06.08.2018

Rozdział LXIX

CARLOS
Wiedział, że prędzej czy później musiało do tego dojść. Powrót do domu był ostatnim, czego chciała, ale po odprowadzeniu Mary i długich godzinach bezsensownego krążenia po mieście, zmusił go do podjęcia decyzji. Nadchodzący świt również, chociaż Carlos już dawno zdążył przywyknąć do niekończącej się ucieczki przed światłem dnia.
Miał złe przeczucia, ale te wydawały mu się czymś w pełni naturalnym. Przez jakiś czas myślał nawet, że zostawienie Alyssy z problemami, które mieli, nie było uczciwe, ale szybko zdusił w sobie poczucie winy. Przez wieki doszedł do takiej wprawy w odcinaniu się od emocji, że nawet nie musiał się wysilać, by tego dokonać. Do głowy zresztą by mu nie przyszło, że gniew skumuluje się na kimś innym niż on, zwłaszcza że Ali od samego początku była traktowana przez wszystkich jak członek rodziny. No, prawie, ale irytująca blondyna przecież się nie liczyła.
Pierwszym, co powitało go już od progu, była przenikliwa cisza. Cudownie się zapowiada, pomyślał z przekąsem, z powątpiewaniem rozglądając się po przedpokoju. Nasłuchiwał, ale nic nie wskazywało na to, by milczenie miało zostać przerwane w najbliższym czasie. W teorii tego też mógł się spodziewać, ale z jakiegoś powodu spokój wydał mu się nienaturalny. Chyba tak naprawdę sądził, że Jason już na wstępie rzuci mu się do gardła, a potem zaczną ciskać sobą po całym domu, ostatecznie roznosząc wszystko wokół w pył.
Poniekąd chyba na to liczył – na okazję, by w końcu się wyładować i przynajmniej przez moment nie myśleć, a po prostu działać.
Zacisnął usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed zawołaniem kogokolwiek. Nigdzie nie czuł Alyssy, choć bez wątpienia wróciła, bo jej zapach wciąż wypełniał powietrze. Jasona i Nadii również, a jednak…
– Zadowolony z siebie jesteś?
Natychmiast zwrócił się ku schodom. Nadia przystanęła na samej górze, po czym z wolna ruszyła w jego stronę. Poruszała się powolnym, w pełni ludzkim krokiem, może nawet mniej żwawo, niż mógłby oczekiwać po człowieku. W zasadzie wyglądała jak siódme nieszczęście i wyjątkowo nie uważał tak tylko dlatego, że był złośliwy.
Cóż, Alyssa bez wątpienia pojawiła się w domu. Najpewniej zdążyła również przekazać złe wieści, skoro stojąca przed Carlosem kobieta wyglądała tak, jakby w krótką chwilę postarzała się przynajmniej o dekadę. Wampiry z natury były blade, ale w przypadku Nadii chodziło o coś więcej. W zasadzie ta równie dobrze mogłaby uchodzić za ducha albo żywego trupa, co też nie było aż tak dalekie od rzeczywistości. Wciąż miała napuchnięte oczy, co jednoznacznie dało mu do zrozumienia, że musiała płakać. To, że w ogóle zdecydowała się pokazać w takim stanie – i to na dodatek jemu – również nie było normalne.
Carlos zawahał się, przez ułamek sekundy niemalże jej współczując. Natychmiast zdusił w sobie to uczucie, ale wciąż gdzieś tam było – z tym, że przecież tak naprawdę nie zmieniało niczego. Co więcej, zdecydowanie nie było pretekstem do przerwania ciszy, która zapadła między nimi. Mógł szukać odpowiednich słów, żeby dyskutować z Nadią, ale oboje wiedzieli, że nie było niczego, co w obecnej sytuacji zabrzmiałoby dobrze. Nie, jeśli te słowa padłyby akurat z jego ust.
