23.04.2017

Rozdział XXXVIII

MARY
Alyssa… Alyssa!
Mary była spanikowana. W oszołomieniu spojrzała na przyjaciółkę, która bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zachwiała się niebezpiecznie i jak długa upadła na podłogę, nie dając dziewczynie nawet szansy na to, by mogła zareagować. Wszystko zresztą działo się bardzo szybko i zanim Mary zdążyła się zastanowić, Ali już osunęła się na ziemię, bezwładna i jakby bez życia.
Z bijącym sercem rzuciła się w stronę dziewczyny, natychmiast opadając u jej boku na kolana. I co ja niby mam zrobić w przypadku… wampirzycy?!, pomyślała w oszołomieniu, w tamtej chwili nie zastanawiając się nad tym, czego zdążyła dowiedzieć się od przyjaciółki. Wampir, hybryda… Jakie to właściwie miało znaczenie, zwłaszcza w tamtej chwili? Omdlenie w przypadku kogoś takiego jak Alyssa też nie powinno być możliwe, a jednak dziewczyna leżała teraz, całkowicie bezwładna i nieświadoma tego, co działo się wokół niej.
– Ali… – powtórzyła raz jeszcze, tym razem o wiele ciszej, dopiero w tamtej chwili uprzytomniając sobie, że ściągnięcie kogokolwiek do pokoju nie byłoby raczej najlepszym pomysłem.
Nachyliła się nad przyjaciółką, po czym odetchnęła z ulgą, natychmiast orientując się, że Alyssa oddycha – i to dość miarowo, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Mary odetchnęła, mimo wszystko uspokojona. W porządku, więc przynajmniej nie musiała jej reanimować, co uznała za dość pocieszające, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę całe to zamieszanie. Jakby mało było tego, czego dowiedziała się przez kilka ostatnich godzin, teraz na dodatek musiała mierzyć się z kolejnym problemem. Co więcej, ten również dotyczył Alyssy, choć zdecydowanie przekraczał jej dotychczasowe zdolności pojmowania.
Zadrżała mimowolnie, nagle zaniepokojona. Od nadmiaru emocji kręciło jej się w głowie, zresztą sama nie była już pewna, jak powinna się czuć. Próbowała zachować spokój, kiedy Alyssa opowiadała jej o tym, kim jest i co zmieniło się w ciągu zaledwie kilku tygodni, ale prawda była taka, że była przerażona. Ten lęk narastał w niej przez cały ten czas, nawet pomimo tego, że na wszystkie możliwe sposoby próbowała go zdusić. Łatwiej było koncentrować się na tym, co działo się wokół niej, żartować, a nawet szukać pozornie bezsensownych rozwiązać w internecie, ale – co właśnie mogła zaobserwować – taka taktyka w gruncie rzeczy prowadziła donikąd.
Jakaś część niej tak naprawdę sugerowała, żeby uciec z krzykiem, wrzeszcząc w niebogłosy i stanowczo zaprzeczając prawdziwości słów przyjaciółki. Nie to, że Alyssa mogłaby ją oszukać, ale na pewno istniało jakieś wyjaśnienie… Narkotyki? Choroba psychiczna? W końcu wszystko wydawało się równie prawdopodobne, a już na pewno brzmiało o wiele lepiej i bezpieczniej od przyznania się, że po świecie mogłyby chodzić wampiry albo… upadłe anioły.
Córka Lucyfera… Ha! Gdyby sprzedały tę historię do telewizji, mogłyby zostać albo milionerkami, albo spędzić resztę życia w jakimś zakładzie zamkniętym. Zabawne, ale chyba nawet to nie okazałoby się aż tak złą perspektywą. Cokolwiek, byleby jednak okazało się, że Alyssa coś pomyliła – i że całe to szaleństwo w rzeczywistości nie ma racji bytu.
