10.06.2018

Rozdział LXV

ALYSSA
Poruszała się trochę jak w transie. Biegła przed siebie, już nie zastanawiając się nad tym czy to, co robiła, miało jakikolwiek sens. W pewnym momencie straciła całkowite poczucie czasu i orientację w terenie. Nie myślała, nie płakała ani nie pytała samej siebie, co robiła. Po prostu biegła, z uporem zmierzając przed siebie – do miejsca, w którym nade wszystko pragnęła się znaleźć.
To było tak, jakby jakaś niewidzialna siła prowadziła ją w odpowiednim kierunku. Oczami wyobraźni niemalże widziała srebrzystą nić, która pokazywała jej drogę. Alyssa poddała się temu pragnieniu – impulsowi, który wcześniej przywiódł ją do Home i bezpiecznego domu Sorentich. Teraz kolejny raz ta niewidzialna siła prowadziła ją, kiedy najbardziej tego potrzebowała. I chociaż nie miała pojęcia, gdzie ostatecznie miała wylądować, nie zamierzała protestować ani pozwolić sobie na dalsze wątpliwości.
Zaczynało już świtać, kiedy oprzytomniała na tyle, by zacząć zwracać uwagę na to, co działo się wokół niej. W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że bez pośpiechu przemierzała cichą, opustoszałą uliczkę, pełną domków jednorodzinnych. Gdzie była? Nie miała pojęcia, chociaż wcale nie zdziwiłaby się, gdyby zawędrowała aż po samo Seattle albo jeszcze dalej. Szła ulicą, obojętna na to, że tuż obok od czasu do czasu przejechał samochód. Wodziła wzrokiem na prawo i lewo, próbując stwierdzić, czy kiedykolwiek wcześniej była w tym miejscu, ale okolica wydawała się obca. Nie miała pojęcia gdzie była, ale to i tak nie miało dla niej znaczenia.
Świt przyniósł ze sobą zrozumienie i zmęczenie, ale i nad tym nie chciała się zastanawiać. Czuła się tak, jakby z życia wyjęto jej kilka znaczących godzin, ale chociaż ten stan powinien ją zaniepokoić, nic podobnego nie miało miejsca. Znużenie dawało jej się we znaki, ale nie zatrzymała się, z uporem prąc przed siebie – krok za krokiem, stopniowo przybliżając się do celu, którego nawet nie potrafiła określić. Prawda była taka, że się zgubiła, ale z jakiegoś powodu nie potrafiła się tym przejąć.
Jak miałaby, skoro tak naprawdę wątpiła, by istniało miejsce, do którego przynależała? Nie chciała wspominać słów Jasona, bo te bolały tak czy siak, zresztą tak jak i przesłanie, które ze sobą niosły. Już nie była mile widziana w miejscu, które dotychczas traktowała jako dom. W gruncie rzeczy nigdy tam nie przynależała, tak jak i nie pasowała do życia pod dachem Diany. Uciekła do Seattle pod pretekstem studiów, ale to też nie było to, bo zwłaszcza teraz nie miała być w stanie ich skończyć. Sęk w tym, że nawet tego nie żałowała, bardziej niż wcześniej świadoma, że to od samego początku było chwilowym stanem – że po prostu cierpliwie czekała na coś więcej, czego do tej pory nie potrafiła określić.
To było tak, jakby przez całe życie szukała – z tym, że wcześniej nie była tego świadoma.
Coś w blasku poranka sprawiło, że poczuła się nieswojo. Mimowolnie zadrżała, nagle mając wrażenie, że powinna się ukryć. Nie doświadczyła tego za pierwszym razem, kiedy wybrała się na spacer w środku dnia, czym zresztą tak bardzo zszokowała Jasona. Tym razem poczuła się niemalże jak w potrzasku, ni z tego, ni z owego gotowa przysiąc, że jeśli natychmiast nie znajdzie schronienia, wydarzy się coś bardzo złego.
To tylko twoja wyobraźnia. I zmęczenie, pomyślała, ale z jakiegoś powodu była całkowicie pewna, że oszukiwała samą siebie.
