Alyssa
Oddech gwałtownie jej
przyśpieszył. Tkwiła w bezruchu, mając wrażenie, że słowa Nicholasa jakimś
cudem stały się materialne i zdolne do tego, żeby ją uderzyć. Raz po raz
chwytała powietrze w niemalże spazmatyczny, urywany sposób.
Chociaż doskonale
słyszała jego słowa, nie potrafiła ot tak przyjąć ich do świadomości. Niemożliwe. Niemożliwe…, pomyślała
gorączkowo, powtarzając to jedno słowo niemalże jak mantę. Sęk w tym, że
niezależnie od tego, jak długo to robiła, nie była w stanie zinterpretować
słów stojącego tuż obok niej nieśmiertelnego w inny sposób.
– Ty… –
zaczęła i zaraz urwała, niezdolna zmusić się do odpowiedzi. Tak naprawdę
sama nie była pewna, co powinna mu powiedzieć.
– Wróciłem
– powtórzył z naciskiem. – Dotrzymałem obietnicy.
Wzdrygnęła
się, przez moment mając wrażenie, że ją spoliczkował. Samael bywał okrutny,
a w tamtej chwili zdecydowanie nie przebierał w słowach. Uprzytomniła
sobie, że drżał, wyraźnie wytrącony z równowagi. Nie zdziwiło jej, że po
takim czasie mogłoby go ponieść, skoro w końcu wprost mógł powiedzieć
o tym, co zrobiła. W pierwszym odruchu potrząsnęła głową, ale to
również niczego nie zmieniało.
Ale… Ale Skyler powiedziała…
A ty zaufałaś Skyler?
Ze świstem
wypuściła powietrze. Znów potrząsnęła głową, tym razem bardziej gwałtownie,
zupełnie jakby w ten sposób mogła odrzucić od siebie niechciane myśli.
Przez moment miała ochotę zasłonić uszy dłońmi i zacząć nucić, w dziecinnym
odruchu próbując odciąć się od prawdy. Raz jeszcze spróbowała zaczerpnąć tchu,
chcąc się uspokoić, ale to nie działało, Alyssa zaś miała wrażenie, że w powietrzu
brakuje tlenu. Zachwiała się, nie upadając wyłącznie dzięki dłoniom, które
z siłą zacisnęły się na jej ramionach, stanowczo stawiając ją do pionu.
Przez
krótką chwilę miała wrażenie, że usłyszała krzyk. Ariana miotała się, obecna
tak bardzo, że Ali aż zwątpiła w to, kim naprawdę była. Świeżo odzyskane
wspomnienia nadal wydawały się obce, a ona instynktownie próbowała z nimi
walczyć. Czuła się rozdarta, nawet bardziej niż w chwili, w której
zrozumiała, że Carlos miał rację. Była kimś innym, równie znajomym, co i obcym,
choć to wydawało się bez sensu.
– Ariano?
Ariano!
Zaczynała
mieć dość tego imienia. Tego, co ze sobą niosło, nie wspominając o tym, że
coraz częściej uznawała je jako własne. Czuła się, jakby znikała – powoli
przestawała istnieć na rzecz kogoś, kim nie była. To działo się już od
dłuższego czasu, Alyssa zaś w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że przez
jakiś czas niemalże akceptowała ten proces, po prostu przyjmując wszystko, co
się działo.
Usłyszała
jęk, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że wyrwał się z jej gardła.
Spróbowała oswobodzić się z uścisku Nicholasa (albo Samaela, kimkolwiek by
nie był), ale wampir stanowczo ją powstrzymał. Zesztywniała, gdy
bezceremonialnie przyciągnął ją do siebie, ujmując twarz oszołomionej
dziewczyny w dłonie i zmuszając, by spojrzała mu w oczy.
– Jesteś
Arianą – oznajmił z naciskiem, chociaż po tonie poznała, że silił się na
łagodność. – Zwłaszcza teraz to rozumiesz i…
– Nie chcę
rozumieć – zaoponowała machinalnie.
Rzucił jej
wymowne, przenikliwe spojrzenie. Spojrzała mu w oczy, nie po raz pierwszy
mając wrażenie, że niewiele brakuje, by te niebieskie tęczówki dosłownie ją
pochłonęły. Samael. Mój Samael…,
pomyślała i to wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Alyssę z równowagi.
Bo ta myśl mimo wszystko należała do niej.