Wampirzyca zatrzymała się w połowie prowadzących w dół stopni. Zastygła w bezruchu, zaciskając palce na poręczy, zupełnie jakby tylko to pozwalało jej utrzymać się w pionie. Błękitne oczy wydawały się nienaturalnie duże, poza tym błyszczały w sposób wystarczająco jednoznaczny, by uprzytomnić mu, że Nadia wciąż powstrzymywała się od płaczu. Carlos postrzegał ją w taki sposób, że niemalże spodziewał się, że kobieta za moment rzuci się na niego z pazurami, klnąc na czym świat stoi i zanosząc się szlochem, a jednak…
Cisza.
Przenikliwa, pierdolona cisza.
Obserwował ją w milczeniu, po prostu ciągnąc tę szopkę. Zresztą komu miał się tłumaczyć. Jej? Nie sądził, żeby w ogóle chciała słuchać, nie wspominając o tym, że w ogóle nie czuł potrzeby, by cokolwiek mówić. Z drugiej strony, być może powinien zrobić chociaż tyle. Nie znał Nadii, ale zdążył zauważyć dość, by pojąć, że ona i Eleonora miały ze sobą jakiś związek.
– Cóż… – Jego głos zabrzmiał nienaturalnie, ale postanowił to zignorować. – Szczęście to pojęcie względne, zwłaszcza w obecnej sytuacji, ale…
– Jesteś beznadziejny.
Jej reakcja nie zaskoczyła go w nawet najmniejszym stopniu. Nieprzychylne spojrzenia Nadii nie były niczym nowym, w gruncie rzeczy wydając się Carlosowi czymś tak oczywistym, że prędzej poczułby się nieswojo gdyby nagle przestała się tak zachowywać. Różnica polegała na tym, że zamiast pyskatej, pewnej siebie kobiety, która otworzyła mu drzwi w noc, w którą pojawił się w tym domu, miał przed sobą… cień. Chyba to słowo najlepiej opisywało Nadię w tamtej chwili – tak bladą, chwiejącą się na nogach i zachowującą tak, jakby było jej wszystko jedno, co się wydarzy.
To na swój sposób wydało mu się znajome. Podejrzewał, że wyglądał niewiele lepiej, kiedy umarła Mistery.
– Nikt nie kazał jej z nami jechać – oznajmił, ale coś w tych słowach sprawiło, że zapragnął momentalnie je wycofać. Och, Carlos…, odezwał się cichy głosik z jego głowie, ale nawet to nie przekonało go, że powinien zamilkać. – Zrobiła to, bo chciała. Nie ukrywaliśmy z Alyssą, że…
– To twoje wyjaśnienie? – zapytała natychmiast Nadia, kolejny raz wchodząc mu w słowo. Nawet nie potrafił mieć jej tego za złe. – Zaciągnąłeś Eleonorę na pewną śmierć, a teraz… Czy ty w ogóle cokolwiek czujesz?
Nie.
Z uporem milczał, niezdolny wykrztusić z siebie chociażby słowa. Jakby to miało znaczenie…!
– Michael już wie?
Nadia gniewnie zmrużyła oczy. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc i pomyślał nawet, że jednak doprowadził ją do ostateczności, ale wampirzyca wcale nie zaczęła krzyczeć. Wyglądała raczej tak, jakby w ułamku sekundy uleciała z niej cała energia, pozostawiając po sobie wyłącznie pustkę.
Miał przed sobą porcelanową, pozbawioną jakichkolwiek emocji laleczkę.
– Jakie to ma znaczenie, co? – Zamilkła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Zwłaszcza dla ciebie, co? Spieprzaj stąd.
– To mój dom – zaoponował natychmiast.
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że mogłaby się roześmiać. Było w tym coś histerycznego, a kiedy przyjrzał się jej twarzy, przekonał się, że w istocie zaczęła płakać. Co więcej, wydawała się tego nie dostrzegać, uspokajając się tak błyskawicznie, że wydało mu się to wręcz niepokojące. Mimowolnie spiął się, choć perspektywa odczuwania lęku akurat przy Nadii, wydała mu się wręcz irracjonalna.
– Oczywiście – oznajmiła z wyraźną goryczą. – Wciąż masz tu więcej do powiedzenia niż ja, prawda? Nawet ona miała, a teraz… Ale wiesz co? Nie obchodzi mnie, czy dla ciebie jestem intruzem. Eleonora to jedyna osoba, która szczerze mnie kochała. Może dla ciebie to nic nie znaczy, ale dla mnie owszem. Choćby przez wzgląd na nią, to również mój dom.