Przyśpieszyła, niespokojnie rozglądając się dookoła. Rozsądek podpowiadał jej, że musiała na siebie uważać, zwłaszcza że w pobliżu przecież znajdowali się ludzie. Co prawda było zdecydowanie zbyt wcześnie, by na ulicach panował nadmierny ruch, ale to nie miało znaczenia, skoro wciąż ktoś mógł ją zobaczyć. Poruszanie się w przesadnie szybko, typowy dla istot nieśmiertelnych sposób, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Wiedziała o tym, zresztą musiała pilnować się od momentu, w którym opuściła gęstwinę i znalazła w mieście, a przynajmniej takie miała wrażenie. W końcu zdecydowanie ocknęłaby się dużo szybciej, gdyby ktoś nagle zaczął krzyczeć, zaniepokojony tym, że zobaczył biegającego z nadludzką prędkością wampira, prawda?
Nie miała pojęcia. I nie obchodziło ją to.
Z każdą kolejną minutą czuła się coraz bardziej spanikowana. Co pokusiło ją do tego, by zawędrować aż tak daleko? Czuła się bardziej skołowana niż w dniu przemiany, kiedy długie godziny błądziła bez celu, szukając czegoś, czego nawet nie potrafiła nazwać. W głowie miała pustkę, nawet nie próbując interpretować targających nią w tamtej chwili uczuć. Bała się, ale nie miała pojęcia czego. W końcu znajdowała się w samym środku miasta, całkiem sama i otoczona co najwyżej ludźmi, z którymi bez trudu mogłaby sobie poradzić, gdyby zaszła taka potrzeba.
Niczego już nie rozumiała. Dotychczas prowadząca ją siła zniknęła, a może nigdy jej nie było. Być może od samego początku zachowywała się jak ostatnia idiotka, aż prosząc się o to, żeby spotkało ją coś złego. Czuła się zmęczona, chora i coraz bardziej niespokojna, zwłaszcza kiedy z mocą dotarło do niej, że nie miała pojęcia, co takiego powinna ze sobą zrobić. Już nie wiedziała gdzie iść. Nie miała pojęcia do kogo się udać.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści tylko po to, by prawie natychmiast rozprostować palce. Mogłaby płakać z bezsilności, ale na to też nie miała siły. Kto wie, może tak naprawdę wypłakała wszystkie łzy po rozmowie z Jasonem albo wcześniej, kiedy jeszcze ciskała się, gotowa wyzywać Carlosa na wszystkie możliwe sposoby. Co zresztą przyszłoby jej z płaczu? Pomyślała o swoim stwórcy i Mary, jakoś nie mając wątpliwości, że oboje pomogliby jej, gdyby o to poprosiła – każde kierując się swoimi motywami – ale nie miała jak do nich zadzwonić. Wyszła z domu jak stała, nawet nie zastanawiając nad czymś tak trywialnym, jak zabranie ze sobą telefonu.
Być może już wtedy podświadomie czuła, że wcale nie chciała, by ktokolwiek ją odnalazł.
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy, wyparte przez narastający z każdą kolejną sekundą niepokój. To już nie były po prostu nieuzasadnione obawy, których nawet nie potrafiła sprecyzować. W tamtej chwili naprawdę się bała, obojętna na to, czy miało to jakikolwiek związek ze zdrowym rozsądkiem. Przyśpieszyła, najpierw szybko idąc, a po chwili już biegnąc – co prawda wciąż ludzkim tempem, ale to wciąż w każdej chwili mogło się zmienić.
Ból pojawił się nagle, całkowicie wytrącając ją z równowagi. Aż zachłysnęła się powietrzem, zaskoczona falą gorąca, która rozeszła się po całym jej ciele. Przypominało to trochę agonię, której doświadczyła podczas przemiany, chociaż nie było aż do tego stopnia obezwładniające. Wciąż mogła się ruszać, więc bez wahania rzuciła się przed siebie, na oślep podążając w głąb obcej uliczki.