Mętlik
w głowie zaczynał być nie do zniesienia. W jednej chwili zapragnęła
wyjść z tego domu i po raz kolejny uciec, choć dobrze wiedziała, że
to prowadziło donikąd. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie Samaela i już
nie miała wątpliwości, że gdyby tylko spróbowała, powstrzymałby ją. Zbyt długo
czekał, zresztą tak jak Ariana, by dalej bawić się w kotka i myszkę.
Zresztą sama tutaj przyszła, z kolei wspomnienia, które wróciły tak nagle,
niosąc ze sobą zrozumienie…
Dlaczego
miała wątpliwości? Czemu zamiast ruszyć do przodu, czuła się jakby robiła krok
w tył, wracając do punku wyjścia…?
– Ariano,
porozmawiaj ze mną! Przestań się chować.
W
oszołomieniu spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę, czując, że trafił
w sedno. Ariana uciekała? To wiele by wyjaśniało, jeśli nagle postanowiła
się wycofać. Alyssa wyraźnie poczuła sprzeciw swojego przeszłego wcielenia, co
uprzytomniło jej, że słowa Samaela mimo wszystko o nie dotarły. Obie zabrnęłyśmy za daleko, uprzytomniła
sobie, nagle pojmując, że już jakiś czas temu zabrnęły zbyt daleko, by teraz
się wycofać. Granice zatarły się, a one były jednością – i to
niezależnie od tego, czego którakolwiek z nich mogłaby chcieć.
Samael
przesunął się bliżej, wciąż stojąc zdecydowanie zbyt blisko, by mogła go
ignorować. Wyraźnie czuła zarówno jego zapach, jak i bijące od znajomego
ciała ciepło. Zauważyła, że zachęcająco wyciągnął ku niej ramiona, czekając na
jakąkolwiek reakcję z jej strony. Miała wrażenie, że wszelakie bodźce
wciąż były zbyt wyostrzone, o wiele bardziej niż do tej pory. Co więcej,
ten stan również dawał jej się we znaki, jedynie potęgując odczuwane przez
Alyssę wątpliwości. Te wszystkie myśli, sprzeczne pragnienia, a teraz
jeszcze to…
Najważniejsze
jednak wydało jej się, że Samael nie wyglądał na rozeźlonego. Nawet nie na
rozczarowanego, choć powinien. Miał dość powodów, by ją znienawidzić albo
przynajmniej mieć żal. Właśnie tego najbardziej bała się Ariana, chociaż za
wszelką cenę pragnęła to ukryć – zarówno przed sobą samą, jak i wciąż
oszołomioną Alyssą. Mogła starać się ukryć, ale coś wyraźnie ciągnęło ją do
Samaela, zwłaszcza gdy ten całym sobą zaczął okazywać ni miej, ni więcej, ale
wyłącznie tęsknotę.
Co ja zrobiłam? Co ja zrobiłam…?
Zacisnęła powieki.
Proszę, przestań, jęknęła w duchu,
usiłując uwolnić się od niechcianych myśli. Właściwie sama nie była pewna kogo
i o co prosiła. Niczego już nie rozumiała, nie pierwszy raz gubiąc
się w… Cóż, samej sobie. Już nie tylko spadała, ale dodatkowo rozpadała się na
kawałeczki, rozdarta na wszystkie możliwe sposoby.
Niewiele
brakowało, żeby jednak wylądowała na podłodze. Nagle poczuła się tak, jakby coś
niezmiennie ciągnęło ją ku dołowi. Miała wrażenie, że kolejny raz balansowała
na krawędzi, w każdej chwili mogąc zapaść się w pustkę. Wystarczyła
chwila nieuwagi, żeby…
Ale tym
razem on ją złapał.
Zamrugała
kilkukrotnie. Twarz Samaela raz po raz rozmazywała jej się przed oczami, jakby
odległa i niewyraźna. Oddychała szybko i płytko, niemalże kurczowo
chwytając za przód koszuli trzymającego ją wampira. Spoglądała na niego w niemalże
błagalny sposób, gotowa prosić o coś, czego nawet nie potrafiła opisać
słowami. Poruszyła wargami, ale nie była w stanie powiedzieć niczego, co
zabrzmiałoby choć odrobinę sensownie. Mogła co najwyżej na niego patrzeć,
pozwalać się obejmować i czekać, aż wszystko jakimś cudem wróci do normy.
Wybacz mi. Samaelu, wybacz mi, bo…
– Ariano?