Wciąż o tym myślała, jednocześnie przyłapując się na tym, że bezwiednie uważnie przyglądała się smukłemu ciału Alyssy, szukając czegokolwiek, co mogłaby uznać za niepokojące – chociażby śladu po igłach, które pozwoliłyby jej uwierzyć w którekolwiek ze swoich „przyziemnych” wyjaśnień. Niestety – nie zauważyła niczego, choć to równie dobrze mogło mieć związek ze zdenerwowaniem i tym, że dookoła panował półmrok. W głowie miała mętlik, a serce tłukło się w piersi Mary tak zawzięcie, jakby w każdej chwili mogło wyrwać się jej z piersi i uciec gdzieś daleko, nawet jeśli na pierwszy rzut oka to wydawało się niemożliwe. Cały dotychczasowy spokój po prostu się ulotnił, a ona klęczała na podłodze, tuż obok ciała swojej nieprzytomnej przyjaciółki-podobno-wampirzycy, nie będąc w stanie zrobić niczego, co okazałoby się chociaż odrobinę praktyczne. Czuła się bezradna, głupia i niedoświadczona, prawie jak dziecko, co zdecydowanie niczego nie ułatwiało.
A niech to szlag. Czuła się dokładnie tak jak przez te wszystkie lata, kiedy myślała o swojej matce i nie była w stanie zrobić niczego, żeby…
Energiczne walenie w drzwi całkowicie wytrąciło Mary z równowagi. Krzyknęła, bez zastanowienia podrywając się na równe nogi i przybierając pozycję, która najpewniej była jakąś marną parodią pozy bojowej. Dłonie jak na zawołanie zacisnęła w pięści, chociaż trzęsła się przy tym tak bardzo, że wątpliwym było, żeby w razie potrzeby zdołała zrobić z pięści jakikolwiek użytek. W rzeczywistości wszystko w niej aż krzyczało, że powinna pędem rzucić się do ucieczki, nawet jeśli – jak na ironię! – to ktoś, kto znajdował się za drzwiami, stanowiącymi jej jedyną drogę wyjścia, napawał ją takim przerażeniem.
Och, na litość boską, po prostu otwórz!, warknęła na siebie w duchu, ale nie ruszyła się z miejsca. Lekko potrząsnęła głową, jakby zaprzeczając samej sobie albo irytującym podszeptom intuicji. Rozsądek jej zachować się w najzupełniej normalny sposób, podejść do tych cholernych drzwi i wyjrzeć na zewnątrz, ale z drugiej strony… Kto normalny składał wizytę studentce, na dodatek w środku nocy? Nie miała chłopaka, a tym bardziej upierdliwych znajomych, którzy wpadliby na genialny pomysł urządzenia imprezy o tej porze, a zresztą…
Nerwowo spojrzała na Alyssę, coraz bardziej zmartwiona. Ktoś mógłby usłyszeć, że upadła, tym bardziej, że Mary w zdenerwowaniu przestała dbać o to, czy przypadkiem nie narobi hałasu, jednak nie sądziła, by to było aż takie proste. Miała wrażenie, że chodzi o coś innego i że coś jest nie tak, ale…
Znów usłyszała pukanie, tym razem o wiele subtelniejsze i nie tak natarczywe, ale to bynajmniej nie sprawiło, że poczuła się lepiej. Chwilę jeszcze obserwowała nieprzytomną przyjaciółkę, po czym bardzo niechętnie przeniosła wzrok w stronę drzwi, co najmniej jakby to właśnie one były przyczyną całego zamieszania i za moment zamierzały rzucić jej się do gardła. Zastygła w bezruchu, lekko chwiejąc się na nogach i bezskutecznie próbując zapanować nad nerwami, które w coraz większym stopniu zaczynały przejmować nad nią kontrolę. Sama nie była pewna, co powinna była zrobić, ale…
No cóż, być może wiedziała.
Mogła zadzwonić do Alexa i po prosić go, żeby natychmiast przyjechał. Jak go znała, pojawiłby się szybciej niż cały patrol policyjny na sygnale, nawet kosztem złamania po drodze całego kodeksu drogowego i Bóg raczy wiedzieć jakich jeszcze przepisów. Pewnie kazałby jej siedzieć cicho, nie otwierać drzwi i czekać na pomoc, niezależnie od tego czy jej obawy byłyby uzasadnione, czy też nie.
Na pewno, ale…
– A niech to wszyscy diabli! – zaklęła pod nosem, natychmiast odrzucając od siebie taką możliwość.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym co robi, po prostu ruszyła przed siebie, energicznym krokiem przeszła przez pokój. Już w następnej chwili (w duchu modląc się o to, by wyglądać na co najmniej zdeterminowaną) przekręciła zamek i szarpnęła za klamkę tak mocno, że sama nie zdziwiłaby się, gdyby przypadkiem wyrwała drzwi z zawiasów.
