14.01.2018

Rozdział LIV

ALYSSA
Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy jest zła. Z uporem milczała, raz po raz po raz spoglądając na Nicholasa i mając ochotę dać mu do wiwatu za to, że po raz kolejny pojawił się bez zapowiedzi, ale za każdym razem rezygnowała, w zamian preferując ciszę. Chłopak również nie odezwał się nawet słowem, w pełni rozluźniony, beztroski i w ten swój irytujący pewny siebie, chociaż tym razem nawet nie zwróciła na jego zachowanie uwagi. Jakie to właściwie miało znaczenie, skoro prawdziwy problem leżał czymś w zgoła innym?
Cudownie, teraz będzie musiała się tłumaczyć – przed Sorentimi, przed Mary, przed Jimiem. Nicholas oczywiście nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, że w czymkolwiek zawinił, z kolei jej brat mógł być co najwyżej zaintrygowany tym, że znalazła jakiegokolwiek dobrego… znajomego, ale pozostali to już inna bajka. Już Carlos sam w sobie był uciążliwy, na każdym kroku dając jej do zrozumienia, że nie jest zadowolony z kontaktów z jakimkolwiek człowiekiem, a przecież zawsze mogło być gorzej. I bez dłuższych dyskusji zdawała sobie sprawę z tego, że powinna być ostrożna, tym bardziej że wciąż pozostawała młodą nieśmiertelną – kimś, kto w każdej chwili mógł stracić kontrolę, wciąż nieświadomy tego, jak daleko sięgała jego wytrzymałość. Do tej pory przejawiała zdolności, których nie rozumiała, a żadna z bliskich jej osób nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czym tak naprawdę różniła się od swoich pobratymców. To komplikowało sprawę, przynajmniej w teorii, chociaż Ali podświadomie wiedziała, że pełnia problemu leżała w czymś zgoła innym… Albo raczej w kimś.
No cóż, w niej samej. A także w tym, że w żaden sensowny sposób nie potrafiła wytłumaczyć tego, jak miały się relacje jej i tego pozornie nic nieznaczącego człowieka. Czuła, że zabrnęli za daleko, chociaż widzieli się wcześniej raptem dwa razy. To zdecydowanie nie było normalne, a jednak…
– Twój facet wyglądał tak, jakby chciał mnie zabić – usłyszała i aż zachłystnęła się powietrzem, co najmniej wytrącona z równowagi bezpośrednim stwierdzeniem Nicholasa.
– Mój facet? – powtórzyła tępo.
Obdarował ją znajomym, cynicznym uśmieszkiem, który niezmiennie doprowadzał ją do szału.
– Ten, który tak dziwnie spoglądał na nas ze schodów. Wiesz, kogo mam na myśli – dodał, a ona zapragnęła roześmiać się histerycznie.
Carlos? On naprawdę sądził, że ten z Sorentich miał cokolwiek do powiedzenia w kwestii tego, co robiła, a tym bardziej mógł mieć dla niej jakiekolwiek większe znaczenie? To brzmiało co najmniej śmiesznie, a Alyssa przez dłuższą chwilę milczała, ledwo powstrzymując wybuch histerycznego śmiechu, który jak nic uraziłby jej towarzysza. Jakby tego było mało, gdzieś w pamięci zamajaczyło jej wspomnienie niedawnego pocałunku i tego, jak względem niej zachowywał się jej stwórca – w ten irytujący, zaborczy sposób, który sprawiał, że miała ochotę go zabić.
Nieznacznie potrząsnęła głową, chcąc odwrócić od siebie niechciane myśli. To nie miało znaczenia, z kolei Carlos…
– Żaden „mój facet”, tylko zwykły dupek – oznajmiła z naciskiem, a do jej głosu jak na zawołanie wkradła się gniewna, wojownicza nuta. – Carlos chyba za bardzo próbuje wczuć się w rolę dobrego wujka – zadrwiła, z kolei Nicholas uniósł brwi.
– Carlos? – powtórzył pozornie obojętnym tonem, ale i tak wyczuła w jego pytaniu coś znacznie więcej, aniżeli zwykłą ciekawość. – To… chyba ktoś, kto nieźle zalazł ci za skórę, prawda?