Najzwyczajniej w świecie zignorował jej słowa. Chciała w nim zbudzić poczucie winy? Nie miał pojęcia, ale nie obchodziło go to. Już dawno nauczył się skupiać na priorytetach, tym zaś zdecydowanie nie była histeryzująca Nadia.
– Zapytam jeszcze raz. Jeśli nie chcesz mi mówić, to łaski bez, ale wiele byś mi tym ułatwiła – powiedział ze spokojem, siląc się na obojętność. Jedynie spojrzała na niego pustym wzrokiem. – Michael wie? Chociaż fakt, to nie istotne… Lepiej mi powiedz, gdzie jest Alyssa.
– Nie obchodzi mnie to – stwierdziła bez chwili zastanowienia Nadia. Gdyby wzrok mógł zabijać, w tamtej chwili jak nic miałaby kogoś na sumieniu. – Wyniosła się. I całe szczęście, chociaż teraz to już niczego nie zmieni.
– Ja… Co takiego?
– Głuchy jesteś? – Kobieta bez słowa odwróciła się do niego plecami, zamierzając wrócić na piętro. – Jason wyrzucił ją z domu.
Zareagował momentalnie, zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi. W ułamku sekundy pokonał dzielącą go od Nadii odległość, chwytając ją za przód bluzki i w całkowicie pozbawiony subtelności sposób przyciskając kobietę do poręczy. Nachylił się w jej stronę, odsłaniając kły i dysząc tak gwałtownie, jakby właśnie wziął udział w maratonie. Ręce nieznacznie mu zadrżały, w miarę jak musiał powstrzymywać się, by przypadkiem nie zrobić wampirzycy krzywdy.
– Gdzie…?! – wychrypiał, czując narastającą z każdą kolejną sekundą panikę.
Cholera jasna, księżniczko!
Jakkolwiek nieprzewidywalna bywała Alyssa, z łatwością mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób zareagowała na Jasona. W zasadzie wciąż nie docierało do niego, że jego brat mógłby jakkolwiek źle potraktować akurat tę dziewczynę. Z drugiej strony, znając porywczość Jase’a, być może powinien się tego spodziewać. Co więcej, jakoś nie miał wątpliwości, że ta uparta dziewczyna jak nic usłuchała i po prostu wyszła z domu, kierując się cholera wie gdzie. Jeszcze w Nowym Jorku dręczyły ją wyrzuty sumienia, chociaż Carlos miał wrażenie, że całą winą mimo wszystko obarczała jego.
Aż wzdrygnął się od nadmiaru emocji. Bardziej stanowczo naparł na Nadię, przez dłuższą chwilę świadom wyłącznie narastającego gniewu. Jak mogli do tego dopuścić?! Gdyby wiedział wcześniej, że Alyssa…
Czyjeś dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jego ramionach. Ktoś zdecydowanym ruchem odciągnął go od Nadii, w następnej sekundzie bezceremonialnie spychając ze schodów. Carlos warknął, po czym błyskawicznie poderwał się na równe nogi. Upadek nie był w stanie go zabić, nie wspominając o faktycznej możliwości zranienia. W zasadzie nawet nie poczuł bólu, a jedynie silniejszą niż do tej pory frustrację, dodatkowo napędzaną przez świadomość, że ktokolwiek mógłby go zaatakować. Napiął mięśnie, instynktownie przybierając pozycję obronną i próbując pozbyć się czerwonej mgiełki, która wydawała się zniekształcać wszystko to, co widział, wyostrzając kontury i sprawiając, że podsuwane przez zmysły bodźce jawiły mu się jako coś wyrazistszego niż zazwyczaj.
A potem jego wzrok w końcu spoczął na potencjalnym przeciwniku i wszelakie negatywne emocje po prostu zniknęły.