A potem dosłownie zamarła, porażona widokiem mężczyzny, który tkwił w progu.
Nieznajomy zastygł w bezruchu z uniesioną pięścią, co uzmysłowiło jej, że najpewniej zamierzał znów zacząć dobijać się do pokoju. Mimowolnie zmarszczyła brwi, zaskoczona, tym samym musiało uprzytomnić mu, co takiego robił, bo natychmiast opuścił rękę, pozwalając ramionom luźno zwisać wzdłuż ciała. Na pierwszy rzut oka widać było, że go zaskoczyła – być może samą tylko swoją obecnością, a może jednak tym, że zdecydowała się otworzyć, ale to nie było istotne. Najważniejsze i najbardziej oszałamiające było to, że w całym swoim życiu Mary zdecydowanie nie widziała kogoś takiego i że nie miała ot tak przyzwyczaić się do spotykania… tak niezwykłych osób.
Jej kontakty z mężczyznami były dość ograniczone, ale w przeszłości widziała wystarczająco wielu różnych facetów, by stwierdzić, którzy z nich byli naprawdę przystojni. Ten bez wątpienia taki był, blady i ciemnowłosy. W ciemnościach jego włosy wydawały się niemal całkowicie czarne, tym bardziej, że pojedyncze kosmyki kleiły się do twarzy, wciąż jeszcze ociekając deszczem – pamiątką szalejącej na zewnątrz ulewy. Ten kontrast – czerń i biel – powinien ją zaskoczyć, a jednak wydał się Mary bardzo na miejscu, tak jak i rysująca się pod swetrem pokaźna muskulatura. Bez wątpienia przybysz był silny, choć nie tak przesadnie wyćwiczony, jak to bywało w przypadku licznych kretynów, którzy znamienitą część życia spędzali na siłowni, modelując swoje ciało kosztem już i tak nielicznych szarych komórek. W jego przypadku najodpowiedniejszym słowem wydawał się raczej ideał albo mroczny, chociaż w oszołomieniu dziewczynie trudno było tak stwierdzić, który z tych terminów tak naprawdę opisywał to, co względem nieznajomego poczuła.
Właśnie wtedy zwróciła uwagę na jego oczy i serce jakimś cudem zabiło jej jeszcze szybciej.
Para lśniących, wręcz jarzących się w ciemnościach tęczówek wpatrywała się w nią z taką uwagą, że naprawdę poczuła się nieswojo. Oszołomiona, natychmiast zacisnęła obie dłonie na futrynie drzwi, nie chcąc ryzykować, że mięśnie nagle odmówią jej posłuszeństwa. Jej własne oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, zwłaszcza, że spojrzenia jej i mężczyzny w progu się spotkały. Zauważyła, że drgnął, wciąż uważnie przypatrując się szmaragdowym, kocim tęczówkom. Na bladej twarzy odmalowało się coś, co uznała za oznaki konsternacji, jednak zanim zdążyła się nad tym zastanowić, nieznajomy zdążył już wziąć się w garść, momentalnie odzyskując nad sobą kontrolę. Wyraz jego twarzy zmienił się tak błyskawicznie, że aż dostała gęsiej skóry, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona i onieśmielona jego obecnością. Jakby tego było mało, kiedy nagle rozchylił usta, a jej uwagę przykuła para długich, rzucających się w oczy kłów…
Doby Boże…
Bezwiednie drgnęła, po czym błyskawicznie cofnęła się o krok, omal nie potykając o własne nogi. Patrzenie w te czekoladowe tęczówki było równie przerażające, co i na swój sposób hipnotyzujące, przez co tym bardziej zapragnęła odwrócić wzrok. Nagle pożałowała, że w ogóle zdecydowała się otworzyć drzwi, tym bardziej, że momentalnie naszła ją niepokojąca, ale niezwykle prawdziwa myśl, że wcale nie ma przed sobą człowieka…
Nie, zdecydowanie nie mogła mieć przed sobą śmiertelnika – i to niezależnie od tego, jak bardzo by chciała.
