Sala była olbrzymia i częściowo
pogrążona w mroku. Rzędy zniszczonych przez czas kolumn rzucały długie
cienie na kamienną, lśniącą posadzkę. Blade światło księżyca wpadało przez
wąskie, umiejscowione tuż pod sufitem okna, odrobinę rozpraszając ciemność,
chociaż w atmosferze tego miejsca i tak było coś złowrogiego, co potrafiło wzbudzić strach nie tylko w zwykłym śmiertelniku, ale
również nieśmiertelnej istocie. Już od progu oczywistym stawało się, że to
najmniej odpowiednie miejsce dla normalnej, kruchej istoty – w powietrzu
czuć było zło, bo i zło tu królowało.
Coś
poruszyło się w najbardziej zaciemnionych zakamarkach, gdzie nie docierał
księżycowy blask. Ciemność wydawała się gęstsza i nienaturalna, jakby coś
więcej niż tylko brak światła było jej przyczyną. Cienie wydłużyły się, sprawiając
wrażenie żywych, chociaż to wydawało się niemożliwe. Pomimo panującej ciszy,
w powietrzu czuło się aurę oczekiwania, ale i lęku, chociaż to drugie
wydawało się czymś najzupełniej naturalnym. On
karmił się tym strachem, pławiąc w najmroczniejszych emocjach i każda
z czających się w ciemnościach istot doskonale zdawała sobie z tego
sprawę.
Nieprzeniknioną
ciszę przerwał cichy, kobiecy jęk. Czyjaś blada sylwetka odcinała się na tle
wszechogarniającej czerni, skąpana w srebrzystym blasku księżyca, co
czyniło ją jeszcze bardziej wyrazistą. Kobieta leżała na posadzce, zupełnie
naga i jakby pogrążona we śnie, chociaż raz po raz poruszała się
niespokojnie. Ciemne włosy tworzyły wokół jej głowy lśniącą aureolę, zwykle
gładkie i starannie upięte, teraz jednak matowe i poplątane. Pierś
unosiła się prawie niezauważalnie, łapczywie chwytając powietrze, co wydawało
się jedyną oznaką życia, pomijając raz po raz wyrywające się z głębi
gardła jęki. Drżała nieznacznie, a na bladych policzkach lśniły ślady łez,
chociaż już od dawna nie była w stanie płakać. Na nadgarstkach, kostkach
u nóg oraz odsłoniętej szyi, wyraźnie odcinały się krwawe pręgi, choć rany
wydawały się niczym w porównaniu z głębokim, wciąż broczącym
czerwienią cięciem, które szpeciło jej ciało, biegnąc od lewego ramienia aż po
biodro. Rubinowe krople pozostawiały smugi na odsłoniętym ciele kobiety,
zbierając się wokół niej; plamy na posadzce w tym oświetleniu wydawały się
czarne i przypominały rozlany atrament.
Kobieta
leżała tuż naprzeciwko niewielkiego, poprzedzonego rzędem stopni wzniesienia.
Na samym szczycie schodów ustawiono coś, co przypominało wykuty z ciemnego,
lśniącego kamienia tron – wyjątkowo prosty, ale efektowny, pokryty skomplikowanymi
symbolami oraz misternie wykonanymi wzorami. On – Książę Ciemności; ten, który
upadł, Niosący Światło… – siedział tam, nieruchomy niczym posąg, czarnymi
oczami wpatrując się w zakrwawioną postać u swoich stóp. Nie
uśmiechał się, ale również nie wyglądał na przygnębionego, jakby widok
cierpiącej nie robił na nim najmniejszego wrażenia. Czarne tęczówki były puste,
wręcz obojętne, i pozbawione jakichkolwiek emocji. Mężczyzna siedział
w całkowitym bezruchu, lekko pochylony; jego pierś nie unosiła się i jedynie
niezwykła uroda – doskonałe rysy twarzy, bladość cery i jakże niepasujące
do jego oczu włosy barwy pszenicy, niemal całkowicie srebrne w tym
oświetleniu – wydawała się przeczyć temu, że mógłby być wytworem ludzkich rąk,
że mógłby nie być żywy… Na swój sposób był, ale sprowadzało się to do czegoś więcej,
aniżeli oddechu albo bijącego serca.
