej kolejności. Zauważył ją w pobliżu domu – drżącą i wtuloną w drugą, aż nazbyt znajomą Carlosowi kobietę. Stały tam razem, obie jasnowłose i na pierwszy rzut oka mogące uchodzić za siostry albo matkę i córkę. Na pierwszy rzut oka przypominało to uroczy obrazek z jakiegoś filmu, który właśnie zmierzał ku szczęśliwemu zakończeniu. W momencie, w którym do wampira dotarło, kogo tak naprawdę widział, sam był bliski temu, żeby w to uwierzyć – że może jakimś cudem… zupełnym przypadkiem…
Niepokój zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił. Carlos zamarł, po prostu stojąc i będąc naprawdę bliskim tego, żeby roześmiać się w przypływie ulgi. Czy to w ogóle było możliwe? Pędzili na złamanie karku tylko po to, żeby przywitać ni mniej, ni więcej, ale cud? Wszystko na to wskazywało i to wystarczyło, by kamień dosłownie spadł wampirowi z serca. Przez krótką chwilę wszystko było na swoim miejscu, a on naprawdę poczuł ulgę – pierwszy raz od lat, choć nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek do tego dojdzie.
Tyle że coś było nie tak. Nie miał pewności co, ale…
Właśnie wtedy podchwycił spojrzenie obejmującej Nadię kobiety i czar prysł. Carlos poczuł się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po głowie – na tyle mocno, by go otrzeźwić. Rozluźnienie minęło, wyparte przez czyste przerażenie, choć wampir z wprawą zignorował strach. Natychmiast przybrał pozycję obronną i wysunął kły, napinając mięśnie i szykując się do ataku. Z głębi jego gardła wyrwał się ostrzegawczy, przypominający raczej dźwięk wydawany przez dzikie zwierzę charkot niż cokolwiek innego.
Telefon. Dobrze pamiętał, co oznaczała krótka rozmowa, którą odbył, kiedy Tori…
Och, jak mógł zapomnieć…?
– Odsuń się od niej!
Nadia zesztywniała, gdy dotarło do niej, że coś było nie tak. Zapłakanymi oczyma spojrzała na Eleonorę albo raczej to, co tylko na pierwszy rzut oka ją przypominało. Wampirzyca otworzyła usta, jakby chcąc o coś zapytać, ale nie miała po temu okazji, nagle bezceremonialnie odrzucona przez swoją dotychczasową pocieszycielkę. Z jękiem wpadła na ścianę domu, po czym z wolna osunęła się na ziemię, najwyraźniej zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję.
W chwili, w której Carlos zaatakował, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nie-Eleonora błyskawicznie uskoczyła, by uciec z zasięgu jego rąk. Poruszała się szybko i z gracją jakże właściwą dla nieśmiertelnych. Wszelakie wymuszone oznaki troski zniknęły z jej twarzy, gdy w końcu pozwoliła sobie na to, by przestać grać. W zamian uśmiechnęła się w drapieżny, aż nazbyt znajomy sposób – równie charakterystyczny co i wtedy, gdy widzieli się po raz ostatni, gdy jeszcze zajmowała w pełni ludzkie ciało.
Skyler w końcu znalazła swoje idealne naczynie.
– Dobry wieczór, Carlos.
Miał zaledwie ułamek sekundy na unik, kiedy to ona zaatakowała. Coś zabłysło w jej dłoniach, ale nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Uskoczył, po czym w pośpiechu chwycił ją za nadgarstek, kiedy zamachnęła się na niego po raz kolejny, szykując do zadania kolejnego ciosu. Zdecydowanym ruchem wykręcił jej rękę, bynajmniej nie czując satysfakcji, kiedy doszedł go dźwięk pękającej kości. Skyler zaklęła, kiedy nóż wysunął jej się z dłoni, lądując gdzieś w trawie.
Próbując ignorować to, że przed sobą miał kogoś o wyglądzie słodkiej, niewinnej Eleonory, Carlos zamachnął się, jednym ciosem odrzucając od siebie przeciwniczkę. Nachylił się, chcąc sięgnąć po ostrze, choć kontakt ze srebrem zdecydowanie nie należał do przyjemnych doświadczeń. Czuł, że kruszec dosłownie palił jego skórę, ale i tak przymusił się do zaciśnięcia palców na rękojeści. Skoro Skyler dała radę posługiwać się bronią, on tym bardziej był wystarczająco silny, zresztą wszystko wydawało się lepsze od walki z pustymi rękami. Gdyby do tego wszystkiego udało mu się trafić…
– Jak ty śmiesz!
Uderzenie w plecy dosłownie pozbawiło go tchu. Ostrze kolejny raz zniknęło w ciemności, kiedy Carlos poluzował uścisk, instynktownie próbując zamortyzować upadek. Nagle wylądował na ziemi, świadom wyłącznie gniewnego warkotu, który usłyszał tuż przy uchu, gdy cudze ciało przycisnęło go do podłoża. Natychmiast spróbował strząsnąć z siebie przeciwnika i nawet udało mu się przewrócić na plecy, ale prawie natychmiast tego pożałował.
Nigdy wcześniej nie widział Michaela w takim stanie. Nawet wtedy, gdy ten rzucił się na niego w pięściami w salonie, nie wyglądał na aż tak wytrąconego z równowagi. Jego oczy lśniły, kły nagle znalazły się zaledwie kilka centymetrów od szyi Carlosa, a spojrzenie wyrażało… pustkę. To było coś więcej niż tylko gniew – rodzaj szału, który nie powinien mieć miejsca.
– Mickey… – zaczął i zaraz urwał, całym sobą czując, że popełnił błąd. O wiele rozsądniej byłoby milczeć.
– Ty…
Ich spojrzenia się spotkały i to wystarczyło, by Carlos poczuł się jeszcze gorzej. Gdyby na miejscu Michaela znalazł się Jason, może nawet nie byłby zaskoczony. W przeszłości walczyli ze sobą wielokrotnie, często nawet bez powodu, choć w większości przypadków wina leżała po jego stronie. Kolejna szarpanina z irytującym bratem nie byłaby niczym nowym, niezależnie od okoliczności, w jakich by się znaleźli.
Ale to był Michael. I to w gruncie rzeczy zmieniało wszystko.
– Zaatakował mnie – usłyszał melodyjny, pełen fałszywego smutku głos Skyler. – Najpierw zostawił, a teraz próbował zabić.
– Ja wcale nie…
– Zaatakował – powtórzyła z uporem demonica. Przez moment przyjemny dla ucha sopran faktycznie brzmiał tak, jakby należał do Eleonory. – Ale jestem tutaj. Michaelu, proszę – dodała i choć nie zasugerowała tym niczego konkretnego, te słowa w zupełności wystarczyły.
Twarz Michaela wykrzywił grymas, tym samym uprzytomniając sobie, że nie miał wyboru. Udało mu się nawet oswobodzić rękę i wykorzystać nieuwagę brata, by porządnie przyłożyć mu w twarz, ale to nie pomogło. Wręcz przeciwnie – gniewne warknięcie wystarczyło, by rozjuszyć mężczyznę jeszcze bardziej.
– Wpuszczenie cię do mojego domu było największym błędem, jaki popełniłem – usłyszał i choć jakaś jego cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że żadnego z tych słów jego brat nie wypowiedział w pełni świadomie, poczuł się tak, jakby Michael właśnie go uderzył.
Jakby tego było mało, nie był w stanie zaprotestować. Tych kilka słów zmieniło wszystko, a potem…
– Carlos!