Instynkt nakazał jej natychmiast umknąć w cień. Nie zastanawiając się nad tym, gwałtownie skręciła, wpadając w kolejną wąską uliczkę. Palenie ustąpiło, ledwo tylko znalazła się w cieniu, chociaż ból pozostał, przy każdym kolejnym kroku dając się Alyssy we znaki. Z bijącym sercem, chwiejąc się na nogach i spazmatycznie chwytając oddech, przeszła kilka ostatnich metrów, które dzieliły ją od najbliższego z budynków. Z jękiem oparła się o przyjemnie chłodną ścianę, po czym osunęła się po niej na ziemię, coraz bardziej roztrzęsiona. Drżącą dłoń przycisnęła do ust, by stłumić szloch, kiedy w pełni dotarło do niej, czego właśnie doświadczyła.
Płonęła. Słodki Jezu, nie miała co do tego wątpliwości! Słońce paliło jej skórę, coraz bardziej i bardziej, chociaż nigdy dotąd…
Wszyscy powtarzali jej, że była inna… I była. Więc dlaczego tak nagle…?
Podciągnęła kolana pod brodę, ciasno oplatając łydki ramionami. Zamknęła oczy i zaczęła kołysząc się w przód i w tył. „To niemożliwe. Niemożliwe…” – tłukło jej się w myślach. Niemalże powtarzała to niczym mantrę, w rzeczywistości jednak nie była zdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. W efekcie po prostu nieporadnie poruszała wargami, bezskutecznie próbując się uspokoić i przekonać do tego, że nie mogła spędzić reszty dnia w cieniu. Przynajmniej nie w tym miejscu, gdzie słońce prędzej czy później miało dotrzeć, nie wspominając o tym, że w każdej chwili ktoś mógł ją zaobserwować.
To, że wrzucała się w oczy, nie pozostawało najmniejszych nawet wątpliwości. Nie dało się tak po prostu zignorować skulonej, przerażonej dziewczyny, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak obłąkana. W zasadzie Alyssa mogła co najwyżej zgadywać, jak w tamtej chwili się prezentowała – dodatkowo blada, roztrzęsiona i z poplątanymi, przetykanymi liśćmi włosami. Już i tak czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła rozpaść się na kawałeczki – zamienić w pył, co zresztą wcale nie było takie nieprawdopodobne, skoro jej ciało zaczęło reagować na słońce.
Potrzebowała schronienia. Musiała znaleźć miejsca, gdzie mogłaby bezpiecznie przeczekać do wieczora, ale nie miała pojęcia, gdzie powinna szukać. Była sama, absolutnie nieprzygotowana do tego, by radzić sobie z tak poważnym problemem jak to, że miałaby spalać się na słońcu.
Wstawaj!, warknęła na siebie w duchu. Musisz stąd iść. Musisz…
Z tym, że nie potrafiła.
Wplotła palce we włosy, szarpiąc je energicznie. Czuła się jak w potrzasku, niemalże wyczekując momentu, w  którym znów znajdzie się w blasku dnia. Oczekiwała bólu, który stopniowo przybierałby na sile, by później…
Nie!
Błyskawiczne poderwała się na równe nogi, bez zastanowienia rzucając do dalszego biegu. Starała trzymać się w cieniu, w pośpiechu przebiegając z jednego bezpiecznego miejsca do kolejnego. Błądziła, bezradnie szukając schronienia, ale nie będąc w stanie dostrzec żadnego punktu, gdzie mogłaby się zatrzymać na dłużej. Z drugiej strony, może po prostu panikowała, w nerwach nie będąc w stanie odszukać żadnego sensownego rozwiązania. Nie myślała, czując się trochę jak dziecko we mgle – zagubiona, przerażona i całkowicie niepewna tego, co powinna zrobić.
Za każdym razem, kiedy ruszała się z miejsca, było już tylko gorzej. Skóra paliła, w miarę jak świeże rany otwierały się na nowo. Tylko raz odważyła się spojrzeć na swoje przedramiona, zauważając, że zazwyczaj blada cera zarumieniła się, a ostatecznie zaczerwieniła. Raz po raz napinające się mięśnie bolały, a ostatecznie zaczęły protestować. Kolejny raz wpadła w cień, ale zamiast zatrzymać się, biegła dalej, raz po raz wpadając w kolejne, coraz to nowsze i równie opustoszałe uliczki. Czuła, że to bez sensu i że musiała zatrzymać się chociaż na moment, by spróbować odpocząć, ale nie potrafiła się do tego zmusić.