Wzruszyła ramionami, zdecydowanie nie chcąc rozwodzić się nad kimś, kto tak bardzo ją irytował. Już i tam była zdenerwowana, przez moment mając ochotę ulec pragnieniu, by wrócić do domu i nakłonić kilka drewnianych mebli do tego, żeby nakopały wampirowi do tyłka. W duchu cieszyła się, że Nicholas nie zadawał niezręcznych pytań, które jakkolwiek sugerowałyby, że zauważył jej dziwne zachowanie względem Carlosa. Zdolności wciąż objawiały się w najmniej oczekiwanych momentach, przez co nie była w stanie ich kontrolować, a to mogło okazać się… niebezpieczne.
Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, ale to jej nie przeszkadzało. W lesie czuła się pewnie, niemalże swojsko, coraz częściej odczuwając związek z naturą – żywiołem z którym była związana. Bliskość drzew i roślin w pełni rozkwitu miała w sobie coś kojącego, pozwalając odzyskać wewnętrzną równowagę. Dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niej to, że Nicholas zdecydował się iść pieszo, być może nawet nie mając ze sobą samochodu. Wymownie uniosła brwi, pytająco spoglądając w jego stronę, ale doczekała się wyłącznie zdawkowego uśmieszku, który nie po raz pierwszy skutecznie wytrącił ją z równowagi.
– Masz coś przeciwko spacerom? – zapytał, przesuwając się bliżej i jak gdyby nigdy nic biorąc ją za rękę.
– Nie pozwalasz sobie na zbyt wiele? – mruknęła zamiast odpowiedzi, ale to jedynie doprowadziło do tego, że parsknął śmiechem.
– W ten sposób? – Wymownie zerknął na ich splecione dłonie. – Nie sądzę. Co innego gdybym zrobił tak…
Nie zorientowała się, kiedy i jakim cudem zmusił ją do tego, żeby się zatrzymała. Uścisk miał zdecydowany i silny, przynajmniej jak na człowieka, przez co nie od razu zareagowała na to, że przyciągnął ją do siebie. Jego dłonie wylądowały na jej biodrach, a Alyssa poczuła, że gdzieś w jej ciele znowu budzi się znajomy już ogień, mający swoje źródło gdzieś u podstawy kręgosłupa. Serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania i fascynacji, nim jednak zdążyła odezwać się chociaż słowem, Nicholas jak gdyby nigdy nic nachylił się, by móc złożyć pocałunek na jej ustach. To była kolejna nieprzemyślana pieszczota, która z logicznego punktu widzenia nie powinna mieć miejsca, a jednak…
Zareagowała instynktownie, bez wahania odwzajemniając pocałunek. Wplotła palce w jego włosy, po czym przesunęła się bliżej, pragnąć jak najszybciej zniwelować dzielący ich dystans. Pocałowała go raz jeszcze, by w następnej sekundzie odchylić głowę w tył. Wyrwał jej się cichy, zdławiony jęk, kiedy wargi Nicholasa wylądowały na jej gardle, drażniąc wrażliwą skórę w tamtym miejscu. Chociaż miała do czynienia ze śmiertelnikiem, serce omal nie wyrwało jej się z piersi, kiedy zdrowy rozsądek i serce zaczęły się ze sobą spierać; instynkt jasno podpowiadał Alyssy, że to, co robiła, zdecydowanie nie jest bezpieczne, jednak nawet wtedy nie potrafiła zmusić się do tego, by się odsunąć. Jakby mogła, skoro tak naprawdę całą sobą pragnęła jego?
Chyba, że to nie były jej pragnienia. Wszystko wskazywało na to, że Ariana po raz kolejny próbowała dojść do głosu, jednak nawet to nie zrobiło na Alyssy wrażenia. To ona była córką Lucyfera, a oswojenie się z tą myślą przychodziło jej z coraz większą łatwością. Chyba powinna była odczuwać niepokój z tego powodu, ale…
– Dobry Boże, dziewczyno… – jęknął Nicholas. Odsunął się nieznacznie, po czym ujął twarz dziewczyny w obie dłonie, zachęcając do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Jego niebieskie tęczówki lśniły łagodnie, nienaturalnie rozszerzone i tak pełne emocji, że aż zawirowało jej w głowie. – Nie rozumiem cię.