Carlos bezradnie zwiesił ramiona, w milczeniu wpatrując w Michaela. Nadia kuliła się za jego plecami, wciąż wtulona w barierkę schodów. Ona również wpatrywała się w najstarszego z Sorentich, zaś w jej oczach w końcu pojawiły się jakieś emocje. Pustka ustąpiła miejsca trosce i swego rodzaju obawie, widocznej tym wyraźniej w sposobie, w jaki kobieta niepewnie wyciągnęła przed siebie rękę.
– Michaelu… – zaczęła, ale ten wydawał się jej nie słyszeć.
Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział brata w takim stanie. To nie tak, że jakkolwiek wątpił w to, czy Michael potrafił się obronić. Każdy z nich był niebezpieczny i w razie potrzeby nie zawahałby się zabić, nie zmieniało to jednak faktu, że najstarszy z nich był zarazem tym najbardziej opanowanym. Carlos nie miał pewności, czego tak naprawdę spodziewał się po Michaelu, ale coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że momentalnie zapragnął się ewakuować.
W tamtej chwili pierwszy raz poczuł, że nie był w tym miejscu mile widziany. To nie był pierwszy raz, gdy znajdował się w takiej sytuacji, a jednak z jakiegoś powodu ta świadomość naprawdę go dotknęła. Może chodziło o to, że akurat ten z braci spoglądał na niego w ten sposób, a może o coś zupełnie innego, nie zmieniało to jednak faktu, że Carlos poczuł się co najmniej nieswojo. Dotychczasowy spokój gdzieś zniknął, pozwalając dość do głosu emocjom, które wampir wolałby trzymać na dystans. Przez krótką chwilę wszystko znów było nie takie jak powinno, na dodatek w stopniu, przy którym nie potrafił już udawać, że to wszystko nie miało znaczenia.
– O rany… – wyrwało mu się. Wyprostował się, po czym z wolna zrobił krok naprzód, nie odrywając wzroku od zasłaniającego Nadię brata. – To nie powinno tak wyglądać.
– Masz rację – padło w odpowiedzi.
Płaskie słowa, bez modulacji. Na swój sposób wydało się to Carlosowi gorsze, niż gdyby doczekał się wyrzutów i krzyków.
Nieznaczne potrząsnął głową, za wszelką cenę próbując wziąć się w garść.
– Mickey…
Wampir drgnął, przez moment wyglądając na bliskiego, by rzucić się do ataku. Zupełnie jakby samo brzmienie skrótu, który zwykle z kpiną stosował Carlos, podziałało na niego jak kubeł lodowatej wody.
– To nie powinno tak wyglądać – powtórzył z wolna Michael, starannie akcentując każde kolejne słowa. – Już dawno powinienem patrzeć na wszystko co robisz przez palce, a jednak… Carlos, do cholery!
Przekleństwo zabrzmiało dziwnie w jego ustach. Podniesiony ton również wydał się czymś nienaturalnym, a najmniejszym nawet stopniu nie panując do Michaela.
To, że ten nagle ruszył się z miejsca, wysuwając kły i dosłownie materializując przed Carlosem, tym bardziej.
– Czy ty kiedyś w końcu dorośniesz? Przestaniesz patrzeć tylko na siebie? – Michael energicznie potrząsnął głową. – Za każdym razem widzisz mnie i Jasona dopiero wtedy, gdy masz kłopoty. Zawsze byliśmy na twoje skinienie, gdy tylko tego potrzebowałeś. Cokolwiek by się nie działo, mogłeś szukać tutaj pomocy, a jednak… – Nagle urwał, już tylko gniewnie wpatrując się w Carlosa. – A wiesz dlaczego? Bo jesteś naszym bratem. Bo wierzyłem, że rodzina znaczy dla ciebie chociaż odrobinę tego, co dla mnie.
W żaden sposób nie skomentował tych słów. W milczeniu wpatrywał się w Michaela, po prostu słuchając i nie będąc w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. Z uporem odsuwał od siebie emocje, trzymając je na dystans, choć przecież gdzieś tam były – narastały w jego wnętrzu, dając mu się we znaki o wiele bardziej, niż mógłby sobie tego życzyć. Przez krótką chwilę miał nawet ochotę odwrócić wzrok, ale powstrzymał się, mając wrażenie, że to tak naprawdę byłoby najgorszym, co mógłby zrobić.