Przecież czegoś szukała.
Było miejsce, do którego musiała dotrzeć, ale…
Na wpół przytomna skręciła po raz kolejny. Aż jęknęła, nagle lądując w pełnym słońcu. Cofnęła się o krok, gotowa wycofać w bezpieczny cień, ale z jakiegoś powodu jej umysł zaprotestował nad takim rozwiązaniem.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, po prostu ruszyła przed siebie, pod wpływem impulsu dopadając do drzwi najbliższego z domów. To było niczym impuls – na swój sposób desperackie i pozbawione jakiejkolwiek logiki. Z drugiej strony, tkwiąc w palących promieniach wciąż częściowo skrytego za horyzontem słońca, miała prawo zachowywać się irracjonalnie.
A jednak z jakiegoś powodu poczuła ulgę. Nareszcie, przeszło jej przez myśl i nawet nie próbowała zastanawiać się nad znaczeniem tego jednego słowa.
Czuła, że powinna zapukać, ale nie potrafiła zmusić się do tego, by choćby spróbować unieść rękę. Zachwiała się niebezpiecznie, z całym impetem wpadając na drzwi – i to akurat w chwili, w której te gwałtownie się otworzyły.
Usłyszała, że ktoś zaklął, a potem czyjeś ramiona wciągnęły ją do pogrążonego w przyjemnym półmroku przedpokoju.
Ciężko osunęła się na podłogę, świadoma wyłącznie rozchodzącego się po całym ciele bólu, ale też nieopisanej wręcz ulgi. Oddychała szybko i płytko, czując jak jej żołądek skręca się, grożąc wywróceniem na drugą stronę. Włosy kleiły się o wilgotnych policzków, ale za żadne skarby nie potrafiła stwierdzić czy to pot, łzy czy może krew. Obraz raz po raz zamazywał się Alyssy przed oczami, ale nawet w takim stanie zdążyła zauważyć, że ktoś klęczał tuż obok niej, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa.
– Alyssa!
Ktoś… wypowiadał jej imię, ale…
Czyjeś dłonie raptownie posadziły ją do pionu. Aż syknęła z bólu, ale to nie powstrzymało intruza przed tym, by wziąć ją w ramiona. Kiedy odchyliła głowę, dostrzegła jego twarz – bladą i przerażoną, co zresztą wcale jej nie zdziwiło.
Najbardziej jednak zszokował ją widok rozszerzonych do granic możliwości, intensywnie niebieskich oczu.
Nicholas. Był tutaj.
Odnalazła go.
Nagle wszystko stało się jasne. Tak przynajmniej pomyślała, chociaż za żadne skarby nie była w stanie uporządkować tego, co działo się w jej głowie. Wszystko wydawało się tak bardzo odległe i irracjonalne, a jednak…
– Cii… Pij. – Nie od razu dotarł do niej sens jego słów. To, że do ust podsunął jej nadgarstek, tym bardziej. – Alyssa, do cholery!
Dopiero jego słowa ją otrzeźwiły. Zareagowała instynktownie, bez zastanowienia wgryzając się w podstawiony jej przegub. Słodycz krwi ją oszołomiła, dosłownie eksplodując w ustach i pozbawiając wampirzycę tchu. To wystarczyło, by z jękiem przywarła do rany, łapczywie biorąc kolejne łyki. Czuła ciepło, które błyskawicznie rozeszło się po całym jej ciele, tym razem zamiast bólu niosąc ze sobą ulgę. W oszołomieniu uświadomiła sobie, że spijała krew Nicholasa, całkowicie bezradna i niezdolna ukryć swojej prawdziwej natury. Z kolei on…
On po prostu jej na to pozwalał.
Chciała przerwać, ale nie potrafiła. Chwilę jeszcze trwała w jego ramionach, skupiona wyłącznie na tym, żeby pić, zanim w końcu otrząsnęła się na tyle, by spróbować oderwać się od rany.