Poruszył
się nagle, bez ostrzeżenia prostując się na swoim miejscu i unosząc do tej
pory skoncentrowane na kobiecie spojrzenie. Jego wzrok powędrował w stronę
zaciemnionego miejsca sali, tam, gdzie coś wydawało się kłębić w ciemnościach,
chociaż postronny obserwator nie od razu byłby w stanie dostrzec ludzką
sylwetkę.
– Po raz
kolejny ci się nie udało – powiedział tak cicho, że usłyszenie jego słów wydawało
się sporym wyzwaniem nawet dla obdarzonej wyostrzonymi zmysłami istoty.
– Ja nie… –
padło gdzieś z cienia, ale istota w mroku nie miała okazji dokończyć,
bo w tej samej chwili kobieta wrzasnęła i wygięła się w łuk,
jakby nagle została porażona prądem. Jeszcze więcej krwi popłynęło z rany
na jej piersi, a chwilę później stróżki czerwieni trysnęły również z jej
ust, uszu i nosa. Krzyk urwał się nagle, a z gardła wyrwał jej
się inny dźwięk, tym razem przypominający odgłos krztuszenia albo bulgotania,
zaś chwilę później kobieta zwymiotowała jeszcze większą ilość osoki. Jej ciałem
raz po raz wstrząsały dreszcze i wyglądała
jak ktoś, kto właśnie przeżywa niewyobrażalne katusze. – Nie nadawała się. Nie
ona – padło w końcu.
Upadły
skrzywił się. Jego twarz wciąż pozostawała obojętna, kiedy prawie
niezauważalnie skinął głową w stronę swojego rozmówcy. Cień poruszył się
i wydłużył, a potem w kręgu rzucanego przez księżyc srebrzystego
światła w końcu znalazła się ludzka sylwetka. Nieśmiertelny miał ciemne
włosy i wyglądał co najwyżej na trzydzieści pięć lat, chociaż w rzeczywistości
liczył sobie tysiące. Regularne rysy twarzy nie pozwalały jednoznacznie
określić jego pochodzenia, ale bez wątpienia miały w sobie coś
szlachetnego i czyniły go niezwykle przystojnym. Nosił się w czerni
i jedynie długi, laboratoryjny płaszcz zdecydowanie odcinał się na tle
wszechogarniającej ciemności, wręcz rażąc po oczach swoją bielą.
Przybysz bez
chwili wahania podszedł do zakrwawionej kobiety i obrzuciwszy ją krótkim
spojrzeniem przenikliwych, stalowych oczu, przyklęknął przy niej, ujmując jej
bladą twarz w obie dłonie.
– P-pro…
osz… szę… – zarzęziła tak niewyraźnie, że ledwo dało się zrozumieć słowa, ale
w szarych oczach pojawił się błysk rozbawienia. Rozumiał ją doskonale, zresztą
nie prosiła go po raz pierwszy.
– Nie
musisz – stwierdził spokojnie i ten ton byłby niemal łagodny, gdyby
w następnej sekundzie jednym wprawnym ruchem nie skręcił jej karku.
Ciałem
wstrząsnął jeszcze jeden dreszcz, a potem w końcu znieruchomiała.
Krew nadal sączyła się z ran na jej ciele, nosa, uszu i ust, ale tym
razem były to po prostu powolne, słabnące z każdą sekundą strumyczki,
a nie coś tak gwałtownego, jak wcześniejsze wymioty.
Jakiś cień
zawisł tuż nad martwą kobietą i pochylonym nad jej ciałem nieśmiertelnego.
Kiedy ten drugi się wyprostował, dostrzegł stojącego tuż za swoimi plecami
mężczyznę o niezwykłej urodzie.
Lucyfer
uśmiechnął się. Wyraz jego twarzy był równie niepokojący, co i pozbawione
jakichkolwiek emocji spojrzenie.
– Czyżby
pozostało w niej tak mało życia, że jej blask cię nie zadowala, Uzjelu?
Och, czy też raczej Samuelu, jak teraz wolisz, żeby cię nazywać – poprawił
z nutką rozbawienia.
Uzjel nie
odpowiedział od razu. Chociaż patrzył na mówiącego, nie był na tyle szalony,
żeby odważyć się spojrzeć wprost w nieziemskie oczy Księcia Ciemności.