– Serio?
Skrzywiła się mimowolnie, po czym energicznie pokręciła głową, bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku. Co miała mu powiedzieć? Prawda była taka, że samej siebie nie rozumiała, zwłaszcza w chwili, w której on był obok. Dotykał jej i to było niczym objawienie, tak bardzo znajome, cudowne i zdolne do wzbudzenia w niej emocji, których do tej pory nie zaznała. Spoglądała na tego pozornie obcego jej mężczyznę i traciła głowę, w rzeczywistości czując się tak, jakby znali się całe lata, dekady, a może nawet całe wieki.
Dlaczego? Co próbujesz mi powiedzieć?, pomyślała w oszołomieniu, nie po raz pierwszy zwracając się do Ariany – ukrytej gdzieś tam, w jej wnętrzu, w jej duszy…
Z równym powodzeniem mogłaby mówić do samej siebie.
– Zaczynam mieć tego dość. – Zachrypnięty głos Nicholasa skutecznie sprowadził ją na ziemię. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym po raz kolejny skoncentrowała wzrok na jego bladej twarzy. Jasna cera mocno kontrastowała z ciemnymi włosami, a regularne rysy twarzy sprawiały, że miała ochotę przesunąć palcami po jego policzku. – Mieszasz mi w głowie, a potem przede mną uciekasz. Nie odzywałaś się tyle czasu, a jednak kiedy przychodzę…
– Miałam gościa – przerwała mu z trudem. Przełknęła z wysiłkiem, próbując oczyścić gardło. – Wciąż mam.
Nicholas zmrużył oczy.
– Ale to nie w tym leży problem, prawda? – zapytał łagodnie, jednak jego słowa i tak zabrzmiały niczym przytyk. – Powiedz mi szczerze… Masz kogoś, Alysso?
– Nie – zapewniła, nawet się nie zastanawiając. – Ale…
Uciszył ją spojrzeniem, nie dając okazji do tego, by przynajmniej spróbowała skończyć rozmowę, póki jeszcze miała po temu sposobność. Już dawno powinna była postawić sprawę jasno, być może nawet po pierwszym pocałunku albo w chwili, w której zorientowała się, że ma przed sobą ni mniej, ni więcej, ale człowieka. Nie powinna pozwolić na to, by Nicholas zbliżył się do niej w jakikolwiek sposób, zwłaszcza po tym, jak rozwinęły się sprawy z Mary. Miała odciąć się od dawnego życia oraz tego, co mogło okazać się problematyczne w tym nowym, wampirzym, a jednak…
Ale Nicholasowi nie mogła pozwolić na poznanie prawdy. Musiała go chronić i to nie tylko przed sobą, ale również Carlosem, bo to ten mógł okazać się najbardziej problematyczny. Wampir już teraz nie był zadowolony z jej kontaktów z człowiekiem, a Ali mogła się założyć, że jej stwórca tylko czekał na sposobność, żeby zrobić Nicholasowi krzywdę. Nie widziała skąd ta pewność i co tak naprawdę chodziło mu po głowie, ale jakie to właściwie miało znaczenie? Carlos po prostu był niebezpieczny.
– Nigdy wcześniej żadna inna kobieta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Od chwili, w której po raz pierwszy cię spotkałem… Cholera, Alyssa, wpadłem! Rozumiesz to? Wpadłem i nie będę udawać, że jest inaczej, tym bardziej, że ty też coś do mnie czujesz – zarzucił jej. Otworzyła usta, chcąc mu przerwać, ale i tym razem jej na to nie pozwolił. – Postawmy sprawy jasno, bo jestem już zmęczony tym, że nie mam cię przy sobie. Nie obchodzi mnie, że znamy się chwilę, jasne? Dobra, to jest głupie, ale pal to licho, skoro wiem, czego tak naprawdę chcę. Sama zresztą widzisz, co takiego dzieje się pomiędzy nami – ty i ja, za każdym razem, kiedy się spotykamy. Ta chemia pomiędzy nami…
– Nicholas! – syknęła, w końcu decydują się na to, żeby się odezwać. Zamilkł i rzucił jej udręczone spojrzenie, wyraźnie sugerujące, że jakakolwiek odmowa z jej strony nie wchodziła w grę – przynajmniej z jego perspektywy. – Po prostu… nie.