Rzuciła się w stronę klamki, ale przybysz powstrzymał ją z taką wprawą, że nawet nie zorientowała się, kiedy ją pochwycił. Nagle po prostu zmaterializował się tuż przed nią, zaciskając dłonie na jej ramionach i sprawiając, że Mary na powrót zesztywniała, porażona samym tylko dotykiem. Jego skóra okazała się niepokojąco chłodna, zaś uścisk tak silny, że momentalnie wyzbyła się wątpliwości co do tego, czy mężczyzna byłby w stanie pogruchotać jej kości, gdyby go do tego zmusiła. Nie zrobił tego, przynajmniej w tamte chwili, ale sama myśl wystarczyła, by Mary poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona, świadoma bliskości śmierci niż kiedykolwiek wcześniej.
Spróbowała cofnąć się o kolejny krok, ale jej nie pozwolił. Obce dłonie mocniej zacisnęły się na smukłych ramionach dziewczyny, zaś spojrzenie coraz bardziej oszałamiało, tak przenikliwe i trudne do zinterpretowania, że ledwo była w stanie oddychać. W tamtej chwili była w stanie wyłącznie na niego patrzeć, a i on nie wydawał się chętny, by oderwać od niej wzrok. Wodził spojrzeniem po jej twarzy, jakby ucząc się jej na pamięć i wyciągając kolejne wnioski, których tylko on jeden był świadom. Jakaś cząstka Mary miała ochotę na niego naskoczyć, może nawet rzucić się nań z pięściami, a po wszystkim zarządzać wyjaśnień, ale… nie potrafiła się na to zdobyć.
Nieznajomy przesunął się bliżej, bez chwili wahania przestępując próg i tym samym zmuszając Mary do tego, żeby jednak się cofnęła – najpierw o krok, a później o kolejny. Poruszała się prawie jak w transie, nie mając odwagi zaprotestować albo zrobić czegoś, co mogłoby zostać niewłaściwie odebrane, niemal całkowicie pewna tego, że gdyby tylko zechciał, mógłby jednym ruchem pozbawić ją życia. Niemal spodziewała się, że nagle po prostu zmieni zdanie, przyciągnie ją bliżej siebie, a później… No cóż, jak gdyby nigdy nic wgryzie się w jej odsłonięte gardło, bo chyba właśnie to miały w zwyczaju robić wampiry.
Wampiry! Właśnie wpuściła do domu wampira!
Taak? A co ze zdrowym rozsądkiem, Mary?, odezwał się odrobinę złośliwy, cichy głosik w jej głowie. W końcu sama dopiero co robiła wszystko, byleby tylko zaprzeczyć prawdziwości tego, w co brnęły razem z Alyssą. Zresztą… nie powinnaś go najpierw zaprosić, żeby mógł wejść…?
Wiesz co?, warknęła w odpowiedzi. Rozmawianie ze sobą nigdy nie wróżyło dobrze, ale z drugiej strony… Wpuszczenie wampira do mieszkania również nie było jakoś szczególnie normalne. Zamknij się w końcu!
Chłodne dłonie wciąż zalegały na jej ramionach, ale prawie nie była tego świadoma. Omal nie wyszła z siebie, kiedy wraz z kolejnym niekontrolowanym ruchem nagle wpadła na ścianę, całkowicie oszołomiona chłodem, który poczuła pod plecami. Oddychając coraz szybciej i ciężej, bezradnie się o nią oparła, walcząc z narastającym atakiem paniki i niezdolna, żeby złapać tchu. Nigdy wcześniej nie czuła się w taki sposób, ale to i tak było najmniej istotne, zwłaszcza w obliczu tego, co w każdej chwili mogło się wydarzyć.
Do tej pory intruz starał się utrzymywać stały dystans pomiędzy nią a sobą, ale w tamtej chwili ta dziwna, na swój sposób przerażająca gra dobiegła końca. Mężczyzna przestąpił krok na przód, nagle znajdując się tak blisko, że otarli się o siebie. Czuła bijący od niego chłód, co chyba nie powinno jej dziwić, skoro z założenia… prawie na pewno był martwi, choć zdecydowanie na takiego nie wyglądał. Wciąż na nią patrzył, poza tym w tamtej chwili była w stanie poczuć jego zapach, choć w żaden sposób nie była w stanie jednoznacznie opisać tej woni – słodkiej, choć zakłóconej czymś niezwykle drapieżnym, jak piżmo albo…
Och, nie mogła myśleć!