– N-nie mogę – wykrztusiła, próbując się odsunąć. Chociaż nie sądziła, że to możliwe, stanowczy uścisk Nicholasa wystarczył, żeby utrzymać ją w miejscu. – Nicholas, ja…
– Pij – powtórzył z uporem.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Chciała zaprotestować, ale w efekcie była w stanie co najwyżej spoglądać do niego rozszerzonymi do granic możliwości oczami. Wyglądał na zmartwionego, może nawet wściekłego, ale zdecydowanie nie zszokowanego – nie w sposób, który sugerowałby, który świadczyłby o tym, że jakkolwiek zaskoczył go widok wygłodniałego, poparzonego przez słońce wampira.
Wręcz przeciwnie. Skoro pozwalał jej pić, wydając się doskonale wiedzieć, co powinien w obecnej sytuacji zrobić…
– Ile ty wiesz? – wyszeptała słabym głosem, coraz bardziej oszołomiona.
Zadrżała, kiedy jak gdyby nigdy nic wyciągnął rękę, by niemalże z czułością odgarnąć jej włosy z twarzy. Uważnie przypatrywał się jej bladym policzkom, nie pozostawiając jej nic innego, jak spojrzeć mu w oczy. Zamarła, co najmniej porażona blaskiem jego lśniących, intensywnie niebieskich oczu.
Tych oczu…
I nagle znów spadała, coraz niże i niżej, stopniowo zapadając się w pustkę. Tymczasem on wciąż trwał tuż obok, tak bardzo prawdziwy i żywy.
Zrozumienie, które nagle poczuła, zdecydowanie nie należało do niej, ale Ariany.
Słowa, które chwilę później padły z jej ust, tym bardziej.
– Samael… – wyszeptała sennie, wyciągając rękę, by ułożyć na jego policzku. – Znalazłam cię.
A potem wszystko zniknęło, kiedy ostatecznie poddała się i straciła przytomność.
NICHOLAS
Miał wrażenie, że od samego rana wiedział, że wydarzy się coś niedobrego. Od kilku godzin siedział niemalże jak na szpilkach, niespokojnie krążąc po mieszkaniu i wydając się czekać na coś, czego nie potrafił określić. To tak, jakby od początku wiedział, że ona przyjdzie – że w końcu się pojawi, chociaż sama myśl o Alyssy bolała, stopniowo doprowadzając go do szału.
Żałował, że nie potrząsnął nią, kiedy widzieli się po raz ostatni. Może gdyby to zrobił i uświadomił ją, kim był, nie uciekłaby. A jednak coś go powstrzymało – może oszołomienie, a może ta cholerna duma, która nakazywała mu założyć, że to ona powinna go pamiętać. Skoro miała dość odwagi, by się z nim całować, stanowczo zaprzeczając wszystkim słowom protestu, które padały z jej ust, czy nie powinna być w stanie w końcu sobie przypomnieć? Skoro jemu się udało już w chwili, w  której pierwszy raz trzymał ją w ramionach, gdy wpadła na niego na tamtym parkingu, dlaczego ona…?
To wszystko było bez sensu, z kolei czekanie jedynie doprowadzało Nicholasa do szału. Swoją drogą, przywykł do tego imienia, zwłaszcza że w tym wcieleniu należało do niego. Wspomnienia z przeszłego i teraźniejszego życia mieszały się ze sobą, tworząc zadziwiająco spójną całości, w której jakimś cudem potrafił się odnaleźć. Już wiedział, czego chce, tylko – jak zwykle zresztą – nie potrafił się za to zabrać.
Nigdy nie miał pewności, czego powinien oczekiwać po Arianie. Czasami to ona stawała przed nim, zdecydowana i piękna, podczas gdy on wciąż jej nie pamiętał. Pamiętał, że chwilami bywała aż tak bezpośrednia, że to było wręcz czymś nie do pojęcia. „Cześć, jestem Ariana. Córka Lucyfera i twoja prawdziwa miłość!”. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby za którymś razem powiedziała mu właśnie coś takiego – również teraz, chociaż do kruchej Alyssy to absolutnie nie pasowało.