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że w całym tym zamieszaniu nagle usłysz głos Mary. To było tak, jakby ktoś nagle wcisnął przycisk stop. Michael zamarł, zresztą tak jak i obserwująca ich do tej pory Skyler. Poruszając się trochę jak w transie, Carlos z niejakim niedowierzaniem spojrzał na dziewczynę, mimowolnie zastanawiając się nad tym, jakim cudem umknął mu dźwięk nadjeżdżającego auta. Tym bardziej nie pojmował, dlaczego to akurat Mary wypadła w samochodu jako pierwsza, bezceremonialnie rzucając się ku niemu.
Skończona kretynka, przeszło mu przez myśl.
Nie zdołał dodać niczego więcej.
Z jego perspektywy Mary poruszała się jakby w zwolnionym tempie. Wyglądała przy tym na zdecydowanie zbyt ślamazarną i bardzo nieporadną – ludzką pod każdym możliwym względem, zupełnie jakby w każdej chwili mogła potknąć się o własne nogi. W pewnym momencie niemalże do tego doszło, chociaż dziewczynie w porę udało się odzyskać równowagę. Na krótką chwilę spojrzała na ziemię, a jej oczy rozszerzyły się, kiedy jej uwagę przykuło coś porzuconego w trawie.
Nóż. Natychmiast po niego sięgnęła, choć nawet ze srebrną bronią była równie bezbronna, co i dziecko.
Skyler wydawała się tylko na to czekać.
To były ułamki sekund. Pauza minęła, a świat gwałtownie przyśpieszył, nie dając obecnym choćby chwili na zastanowienie nad tym, co się działo. Carlos zdołał zauważyć wyłącznie drapieżny, niepokojący uśmiech, który po raz kolejny wykrzywił twarz demonicy. To oraz jakby niedbały ruch ręką, którą tak po prostu wyciągnęła ku Mary.
Dziewczyna zatrzymała się tak gwałtownie, jakby nagle wpadła na jakaś niewidzialną ścianę. Wszelakie emocje zniknęły z jej twarzy, kiedy pustym wzrokiem spojrzała wprost na obserwującą ją Skyler. Dłoń, w której ściskała nóż, zadrżała nieznacznie, ale nie upuściła broni.
W zamian ruchem tak szybkim i precyzyjnym, jakby wcześniej robiła to wielokrotnie, wykonała jedno, jedyne cięcie.
Ktoś krzyknął, ale to działo się jakby poza nim – odległe i pozbawione znaczenia. Carlos był gotów przysiąc, że warknął, jednak i to równie dobrze mogło być tylko wyobrażeniem. Za drugim razem już prawie na pewno usłyszał rozdzierający wrzask Alyssy, ale nie był w stanie się na nim skoncentrować. O wiele lepiej w jego pamięci wyryło się coś zupełnie innego – zapach krwi, nienaturalnie rozszerzone zielone oczy i moment, w którym srebrny nóż jednak wylądował w trawie.
Mary zamarła, przez chwilę po prostu tępo spoglądając w przestrzeń. Dopiero po chwili sięgnęła do gardła, przyciskając palce do rany, z której jak na zawołanie popłynęła krew – coraz więcej i więcej, znacząc ziemię u jej stóp. Zaraz po tym dziewczyna osunęła się na kolana, bezskutecznie próbując zahamować posokę, wypływającą z dopiero co własnoręcznie poderżniętego gardła. W jej oczach pojawiło czyste przerażenie, gdy w pełni dotarło do niej, co zrobiła.
A potem wszelakie emocje wyparła pustka. W następnej sekundzie bez życia osunęła się na ziemię, prawie jak marionetka, której ktoś poprzecinał sznurki.
Dookoła zapanowała martwa cisza.
Dla Gabi. Bo ten cudny gif, bo inspiracja, bo wszystko.

06 marca 2019

Rozdział LXXV

Alyssa
Czuła się jak we śnie. Choć zaledwie kilka godzin wcześniej sama podążała tymi samymi, na pierwszy rzut oka opustoszałymi uliczkami, kiedy to Samael pociągnął ją za sobą, poczuła się tak, jakby od momentu przybycia na osiedle minęły całe wieki. W gruncie rzeczy tak było, nawet jeśli to wydawało się niemożliwe. Teraz, w pełni świadoma i wciąż przytłoczona wspomnieniami Ariany, próbującymi w sensowny sposób ułożyć się w jej głowie, miała prawo czuć, jakby nagle postarzała się o przynajmniej sto lat.
Z tym, że nie mogła pozwolić sobie na nieuwagę. Pewnym krokiem podążała za Samelem, robiąc przy tym wszystko, by dotrzymać mu kroku. Jednocześnie nasłuchiwała, całą uwagę poświęcając bodźcom podsuwanym przez wyostrzone zmysły. Nie zastanawiała się nad tym dokąd szli, a tym bardziej dlaczego, to jednak nie było ważne. Pytania, które w naturalny sposób cisnęły jej się na usta, również nie.
– Pieszo za daleko nie zajdziemy – zauważyła przytomnie. Wciąż poruszali się ludzkim tempem, zbyt mocno ryzykując, że ktoś mógłby ich dostrzec. Nie mogli sobie pozwolić na nic więcej. – Sam…
– Cały czas myślę.
Prychnęła w odpowiedzi na te słowa. Och, on myślał! Właśnie wtedy z całą mocą dotarło do niej, że tak naprawdę nie mieli planu.
– Na razie jesteśmy sami. Tak sądzę. – W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła. – Skoro to była twoja rodzina, to może jesteśmy bezpieczni. Nie czułam jego obecności.
Samael zatrzymał się tak gwałtownie, że prawie na niego wpadła. W ostatniej chwili przystanęła, w duchu błogosławiąc wampirzy refleks. Wciąż czuła się dziwnie, ale inaczej niż wcześniej, gdy jeszcze balansowała na granicy życia i śmierci. Przemiana się dopełniła, choć to nadal w pełni do niej nie docierało.
Na moment zamarła, czując na sobie intensywne spojrzenie znajomych błękitnych oczu. Zmusiła się, by na nie spojrzeć i to w zdecydowany, wręcz dumny sposób. W końcu po takim czasie miała przed sobą mężczyznę o którym Alyssa nieustannie śniła. Co więcej, rozumiała, a teraz na dodatek była sobą – w pełni świadomą Arianą, marzącą już tylko o tym, by wpaść znajdującemu się dosłownie na wyciągnięcie ręki nieśmiertelnemu w ramiona i choć na chwilę zapomnieć o wszystkim.
– Naprawdę do mnie wróciłaś – stwierdził w zamyśleniu Samael. Uniosła brwi, przez moment mając ochotę zapytać, czy naprawdę wciąż tak bardzo w nią wątpił. – I wciąż jesteś w stanie wyczuć ojca.
Po jego tonie nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić czy uważał to za dobrą, czy może złą wiadomość. W gruncie rzeczy sama nie była tego pewna. Z drugiej strony, tego akurat mogli się spodziewać – od zawsze wydawała się być cząstką Lucyfera, nawet jeśli szczerze nienawidziła tej więzi. Gdyby nie ona, być może wszystko stałoby się dużo prostsze.