– Ludzki
świat zmienił się przez te lata – zauważył w końcu. Dobierał słowa
ostrożnie, nie chcąc pozwolić na to, żeby przypadkiem powiedzieć coś
niewłaściwego. Gdyby go zdenerwował… Och, nie należało drażnić zła. – Moje imię
wzbudzałoby zbyt wiele emocji, a chyba nie możemy sobie na to pozwolić.
–
Naturalnie… – Po tonie i spojrzeniu mężczyzny trudno było stwierdzić, czy
mówi poważnie, czy też znowu sobie kpi. – Samuel.
Toż to prawie Anioł Śmierci, ale nie sądzę byś był na tyle głupi, żeby mieć to
na myśli.
– Jeśli
chodzi o nią – podjął bez chwili wahania Uzjel, przenosząc wzrok na
nieruchome ciało leżące na posadzce – to nawet teraz nie będzie z niej
żadnego pożytku. Była zbyt słaba, najpewniej jak i każda inna ludzka
istota, która chodzi po tym świecie – dodał, a do jego głosu wkradła się
nutka goryczy, którą odczuwał już od jakiegoś czasu.
Urodziwa
twarz nieśmiertelnego nie zmieniła się, ale Uzjel wiedział już z doświadczenia,
że w przypadku Lucyfera nic nigdy nie jest pewne. Kiedy mężczyzna nachylił
się w jego stronę, ledwo powstrzymał się przed instynktownym odsunięciem
na bezpieczną odległość.
– Co
w takim razie proponujesz?
Pytanie
było proste, ale w jakiś niezwykły sposób wydawało się wyrażać więcej, niż
można by przypuszczać. Pan Ciemności nie prosił ani też tak po prostu nie
pytał. On oczekiwał, co w takim wypadku wymuszało na jego sługach
wykonanie poleceń, nawet jeśli wydawało się to nierealne.
– Nie wiem.
– Kłamstwo byłoby samobójstwem, przynajmniej w tym przypadku. – Potrzebuję
kogoś silniejszego. Żywej istoty, ale…
– Więc nie
wampir – padło w odpowiedzi.
Uzjel
westchnął cicho.
– Absolutnie
nie. To, czego ode mnie oczekujesz, wymaga ofiary z człowieczeństwa
w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa. Nie po prostu człowieka, ale człowieczeństwa – powtórzył z naciskiem,
chociaż również i dla niego własne stwierdzenia wydawały się czymś
absolutnie niepojętym.
– Więc
znajdziesz dla mnie taką istotę albo inne rozwiązanie. Tak naprawdę wszystko
zależy od ciebie – stwierdził Upadły i zabrzmiałoby to niemal pogodnie,
gdyby nie nieprzyjemne błyski w jego oczach.
– Tak jest,
ale…
Nie miał
okazji, żeby dokończyć, bo w tej samej sekundzie drzwi do sali otworzyły
się w tak gwałtowny sposób, że chyba jedynie cudem nie wypadły z zawiasów.
Tylko jedna osoba mogła pozwolić sobie na takie zachowanie, nie narażając się
przy tym na gniew swego pana, a przynajmniej Uzjel nie przypominał sobie,
żeby Skyler kiedykolwiek została zbesztana za swoje zachowanie.
Kobieta,
która wkroczyła do sali, a którą w tym wcieleniu wybrała sobie Sky,
bez wątpienia mogła zostać uznana za ładną, piękną wręcz. Wysoka, smukła
i ciemnowłosa, bez trudu przyciągała wzrok i to nie tylko płci
przeciwnej. Miała regularne rysy twarzy, pełne wargi i migdałowe,
stalowoszare oczy, które błyszczały dziko, zwłaszcza kiedy była pod wpływem
silnych emocji – a więc również teraz. Na sobie miała skąpy, mocno
dopasowany kostium ze skóry, składający się wyłącznie na ciasny gorset oraz
sięgającą zaledwie połowy ud spódniczkę. Poruszała się pewnie i z gracją,
w żaden sposób nie okazując, że ubiór albo czarne kozaczki na wysokim
obcasie, jakkolwiek ograniczają swobodę jej ruchów. Przy każdym kroku z wyczuciem
zarzucała biodrami, w naturalny sposób odrzucała długie do pasa czarne
włosy albo spoglądała zalotnie, zaś wewnętrzny blask siły i pewności
siebie, który wydawał się emitować gdzieś z jej wnętrza, sprawiał, że
wyglądała niczym prawdziwa bogini, a nie przypadkowa tania ulicznica.