Tym razem
wypowiedział jej imię o wiele łagodniej, niemal troskliwie. Sęk w tym,
że wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Natychmiast zapragnęła odwrócić
wzrok, przerażona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Bała się tego, czego
mogłaby doszukać się w jego oczach – gniewu albo rozczarowania, które…
Z tym, że
nic podobnego nie miało miejsca.
Samael patrzył
na nią z uwagą, a jego spojrzenie nie wyrażało niczego.
Ariana
wciąż się miotała, ale już nie próbowała uciekać. Wyraźnie zawahała się, by
w następnej sekundzie najzwyczajniej w świecie się poddać. Wybacz mi, pomyślała raz jeszcze, ale
tym razem ta myśl przypominała raczej nic nieznaczący szept, który równie
dobrze mógłby okazać się wytworem wyobraźni.
Zamknęła
oczy – tylko na chwilę, ale to jakimś cudem pomogło jej się uspokoić. Kiedy
ponownie spojrzała na Samaela, odkryła, że również on był spokojny. Czuła, że
raz po raz przeczesywał jej włosy palcami, tuląc do siebie tak kurczowo, jakby
sądził, że w każdej chwili mogłaby zniknąć.
– Tak… Tak
mi przykro… – wyszeptała, ledwo będąc w stanie zrozumieć samą siebie. Coś
ścisnęło ją w gardle, przez co ledwo była w stanie zmusić się do
wypowiedzenia kolejnych słów. – Ja nigdy nie… Nie mogłam inaczej…
– Obiecałaś
mi – przypomniał łagodnie.
Aż się
wzdrygnęła.
– Jakbyś
mnie nie znał – powiedziała w końcu, bezskutecznie próbując nad sobą
zapanować. – Bez ciebie mnie nie ma! Bez ciebie…
Urwała, nie
od razu pojmując, co powstrzymało ją od dokończenia zdania. Zrozumiała to
dopiero po chwili, na dłuższą chwilę zamierając w odpowiedzi na to, co
działo się pomiędzy nimi. Wargi Samaela bezceremonialnie wpiły się w jej usta,
nie pozostawiając Arianie innego wyboru, jak tylko odwzajemnić pocałunek. To
było niczym impuls, któremu po prostu się poddała – gwałtowne i pełne
tęsknoty, która skutecznie przysłoniła wszystko inne. Zarzuciła mu ramiona na
szyję, chcąc znaleźć się jeszcze bliżej, nawet jeśli fizycznie to wydawało się
niemożliwe. Naparła na niego, ledwo świadoma tego, co działo się wokół niej. Wybacz mi. Wybacz…, myślała gorączkowo,
komunikując to dosłownie całą sobą. Uświadomiła sobie, że którymś momencie
zaczęła płakać, choć mało kiedy decydowała się okazać słabość przy kimkolwiek,
również Samaelu.
Z tym, że
w tamtej chwili zasady, którymi zwykle się kierowała, nie mały znaczenia.
Pragnęła go i ukojenia, które dawały obejmujące ją ramiona. Lgnęła do
niego na wszystkie możliwe sposoby, nie chcąc nawet brać pod uwagę tego, że
mógłby ją odrzucić. Czuła, że przez jej gesty przemawiała desperacja, ale nie
dbała o to, dochodząc do wniosku, że to i tak nie miało znaczenia. Co
z tego, że w jego oczach musiała być skończoną kretynką? Że
zachowywała się gorzej niż słaby człowiek – naiwna, bezradna i w niczym
nie przypominająca córki Lucyfera, którą pokochał…?
Pokochałem taką ciebie. I to już dawno
temu, rozległo się bezpośrednio w jej umyśle.
Ta myśl
zdecydowanie nie należała do Ariany. Całą sobą chłonęła bliskość Samaela,
czując nie tylko ciepło jego ciała, ale również mentalną obecność. Był
wszędzie. Przenikał jej umysł, sięgając samej duszy, zupełnie jakby była jego
częścią. Przez moment niemalże stanowili jedność i to wydało się Arianie
właściwe, zwłaszcza że przecież od zawsze tak było. Gdyby nie należeli do
siebie, jaki sens miałoby to, że odnajdywali się wzajemnie raz z razem,
wraz z każdym kolejnym cyklem, w którym przychodziło im żyć?