– Jestem – przyznała, choć Samael o nic nie pytał. Przez chwilę miała wrażenie, że tak naprawdę próbowała przekonać samego siebie. – Nie było go w domu, chociaż…
Urwała gwałtownie, w zamian prostując się niczym struna. Mętlik w głowie wciąż dawał jej się we znaki, choć podczas walki nie zwracała na to aż takiej uwagi. Wtedy po prostu zdawała się na instynkt, czując się przy tym sobą bardziej niż kiedykolwiek. Teraz, gdy dookoła zapanował spokój, a oni bez pośpiechu podążali ciemną, opustoszałą uliczką, chcąc nie chcąc musiała zmierzyć się z tym, co działo się w jej wnętrzu. Emocje przejmowały kontrolę, choć robiła wszystko, byleby utrzymać je na wodzy. W końcu zdążyła się już przekonać, że bywały zgubna.
A jednak coś  było nie tak. Poczuła to całą sobą, tak wyraźniej jak wcześniej potrzebę tego, by odszukać Samaela. Teraz ten znajdował się tak blisko, że swobodnie mogła go dotykać, ale dziwne wrażenie nie zniknęło, choć Ariana nie potrafiła go sprecyzować. Nieznacznie potrząsnęła głową, próbując się uspokoić, ale to okazało się równie bezskuteczne, co i próba wyrzucenia z pamięci wspomnienia własnej śmierci.
– Ariano? – Aż wzdrygnęła się, kiedy cudze dłonie z siłą zacisnęły się na jej ramionach. – Najdroższa, jesteś ze mną? Ariano! – powtórzył z naciskiem Samael, ale nie była w stanie mu odpowiedzieć.
Spojrzała  na mężczyznę w roztargnieniu, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Przełknęła z trudem, coraz bardziej niespokojna i wytrącona z równowagi. Drżała, choć sama nie była pewna dlaczego, zwłaszcza że wciąż mogła wręcz przysiąc, że ani Lucyfera, ani żadnego z jego wysłanników, nie było obok.
Ale skoro tak, a ona wróciła… to gdzie się podziali?
– Coś jest nie tak – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Tylko na tyle było ją stać. W roztargnieniu spojrzała Samaelowi w oczy, próbując doszukać się w nich czegokolwiek, co przyniosłoby jej ukojenie, ale i to niewiele pomogło. Mimo wszystko rozluźniła się nieznacznie, kiedy z czułością ujął jej twarz w obie dłonie, kciukami przesuwając po policzkach Ariany.
– Może to głód – zasugerował, ostrożnie dobierając słowa. Spoglądał na nią w przesadnie wręcz przenikliwy sposób, tak dokładnie, że aż poczuła się nieswojo. – Czuję twój niepokój, chociaż to dziwne. Nigdy dotąd nie stworzyłem wampira.
– Ale ja… – Urwała, po czym przełknęła z trudem. – Znam pragnienie. Ty tylko dopełniłeś przemiany.
– Co też nie powinno mieć miejsca. To, że tyle czasu wisiałaś gdzieś na granicy, tym bardziej. Bóg jeden raczy wiedzieć, co to oznacza.
Z trudem powstrzymała grymas, czując nieprzyjemne ukłucie w okolicach serca na samą wzmiankę o Bogu. Ten temat był problematyczny – i to najdelikatniej rzecz ujmując. W gruncie rzeczy Ariana do tej pory nie miała pewności czy Stwórca, o którym z takim przekonaniem mówił Samael, w ogóle istniał. Nawet jeśli, to skoro pozwolił, by działy się te wszystkie złe rzeczy, a ona w ogóle przyszła na świat…
To zły moment, warknęła na siebie w duchu.
Tyle że nawet odrzucenie od siebie tych myśli okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli Ariana mogłaby sobie tego życzyć. Wciąż była roztrzęsiona, chwiała się na nogach i…
Dźwięk silnika momentalnie wytrącił ją z równowagi. Oboje z Samaelem poderwali głowy, spoglądając na dotychczas opustoszałą ulicę. Zmrużyła oczy w świetle reflektorów, w pierwszym momencie oślepiona nadmiarem jasności. Poczuła, że jej towarzysz pociągnął ją za rękę, próbując zmusić do przejścia na chodnik, ale nie ruszyła się z miejsca, wręcz zapierając nogami o asfalt.
– Ariano…
Zignorowała to, że Samael raz po raz powtarzał jej imię. Czując się przy tym jak kompletna idiotka, zrobiła krok naprzód, z uwagą przypatrując nadjeżdżającemu autu. To było niczym impuls, któremu po prostu zdecydowała się poddać, zwłaszcza że dziwne przeczucie, które towarzyszyło jej przez cały ten czas, przybrało na sile.
Jakby tego było mało, rozpoznała ten samochód. Może to nic nie znaczyło, zwłaszcza że nie znała się na modelach, markach i całej tej motoryzacyjnej otoczce, ale i tak była gotowa przysiąc, że…
Pojazd zatrzymał się z piskiem opon zaledwie kilka metrów od niej. Zaraz po tym wszystko potoczyło się bardzo szybko, kiedy drzwiczki otworzyły się gwałtownie i ktoś dosłownie wypadł z auta na ulicę.
– Alyssa!
Mary omal nie ścięła jej z nóg. Dosłownie skoczyła ku niej jak rozjuszona kotka, bezceremonialnie wpadając zaskoczonej wampirzycy w ramiona. Ariana zesztywniała, zdolna co najwyżej stać i pozwalając śmiertelniczce tulić się do siebie. W oszołomieniu czekała na moment, w którym jej ciało stwierdzi, że powinna odrzucić intruza od siebie, zwłaszcza że ta dziewczyna była ważna dla kogoś zupełnie inne, ale…
A potem dotarło do niej, że w całym tym szaleństwie nadal była Alyssą – inną, bardziej świadomą i równie niebezpieczną co i Ariana, ale jednak. Dawne życie nie odeszło, przez cały ten czas należąc do niej. Było niczym kolejny element tego, co należało do niej – jak etap, którego doświadczyła i który pragnęła zachować dla siebie.
Z kolejny Mary wciąż była jej najlepszą przyjaciółką.
Poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. W następnej sekundzie towarzyszący jej dotychczas paraliż po prostu minął, a Ariana bez chwili wahania przygarnęła do siebie wtuloną w nią dziewczynę. To okazało się gestem równie naturalnym, co i oddychanie, co przyjęła z ulgą. Gdyby ot tak zatraciła w sobie wszystko czym żyła przez ostatnie lata…
– Jasna cholera, księżniczko, oficjalnie cię zabiję! – usłyszała i to wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi.
Bez trudu podchwyciła spojrzenie wyraźnie podenerwowanego Carlosa. Uniosła brwi, nie tyle zaskoczona jego widokiem, co przede wszystkim wrażeniem, że w chwili, w której się pojawił, dziwne wrażenie, które towarzyszyło jej od jakiegoś czasu, w końcu ustąpiło. Nie miała pewności, co to oznaczało, ale obecność wampira przyniosła jej ulgę, nawet jeśli nie tak dawno temu miała ochotę swojego stwórcę zabić.
– Co wy tu robicie? – zapytała bardziej szorstko niż zamierzała. Ich widok było ostatnim, czego tak naprawdę się spodziewała. – I kto…?
Urwała, z opóźnienie uprzytomniając sobie, że to nie obecność Carlosa i Mary była najbardziej szokująca. Na moment zamarła, kiedy drzwiczki od strony kierowcy otworzyły się, a na zewnątrz wygramolił się Alexander. Natychmiast zamilkła, zdolna co najwyżej z niedowierzaniem spoglądać na przyjaciela.
Alex wyglądał źle. Tylko tyle wywnioskowała na samym wstępie, wręcz porażona jego bladością i tym, że dosłownie słaniał się na nogach, sprawiając wrażenie kogoś, kto tylko cudem wciąż utrzymywał się w pionie. W pierwszym odruchu spojrzała na niego szyję, ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że dostrzeże na gardle ślady wampirzych kłów (i zarazem dowód na to, że powinna przetrącić Carlosowi gardło), ale nic podobnego nie miało miejsca. Ale był tutaj, wyraźnie przerażony, choć nie aż tak bardzo jak wtedy, gdy zaatakowała ich Skyler.