– Mój panie
– odezwała się i jej głos również zabrzmiał pięknie, niezwykle melodyjnie,
ale z wyczuwalną nutką zniecierpliwienia.
Przeszła
jeszcze kilka kroków, po czym przystanęła w niewielkim oddaleniu od ciała
kobiety i pochylonych nad nim nieśmiertelnych. Uzjel zerknął na nią
przelotnie, kiedy dygnęła w wyuczony w ciągu minionych lat sposób,
tym dziwniejszy, że wydawał się nie pasować do kobiety ubranej w tak wulgarny,
wyzywający sposób. Skyler sprawiała wrażenie wyrwanej wprost ze średniowiecza,
co w zasadzie nie było takie dziwne. Kiedyś piękne suknie, dworskie życie
i wyszukane maniery były dla niej czymś równie naturalnym, co oddychanie.
Świat się
zmienił. Zdziczał, chociaż starał się to ukryć pod maską postępu i rozwoju
cywilizacji. Oni zaś trwali wraz z nim, dostosowując się do tych zmian
dzięki życiu wiecznemu – czy to w swoich postaciach, czy też, jak w przypadku
Skyler, dzięki czemuś o wiele bardziej skomplikowanemu.
– Wyglądasz
na wzburzoną, moja bezduszna. – Na ustach Księcia Ciemności pojawił się
powściągliwy uśmiech.
– I owszem.
Jestem wzburzona. – Skyler bez chwili wahania podeszła bliżej, kiedy Upadły
wyciągnął dłoń w jej stronę. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, kiedy palce
Lucyfera musnęły jej skórę. Nawet w niej demon wzbudzał lęk, ale i pożądanie,
doskonały pod każdym względem i tak niezwykle pociągający… – Dłużej nie
potrafię tego znieść.
Ciemne oczy
Upadłego spoczęły na niej. Spokojnie zniosła zaciekawione spojrzenie Księcia
Ciemności, pozwalając, by ten przyciągnął ją do siebie. Czarne skrzydła
pojawiły się nagle, wspaniałe i tak szerokie, że bez trudu otoczyły drobną
postać Skyler. Jęknęła, po czym wygięła się lekko, czując ukłucia lodowatego
zimna, ale i doceniając słodycz rozkosznego bólu, kiedy niegdyś anielskie
skrzydła zaczęły drażnić jej ludzkie ciało.
Skyler –
kochanica Lucyfera, której imię jakby na przekór wszystkiemu bezpośrednio
dotyczyło nieba – znała ten ból, pragnęła go…
A
przynajmniej tak sądziła do tej pory.
Gdyby miała
inne ciało i nie czuła się tak bardzo ograniczona przez ludzkie słabości
postaci, którą przyjęła w tym cyklu… Przez całe wieki swojego istnienia
nigdy nie upadła tak nisko. Nigdy nie zdarzyło się, by jej ciało pragnęło
czegoś innego bardziej od dotyku Upadłego, od pieszczot, których z taką
łatwością mógł jej dostarczyć.
Patrzyła,
kiedy płonął Rzym. Stała u jego boku, gdy upadało Bizancjum. Śmiała się
w głos, obserwując największe ludzkie katastrofy, które odcisnęły piętno
na historii dzisiejszego świata i które ukształtowały jego dzisiejszy
wygląd, nawet jeśli ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy. Obserwowała,
kusiła, szeptała… Potrafiła być damą, pocieszycielką i zgubą tych, którzy
jej ulegli – zdrajców ludzkości, potężnych władców i dowódców.
Jak po tym
wszystkim mogła utknąć na tym świecie w ciele, które nade wszystko
potrzebowało… Och, sama ta myśl napawała ją wstrętem!
– Ach, tak…
Chłodne
dłonie zacisnęły się wokół nadgarstków kobiety. Wciąż drżała, kiedy demon
odwrócił jej ręce wnętrzem do góry, po czym nachylił się, by musnąć równie
lodowatymi wargami odsłoniętą skórę. Skyler miała wrażenie, że zemdleje z wrażenia,
kiedy poczuła muśnięcie wilgotnego języka, a potem Upadły przesunął się ze
swoimi pieszczotami wyżej, znacząc jej nadgarstek i docierając do wnętrza
łokcia. W tym miejscu nieskazitelną na pierwszy rzut oka karnację szpeciły
świeże siniaki i ślady ukłuć – tego, do czego zmuszało ją to feralne
ciało, by mogła normalnie funkcjonować.