Zacisnął usta, raptownie poważniejąc. Jego oczy pociemniały, a przynajmniej takiego odniosła wrażenie, kiedy raptownie spoważniał, samym tylko spojrzeniem wyrażając tak wiele skrajnych emocji, że aż zawirowało jej w głowie.
– Dlaczego?
Chociaż nie sprecyzował tego pytania, nie miała wątpliwości co do tego, która kwestia wzbudzała jego wątpliwości. Odpychała go, chociaż tego nie chciała – i Nicholas to wiedział, być może nawet lepiej niż ona sama, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Nie pojmowała porozumienia, które od samego początku istniało pomiędzy nimi i to pomimo tego, że przez większość czasu tak bardzo ją irytował. Walczyli ze sobą, a może to ona usiłowała zrobić wszystko, by spróbować zdusić tę znajomość w zarodku. Przynajmniej teoretycznie powinna była zrobić właśnie to, mimo wątpliwości, które odczuwała. To byłoby sensowne – zwłaszcza teraz i biorąc pod uwagę to, kim była – jednak mimo wszystko…
Nie odpowiedziała, w zamian uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Spróbowała się odsunąć, ale Nicholas błyskawicznie chwycił ją za ramiona, nie zamierzając na to pozwolić. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, ledwo powstrzymując się przed gniewnym warknięciem, aż nazbyt świadoma tego, że w ten sposób mogłaby co najwyżej pogorszyć sytuację. Musiała być ostrożna, a więc sprawiać pozory normalności, nawet jeśli w jego przypadku wydawało się to wręcz wybitnie trudne. Jak mogłoby być inaczej przy mężczyźnie, który wzbudzał w niej całą mieszankę skrajnych emocji i sprawiał, że już niczego nie była w stanie jednoznacznie przewidzieć?
Nicholas skrzywił się, nie uzyskawszy jakiekolwiek odpowiedzi – mniej lub bardziej satysfakcjonujące. Nawet nie zorientowała się, kiedy nachylił się w jej stronę, znowu próbując ją pocałować. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania, tym bardziej, że jakaś jej cząstka tego chciała – pragnęło wszystkiego, co miało z nim jakikolwiek związek. Tym bardziej nie potrafiła określić, jakim cudem zdołała zapanować nad sobą wystarczająco, by wyrzucić obie ręce przed siebie i stanowczo go odepchnąć. Już nie myślała ani o tym, że powinna trzymać zdolności w ryzach, przez co przez cały ułamek sekundy miała wrażenie, że przesadziła z siłą. Tym większym zaskoczeniem był dla niej opór, który wyczuła oraz to, że Nicholas co prawda cofnął się o krok, ale nic ponadto. Wyglądał na zaskoczonego, rozżalonego i złego, co w jakiś niepojęty sposób odbiło się na jego oczach, te bowiem nagle wydały jej się nienaturalnie lśniące, ciemniejsze niż do tej pory i pełne wątpliwości.
– Zacznij w końcu zwracać uwagę na to, czego chcę! – wyrzuciła z siebie na wydechu, samą siebie zaskakując władczą nutą, która pobrzmiewała w jej głosie.
Na moment zamarła, zaskoczona obecnością Ariany – tym, jak wyraźnie ją poczuła i jak ta wpływała na jej myśli, pragnienia i uczucia. Coś ścisnęło ją w gardle, kiedy poczuła wręcz niewysłowioną tęsknotę. Chciała zrozumieć, dlaczego jej dusza – ta odległa, powracająca raz po raz cząstka – była tak bardzo zafascynowana tym śmiertelnikiem – przypadkowo spotkanym mężczyzną, który nie powinien mieć dla niej żadnego znaczenia. Dlaczego córka Lucyfera mogłaby jakkolwiek przejmować się kimś, kto nawet nie należał do jej świata? Nie miała pojęcia, a odpowiedzi nie nadchodziły, chociaż mogła się tego spodziewać.