– Namieszałaś, Ali – stwierdził cicho, wysilając się na blady uśmiech. I choć przyszło mu to z trudem, gest sam w sobie okazał się zaskakująco szczery.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Jakby mało było tego, że zdążyła zwątpić, czy jeszcze kiedykolwiek Alexandra zobaczy…
– Żeby tylko. Wiadomość dnia: pan policjant wie i nawet zaczaił się na mnie ze srebrnymi kulami – wypalił Carlos. Aż zachłysnęła się powietrzem, wytrącona z równowagi jego słowami i bezpośredniością. – Ale za to ma samochód. I był na tyle bezczelny, by odmówić mi kluczyków.
– Jest służbowy – obruszył się sam zainteresowany. – Wali mnie, że masz kły. Nie dam ci tknąć auta.
Carlos prychnął, choć nie wyglądał na rozeźlonego tymi słowami. Ariana w niejakim oszołomieniu pomyślała, że spojrzał na Alexa niemalże z sympatią, o ile w jego przypadku było to możliwe.
– Mówiłem. Masz jakieś chore szczęście otaczać się wkurwiającymi ludźmi – mruknął, wywracając oczami.
– Tak. Z tobą na czele.
Tylko na tyle było ją stać. Bezmyślnie tuliła do siebie Mary, gotowa przysiąc, że w tamtej chwili wyglądała niewiele lepiej od Alexandra. Zmęczenie uderzyło w nią z całą mocą, sprawiając, że zaczęła chwiać się na nogach, w gruncie rzeczy utrzymując pion wyłącznie dzięki bliskości przyjaciółki.
Wciąż coś było nie tak. A ona powinna znaleźć się w zupełnie innym miejscu, ale…
– Najdroższa, co się dzieje?
Głos Samaela sprawił, że dookoła jak na zawołanie zapanowała wyłącznie wymowna cisza. W tamtej chwili też towarzystwo w końcu zauważyło stojącego tuż obok wampira, jak na zawołanie przenosząc spojrzenia właśnie na niego. Sam zainteresowany przyjął to z obojętnością, skupiony tylko i wyłącznie na niej. Wystarczyła chwila, by zmaterializował się tuż obok niej, przy okazji sprawiając, że Mary zadrżała niekontrolowanie.
Kątem oka zauważyła grymas, który jak na zawołanie wykrzywił twarz Carlosa. Oczy wampira rozszerzyły się nieznacznie, gdy dotarło do niego, że ktoś, kogo dotychczas uważał za śmiertelnika, niekoniecznie nim był, ale Ariana nie dała mu okazji, by doszedł do głosu. W zamian niemalże skoczyła na Samaela, bezceremonialnie wpadając mu w ramiona.
– Wyczuwam ciebie – oznajmiła pod wpływem impulsu. – I Carlosa. Ale… potrzebuje mnie ktoś jeszcze – wyszeptała, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa.
Dłonie Samaela kolejny raz wylądowały na jej policzkach. Przymusił ją do spojrzenia sobie w oczy i dopiero wtedy zdołała dostrzec z trudem skrywany przez niego niepokój.
– Wyczuwasz? Ale…
– Carlos też zachowywał się, jakby postradał zmysły – wtrąciła ze swojego miejsca Mary. – I naprawdę cię odnalazł. Ali…
– Więź ze stwórcą – uświadomiła sobie, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. – Ale skoro tak…
Coś ścisnęło ją w gardle. Strach przybrał na sile, choć w żaden sposób nie potrafiła go wyjaśnić. Carlos i Samael znajdowali się na wyciągnięcie ręki, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej – nie w takim stopniu jak mogłaby tego oczekiwać. Od początku wiedziała, że nie była normalna, w gruncie rzeczy dopiero teraz przypominając wampira w całej okazałości, ale to nadal niczego nie wyjaśniało.
Trzy ugryzienia…
Poczuła się tak, jakby poraził ją prąd. Wyprostowała się niczym struna, tym samym sprawiając, że Samael bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie. „Trzy ugryzienia” – dokładnie te słowa padły podczas rozmowy, którą odbyła z Carlosem. Pamiętała jak była gotowa przysiąc, że bredził od rzeczy, choć wzmianka o przepowiedni i tak wydawał się niczym w porównaniu do tego, czego dowiedziała się później. Wtedy też była cudownie niewinna i nieświadoma nadchodzących problemów, z kolei teraz…
A potem zrozumiała.
– Dom – wyszeptała słabym głosem. Czuła, że niewiele brakowało, by serce wyrwało jej się z piersi ze zdenerwowania. – W tej chwili musimy wracać do domu – dodała i choć wciąż brzmiała na przerażoną, udało jej się włożyć w te słowa dość charakterystycznej dla Ariany pewności siebie.
Dookoła zapanowała wymowna cisza, ale to nie było ważne. Liczyło się, że w ogólnym oszołomieniu nikt nie zaprotestował.
Nadia
Zatrzymała się tylko po to, by z impetem uderzyć zwiniętą w pieść dłonią w ścianę. Zacisnęła zęby, czując pulsujący ból, ale ten prawie natychmiast zniknął, kiedy jej ciało samoistnie się uleczyło. Jęknęła, po czym plecami oparła o ścianę, by po chwili ciężko osunąć się na podłogę.
Zdławiony szloch wyrwał się z głębi jej piersi, choć powstrzymywała go przez tyle czasu. Przez ostatnie godziny z trudem trzymała się resztek zdrowego rozsądku, pomimo tego że tak naprawdę miała ochotę najzwyczajniej w świecie coś rozwalić – tak po prostu roznieść na kawałeczki, choć szczerze wątpiła, by dzięki temu poczuła się lepiej. Nawet gdyby przy ostatniej okazji jakimś cudem zabiła Carlosa, nic nie stałoby się dzięki temu łatwiejsze.
Miała wrażenie, że wszystko wokół się rozpadało. Odejście Alyssy niczego nie zmieniło, zwłaszcza że dziewczyna i tak pozostawiła po sobie zgliszcza tego, co Nadia kiedyś bez chwili wahania określała mianem „rodziny”. Teraz wyraźnie czuła, że tylko Eleonora trzymała ją w tym miejscu – tyle że jej już nie było i ta pustka doprowadzała wampirzycę do szału. Od samego początku miała złe przeczucia, a teraz…
Nikt niczego jej nie mówił. Jason ją odtrącił i to wciąż bolało. A po wszystkim, co stało się po powrocie Carlosa, wampir jak gdyby nigdy nic znów trzasnął drzwiami i zostawił ich samych – milczących, rozbitych i tak obcych sobie, że to aż bolało.
Przez chwilę nasłuchiwała, niemalże pewna, że po jej reakcji ktoś pojawi się w pokoju, żeby sprawdzić, co się działo. Gdyby w domu była Eleonora, jak nic by do tego doszło – już klęczałaby przy niej, kojącym tonem zadając kolejne pytania i próbując poprawić Nadii nastrój. Kto wie, może nawet nie przyszłaby sama, choć Nadia nie była już niczego pewna. To właśnie z Ell miała najlepsze stosunki, choć zawsze sądziła, że Jason i Michael też ją akceptowali. Z kolei teraz…
Michael zamknął się w sypialni i tyle go widziała. Jason mógł być gdziekolwiek, od nieszczęsnej rozmowy w lesie wciąż trzymając się na dystans.