Jakby tego było mało, w jakimś stopniu sądził, że Michael miał rację. Nie we wszystkim, ale z jakiegoś powodu nie potrafił zaprotestować nawet w tych kwestach, których nie zamierzał przyjąć do wiadomości. To wydawało się bez sensu, zwłaszcza że aż za dobrze pamiętał, w jaki sposób sam reagował po śmierci Mistery. Różnica polegała na tym, że Eleonora nie była martwa, a przynajmniej miał taką nadzieję. Wciąż uważał, że zrobili z Alyssą najlepsze, co mogliby, zważywszy na sytuację. Gdyby wtedy zawrócili, najpewniej wszyscy byliby martwi, a tak…
Z tym, że szczerze wątpił, by którykolwiek z tych argumentów wystarczył, by cokolwiek zmienił. Mimo wszystko nie mógł powstrzymać się od przerwania przeciągającej ciszy, gotów przysiąc, że gdyby tego nie zrobił, najzwyczajniej w świecie by oszalał.
– Eleonora nie…
Uświadomił sobie, że popełnił błąd. Nie miał pewności, w którym momencie, przez moment myśląc nawet, że brat jakimś cudem wychwycił część tego, co chodziło mu po głowie. Może chodziło właśnie o to, a może sam fakt wypowiedzenia mienia jego żony. Cokolwiek nie byłoby przyczyną, rozjuszyło Michaela na tyle, by jednak rzucił się do ataku.
W teorii z łatwością mógł uniknąć ciosu – pod warunkiem, że naprawdę wierzyłby, że akurat ten z jego braci byłby w stanie go uderzyć. Ta świadomość jednak dotarła do niego dopiero w chwili, w której już zatoczył się, wytrącony z równowagi nie tylko siłą wymierzonego w twarz ciosu, co i jego precyzją. Jasna cholera, Mickey, ty to masz cela!, pomyślał z niedowierzaniem, czując posmak krwi w ustach i rozchodzący się błyskawiczne, palący ból w szczęce.
Wycofał się, w pośpiechu materializując po drugiej stronie pomieszczenia. Machinalnie przybrał pozycję obronną, z trudem przymuszając do zachowania spokoju. Wszystko w nim aż rwał się do kontrataku, ale stanowczo zdusił w sobie to pragnienie. Okej, możliwe, że na to akurat sobie zasłużył. Tak trochę, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że akurat Michaela udało mu się wytrącił z równowagi. Ciągnięcie tej farsy jedynie pogorszyłoby sytuację, nie wspominając o tym, że Carlos wcale nie chciał walczyć. Cokolwiek by się nie wydarzyło, przecież dobrze wiedział, że tym razem powinien oberwać i to nawet mocniej.
Machinalnie dotknął twarzy, coraz intensywniej czując nie tylko ból, ale przybierające na sile mrowienie. Wtedy uprzytomnił sobie, że brat równie dobrze mógł mu coś złamać, ale to nie miało znaczenia. Ciało i tak samo z siebie zaczęło się regenerować, nie pozostawiając nawet śladu możliwych urazów, zresztą tak jak i wtedy, gdy zleciał ze schodów, gdy Michael odepchnął go od Nadii.
Jeśli o nią chodziło, wciąż tkwiła w tym samym miejscu, z wyraźnym niedowierzaniem obserwując sytuację. Przybrała taką pozycję, jakby chciała się wtrącić, ale – na całe szczęście – nie zdecydowała się tego zrobić. Ostatnim, czego im było trzeba, to rozemocjonowana kobieta, która nagle pojawiłaby się między nimi. Carlos zresztą nie łudził się, aż nazbyt świadom, kogo Nadia chciała ochronić. Zupełnie jakby podejrzewała, że w przypływie gniewu mógłby rozszarpać własnego brata!
Och, no dalej! Nie rób ze mnie potwora większego niż jestem, co?!