Jakkolwiek by nie było, na pewno nie brała pod uwagę tego, że Nicholas nagle zacznie się śmiać. Zamarła, wytrącona z równowagi brzmieniem jego głosu, tym bardziej, że to zdecydowanie nie był przyjemny, zdradzający wesołość dźwięk. Dzięki wyostrzonym zmysłom bez trudu zorientowała się, że jej rozmówca wręcz drżał od nadmiaru emocji – czy to złości, czy upokorzenia. Zraniła go i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, tym bardziej, że jego ból jak na zawołanie stał się jej własnym, dosłownie ją oszałamiając.
Jak można było cierpieć z powodu kogoś, kogo znało się raptem chwilę? Najpewniej tak samo, jak możliwe było wejście w jakąkolwiek skomplikowaną relację z kimś pozornie obcym, choć i to wydawało się niedorzeczne. Już nic nie miało sensu, jeśli zaś chodziło o Nicholasa… Cóż, zdążyła już całkowicie zwątpić w to, co chciała i co powinna była względem niego czuć.
– A czego chcesz, co maleńka? – rzucił rozdrażnionym tonem, energicznie potrząsając głową. – Uświadom mnie, bo tak się składa, że nie mam pojęcia!
Skrzywiła się, kiedy podniósł głos, nie tyle zaniepokojona, co na wzór Ariany zdenerwowana tym, że ktokolwiek śmiał potraktować ją w ten sposób. Na wrota piekielne, Nicholasie, nie prowokuj mnie!, pomyślała w oszołomieniu, ledwo powstrzymując się przed wypowiedzeniem cisnących jej się na usta słów na głos. To prowadziło donikąd, a gdyby straciła nad sobą kontrolę i jednak zrobiła Nickowi krzywdę, wtedy naprawdę miałaby powody do niepokoju, niemniej w obecnej sytuacji…
Nie mogła jednak zaprzeczyć, że jego pytanie było słuszne, a ona przynajmniej pozornie nie potrafiła na nie odpowiedzieć. „Cholera, nie wiem! W tym właśnie problem, że nie mam pojęcia, czego tak naprawdę chcę!” – zapragnęła wykrzyczeć, a jednak nie zrobiła tego, niezdolna wykrztusić z siebie któregokolwiek z tych słów. Co więcej, problem wcale nie leżał w tym, że była zbyt wzburzona, by być w stanie się odezwać. Tak naprawdę chodziło tylko i wyłącznie o to, że każde z nich brzmiałoby niczym wierutne kłamstwo, bo w rzeczywistości wiedziała – a właściwa odpowiedź ograniczała się do zaledwie dwóch prostych słów.
Chcę ciebie.
Ciebie…
Ariana z jakiegoś powodu pragnęła Nicholasa i taka była prawda. Tylko i wyłącznie to miało znaczenie, a Alyssa nagle zwątpiła w to, czy istniało jakiekolwiek rozróżnienie pomiędzy nią samą a jej przeszłą formą. Były jednością, a przy Nicholasie czuła to wyraźniej niż przy kimkolwiek innym, ogarnięta poczuciem tego, że sama również go potrzebowała – i to może bardziej niż kogokolwiek innego, łącznie z Sorentimi, choć tak wiele im zawdzięczała. To było przerażające, ale gdyby tylko mogła, bez chwili wahania porzuciłaby to wszystko dla stojącego przed nią mężczyzny.