Została sama.
Przycisnęła obie dłonie do piersi, z trudem powstrzymując szloch. Nie chciała płakać, całą sobą czując, że w ten sposób niczego by nie osiągnęła. Już nie była dzieckiem, prawda? Minęły całe lata odkąd…
Ale o tym nie chciała myśleć.
Pochyliła głowę, pozwalając włosom opaść na wilgotne tak czy inaczej policzki. Z trudem wstrzymała szloch, skupiona na oddychaniu i próbie trzymania nerwów na wodzy. Nic się nie działo, prawda? Nic wartego uwagi. Po prostu już wiedziała na czym stoi, w gruncie rzeczy sama niepewna, co jeszcze robiła w tym domu. Była tu równie niepotrzebna, co i Alyssa. Przestała gdziekolwiek przynależeć wraz z chwilą, w której…
Łomotanie do drzwi było zdecydowanie zbyt głośne, by mogła je zignorować. Poruszając się trochę jak w transie, Nadia wyprostowała się niczym struna, nasłuchując. Ktoś tłukł w drzwi wejściowe, dokładnie jak tej pamiętnej nocy, kiedy odwiedził ich Carlos.
Ucisk w piersi przybrał na sile, gdy do głosu kolejny raz doszła gorycz. Nadia bezwiednie poderwała się na równe nogi, wciąż nasłuchując tego, co działo się na dole. Nie miała pojęcia, co robili Jason i Michael, ale nic nie wskazywało na to, by którykolwiek z nich zamierzał pofatygować się i otworzyć. Ona również nie paliła się do zejścia na parter, w zamian bez pośpiechu podchodząc do okna. Wyjrzała na zewnątrz, spoglądając w panujący na zewnątrz mrok i wychylając się na tyle, by ze swojego pokoju mieć szansę dostrzec to, co działo się przy drzwiach wejściowych.
A potem zamarła.
Blondwłosa kobieta raz po raz uderzała w drzwi. W jej ruchach było coś nerwowego, wręcz panicznego, a przynajmniej tyle zdołała wywnioskować Nadia. Ze swojej pozycji widziała zaledwie kawałek sylwetki i plecy przybyszki, w tym również spływające na ramiona falami jasne loki, ale to wystarczyło, żeby ją rozpoznała. I chociaż wciąż nie dowierzała, w tamtej chwili po prostu tkwiła w bezruchu, podczas gdy jeszcze więcej łez napłynęło jej do oczu. Zamrugała nieco nieprzytomnie, bezskutecznie próbując zapanować nad rozmazującym się obrazem.
– Ell… – wyszeptała bezgłośnie.
Eleonora tu była. Jakimś cudem wróciła, chociaż to wydawało się niemożliwe. A jednak stała pod drzwiami i…
Nadia zareagowała instynktownie, zanim choćby zdążyła zastanowić się nad tym, co robiła. Wyślizgnęła się na zewnątrz, już nawet nie trudząc korzystaniem z drzwi i schodów. W zamian wyskoczyła oknem, lekko lądując na ziemi na ugiętych w kolanach nogach. Z bijącym sercem, coraz bardziej oszołomiona, pokonała dzieląca ją od kobiety odległość, dosłownie materializując za jej plecami.
– Eleonora – powtórzyła, a właściwie wyłkała.
Wampirzyca jak na zawołanie przestała uderzać w drzwi. Zwiesiła ramiona, po czym z wolna wyprostowała się, dopiero po dłuższej chwili zwracając ku wciąż roztrzęsionej Nadii. W jej ruchach było coś dziwnego, bardziej drapieżnego i gwałtownego niż zazwyczaj, ale kobieta najzwyczajniej w świecie to zignorowała. W tamtej chwili liczyło się dla niej wyłącznie to, kogo miała przed sobą.
Eleonora tutaj była. Wróciła do domu.
– Tak. – Na ustach wampirzycy pojawił się uśmiech. – Na to wychodzi, że wróciłam… Chodź tutaj, Nadiu – zachęciła, robiąc krok na przód i rozkładając ramiona.
Coś jest nie tak, odezwał się cichy głosik w jej głowie, ale stanowczo nakazała mu się zamknąć. Zareagowała instynktownie, przez moment czując się jak dziecko, zwłaszcza gdy z płaczem wpadła wprost w nastawione ramiona. Z ulgą powitała ciepłe, jakże znajome objęcia, które błyskawicznie owinęły się wokół niej. Palce Eleonory przeczesały jej włosy, kiedy ta bardziej stanowczo przygarnęła ją do siebie. Przez krótką chwilę wszystko wydawało się być na swoim miejscu, dokładnie takie, jak od samego początku powinno być.
– Jesteś…
– Oczywiście, że tak, moja droga – usłyszała tuż przy uchu. – Oczywiście…
Zamknęła oczy. W tamtej chwili powinna poczuć się bezpieczna, ale nic podobnego nie miało miejsca. Wciąż narastało w niej dziwne napięcie, którego nie potrafiła wyjaśnić, a które z uporem próbowała ignorować.
Chyba powinna o czymś pamiętać. O czym, co nie dawało jej spokoju od chwili, kiedy to Carlos rozmawiał w salonie przez telefon i…
To nic takiego. Absolutnie nic takiego.
Z jakiegoś powodu nie potrafiła w to uwierzyć.
Ten rozdział miał wyglądać ciut inaczej, ale zdecydowałam przerzucić się najważniejszą cześć do kolejnego wpisu. Tak więc ja po prostu to tutaj zostawię, a my widzimy się… w epilogu.

20 lutego 2019

Rozdział LXXIV

Alyssa
Nicholas – Samael, jak błyskawicznie poprawiła się w myślach – zesztywniał, by w następnej sekundzie bezceremonialnie ruszyć ku drzwiom. Był spięty, a coś w jego ruchach dało Alyssie do zrozumienia, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co czekało ich na dole. Podejrzliwie zmrużyła oczy, jednocześnie próbując skoncentrować się na bodźcach, które podsuwały jej zmysły, ale nie była w stanie się skupić. W głowie wciąż miała mętlik porównywalny do tego, którego doświadczyła zaraz po przemianie, o nadmiarze sprzecznych, wciąż nieuporządkowanych wspomnień i odczuć nie wspominając.
Więc zdała się na instynkt. To było pierwszym, co przyszło jej do głowy, choć dziewczyna czuła, że brak przemyślanych działań z równym powodzeniem mógłby ją zgubić. Z drugiej strony, oddanie się Arianie wydawało się najbardziej sensownym posunięciem, zwłaszcza że była świadoma obecności swojego drugiego „ja” bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. O wiele bardziej doświadczone, choć przeszłe wcielenie nawet się nie zawahało, natychmiast ruszając za Samaelem. Zmaterializowała się tuż za jego plecami, w niemalże wyzywający sposób spoglądając mężczyźnie w oczy, kiedy obejrzał się, by zmierzyć ją wzrokiem. Nawet jeśli początkowo planował nakazać jej zostać w sypialni, ostatecznie tego nie zrobił, w zamian uśmiechając się w nieco wymuszony, drapieżny sposób.
– Dobrze mieć cię przy sobie, aniele – stwierdził cicho. Szeptał, choć oboje zdawali sobie sprawę z tego, że ci, których mogli spodziewać się znaleźć na dole, i tak doskonale słyszeli ich słowa. – Tylko nie szalej za bardzo.
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Nie musiała się wysilać, by zrozumieć te słowa i w odpowiedzi uśmiechnąć się w wyniosły, zdecydowany sposób.