Brał pod uwagę wiele scenariuszy, ale żaden nie wydawał się wystarczająco prawdopodobny. To, że dziewczyna przez kolejne dni nie dawała znaku życia, wydając się z uporem trwać przy tym, co powiedziała mu ostatnim razem, jedynie wszystko komplikowało. W końcu próbował, prawda? Zbliżył się do niej. Rozmawiał z nią, może nawet w zbyt otwarty, zdecydowany sposób. A potem całowali się i czuł, że pragnęła go równie mocno, co i on jej, a jednak…
A potem stanęła w progu jego domu, roztrzęsiona i ledwo żywa, całkowicie wytrącając go z równowagi.
Mógł tylko zgadywać, co się stało. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, natychmiast wciągnął ją do środka, obojętny na to, że na ułamek sekundy słoneczny blask padł na jego odsłonięte dłonie. Ból był sprawą drugorzędną, zwłaszcza że w jednej chwili całą jego uwagę pochłonęła wyłącznie wtulona w niego Alyssa. To, że miałby jej pomóc, było oczywistym impulsem, któremu natychmiast się poddał. Trzymał ją w ramionach, zmuszając do picia krwi i nawet nie próbując zastanawiać się nad tym, jakim cudem odnalazła go aż tutaj.
To było prawie jak sen. Tak po prostu tutaj była, roztrzęsiona, blada i zakrwawiona. Widział szok w jej oczach, gdy tylko uprzytomniła sobie, co się działo, ale to nie miało znaczenia. W tamtej chwili nic się nie liczyło, bo nie zamierzał dłużej udawać kogoś, kim nie był. Już i tak zwlekał zbyt długo, aż prosząc się o to, by któremuś z nich stała się krzywda.
Z kolei Alyssa…
Była tuż obok. Wpatrywała się w niego rozszerzonymi oczami, na wpół przytomna i bliska omdlenia. Czuł, że drżała, ale trudno było mu stwierdzić czy z bólu, czy może przez nadmiar emocji. To w gruncie rzeczy nie miało znaczenia, zwłaszcza że ułamek sekundy później coś zmieniło się w spojrzeniu wpatrzonej w niego dziewczyny.
Przez krótką chwilę był gotów przysiąc, że nareszcie patrzyła na niego ta, której szukał – w pełni świadoma, chociaż to równie dobrze mogło być wyłącznie złudzeniem. Kiedy się całowali również miał nadzieję, że to Ariana, a jednak…
A potem Alyssa wyciągnęła rękę, by z czułością dotknąć jego twarzy. Na ustach dziewczyny pojawił się blady, niepewny uśmiech, chwilę później zaś z jej ust padły słowa, które w gruncie rzeczy tłumaczyły wszystko.
– Samael… – szepnęła. Zabrzmiało to trochę jak westchnienie, to jednak wystarczyło, by Nicholas zamarł, spoglądając na nią z nadzieją. – Znalazłam cię.
Chwilę później osunęła się w jego ramionach, ostatecznie tracąc przytomność.
Nie zastanawiając się dłużej, Nicholas porwał ją na ręce i poderwawszy się na równe nogi, ruszył w głąb domu.
Ach… Mnie nie pytajcie. Od samego początku wiedziałam, że jakoś to z nimi musi być, ale – o ironio – jak sceny z Carlosem i Mary albo Carlosem i Alyssą miałam zaplanowane od dawna, tak relacja z Nicholasem pozostawała dla mnie zagadką. Tak więc rozdział napisał się sam, a ja jestem nim w pełni usatysfakcjonowana. Mam nadzieję, że Wy również będziecie.
Co mogłabym dodać? Dziękuję za obecność. Kolejny już wkrótce, a przynajmniej mam taką nadzieję, zwłaszcza że wena wręcz mnie rozpiera. Oby tak pozostało, a tymczasem… gdyby ktoś miał ochotę zagłosować na coś mojego, to zapraszam do ankiety na Katalogowo: KLIK.
Do napisania, kochani!