Choć na
moment wszelakie wątpliwości zeszły gdzieś na dalszy plan. To, co zrobiła,
a także jego gniew… Wiedziała, że gdzieś tam było, ale nie chciała się tym
przejmować. W zamian trwała w jego ramionach, skupiona na kolejnych
pocałunkach i pragnieniach, które dosłownie pozbawiały jej tchu. Pragnęła
czegoś więcej. Dusza Ariany wręcz łkała ze tęsknoty, szukając ukojenia. W końcu
miała Samaela tuż obok, w pełni świadomie i z poczuciem, że
należał do niej. Tym razem nie musiała zastanawiać się nad sensem własnych
emocji, a tym bardziej tym, dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do pozornie
obcego mężczyzny.
Objęła go
nogami w pasie, kiedy z lekkością uniósł ją, bez przeszkód sadzając
sobie na biodrach. Nie minęła sekunda, a poczuła pod plecami miękkość
materaca, kiedy znów wylądowali na łóżku. Górował nad nią, silny i zdecydowany,
z błyszczącymi niebieskimi oczami, które wciąż przyciągały jej uwagę.
Miała wrażenie, że samo spojrzenie wystarczyło, żeby ją zahipnotyzować,
skutecznie utrudniając zebranie myśli. Z drugiej strony, czuła się, jakby
od jakiegoś czasu nie kontrolowała swoich decyzji wcale, w zamian poddając
się następującym po sobie impulsom i pragnieniom.
Wciąż
drżała, kiedy dłonie Samaela wsunęły się pod jej bluzkę. To było coś zupełnie
obcego Alyssy, ale jak najbardziej znajomego Arianie. Była tylko jedna osoba,
która mogła ją mieć i której bez chwili wahania zdecydowałaby się oddać.
Tak było od samego początku, właściwie od wieków – wraz z każdym kolejnym
wcieleniem, nieważne jak wiele razy musieliby wcześniej przechodzić przez to samo
piekło.
Nie chciała
myśleć o tym, że wystarczyła chwila nieuwagi, by wszystko po raz kolejny
zaczęło się na nowo.
– Zwlekałeś
tyle czasu… Nie wiem, jakim cudem mogłam cię nie rozpoznać – wyszeptała,
odchylając głowę.
Ciepłe wargi
musnęły jej odsłoniętą szyję. Serce Ariany zaczęło jeszcze bardziej
rozpaczliwie trzepotać się w piersi, gdy poczuła nacisk kłów na skórze,
jednak ostatecznie nie doczekała się ugryzienia.
– Wierz mi,
że to nie było proste – przyznał z wahaniem. Jego głos zabrzmiał we wręcz
nienaturalnie zachrypnięty sposób. – Nigdy… nie byłem zbyt cierpliwy.
– Ja
również.
Przez jego
twarz przemknął cień. To wystarczyło, żeby zapragnęła odwrócić wzrok, zmusiła
się jednak, by tego nie robić. Spojrzała mu w oczy, próbując ignorować
wręcz palące poczucie winy, skutecznie przypominające jej o tym, co
zrobiła. Z tym, że zbyt wiele razy wszystko się psuło, by ot tak
zignorowała słowa Skyler. Miała wrażenie, że za każdym razem już podświadomie
wyczekiwała momentu, w którym kolejny raz któreś z nich odnalazłaby
śmierć. Choć nie powinna tego robić, pragnąć w zapewnienia Samaela o tym,
że wszystko będzie dobrze, ten lęk wciąż gdzieś tam był, nie ustępując nawet na
moment.
Traciła go
tak wiele razy, że powoli zaczynała uznawać to za naturalną, nieuniknioną kolej
rzeczy.
Jestem tutaj.
Zamknęła
oczy. Przez krótką chwilę znów koncentrowała się wyłącznie na wzajemnej
bliskości i sposobie, w jaki ją dotykał. Pozwoliła, by uniósł ją
i z wprawą zdjął bluzkę, którą miała na sobie, odrzucając materiał
gdzieś na bok. Ciepłe palce niemalże z czułością przesunęły się po
gładkiej, w żaden sposób nienaruszonej skórze jej ramion. Miała wrażenie,
że Samael chciał za wszelką cenę upewnić się, że wszystko wróciło do normy,
a słońce nie wyrządziło jej większej krzywdy.
– Gdybym
tylko to ja znalazł cię pierwszy – westchnął, muskając palcami plecy Ariany.
Uświadomiła sobie, że dotykał miejsca, w który znajdowało się znamię. –
Zanim Carlos i Dorian…
– Znacz
Doriana? – przerwała mu, prostując się niczym struna.