– Obawiasz się, że znów poradzę sobie lepiej od ciebie? – zapytała, spoglądając na niego z zaciekawieniem. – Chcesz sprawdzić ile pamiętam? Zobaczymy które z nas dopadnie ich więcej, a może…?
– Zaprawdę jesteś przerażającą kobietą – uciął, ale w jego ustach te słowa i tak zabrzmiały jak komplement.
W taki sposób przynajmniej odebrała je Ariana. Czuła, że się zapędziła, ale nie była w stanie się powstrzymać, nie pierwszy raz balansując gdzieś między dwoma naturami. Wręcz zachłysnęła się wolnością, w końcu mogąc poczuć sobą i już nie gubiąc w urywkach wspomnień, których ludzka natura Alyssy nie mogła zrozumieć. Co prawda w tym wszystkim wciąż było jakże człowiecze oszołomienie, ale coraz łatwiej przychodziło jej ignorowanie tego stanu, zwłaszcza gdy do głosu dotarło poczucie zagrożenia. Gdyby akurat teraz znów pozwoliła sobie na to, by się wycofać, wydarzyłoby się coś złego, a na to nie mogła sobie pozwolić.
Nie teraz, skoro w końcu odnalazła Samaela.
Wyszli na korytarz, oboje przyczajeni. Trzymali się blisko siebie, idąc ramię w ramię i zachowując niemalże jak wspólny organizm. Poniekąd tak właśnie było, a porozumienie, które jak na zawołanie wytworzyło się między nimi, stało się dla Ariany czymś równie naturalnym, co i oddychanie. Już to robili. Nie musiała się zastanawiać, by przewidzieć ruchy Samaela i wzajemnie. Wiedziała, że to niebezpieczne, bo na własne życzenie stworzyła sobie kogoś, kto byłby w stanie ją zabić, gdyby nabrał na to ochoty, ale nawet nie brała takiej możliwości pod uwagę. Miała przy sobie ostatnią osobę, która spróbowałaby ją skrzywdzić.
Mężczyzna nagle przystanął, zatrzymując się na skraju schodów. Raz jeszcze spojrzał na nią, a podchwyciwszy bijące z jej spojrzenia zdecydowanie, zachęcającym gestem wskazał przed siebie, pozwalając, by przejęła prowadzenie. Skinęła mu głową, po czym bez chwili wahania zbiegła po schodach, wciąż uważnie wodząc wzrokiem dookoła. Czuła, że Samael podążał za nią niczym cień, nie odstępując nawet na krok.
Na pierwszy rzut oka przedsionek wyglądał na opustoszały. Jak przez mgłę pamiętała moment, w którym znalazła się w tym miejscu, wymęczona i na wpół przytomna z bólu, ale rozglądając się, nie była w stanie zauważyć niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności. Nie rozluźniła się, aż nazbyt świadoma, że to wyłącznie wrażenie – tania zagrywka, na którą zdecydowanie nie miała zamiaru się nabrać.
– Jeśli przyszliście po to, by teraz kryć się po kątach, będę rozczarowana – oznajmiła cicho, niemalże łagodnie. Kolejny raz nie wątpiła, że wszyscy i tak byli w stanie ją usłyszeć. – Sądziłam, że posłańców mego ojca stać na coś więcej.
– Obawiam się, że nie znam twojego ojca.
Poderwała głowę, bez chwili wahania spoglądając ku wejściu do – jak zorientowała się po fragmencie pokoju, który była w stanie dostrzec, skoro wciąż tkwiła u stóp schodów – salonu. Wystarczyła chwila, by rozpoznała drobną, tkwiącą w progu postać. Chloe nie zmieniła się od chwili ostatniego spotkania, choć dzięki wyostrzonym zmysłom, Ariana była w stanie dostrzec więcej szczegółów. Nieśmiertelna wciąż przykuwała uwagę, począwszy od aparycji aniołka, po – przede wszystkim – młody wiek. Trudno było zapomnieć widok piętnastolatki o spojrzeniu tak pustym i bezwzględnym, że niejednego przyprawiłoby o dreszcze. Niewiele w tej kwestii zmieniało nawet to, że tym razem przynajmniej nie próbowała wzbudzać niepokoju krwistym błyskiem w oczach. Tym razem jej tęczówki były po prostu czarne, ale to okazało się nawet bardziej efektowne; przypominały dwie kosmiczne dziury, zdolne pochłonąć wszystkich wokół.
Ariana uśmiechnęła się pod nosem, bynajmniej nieprzejęta. Mimowolnie pomyślała, że Chloe jak najbardziej nadawałaby się na wysłannice jej ojca. Gdyby tylko zechciała, bez przeszkód mogłaby uchodzić za kolejną upadłą, wykorzystującą wampirze wcielenie do tego, by istnieć. Co prawda nie wyczuwała w niej żadnej znajomej duszy i jakoś nie wątpiła w to, czy spotkały się wcześniej, ale…
– Co tutaj robisz? – zapytał szorstkim tonem Samael. Wyczuła ruch za plecami, kiedy jednak zdecydował się ją wyminąć, zatrzymując się w połowie drogi między nią a Chloe. – Jeśli miałaś sprawę, mogłaś zadzwonić albo przynajmniej zapukać. Byłem przywiązany do tego okna.
– Twoje poczucie humoru coraz częściej wprawia mnie w zażenowanie – obruszyła się wampirzyca. Jej twarz na ułamek sekundy wykrzywił grymas. – Sprawdzam cię, oczywiście. Najpewniej słusznie, skoro wciąż zachowujesz się jak dzieciak.
Prychnął w odpowiedzi. Wyraźnie poczuła jego gniew, choć robił wszystko, by trzymać emocje na wodzy. Może nawet by mu to wyszło, gdyby Ariana nie znała go aż tak dobrze – napięte mięśnie i sposób, w jaki raz po raz zaciskał dłonie w pięści, mówiły same za siebie.
– Tam są drzwi – oznajmił, kiwając głową w odpowiednim kierunku. – Mam dzisiaj do ciebie mniej cierpliwości niż zazwyczaj, więc nawet nie próbuj mnie prowokować. Zobaczyłaś, co chciałaś, więc jeśli to wszystko…
– Jeszcze nawet nie przeszłam do rzeczy – przerwała mu wampirzyca. – Ojciec chce cię widzieć. Teraz śmiem twierdzić, że to coś więcej.
W odpowiedz Samael jedynie roześmiał się w pozbawiony wesołości, niemalże histeryczny sposób. Jeszcze napiął mięśnie, po czym – dla lepszego efektu – wysunął kły. W tamtej chwili już nawet nie próbował udawać człowieka. Jakby tego było mało, jego dotychczas intensywnie niebieskie oczy zabłysły czerwienią.
– Jak zwykle możesz mu przekazać, że wpadnę w swoim czasie. O ile w ogóle będę miał na to ochotę.
Ariana poruszyła się niespokojnie, nagle podenerwowana. Miała złe przeczucia, nawet mimo tego że na pierwszy rzut oka sytuacja wydawała się opanowana. Może chodziło tylko o dziecięcą twarzyczkę Chloe, ale nieśmiertelna zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kto miałby szansę mierzyć się z Samaelem – i to zwłaszcza teraz, gdy ten pamiętał, tym samym stając się kimś więcej, aniżeli próbującym odciąć się od własnej rodziny Nicholasem.