Narkomanka.
Uzjel wszystko spieprzył i sprowadził ją do ciała kobiety, która w mniemaniu
Skyler upadła niżej niż pierwsza z brzegu ulicznica. Cielesne rozkosze to
coś, co była w stanie znieść i do czego sama dążyła, ale nie tak
poważna wada – konieczność zaspokajania potrzeb, które aż do tego stopnia ją
ograniczały!
– Czyż nie
jestem twoją najwierniejszą? – zapytała cicho, wyciągając dłoń, by musnąć palcami gładki policzek nieśmiertelnego. Nadal trzymał ją w ramionach,
tak, że czuła rysującą się pod czarną koszulą muskulaturę jego torsu. Dotyk
skrzydeł rozpraszał ją, wywołując przyjemny ból i dreszcze nad którymi nie
była w stanie zapanować. – Jak mam być ci przydatna, skoro nie potrafię
zapanować nad słabościami, które nawet nie należą do mnie? Nie zasłużyłam na
coś lepszego, mój panie? – wyszeptała, starannie dobierając słowa i dbając
o odpowiedni wydźwięk każdego z nich.
Usłyszała,
że gdzieś tam poza zasięgiem jej wzroku Uzjel gwałtownie wciągnął powietrze do
płuc, wyraźnie poruszony. Głupiec. On, podobnie jak i inni, patrzył na nią
z góry, bo była młodsza i stała ten poziom niżej, pozbawiona własnego
ciała i zmuszona do tego, by żerować na innych. Wracała w każdym
kolejnym cyklu, a potem trwała, zależna od istot, które przejmowała, by
móc… No cóż, żyć. W ich oczach była pasożytem, chociaż każde z nich
potrzebowało przecież czegoś więcej, czerpiąc energię z ludzi, tak jak
i wampiry wysysały krew z żyjących, by zaspokoić głód. W czym
w takim razie była gorsza, skoro, w przeciwieństwie do nich, nie
potrzebowała ludzkiej egzystencji, by trwać?
Co więcej,
silniejsza czy też nie, to właśnie ją upodobał sobie Książę Ciemności. To
zawsze ona stała u jego boku; jej powierzał najważniejsze zadania. Znaczyła
więcej niż niejeden z pierwszych, którzy przeżyli upadek, a nieśmiertelność
zawdzięczali własnym ciałom i życiu, które kradli innym.
– Możesz
odejść. Wszyscy możecie – warknął Upadły tonem zupełnie odmiennym do tego,
którym zwracał się do Skyler.
Efekt był
natychmiastowy, bo tylko szaleniec sprzeciwiałby się Lucyferowi. W krótkim
czasie zarówno Uzjel, jak i inne istoty mroku, które kryły się w ciemnościach,
posłusznie opuścili salę, pozostawiając swojego pana w towarzystwie jego
ulubienicy. Skyler rozluźniła się i bez chwili wahania pozwoliła na to, by
demon poprowadził ją w kierunku zdobionego tronu, który wcześniej
zajmował. Całe eony doświadczenia pozwoliły demonicy przewidzieć, czego będzie
od niej oczekiwał i na co może sobie pozwolić, dlatego z gracją
usiadła na jego kolanach.
Trwała
w jego ramionach, rozkoszując się bijącą od Upadłego potęgą i chłonąc
ją całą sobą, całkowicie obojętna na nagie, zakrwawione ciało rozciągnięte na
posadzce. Nigdy nie oczekiwała więcej, tak jak i on nie wymagał od niej
niczego ponad posłuszeństwo, które zawsze otrzymywał. Żadne z nich nie
kochało i to było dobre, bo emocje ogłupiały. Skyler nienawidziła
ograniczeń, w zamian pragnąc wyłącznie tego, co zapewniała jej służba
Lucyferowi: potęgi, władzy, dominacji…
– Teraz
możemy porozmawiać – usłyszała. Odrzuciła głowę do tyłu i usiadła na nim
okrakiem, spoglądając wprost w te bezkresne oczy. Miała przed sobą
anioła i uosobienie czystego zła w jednym. – Jak rozumiem, chciałabyś
mnie o coś prosić, moja bezduszna…
– Ostatnie słowa zabrzmiały tak, jakby je wyśpiewał, w niezwykły sposób
przeciągając kolejne samogłoski.