– Jaka szkoda… – usłyszała i mimowolnie zadrżała, słysząc jego głęboki, przyjemny dla ucha baryton. Głos wydawał się owijać wokół niej, równie zasmucony co i zaczepny, jakby jego właściciel tylko szukał okazji, by zacząć zachowywać się w bardzo, ale to bardzo irytujący sposób. Co więcej, był niebezpieczny i to wydawało się tak oczywiste, jak dodanie dwa do dwóch. – Uciążliwa przyjaciółka, która nie wie, kiedy należy dać sobie spokój – oznajmił z przekonaniem i w tamtym momencie czar prysł.
Zrozumiała.
– Wampir-dyktator, któremu wydaje się, że może wszystko, tylko dlatego, że nie tak łatwo skopać mu tyłek – odgryzła się, zanim zdążyła zastanowić się nad tym co robi i jednak dojść do wniosku, że najrozsądniej byłoby ugryźć się w język i zamilknąć.
– O rany! Już sobie poplotkowałyście? No proszę… – Mężczyzna zamilkł i potrząsnął z niedowierzaniem głową, wyraźnie zaskoczony. – Gdyby nie niebezpieczny aspekt tej sytuacji, powiedziałby, że zrobiło się naprawdę ciekawie, aczkolwiek... Ale skoro tak chcesz ująć sprawę, będę musiał poradził sobie inaczej.
Nagle znalazł się jeszcze bliżej – tak, że ich ciała znów otarły się o siebie. Mary zesztywniała, kiedy Carlos Sorenti bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przyparł ją do ściany, napierając nań całym ciałem i sprawiając, że momentalnie zabrakło jej tchu. Już w następnej sekundzie jego usta znalazły się niebezpiecznie blisko jej odsłoniętego gardła, a słodki, zimny oddech owiał jej policzek, przyprawiając o palpitacje serca. Jak na zawołanie pociemniało jej przed oczami i zachwiała się niebezpiecznie, kiedy poziom zagrożenia i krążąca w jej żyłach adrenalina, osiągnęły swoje apogeum. Nie pamiętała czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś podobnego, ale niezależnie od wszystkiego, wiedziała jedno: gdyby tylko zechciał, Carlos bez chwili wahania mógłby ją zabić.
Przerażenie narastało, wydając się przysłaniać wszystko inne, a jednak jakimś cudem Mary udało się zdusić instynktowne pragnienie, żeby natychmiast rzucić się do ucieczki albo zacząć krzyczeć – i to nie tylko dlatego, że wampir jak nic by na to nie pozwolił. Mając wrażenie, że właśnie robi najgłupszą rzecz na świecie, wręcz prosząc się o śmierć, ostrożnie uniosła głowę i zmusiła się do tego, żeby spojrzeć w lśniące tęczówki swojego potencjalnego zabójcy. Na ustach nieśmiertelnego nadal majaczył niezwykle pociągający, chociaż cyniczny uśmieszek, to jednak nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia – a przynajmniej starała się udawać, że tak jest.
– Zamieszasz mnie zabić, Carlos? – zapytała ze spokojem, który zaskoczył nawet ją. Być może lepiej byłoby nie wiedzieć, ale to pytanie wydało się równie naturalne, co i fakt, że wiedziała z kim ma do czynienia.
Wampir lekko zmrużył oczy, ale poza tym nawet słowem nie skomentował tego, że mogłaby nazwać go po imieniu.
– To zależy – przyznał, po czym przekrzywił głowę, zupełnie jakby chciał przyjrzeć jej się pod innym kątem. – Możesz nazwać mnie swoją śmiercią, jeśli masz taką ochotę. Chyba nawet mogłoby się to spodobać – stwierdził, a Mary prychnęła.
– Czymże sobie zasłużyłam na taki przywilej? – zapytała i zaśmiała się cicho, na swój sposób histerycznie. Świetnie. Właśnie dyskutuję z krwiopijcą o tym, czy zdążył ją zaplanować sobie moją śmierć!, pomyślała w oszołomieniu i mimowolnie zadrżała, co bez wątpienia nie uszło uwadze Carlosa. Kąciki ust wampira drgnęły, chociaż tym razem przynajmniej powstrzymał kpiarski uśmieszek, ograniczając się do taksowania jej wzrokiem. – Jeśli już musisz wiedzieć, dla mnie jesteś co najwyżej skurwielem, który śmiał podnieść rękę na moją przyjaciółkę. To podoba mi się bardziej od śmierci albo nazywania cię dupkiem – stwierdziła, chociaż wszystko w niej aż krzyczało, że powinna milczeć.