Nerwowym ruchem otarł usta. Widok krwi na wierzchu dłoni go nie zaskoczył, chociaż podejrzewał, że pęknięta warga zaleczyła się, nim w ogóle dotarło do niego, co się wydarzyło. Nieznacznie chwiał się na nogach od nadmiaru emocji, zwłaszcza ledwo hamowanego gniewu, którego przecież nie powinien czuć. Jakby tego było mało, poza puszczającymi nerwami, czuł jeszcze narastającą gdzieś w jego wnętrzu panikę. To było dziwne uczucie, którego nie doświadczył nigdy wcześniej – silne, podpowiadające mu, że ktoś go potrzebował…
Alyssa. Jasna cholera, wciąż był jej stwórcą.
Pełna napięcia cisza dzwoniła mu w uszach. Wątpliwości dawały we znaki do tego stopnia, że ledwo mógł to wytrzymać. Miał ochotę po prostu wyjść, ale z jakiegoś powodu nie potrafił ruszyć się z miejsca. Obserwował Michaela, najzwyczajniej w świecie czekając… Sam nie był pewien na co. Na jakąkolwiek oznakę tego, że najgorsze mieli już za sobą? Że emocje opadły i…?
A potem rozdzwonił się jego telefon, wręcz wdzierając w przenikliwą ciszę.
Dźwięk wydawał się nienaturalnie głośny i na dłuższą chwilę skutecznie wytrącił z równowagi wszystkich wokół. Nadia drgnęła, po czym zamrugała nieprzytomnie, jakby wyrwana ze snu. W oczach Michaela również pojawiło się coś bardziej ludzkiego, jakby dopiero w to sprawiło, że drgnął niespokojnie, wciąż jednak nie ruszył się z miejsca, ani nie próbował rozluźnić. Milczał, z uwagą obserwując Carlosa i czekając na jego reakcję.
Wampir zawahał się, w pierwszym odruchu zamierzając zignorować telefon, ale coś nie pozwoliło mu tego zrobić. Nie odrywając wzroku od brata, sięgnął po telefon i, bez patrzenia na wyświetlacz, odebrał, po czym przycisnął komórkę do ucha.
– Cokolwiek to jest, nie mam czasu – wycedził przez zaciśnięte zęby i chciał się rozłączyć, ale powstrzymał go urywany, rozdzierający szloch.
Na moment zamarł, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Wyprostował się niczym struna, bardziej stanowczo chwytając telefon, zupełnie jakby w ten sposób mógł szanse łatwiej rozwiać targające nim wątpliwości.
Rozpoznał ten głos.
– Tori? – rzucił z wahaniem, tym razem o wiele łagodniej. To, że mogłaby zadzwonić akurat do niego, gdy dosłownie krztusiła się łzami, brzmiało jak marny żart. – Victoria, czy ty płaczesz? Dzieciaku, do jasnej cholery! – obruszył się, kiedy w odpowiedzi usłyszał stłumiony, wyraźnie przerażony jęk.
– P-pomóż mi… Carlos, proszę – wyszeptała tak cichym i drżącym głosem, że ledwo był w stanie ją zrozumieć. Nigdy wcześniej nie słyszał jej w takim stanie i to wystarczyło, żeby zrozumiał, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. Tori nie płakała z byle powodu. – Wujku, błagam cię.
Gwałtownie zaczerpnął powietrza. Cokolwiek się działo, nie było normalne. Jej słowa, ton i to, w jaki sposób się do niego zwracała…
Coś ścisnęło ją w gardle ze zdenerwowania. Jeśli to miał być żart, zamierzał osobiście jej nakopać i to tak, by nie pozbierała się przez miesiąc.
– Co się stało?
Odpowiedziała mu cisza.
Właśnie jestem w autobusie do Łodzi, a że przede mną kilka godzin jazdy, to trzeba jakoś spożytkować czas. :D Na ten rozdział czekałam długo, choć i tak zmienił się przez tych kilka lat, które spędziłam na planowaniu całości. I chyba mi się podoba, zwłaszcza że to perspektywa Carlosa. Zaczyna się dziać, bo – cóż, moi drodzy! – weszliśmy w finał, więc teraz już z górki do epilogu. ;>
Dziękuję za obecność! Tak więc z mojej strony to tyle i do napisania wkrótce.