Zna Chloe… Więc i Doriana, uprzytomniła sobie. Chcąc nie chcąc wróciła pamięcią do niefortunnej randki i wieczoru, który zapoczątkował całe to szaleństwo. Zdawała sobie sprawę z tego, że niektórzy mogliby chcieć na nią polować, ale nie miała pewności, co to oznaczało w tym wypadku. Na pewno mogło wyjaśniać, dlaczego Carlos w tak nieprzychylny sposób patrzył na Nicholasa ale z drugiej strony…
Z kolei Chole twierdziła, że nie znała Lucyfera. Ariana jej wierzyła, choć zarazem nie miało to dla niej sensu. Czego w takim razie chciała, jeśli nie przypodobania się upadłemu…?
– Obawiam się – stwierdziła cicho wampirzyca – że tym razem to nie była prośba, Nick.
Ariana bardziej wyczuła niż faktycznie zauważyła ruch za plecami. Zareagowała instynktownie, odwracając się tak gwałtownie, że gdyby była człowiekiem, obraz jak nic zamazałby jej się przed oczami. Nie dając sobie czasu na to, by choćby zastanowić się, co robi, błyskawicznie wymierzyła cios w szczękę wampirowi, który nie wiadomo kiedy zmaterializował się tuż za nią. Dopiero kiedy ten z jękiem zatoczył się na schody, potykając o dolny stopień i klnąc na czym świat stoi, uprzytomniła sobie, że miała do czynienia z mężczyzną.
Tyle że to też nie było ważne. Liczyło się, że Chloe nie przyszła sama, a tym bardziej nie zamierzała rozwiązywać spraw pokojowo. Ariana gniewnie zmrużyła oczy, z góry spoglądając na swojego przeciwnika i nawet nie zamierzając czekać, aż ten zdoła się podnieść. Wciąż obserwując próbującego wesprzeć się na rękach mężczyznę, jednym kopnięciem złamała drewnianą poręcz. Jej palce zacisnęły się wokół długiego, ostro zakończonego kawałka, który ostatecznie zagłębiła w piersi swojego przeciwnika – i to na tyle głęboko, by przebić go na wylot i dosłownie przyszpilić do schodów.
– Więc to twoi krewni, Nick? – rzuciła zaczepnym tonem. Jej głos nie wyrażał żadnych konkretnych emocji. – Mam wrażenie, że będziemy musieli porozmawiać. I to poważnie.
– Wszystko w swoim czasie, najdroższa – zabrzmiało w odpowiedzi.
Wydawał się brzmieć spokojnie, ale i tak wyczuła w jego tonie napięcie. Sytuacja wytrąciła go z równowagi i to bardziej niż raczył przyznać, co dało Arianie do myślenia, ale zdecydowała się nie zgłębiać tematu, przynajmniej na razie. I tak nie miała po temu okazji, chcąc nie chcąc zmuszona bronić się przed kolejnym wampirem. Ten okazał się ostrożniejszy od jego poprzednika, co mimo wszystko przyjęła z ulgą. Wybijanie jednego po drugim nie przyniosłoby jej nawet cienia przyjemności, zresztą – jakby nie patrzeć – miała do czynienia z rodziną Nicholasa. To chyba oznaczało, że powinna być uprzejma?
Westchnęła, w pośpiechu uskakując przed czymś, w czym rozpoznała kołek – prawdziwy i z pewnością o wiele bardziej skuteczny od tego, który sama zaimprowizowała. Zdążyła zauważyć, że nie był posrebrzany, co jasno dało jej do zrozumienia, że nikt nie próbował jej zabić. Cóż, przynajmniej na razie. Tego również mogła się spodziewać, ale zdecydowanie nie miała zamiaru sprawdzać jak czuł się ktoś, kogo unieruchomiono w ten sposób. Nie miała nawet pewności, czy w jej przypadku przebicie serca nie wiązałoby się z natychmiastową śmiercią, a na to też nie zamierzała sobie pozwolić. Czuła, że coś się zmieniło, kiedy Samael pozwolił, by napiła się jego krwi, o niedawnym smażeniu na słońcu nie wspominając, ale i tak wolała zachować ostrożność.
O mój Boże, jednak oszalałam… Inaczej nie da się tego nazwać, jęknęła w duchu, przez ułamek sekundy czując się bardziej jak oszołomiona Alyssa niż pewna siebie Ariana. Tyle że wciąż pozostawały jednością.
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której poczuła słodki zapach krwi. Rozpoznała go i to wystarczyło, by ją zaalarmować, przy okazji wytrącając z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Z głębi jej gardła wyrwał się gniewny charkot, kiedy dostrzegła zataczającego się Samaela. Co prawda ten prawie natychmiast wyprostował się, jednocześnie szarpnięciem wyciągając drewniany bełt z rany. Ariana odetchnęła, gdy dotarło do niej, że przeciwnik chybił, zamiast w serce, trafiając w ranę, ale i tak momentalnie poczuła palący gniew. Była pewna, że w tamtej chwili jej oczy również lśniły czerwienią, zdradzając przede wszystkim narastającą z każdą kolejną sekundą furię. Jeśli ktoś odważył się podnieść rękę na Samaela…
Wystarczył ułamek sekundy, by namierzała potencjalnego podejrzanego. Wciąż stał w pobliżu, poplamiony krwią i wyraźnie spięty. W pośpiechu szukał czegoś pod połami kurtki, mrucząc przy tym coś gniewnie pod nosem.
Nie miał okazji odnaleźć tego, czego potrzebował.
Ariana skończyła na niego niczym rozjuszona kotka, gotowa rozerwać na kawałeczki. Wpadła na nieśmiertelnego z impetem i to tak gwałtownie, że siłę zderzenia poczuła dosłownie w całym ciele. Zaraz po tym usłyszała huk, ale nie od razu dotarło do niej, co oznaczał ten dźwięk. Dopiero gdy zauważyła, że leżała na swoim przeciwniku, otoczona kawałkami drewna i przyciskając zaskoczonego wampira do bruku, uprzytomniła sobie, że wylecieli przez drzwi wejściowe. Klęczała przed domem, kolano wpijając w klatkę piersiową leżącego tuż pod nią mężczyzny i bezskutecznie próbując zebrać myśli.
Weź się w garść!, nakazała sobie stanowczo. Musiała się skupić, niemalże spodziewając się, że jej przeciwnik za moment spróbuje zrzucić ją z siebie, jednak nic podobnego nie miało miejsca. On po prostu zamarł, rozszerzonymi oczyma wpatrując w jej twarz i wyglądając przy tym na co najmniej przerażonego.
– Więc… to już się stało – wychrypiał dziwnie zdławionym głosem. – Ty jesteś… O mój Boże.
– Jeśli faktycznie podejrzewasz kim jestem, to wiesz, że z Bogiem mi nie po drodze – zauważyła łagodnie, lekko przekrzywiając głowę. – Z kolei ty…
Mogła go zabić. Byłaby w stanie wykorzystać szok i to, że wciąż tylko na nią patrzył, nie wyglądając na kogoś, kto byłby w stanie się bronić. Leżał pod nią niemalże bezwładnie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że w ten sposób aż prosił się o śmierć. Zwłaszcza po tym jak zaatakował Samaela, miała ochotę najzwyczajniej świecie wyrwać mu serce z klatki. Przecież wiedziała jak to zrobić – gdzie wbić w palce, by nie przejmować się żebrami i bez przeszkód dotrzeć aż do tego najbardziej wrażliwego punktu. Mogłaby albo zdecydować się na to, albo rozerwać mu gardło – szybko i tak wprawnie, by nawet nie zorientował się, że coś go trafiło. Albo przeszukać jego kieszenie i załatwić go jego własną wprawą, zwłaszcza że jakoś nie wątpiła, że pod ubraniem trzymał więcej kołków.
Nie zrobiła niczego. W zamian po prostu obserwowała go z niemniejszym zainteresowaniem, co i on ją. Z uwagą zmierzyła go wzrokiem, w końcu zwracając uwagę na szczegóły. Bladość jego skóry go nie zaskoczyła, zresztą jak i harmonijne, jakże charakterystyczne dla wampira rysy twarzy. Miał jasne, niemalże srebrzyste włosy i parę lśniących, przypominających dwa szmaragdy oczu. Zwłaszcza te ostatnie utkwiły jej w pamięci, poniekąd dlatego, że wyrażały przede wszystkim strach. Bał się jej, a to nie pasowało do pragnącego po prostu cudzej śmierci łowcy.
– Jak masz na imię? – zapytała wprost.
Zaskoczyła go, zresztą jak i samą siebie, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Przekrzywiła głowę, wciąż uważnie go obserwując. Nawet na moment nie straciła czujności, w każdej chwili gotowa zareagować, gdyby coś w jego zachowaniu choćby zasugerowało jej, że zamierzał ją zaatakować, ale nic nie wskazywało na to, by chciał próbować czegoś głupiego. Wciąż się w nią wpatrywał, a im dłużej to robił, wyczuwała w nim tylko jedno: pragnienie, by żyć.
– Anton – wykrztusił z siebie w końcu, jakby w obawie, że zwłoka pogorszy sytuację. – Mam na imię Anton. Ja…
Cokolwiek miał do powiedzenia, nie było mu dane dokończyć. Ariana aż zakrztusiła się powietrzem, kiedy coś z siłą uderzyło ją w plecy, tym samym skutecznie zrzucając z Antona. Aż pociemniało jej przed oczami, kiedy z impetem uderzyła o ziemię, na moment lądując na ziemi. Zacisnęła zęby, po czym wsparła się na łokciach, próbując jak najszybciej się podnieść, ale przeciwnik nie dał jej po temu okazji. Poczuła krew w ustach, a dopiero później ból, który uprzytomnił jej, że oberwała w twarz. Gdzieś w oddali ktoś warknął, ale to działo się jakby poza nią, zwłaszcza że cała jej uwaga została pochłonięta przez istotę, która odważyła się posunąć aż tak daleko.
Chloe przystanęła tuż przy niej. Spoglądała na nią z góry, zagniewana i z lśniącymi dziko oczyma. W tamtej chwili zdecydowanie nie przypominała dziecka, zwłaszcza górując nad Arianą i szykując do kolejnego ciosu. Wysunięte kły uczyniły jej twarz jeszcze bardziej nieludzką i przyprawiającą o dreszcze. Och, tak, mogłabyś być demonem, pomyślała w oszołomieniu Alyssa, przez chwilę niepewna czy powinna śmiać się, czy może płakać.
Fala gorąca rozeszła się po całym jej ciele. Gniew wciąż narastał, sprawiając, że tak naprawdę miała ochotę już tylko krzyczeć. Jakaś jej cząstka wyrywała się, pragnąć wzywać pomocy, choć Ariana nie była pewna dlaczego. Zresztą do kogo miała się zwrócić? Przez chwilę była niemalże pewna, że całą sobą czuła obecność Samaela, ale za tym wrażeniem kryło się coś więcej. Takich powiązań było kilka – przynajmniej trzy, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Co to oznaczało? I dlaczego…?
Dziki charkot ogłuszył ją, przez co do Ariany dopiero po chwili dotarło, że nie wyrwał się ani z jej gardła, ani tym bardziej z piersi Chloe. Należał do kogoś innego, choć pełne zrozumienie przyszło dopiero w chwili, w której Samael chwycił drobną wampirzycę za gardło – i to tak gwałtownie, że jak nic musiał zmiażdżyć jej krtań. Krótką chwilę wpatrywał się w dziecięca twarzyczkę, podczas gdy jego twarz  nie wyrażała choćby cienia żalu i wahania. Jakby nie patrzeć, to nie było dziecko, nawet jeśli faktycznie tak wyglądała. Ariana nie miała pojęcia, jak długo nieśmiertelna trwała w takiej formie, a tym bardziej kto mógłby skazać ją na taki los, ale to pozostawało najmniej istotne. W gruncie rzeczy w ferworze walki mało co wydawało się ważne.
A potem Samael bezceremonialnie wgryzł się w gardło Chloe, nie dając nieśmiertelnej okazji, by spróbowała mu się wyrwać.
Ariana nie odwróciła wzroku, choć jakaś jej cząstka miała na to ochotę. Alyssa bez wątpienia by to zrobiła, w gruncie rzeczy wciąż niewinna i cudownie nieświadoma. Ale nie ona. Jej pozostawało spokojnie patrzeć jak istota, której już wieki temu oddała duszę, wgryza się w szyję swojej ofiary. Nawet jeśli Chloe próbowała walczyć, nie dało się tego zauważyć, zwłaszcza że Samael bez większego wysiłku ją stłamsił, nie pozostawiając najmniejszych szans. Kiedy chwilę później odrzucił od ciebie bezwładne ciało, królowała przede wszystkim krew – świeża i intensywnie czerwona, stróżkami spływająca po jego twarzy i zbierająca się na brodzie. Ariana nawet nie musiała się zastanawiać, by zrozumieć, co to oznaczało. Zrobił to specjalnie, choć nie zamierzał pić z Chloe, zupełnie jakby w posoce wyraźnie nielubianej przez niego wampirzycy było coś, czym się brzydził.
Wampir bez pośpiechu wyprostował się, po czym ruszył w jej stronę. Na ubraniu wciąż miał krew, również swoją własną, choć nie wątpiła, że rana po kołku zasklepiła się na krótko po tym, jak ona wraz z Antonem wyleciała przez zamknięte drzwi. Poczuła ulgę, kiedy przekonała się, że był cały, choć zarazem miała ochotę mu przyłożyć, pocałować, a na koniec w końcu zażądać wyjaśnień. To jak nic świadczyło o tym, że jednak zwariowała, ale przynajmniej na razie nie mogła sobie pozwolić na to, by rozwodzić się nad tym, na ile to stwierdzenie było prawdziwe.
– Pani pozwoli – rzucił jak gdyby nigdy nic Samael, zachęcającym gestem wyciągając ku niej dłoń. Ujęła ją, choć w pierwszym odruchu miała ochotę go zignorować i podnieść się w pojedynkę. – Musimy się stąd wynosić. Na te chwilę to jest priorytetem – oznajmił bez ogródek, raptownie poważniejąc i nie dając Arianie choćby cienia szansy na to, żeby zaprotestowała.
Spojrzała na niego spod uniesionych brwi. Kątem oka spojrzała kolejno na Chloe, a później na miejsce, w którym dopiero co widziała Antona. Coś ścisnęło ją w gardle, gdy uprzytomniła sobie, że mężczyzna zniknął.
Poruszając się trochę jak w transie, ponownie spojrzała Samaelowi w oczy.
– Masz diabelne szczęście, że ci ufam.
Alyssa czy Ariana? Nicholas czy Samael…? Ja już niczego nie jestem pewna, ale to dobrze. Rozdział pisał się właściwie sam, zwłaszcza że na ten etap czekałam długo, a jak przyszło co do czego, postacie zaczęły żyć własnym życiem. To i owo wkrótce się wyjaśni, ale teraz mogę obiecać prostą drogę do zakończenia tego tomu, na które czekałam bardzo długo.
Dziękuję za obecność, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy. I będę to powtarzać do znudzenia, bo w końcu czemu nie? ^^