Ciemne tęczówki zabłysły w równie niepokojący, co i figlarny sposób, całkowicie wytrącając Mary z równowagi – tym bardziej, że już w następnej chwili Carlos roześmiał się w tak oszałamiający sposób, że wydawało się to wręcz nieprawdopodobne. Nawet śmiech miał niezwykły, równie czarujący, co i ton głosu, tym samym sprawiając, że poczuła się tak, jakby ten dźwięk owijał się wokół niej. Najpewniej taki był jego zamiar – to, żeby ją oszołomić i sprawić, by poczuła się jeszcze bardziej zagubiona – ale chociaż doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nie była w stanie zrobić niczego, żeby się przed nim obronić.
– Dobry Boże… Zabawna jesteś, maleńka – stwierdził i uśmiechnął się drapieżnie. – Pyskujesz do mnie i mam wrażenie, że najchętniej wydrapałabyś mi oczy, chociaż… No cóż, jesteś przerażona. – Zmierzył ją wzrokiem i niby to przypadkowo poruszył się w taki sposób, żeby ich biodra otarły się o siebie. Mary miała wrażenie, że serce za moment wyskoczy jej z piersi ze zdenerwowania. – Mam rację? Och, ależ oczywiście, że tak.
– Jak widzę, uwielbiasz odpowiadać sam sobie – rzuciła chłodno. – Dobrze jest się czasami dowartościować i….
– Uważasz, że daleko zajdziesz, jeśli spróbujesz podważyć moją męskość? – Wywrócił oczami, ale zauważyła, że spoważniał, najwyraźniej zaczynając tracić cierpliwość do tego, żeby z nią igrać. Już po zachowaniu Alyssy poznała, że nastroje dziewczyny są niepokojąco chwiejne i zmieniając się w mgnieniu oka, ale najwyraźniej miała przed sobą kogoś, kto był prawdziwym mistrzem pod tym względem. – Nie przyszedłem tutaj, żeby dokładać sobie problemów… A tak swoją drogą, ty jesteś problemem, jeśli jeszcze się nie zorientowałaś – oznajmił dobitnie, a Mary cała zesztywniała. Jeśli wierzyć Alyssy, takie myślenie nie mogło wróżyć niczego dobrego. – Przyszedłem tutaj w konkretnym celu, a skoro byłaś taka dobra i mnie wpuściłaś… – Zamilkł i spojrzał jej w oczy. Mimo przyprawiającego o dreszcze spojrzenia, Mary mimochodem zauważyła, że miał ładne, długie rzęsy, które rzucały cienie na jego policzki. – Co powinienem teraz z tobą zrobić, słodka Mary?
Wraz z tym pytaniem pojęła, że najpewniej skończył jej się czas. Carlos nie wyglądał na mistrza cierpliwości, a ona już teraz zdążyła wytrącić go z równowagi, ale mimo wszystko…
Bezwiednie zamknęła oczy, podświadomie czekając na ból albo… No cóż, w zasadzie cokolwiek, wampir jednak najwyraźniej nieszczególnie śpieszył się z tym, by się jej pozbyć. Nie miała pojęcia co go powstrzymywało, ale to i tak nie miało znaczenia – tym bardziej, że nie sądziła, by cokolwiek było w stanie odwlekać podjęcie przez niego decyzji w nieskończoność.
No cóż, myliła się.
– Carlosie Sorenti, masz natychmiast zostawić moją przyjaciółkę!
Dobry wieczór! :3 Wrzucam jeden z moich ulubionych rozdziałów – pierwsze oficjalne spotkanie Carlosa i Mary, czyli istna mieszanka wybuchowa. Pamiętam, że pisało mi się go bardzo dobrze i to uczucie towarzyszyło mi również teraz, kiedy czytałam tę część, więc coś musi w tym być… Cóż, ocenę pozostawiam oczywiście Wam.
Dziękuję za komentarze i obecność. Kolejny już w przyszłym tygodniu, więc do napisania. I jak zwykle cieszę się, że jesteście!