Powinna była coś powiedzieć – cokolwiek, co zabrzmiałoby przynajmniej pozornie sensownie – ale nic nie przychodziło jej do głowy. Co więcej, wyczuła, że mężczyzna sztywnieje, nagle niespokojnie zaczynając rozglądać się dookoła. Sama zareagowała podobnie, pod wpływem impulsu prostując się niczym struna i niespokojnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, ogarnięta niejasnym poczuciem niepokoju, które dosłownie pozbawiło ją tchu. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem doświadczyła czegoś podobnego, tym bardziej, że to nie było zwykłe wrażenie tego, że ktoś ich obserwuję. Była gotowa przysiąc, że za tym uczuciem kryło się coś więcej – bardziej złowieszczego, niebezpiecznego i przyprawiającego o niespokojne dreszcze.
Wyprostowała się, instynktownie napinając mięśnie i całą sobą chłonąc podszepty intuicji oraz bodźce, które podsuwały jej wyostrzone zmysły. Drgnęła niespokojnie, kiedy palce Nicholasa bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się na jej nadgarstku, ale nie próbowała wyrywać ręki. W milczeniu spojrzała na swojego towarzysza, ten jednak nie odezwał się nawet słowem, sprawiając wrażenie równie przejętego, co i ona. To utwierdziło ją w przekonaniu, że coś w istocie jest nie tak, tym bardziej, że on również potrafił to wyczuć. Ludzie mieli intuicję, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły istoty nadnaturalne, chociaż nie zawsze zgadzali się na to, żeby ją przyjąć i należycie skupić się na tym, co podstawił im umysł.
Zamarła w bezruchu, w pamięci wciąż mając te chwile, w której słyszała głos w swojej głowie – niespójne, nęcące szepty, podsuwające jej pomysły i myśli, które zdecydowanie nie powinny wchodzić w grę. To ją zaniepokoiło, chociaż nie tak jak cisza, która zawisła pomiędzy nią a Nicholasem, a także wypełniła ją całą. Głosy nie wróciły od chwili, w której pod wpływem impulsu spróbowała się od nich odciąć, ale pomimo tego Alyssa czuła, że coś niewłaściwego czai się pomiędzy drzewami – i że najpewniej śledzi każdy jej ruch, a w efekcie również Nicholasa.
Właśnie dlatego musiała trzymać go na dystans – i to niezależnie od możliwych konsekwencji. W tamtej chwili w pełni to do niej dotarło, a jakiekolwiek wątpliwości zniknęły, pozostawiając przede wszystkim narastającą determinację. Otworzyła usta, chcąc stanowczo oznajmić Nicholasowi, że ma trzymać się od niej z daleka, nawet gdyby jej serce miało rozpaść się z tego powodu na kawałeczki. To bolało, ale gorsza byłaby świadomość tego, że z jej powodu stała mu się jakakolwiek krzywda, poza tym…
Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że mężczyzna sam się wycofał. Jasne oczy Nicka z uwagą zlustrowały jej twarz, a w ułamek sekundy później chwycił ją za ramię i jak gdyby nigdy nic popchnął w stronę z której przyszli.
– Wracaj do domu, Alysso – nakazał nieznoszącym sprzeciwu tonem, a ona zesztywniała, kiedy wychwyciła królującą w tonie jego głosu obojętność. Zraniła go, a przynajmniej wszystko na to wskazywało, tak jednak było lepiej…
Musiało być.
Nie odezwała się nawet słowem, kiedy zaraz po tym odwrócił się i jak gdyby nigdy nic ruszył w swoją stronę. Odprowadziła go wzrokiem, dziwnie oszołomiona i zesztywniała, spoglądając w stronę miejsca w którym zniknął jeszcze kilka minut po tym, jak została sama.
Chłód, który przejął jej wnętrze, był nie do opisania.
Dobry wieczór wszystkim! Właśnie weszłam w okres zaliczeń i ogólne zamieszanie, związane ze zbliżającym się końcem semestru, ale wciąż nie jest aż tak źle, jak mogłoby być. Tak czy inaczej, czas na dodanie rozdziału wciąż mam, więc proszę bardzo – kolejny wpis z szybko topniejących zapasów. Jeszcze trochę i znów będę pisać na czysto, ale to dobrze, bo w sumie się nad tym stęskniłam ;) Swoją drogą, zakładam, że w tym roku uda mi się skończyć tę księgę, a to już coś!
Jak zwykle dziękuję za obecność. I do napisania!