Skyler
uśmiechnęła się chłodno, bez chociażby krztyny ciepłych uczuć. Gest ten jedynie
podkreślił lodowate piękno, którą to ciało zawdzięczało samej jej obecności.
– W rzeczy
samej – przyznała, skromnie spuszczając wzrok. Nie była na tyle naiwna, by
wierzyć, że jest w stanie manipulować tak potężną istotą, ale zdążyła już
nauczyć się kiedy i na co może sobie pozwolić podczas rozmowy z nim.
– Mój panie…
– Wiem,
czego oczekujesz – odparł spokojnie. Górował nad nią, piękny i potężny
z rozłożonymi skrzydłami. W jego objęciach wydawała się nienaturalnie
mała i krucha, tak też i było, bo gdyby zapragnął ją zgładzić,
zrobiłby to bez najmniejszego nawet problemu. – Czy kiedykolwiek zawiodłem
twoje zaufanie, Skyler?
– Nie,
panie – odparła natychmiast, unosząc głowę. Ciemne włosy opadły jej na ramiona
i plecy, wijąc się wokół jej twarzy niczym stado węży.
– A czy
ty… Ty jesteś mi wierna, Skyler? – zapytał, a ona aż zaczerpnęła powietrza
do płuc, zaskoczona jego pytaniem.
– Tak.
Uśmiech
Lucyfera w równym stopniu zachwycał, co i przyprawiał o dreszcz
niepokoju.
– Mam dla
ciebie zadanie, moja bezduszna – zapowiedział spokojnie, niemal z czułością
przesuwając dłońmi wzdłuż krzywizny jej kręgosłupa, znacząc krągłości ciała Sky,
pieszcząc odsłoniętą skórę i jakby ucząc się jej na pamięć… – Spisz się,
a wtedy otrzymasz to, czego tak bardzo pragniesz.
–
Oczywiście, mój panie. Oczywiście…
Alyssa
Alyssa obudziła się gwałtownie,
zlana zimnym potem i zdezorientowana. Chciała krzyknąć, ale ostatecznie żaden
dźwięk nie wydobył się z jej gardła, kiedy gorączkowo rozejrzała się
dookoła, niemalże spodziewając się zobaczyć kogoś, kto spróbuje ją zaatakować. Istoty
czające się w mroku, lśniąca od krwi posadzka, czarne skrzydła… Na samo
wspomnienie czuła wręcz paniczny, narastający strach nad którym nie była
w stanie zapanować. W głowie jej wirowało, co mogło mieć związek
z przerażającą scenerią snu – koszmaru, którego już nawet nie pamiętała –
ale podświadomie czuła, że chodzi o coś więcej. Wyblakłe czy nie,
wspomnienia wydawały się aż nazbyt żywe i prawdziwe, aż w pewnym
momencie była w stanie przysiąc, że to, co widziała, było prawdziwe –
a przecież nie mogło być.
Wzięła
kilka głębszych wdechów, dla pewności przykładając drżącą dłoń do ust, by
przypadkiem nie jęknąć albo w inny sposób nie okazać zdenerwowania. Z trudem
przypomniała sobie moment, w którym straciła przytomność – łazienkę, krew
na dłoniach i ubraniu oraz osunięcie się na ziemię,
wcześniej doświadczając czegoś, czego nawet nie potrafiła wyjaśnić. Nie miała
pojęcia, ile czasu była nieprzytomna, ale najwyraźniej wystarczająco długo, by
ponownie wylądować w znajomej już sypialni – tej samej, w której
ocknęła się za pierwszym razem. Chyba powinna była poczuć się pewniej z tego
powodu, jednak nic podobnego nie miało miejsca, tym bardziej, że wciąż niczego
nie rozumiała, co najmniej osaczona przez zamieszkujące ten dom istoty. Co
więcej, prawie na pewno była sama, a to…
Bardziej
wyczuła niż zauważyła subtelny ruch od strony okna. Natychmiast wyrwała się
resztkom snu i – jeszcze bardziej zdenerwowana niż wcześniej –
błyskawicznie spojrzała w tamtym kierunku.
Nie od razu
dotarło do niej to, co widzi, a kiedy w końcu pierwszy szok minął,
gwałtownie poderwała się do pozycji siedzącej, omal przy tym nie zsuwając się
z łóżka.
Czyjaś
sylwetka majaczyła na tle otwartego okna, by już ułamek sekundy później bez
większego problemu wślizgnąć się do pokoju Alyssy. Intruz zeskoczył z parapetu,
lądując w kucki i błyskawicznie prostując się do pozycji siedzącej;
ciemne oczy zalśniły w ciemności, skutecznie sprowadzając ją na ziemię
i uświadamiając, że może być w niebezpieczeństwie.
Dopiero
kiedy spojrzenie tych dziwnie znajomych tęczówek spotkało się z jej
własnym, znalazła w sobie dość energii, żeby zacząć krzyczeć.
Dzisiaj wracam do Was ze sceną, która napisałam już dawno temu, a która do tej pory wydaje mi się… po prostu idealna, jeśli chodzi o porównanie opisu z tym, co sobie wyobraziłam. Mało kiedy jestem aż do tego stopnia zadowolona z tego, co udało mi się napisać, więc to tym bardziej o czymś świadczy. Co więcej, pierwsza perspektywa (z założenia coś, co widziała Alyssa, ale ostatecznie nie jestem w stanie dopasować tego do jej perspektywy) jest jedną z najistotniejszych dla fabuły, więc tym bardziej cieszy mnie to, że wyszła w taki sposób.Dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnią częścią. Mam nadzieję, że dalszy ciąg tej historii okaże się wystarczająco intrygujący, byście zostali ze mną na dłużej.Do napisania!

Moje!
OdpowiedzUsuńJestem w końcu i tutaj.
UsuńTeraz zaczynam wątpić, że czytanie tego rozdziału w środku nocy było odpowiednim pomysłem. Nie wiedziałam, że masz w sobie coś z osóbki sadystycznej. Scena nie była dla mnie miła, a do tego wszystko opisałaś w taki sposób, że bez problemu sobie wszystko wyobraziłam i trochę zimniej mi się zrobiło ,-,
Lucyfer... ja podziwiam Twoją wyobraźnię. Pamiętam, że wcześniej to była przeróbka o rodzinie Cullen i jestem w stanie stwierdzić, że ta historia jest lepsza. Chociaż saga opiera się raczej na wątku miłosnym, a Twoja Alyssa już niekoniecznie (ubolewam nad brakiem ciąży!). Daje nam za to dużo pytań i na ich rozwiązanie musimy czekać, aż sama zechcesz wszystko wszystko wyjaśnić. A jak wiadomo, opowiadanie nie polega na tym, że w jednym rozdziale pojawi się całe wyjaśnienie.
Początkowo byłam zdezorientowana. Wiem, że czytałam rozdziały poprzednie (naprawdę czytałam. Tak grzecznie. Wierzysz? ^^). I się zastanawiałam czy przypadkiem czegoś nie przegapiłam albo czy późna godzina tak na mnie nie działa. Ale w końcu zaczęłam łapać z kolejnymi zdaniami więc jest dobrze!
Na miejscu Uzjela/Samuela zdecydowanie bym się nie powstrzymywała i nie tylko się odsunęła a ile bym po prostu zwiewała gdzie pieprz rośnie.
Rozdział bardzo mi się podoba. Po pierwsze: opisy. Czytało się wszystko lekko. Najpierw zaczęłam, a jak zaczęłam rozumieć o co chodzi to już znalazłam się przy słowie Alyssa. A potem ostatnia kropka. A po drugie, to na co zawsze zwracam uwagę: nie zdradziłaś wiele. A w sumie to praktycznie nic. Więc w tym przypadku powstają kolejne pytania co do historii :)
Mam pewne podejrzenia po przeczytaniu całego rozdziału, ale do końca pewna nie jestem. Pamiętam naszą rozmowę jakiś czas temu, ale najważniejszy szczegół właśnie uleciał mi z głowy. Więc będę się głowić ^^
No i oczywiście końcówka tak bardzo w Twoim stylu! Ale bić nie będę bo mam przed sobą jeszcze dwa (chwilowo) rozdziały.
Także do napisania!
Mrs.Cross!