Spodziewała
się wielu rzeczy, ale niego tego. W zasadzie sama nie była pewna, dlaczego
ta kwestia nagle wydała jej się taka ważna, ale nie potrafiła ot tak zignorować
tego, co powiedział. Kiedy na dodatek wyczuła, że Samael wyraźnie się zawahał,
raptownie poważniejąc i z przesadną wręcz uwagą lustrując jej twarz,
nabrała pewności, że coś zdecydowanie było na rzeczy.
– Jest… tak
wiele rzeczy, które powinienem ci powiedzieć – przyznał w końcu. Spróbował
się odsunąć, ale stanowczo chwyciła go za ramię. – Ariano…
– Później –
zadecydowała stanowczo. – To może poczekać, czyż nie? Teraz chcę ciebie.
Nie miała
pojęcia, czy postępowała słusznie, ale nie dbała o to. Jedynym, czego tak
naprawdę chciała, była bliskość Samaela. Skupiała się na niej, chłonąć jego
obecność całą sobą i mając wrażenie, że dopiero teraz tak naprawdę była
cała. Czegokolwiek nie doświadczyłaby wcześniej, aż za dobrze pamiętając chwilę
słabości przy Carlosie, wydawało się niczym w porównaniu z bliskością,
której doznawała teraz. Wtedy szukała, podświadomie przez cały czas pragnąc
właśnie Samaela – a wszystko tylko po to, by odnaleźć go właśnie tutaj.
Wyraźnie
wyczuła jego wątpliwości. Spojrzał na nią w milczeniu, przez moment
wyglądając na chętnego, żeby coś powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobił.
Arana zawahała się, nie mogąc pozbyć wrażenia, że na własne życzenie pozwalała,
by umknęło jej coś istotnego, jednak prawie natychmiast wszelakie myśli
uleciały z głowy nieśmiertelnej, gdy Samael znów zaczął ją całować.
Pozwalał, by znaczył jej skórę kolejnymi pocałunkami, jakby próbując poznać ją
przy tym na nowo. Delikatne muśnięcia przyprawiały Arianę dreszcze, ona zaś
poddawała się temu bez cienia strachu, nagle mając wrażenie, że od chwili,
w której kochali się po raz ostatni, minęły co najwyżej tygodnie, a nie
całe wieki.
– Nigdy nie
powinnam do tego pozwolić – wyszeptała, kiedy nachylił się nad nią. Ułożyła
dłonie na jego policzkach, raz po raz gładząc kciukami gładką skórę. – Ja…
Kiedy sobie przypomniałeś?
– Gdy pewna
histeryczka wpadła na mnie na uczelnianym parkingu – wyjaśnił usłużnie.
Prychnęła,
po czym stanowczo zablokowała mu drogę do swoich ust.
–
Histeryczka? – powtórzyła urażonym tonem. – Wtedy jeszcze nie byłam sobą, jeśli
jeszcze tego nie zauważyłeś.
– A cóż
złego w odrobinie ludzkich odruchów? – zapytał zaczepnym tonem. – Udajesz
silniejszą, niż w rzeczywistości jesteś, Ariano.
Nie miała
pewności, w jaki sposób powinna zinterpretować jego słowa. Jak nikt inny
potrafił mieszać jej w głowie, niejednokrotnie krótkim stwierdzeniem potrafiąc
doprowadzić ją do szału. Znał ją, może nawet lepiej niż ona siebie, co
wielokrotnie wykorzystywał. Co więcej, zawsze mu na to pozwalała. Samael od
zawsze był kimś, kto potrafił nad nią zapanować, nawet jeśli czasem kosztowało
go to mnóstwo wysiłku i… cóż, wyjątkową nieuprzejmość.
– Więc…
przypomniałeś sobie, kiedy się spotkaliśmy – powiedziała cicho, wciąż
zamyślona. Ciepłym wargom jednak udało się dosięgnąć jej ust. Machinalnie
odwzajemniła pocałunek, myślami jednak była gdzieś daleko. – Nie przyszedłeś
tam z myślą o mnie – dodała, a Samael nagle zesztywniał. W pośpiechu
wyprostował się, by móc na nią spojrzeć.
– Skąd taki
wniosek?
– Nie
miałbyś powodu, żeby obserwować mnie akurat teraz… Czy się mylę? – Spojrzała na
niego z obawą. – To było nasze pierwsze spotkanie. Jeśli to ja przywołałam
wspomnienia… Cóż za sprzyjający zbieg okoliczności.