PS. Za błędy przepraszam, ale... godzina x.x A musiałam przeczytać chociaż jeden ^^
Przybywam dość późno, ale jakoś nie umiałam się zebrać. W każdym razie nie dziwię się, że jesteś dumna z pierwszej sceny, bo to majstersztyk! Cudowny klimat, mrok, tajemniczość, ciekawi bohaterowie... Lubię takie postacie jak Sky - żądne władzy i potęgi i nie bojące się po to sięgnąć. A zestawienie tych cech ze słabością jej ciała sprawia, że jest jeszcze bardziej fascynująca.
OdpowiedzUsuńOczywiście ciekawi mnie, co to za misję zlecił jej Lucyfer. Pomyślałam, że to może być znalezienie mu tej ofiary z człowieczeństwa i że to może być Allysa, ale jakoś tak... dlaczego w takim razie miałaby widzieć to w wizji? Nie będę gdybać, bo nie mam pojęcia xD
Czekam na następny rozdział!
Cześć :3
OdpowiedzUsuńWzięłam się za czytanie, bo wreszcie nic mnie nie rozprasza. Laptop wyłączony, ludzie poszli spać, kot sobie spokojnie śpi obok, więc i ja mogę sobie poczytać. Wreszcie. Czytając opis z samego początku przez chwilę chciałam do.siebie przyciągnąć ta biedna istotę, która nic tylko cały dzień spi i się mocno przytulić, bo się zaczęłam bać. XD Mówię serio, zaczęłam sobie wyobrażać w ostatnim czasie tyle rzeczy, że to nawet dla mnie za dużo, a ja bardzo lubię straszne rzeczy, ale no... ja to ja. Jak czegoś nie odwalę to nie jestem to ja. :3
Zanim się rozpędzę z komentarzem musiałam sobie przywinąć na dół, żeby nie widzieć gifu. Serio, ona jest za ładna i czasem potrafię się po prostu na jej zdjęcie gapić przez jakiś czas. A w następnym rozdziale jest Joseph... ech, robisz to specjalnie, żeby zamiast czytać patrzeć się na gify z tymi cudownym ludźmi? :p
Mega mi się podoba ten cały opis. Aż mnie ciarki przeszły jak sobie wyobraziłam ta biedna kobietę. Zdecydowanie za bardzo realistycznie to wszystko widziałam. Wyobraźnia tworzy nam najlepsze filmy, a moja w ostatnim czasie jest bardzo... hm, jakby to powiedzieć... zgubiłam słowa. Ale działa na najwyższych obrotach, a to ważne. ;3 Czytam i widzę Lucyfera, ale ciągle we mnie wszystko krzyczy "To nie on jest królem piekła! To Crowley, gdzie jest Crowley?" xD Muszę naprawdę ogarnąć, że to nie to samo xD
Czyżby Lucek miał w planach kazać jej znaleźć odpowiednie ciało? Pamiętam jak mi mówiłaś jeszcze kiedyś, że Skylar opętała (?) Esme, więc teraz chodzi o to samo z tym, że zamiast Esme, której nie ma będzie ktoś inny. Przez jakiś czas myślałam, że może chodzić o Eleonorę, ale coś mi teraz nie pasuje i sądzę, że chodzi o Ali. Chociaż w sumie nie wiem. Tylko głośno myślę :3
O proszę i pojawia się Carlos! *wnioskuję tak po gifie w następnej notce* Facet sobie wybiera nakładem dobre pory na pojawianie się. ;3
W zasadzie nie wiem jak powinnam skomentować ta druga część rozdziału, tj. Perspektywę Ali.
Ale powiem Ci tyle, że masz prawo czuć się dumna z tego rozdziału. Bo jest naprawdę świetny i mi się ogromnie podobał, a jestem pewna, że osoby, które to czytają się ze mną zgadza. (Chyba, że mają jakiś spaczony gust, ale jesteście na dobrej drodze do nawrócenia się. Keep going, guys. :p ) Powtórzę się, ale ten rozdział był naprawdę dobry, ale to słowo ma za mała moc, żeby je opisać. Cóż, wyszło Ci tak jak piszesz w notce. Tyle :3
Następny ogarnę rozdział jutro, a ja życzę jeszcze dużo weny i żeby nie brała sobie urlopów na żądanie. ;D
Ściskam,
Gabi x.