Nie od razu
doczekała się odpowiedzi. Samael wciąż nerwowo zaciskał usta, wydając się nad
czymś intensywnie myśleć.
– Dlaczego
ma wrażenie, że mi nie wierzysz, najdroższa? – zapytał w końcu.
Przez
krótką chwilę miała ochotę się roześmiać. Najdroższa!
Widział, jak wiele dałaby, by móc słuchać takich słów w nieskończoność.
Tęsknota dawała o sobie znać, zaś obejmujący ją mężczyzna doskonale
wiedział, w jaki sposób to wykorzystać.
Prawie. Bo
niezależnie od wszystkiego, nie zamierzała pozwolić zamydlić sobie oczu
czułościami.
– Wiesz
dobrze, co ja sądzę o przypadkach.
Samael
jedynie się uśmiechnął.
– Ależ
naturalnie – zgodził się. Brzmiał przy tym w niemalże pogodny sposób,
jakby to, o czym rozmawiali, wyjątkowo go bawiło. – Nie wierzysz w nie,
chociaż to nie wyklucza ich istnienia… I przeznaczenia.
– To nie
jest to samo – zaoponowała natychmiast.
– A więc
co? – drążył, a jego oczy wydawały się wręcz lśnić, kiedy na nią spojrzał.
– Zresztą jakie to ma znaczenie? Liczy się, że jak zawsze cię odnalazłem.
– Nie
wyjaśniłeś mi, w jaki sposób. – Chociaż zdecydowanie nie miała na to
ochoty, odsunęła go od siebie. – Co robiłeś tamtego dnia na uczelni,
Nicholasie?
Skrzywił
się, gdy użyła tego imienia. Przez jego twarz kolejny raz przemknął cień, to
jednak nie wydało się Arianie niepokojące. Cierpliwie czekała, w duchu
czując satysfakcję z nagłego pojawienia się jakże znajomego poczucia
kontroli. Co prawda przy Samaelu nigdy nie było to czymś oczywistym, ale
i tak zawsze próbowała wpłynąć na to, co działo się pomiędzy nimi.
– Oj,
maleńka… To nie jest oczywiste? – zapytał, wzdychając przeciągle. Nie czekał na
odpowiedź. – Nie uwierzę, jeśli powiesz mi, że nie zauważyłaś, co się dzieje. Łowy
zaczęły się już jakiś czas temu.
– Łowy…
Samael
z wolna skinął głową.
– Wszyscy
już od jakiegoś czasu wypatrywali córki Lucyfera. Kto pierwszy, ten lepszy… –
Zamilkł i zawahał się na dłuższą chwilę. – Dlatego tak bardzo żałuję, że
Dorian mnie uprzedził. Mam tylko nadzieję, że mój kuzyn – rzucił, nie kryjąc irytacji – nie zrobił ci krzywdy.
Jego śmierć, to chyba jedyne, za co jestem wdzięczny Carlosowi… Zwłaszcza kiedy
pomyślę, że ktokolwiek prócz mnie mógłby się do ciebie zbliżyć.
Patrzyła na
niego w oszołomieniu, w pierwszym odruchu wytrącona z równowagi.
Otworzyła usta, ale prawie natychmiast zamknęła je, uświadamiając sobie, że tak
naprawdę nie było niczego, co mogłaby mu powiedzieć. Nic, co miałoby znaczenie.
Liczyło
się, że Samael ją odnalazł. To, kim był przed odzyskaniem wspomnień, nie było
istotne.
– Więc
odnalazłeś mnie. Oboje tutaj jesteśmy – oznajmiła, chcąc postawić sprawę jasno.
– Ja…
Nie miała
okazji dokończyć..
W chwili,
w której z parteru doszedł ich dźwięk tłuczonego szkła, oboje
zamarli.
Uff… Wyrobiłam się z rozdziałem na dzisiaj, co bardzo mnie cieszy. Z prostego powodu: dzisiaj mijają dwa lata od chwili opublikowania prologu tej historii. Nie mam pojęcia, kiedy to zleciało, ale pal to licho. Liczy się, że jakoś wytrwałam, a Wy wciąż ze mną jesteście.Z wielkim dziękuję dla wszystkich, którzy czytają. Po prostu. Jestem wdzięczna za każdą osóbkę, która przewinęła się przez tego bloga i miała z czytania choć odrobinę frajdy.Nie rozwlekając, z mojej strony to tyle i do napisania! :3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz