Alyssa
Stała w bezruchu,
bezmyślnie wpatrując się w Nadię i mając wrażenie, że ta mówiła
w jakimś innym, obcym języku. Słowa kobiety dźwięczały dziewczynie
w głowie, ale choć wyraźnie słyszała je raz za razem, jeszcze długo po
tym, jak te już zostały wypowiedziane, wciąż nie była w stanie zrozumieć
ich znaczenia.
– Co
takiego…? – wyszeptała, właściwie nieświadoma tego, że w ogóle zdecydowała
się odezwać.
Cisza
dzwoniła jej w uszach, ciężka i tak ostateczna, że aż poczuła się
nieswojo. Słyszała swój przyśpieszony oddech i szaleńcze bicie serca,
kiedy puls przyśpieszył do tego stopnia, iż zaczęła mieć wrażenie, że
nieszczęsny narząd za moment wyrwie się na zewnątrz, wcześniej rozrywając
klatkę piersiową. Czuła dotyk Eleonory, która wciąż trzymała ją
w ramionach, ale prawie nie była bliskości kobiety świadoma, myślami
gdzieś daleko – przy Nadii i słowach, które ta w przypływie
frustracji wykrzyczała.
Nie, jednak
się pomyliła… Przecież musiała się pomylić! Zdecydowanie coś źle usłyszała albo
po prostu wcześniej wyciągnęła złe wnioski, bo i jak inaczej mogłaby
wyjaśnić to, co właśnie się działo? Tak, inna możliwość nie wchodziła
w grę, koniec, kropka.
To tylko
sen, pomyślała i w przypływie paniki zapragnęła zacisnąć powieki,
zakryć uszy dłońmi i zacząć nucić pod nosem, trwając w tym stanie
oderwania tak długo, aż się obudzi. Jasne, że to sen. Jeden z tych
zdrowo pieprzniętych snów, które wydają się niezwykle realne do momentu
przebudzenia, kiedy zaczyna się dostrzegać wszystkie luki w fabule. Zaraz
się obudzę… Albo raczej obudzi mnie Mary, żeby po raz kolejny wyciągnąć na
jakieś poranne bieganie albo inną prozdrowotną akcję, która
w rzeczywistości okaże się sprytną intrygą, sprowadzającą się do jednego
słowa: podryw.
Z tym, że
kolejne sekundy mijały i nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym
czasie miało pojawić się cokolwiek, co wyzwoliłoby ją z tego, co uważała
za koszmar. Wciąż tkwiła w tym samym miejscu, zagubiona gdzieś pośrodku
lasu, mogąc co najwyżej spoglądać na te… Te istoty, bo już nie
miała wątpliwości co do tego, że nie ma do czynienia z ludźmi. Eleonora
nadal była obok, a Nadia w milczeniu, w niemalże oskarżycielski
sposób spoglądała na zamyślonego Carlosa. Ten ostatni wpatrywał się
bezpośrednio w nią, a Alyssę naszła niepokojąca myśl o tym, że
był w stanie przeniknąć jej myśli – że dobrze wiedział, co takiego czuła
i co ją przerażało, starannie analizując i po swojemu interpretując
poszczególne myśli i uczucia. Ta myśl wydawała się niedorzeczna, ale mimo
wszystko…
Wypuściła
powietrze ze świstem, nie po raz pierwszy ogarnięta niejasnym wrażeniem, że
wcale nie potrzebuje go w takiej mierze, jak mogłaby oczekiwać. Oczywiście
i tym razem głębokie oddychanie nie przyniosło ukojenia, wręcz potęgując
poczucie rozbicia oraz tego, że wszystko wymyka się spod kontroli. Już nie
tylko jej ciało było obce, ale również wszystko inne – zwłaszcza otaczająca ją
rzeczywistość – i nic nie wskazywało na to, żeby ten stan rzeczy miał w najbliższym czasie ulec zmianie.
W
odpowiedzi na słowa Nadii wszyscy zamarli, łącznie z samą zainteresowaną.
Blondwłosa piękność wpatrywała się w Carlosa, zachowując się tak, że
nagle prawdopodobnym wydało się to, że będzie w stanie kogoś zabić samym
tylko spojrzeniem. Atmosfera momentalnie zgęstniała, zaś dotychczas przyjemnie
chłodne, nocne powietrze, stało się tak ciężkie, że oddychanie zaczęło jawić
się jako coś niemalże niewykonalnego. Alyssa dyszała ciężko, łapiąc oddech
trochę zbyt szybko i walcząc z mętlikiem, który jak na zawołanie
pojawił się w jej głowie, jakby już do tej pory logiczne myślenie nie
stanowiło wybitnie trudnego zadania. Uparcie nie chciała przyjąć do świadomości
tego, co się działo, chociaż zarazem miała wrażenie, że znów oszukuje samą siebie.
Gdzieś w pamięci dziewczyny zamajaczyło wspomnienie z łazienki – to,
co zobaczyła na krótko przed utratą przytomności, kiedy to sama… kiedy ona
zabiła…
Och, no
i wcześniej w lesie. Wtedy, kiedy znalazł ją Jason, który widział, że…
Nie…
Nie, nie, nie, och nie…
Dlaczego to
brzmiało jak kłamstwo?
Wraz
z kolejnym drżącym oddechem, znalazła w sobie dość siły, by nachylić
się do przodu i w przypływie frustracji, zażądać wyjaśnień:
– Czy ona
właśnie…? – Pokręciła głową, niezdolna do tego, żeby tak po prostu dokończyć
pytanie. Czuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie, nie po
raz pierwszy w ciągu ostatnich godzin. Kiedy sądziła, że jest na dobrej
drodze, by przynajmniej spróbować zaakceptować otaczającą ją rzeczywistość,
działo się coś, co znów sprawiało, że miała wrażenie, iż za chwilę rozpadnie
się na kawałeczki, a to zdecydowanie niczego nie ułatwiało. Chciała
wyjaśnień i kilkukrotnie już obiecanej pomocy, a co otrzymała
w zamian? – Czy ona właśnie powiedziała, że… Powiedziała, że ja…? –
wymamrotała, plątając się i nie mając w sobie dość odwagi, żeby
chociaż spróbować dokończyć.
Poczuła
pieczenie pod powiekami, co ją zaskoczyło, bo nie sądziła, że będzie w stanie
płakać. Otarła oczy gniewnym ruchem, nie chcąc pozwolić sobie na słabość –
nie po raz kolejny, gotowa zrobić wszystko, byleby tym razem nie ulec
narastającemu w niej pragnieniu ucieczki. Czuła, że wydarzyło się zbyt
wiele, a zmiany zaszły za daleko, by dłużej była w stanie trwać w niepewności,
unikając prawdy. Miała dziesiątki pytań, na które pragnęła poznać odpowiedzi,
obojętna na to, co i dlaczego miałaby usłyszeć. Była tutaj, tak bardzo
przerażona i… inna. Wiedziała o tym już od chwili przebudzenia w tamtym
lesie, a skoro tak…
Wyprostowała
się, po czym stanowczo odsunęła od stojącej przy niej Eleonory. Kobieta zrobiła
takich ruch, jakby zamierzała ją powstrzymać, ale w ostatniej chwili
wycofała się, pozwalając Alyssy podjąć decyzję. Dziewczyna nie miała pojęcia
jak wyglądała, a tym bardziej co takiego wyrażała jej twarz, ale wolała
się nad tym nie zastanawiać. Miała dość – wszystkiego, a już zwłaszcza
wątpliwości, które odczuwała niemalże na każdym kroku.
– Na wrota
piekielne, księżniczko! – Carlos spojrzał na nią w co najmniej zaskoczony
sposób. Uniósł brwi, po czym raz jeszcze zmierzył ją wzrokiem, jakby licząc na
to, że stroiła sobie z niego żarty. Już samo to wystarczyło, by poczuła
jeszcze silniejszą irytację, bo żarty były ostatnim, na co miała w obecnej
sytuacji ochotę. – Mam przez to rozumieć, że… Och, wciąż ci nie
powiedzieli? – zapytał z niedowierzaniem.
– Nie powiedzieli
czego?! – przerwała mu spiętym tonem. Aż wzdrygnęła się, samą siebie
zaskakując tym, że w ogóle zdecydowała się podnieść głos. Drżała coraz
bardziej, co najmniej jakby miała febrę, samej sobie nie potrafić wytłumaczyć
tego, jakim cudem wciąż była w stanie utrzymać się w pionie.
Przez twarz
Carlosa przemknął cień. Zaraz po tym mężczyzna przeniósł wzrok na swoich braci,
całą uwagę poświęcając przede wszystkim Michaelowi.
– Do
cholery, naprawdę? – W jego głosie dało się wyczuć sfrustrowaną
nutę. – Przysłałem ją, bo miałem nadzieję na to, że ułatwicie nam zadanie,
a wy nawet nie uświadomiliście ją, że jest…
– Nie
zapędzaj się! – przerwał mu Jason, decydując się odpowiedzieć zamiast
brata. – Śmiesz czegokolwiek wymagać po tym, jak nas potraktowałeś? Przysyłasz
do nas przerażoną, nieświadomą niczego dziewczynę, która przy pierwszej okazji
mdleje nam z nerwów. Spójrz na nią teraz i powiedz, że wygląda, jakby
była gotowa na prowadzenie jakiejkolwiek rozmowy! – żachnął się mężczyzna,
machnięciem ręki wskazując na wciąż oszołomioną Ali. – Nie było okazji,
poza tym… Rozumiesz, co powiedziałem? Zemdlała. To ty nawaliłeś Carlos. Jak
mogłeś zrobić jej coś takiego, a potem tak po prostu zostawić i…?
– Jestem
tutaj, do cholery!
Spojrzeli
na nią, jakby zaskoczeni tym, że mogłaby się odezwać. Wciąż drżała, już nie
tylko bliska płaczu, ale wybuchu gniewu, o który nigdy dotąd się nie
podejrzewała. Nie przypominała sobie, by przez całe życie kiedykolwiek czuła
coś aż tak intensywnego – złość, która wydawała się narastać z każdą
kolejną sekundą i wypowiedzianym słowem, przywodząc dziewczynę na skraj
wytrzymałości. Drżała, mocno zaciskając dłonie w pięści i obojętnie
podchodząc do wrażenia, że niewiele brakuje, żeby w przypływie emocji
połamała sobie palce. Chciała zacząć krzyczeć, ale i to nie wydało się
Alyssy wystarczające. Pragnęła czegoś więcej, ale…
Pragnęła
zadać im cierpienie – tak po prostu, tylko i wyłącznie po to, żeby
przestali ją ignorować.
Jakim
prawem mieliby ignorować właśnie mnie…?
Wciąż o tym
myślała, spazmatycznie chwytając powietrze i nie będąc w stanie
zmusić się do ruchu albo wypowiedzenia jakiegokolwiek jeszcze słowa –
nawet najmniej sensownego, stanowiącego co najwyżej ponaglenie względem tego,
by zechcieli jej cokolwiek wytłumaczyć. Cisza, która tak nagle zapadła,
dzwoniła jej w uszach, choć tym razem do Alyssy dotarło, że milczenie
wcale nie było aż tak ostateczne, jak początkowo mogłaby przypuszczać. Wyraźnie
słyszała szum wiatru i szelest łagodnie poruszanych liści. Była świadoma
bliskości lasu, charakterystycznych zapachów przyrody i natury, która z jakiegoś
powodu nagle wydała się dziewczynie równie niezwykła, co i niebezpieczna.
Choć to wydawało się bez sensu, coś w myśli o tym, że w każdej
chwili mogła spróbować rzucić się do ucieczki, a potem skryć w gęstwinie,
tym samym odcinając się od tego całego szaleństwa, przyniosło Alyssy ukojenie.
Miała
wrażenie, że minęła cała wieczność, kiedy zapanowała nad sobą wystarczająco, by
ponownie skoncentrować wzrok na Carlosie. Naszło ją niepokojące wrażenie, że kontur
sylwetki mężczyzny rozmazuje jej się przed oczami, otoczony czymś, co wyglądało
jak dziwna, czerwona mgiełka, która…
Mogłabyś
go zabić, pomyślała, a przynajmniej takie miała wrażenie, bo również
myśli wydały jej się obce. To było tak, jakby wpatrywała się wyryte na jakiejś
niezwiązanej z nią powierzchni, a ona co najwyżej je czytała. Za
wszystko, co ci zrobił, zasłużył sobie na to…
Przez
ułamek sekundy była gotowa przysiąc, że wystarczy tylko jedna decyzja, by
zginęli wszyscy – wyraźny rozkaz, który mogła wydać, mając przy tym gwarancję,
że zostanie spełniony.
To było co
najmniej przerażające.
– Ach…
Toście mnie wkopali – stwierdził jej „wybawca”, tonem wypranym z jakichkolwiek
emocji. Najwyraźniej wciąż nie docierały do niego argumenty Jasona na temat
tego, dlaczego jego oczekiwania mogłyby wydawać się co najmniej śmieszne. –
Ach… Dziękuję,
Carlos? – zasugerował, celowo przeciągając sylaby.
Alyssa
spojrzała na niego z niedowierzaniem, coraz bardziej wytrącona z równowagi.
Prawie nie była świadoma chłodnego dotyku Eleonory, która w pewnym
momencie jednak podeszła bliżej, stając tuż obok niej.
– Że co?
Carlos
nieznacznie pokręcił głową.
– Zacznijmy
nazywać rzeczy po imieniu, w porządku? – zaproponował, w przeciwieństwie do
braci i swojej bratowej nie zamierzając silić się na delikatność. –
Seattle? Dwa wampiry, które zdecydowanie nie życzyły
ci dobrze? Coś ci świta, czy mam mówić dalej? – Carlos potrząsnął głową i westchnął
cicho. – Nie wspomnę o tym, że rzuciłaś we mnie szafką, a ja dopiero co
po raz kolejny cię uratowałem. Nie oczekuję niczego szczególnego, aczkolwiek
gdybyś była na tyle uprzejma, żeby przynajmniej…
– Albo
jakimś cudem właśnie się naćpałeś, albo upadłeś na głowę – przerwała mu, nawet
nie próbując zastanawiać się nad doborem słów. – Mam ci podziękować? Ja mam ci
podziękować?! – wykrzyczała, ponownie tracąc nad sobą kontrolę. Emocje, które
od jakiegoś czasu kumulowały się wewnątrz niej, momentalnie znalazły ujście, a Alyssa
poczuła nieopisany gniew i żal – coś po stokroć silniejszego niż jeszcze w domu,
kiedy stali naprzeciwko siebie w jej pokoju. – Zabiłeś mnie! – uświadomiła
sobie. Przycisnęła dłoń do ust, nagle znów czując smak jego krwi. W pamięci
zamajaczyło echo piekła, przez które przeszła z chwilą, w której
Carlos stanął na jej drodze, zapoczątkowując coś, co dopiero teraz zaczęło
nabierać dla niej sensu. Słowa Nadii i to, jak swobodnie posługiwał się
tym jednym, jedynym terminem w rozmowie z nią… To było tak, jakby w rzeczywistości
wiedziała już od samego początku, ale dopiero teraz zaczęła akceptować prawdę.
– A przynajmniej próbowałeś, ale najwyraźniej ci nie wyszło i… – Urwała,
czując coraz silniejszy uścisk w gardle. Zamrugała energicznie, walcząc z pieczeniem
pod powiekami. Nie chciała płakać, ale nie była w stanie dłużej się
powstrzymać, przez co pierwsze łzy złości spłynęły po jej policzkach, nim w ogóle
spróbowała doprowadzić się do porządku. – A potem mnie tam zostawiłeś…!
Zostawiłeś mnie samą, bez jakichkolwiek odpowiedzi, nie fatygując się nawet
poinformować mnie, że właśnie zrobiłeś ze mnie… potwora!
Ostatnie
słowo przeszło jej przez gardło z największym trudem, w efekcie
brzmiąc niczym najgorsza obelga. W tamtej chwili nie dbała o to, że
najpewniej igra z ogniem, obrażając tych, którzy jej towarzyszyli – ich
wszystkich, bo wiedziała już, że w niczym nie przypominali istot ludzkich,
które dotychczas spotykała na swojej drodze. Wpatrywała się w Carlosa,
drżąc na całym ciele i będąc w stanie ustać w miejscu wyłącznie
dzięki pomocy trzymającej ją mocno Eleonory – obecnej, tak bardzo pomocnej i na
pierwszy rzut oka niepasującej do reszty towarzystwa. Czuła się rozbita,
porzucona i zła, a jedynym, czego naprawdę pragnęła, było zmuszenie
Carlosa do tego, żeby jakimś cudem cofnął wszystko to, co wydarzyło się od
chwili, w której po raz pierwszy stanął na jej drodze.
Nie zrobił
tego.
Uśmiech w końcu
zniknął z jego ust, ale wcale nie poczuła z tego powodu ulgi.
Mężczyzna – wampir, choć to słowo wciąż nie
znaczyło dla niej nic – spoważniał i zmrużył oczy, wciąż uważnie się
jej przepatrując. Ciemne tęczówki wydawały się przeszywać ją na wskroś, jak
gdyby nigdy nic lśniąc w mroku i sprawiając, że Alyssa poczuła się
jak rozemocjonowane, głupie dziecko.
– Niczego
nie wiesz – stwierdził z powagą i to była najbardziej szczera
wypowiedź, jaka do tej pory padła z jego ust.
– Więc mi
wytłumacz – wyszeptała z pewnym wysiłkiem, czując jak uchodzi z niej
cała energia. Chwiała się na nogach, nagle zmęczona i tak bardzo
zniechęcona, że wręcz wydało jej się to nierealne.
Nie
odpowiedział, a Alyssa zrozumiała, że najpewniej nie miał tego zamiaru. Po
prostu na nią patrzył, podczas gdy ona odwdzięczyła mu się tym samym, na
dłuższą chwilę zapominając, że nie są sami. Czuła się tak jak wtedy w pokoju,
kiedy w równym stopniu pragnęła go przepędzić, co i zmusić do tego,
żeby zaczął mówić.
Carlos
milczał, tym samym sprawiając, że poczuła, iż emocje po raz kolejny wymykają
jej się spod kontroli. Chciała go zmusić, zacząć krzyczeć – zrobić… cokolwiek –
ale nie była w stanie, poza tym…
– Nie masz
prawa – powiedziała znacznie głośniej niż wcześniej. – Musisz mi powiedzieć,
bo… Po prostu musisz!
–
Przestańcie wszyscy! – padło, zanim Carlos w ogóle zdążył podjąć decyzję o tym,
żeby jakkolwiek zareagować.
Alyssa
zauważyła, że mężczyzna westchnął cicho, chcąc nie chcąc koncentrując wzrok na
Michaelu. Na jego twarzy pojawił się pozbawiony wesołości, niemalże zmęczony
uśmiech.
– No
cóż… – Urwał, podchwyciwszy udręczone spojrzenie brata. – Chyba
wypadałoby chwilę porozmawiać… Chcesz ode mnie wyjaśnień, księżniczko? –
zwrócił się do niej, jak gdyby nigdy nic ignorując Michaela. – O co mnie
zapytasz, hm? Dlaczego ty? Dlaczego traciłem czas, żeby uganiać się za
studentką? – dodał i coś w jego słowach dało jej do myślenia. – A przecież
to takie proste. Dziewczyna urodzona w najdłuższą noc w roku…
„Naznaczona przez ciemność. Dwa ugryzienia, by zyskać nieśmiertelność –
trzecie, by przypieczętować przeznaczenie” – powiedział takim tonem, jakby
właśnie recytował coś z pamięci, chociaż równie dobrze mogło być to
wyłącznie wrażeniem. Przez cały ten czas spoglądał jej prosto w oczy, aż poczuła
się tak, jakby nagle poraził ją prąd. – Powiedz mi, proszę, czy to nie brzmi
znajomo? W którym miejscu twoim zdaniem spieprzyłem sprawę, co Alysso? Mam
wrażenie, że masz do mnie żal, chociaż sama musisz przyznać, że mogłaś trafić
gorzej. Gdybym pozwolił, by ktoś inny wtedy do ciebie dotarł… Ale hej! Po co ja
się tłumaczę, skoro sama już zauważyłaś, że jestem potworem – niemalże zadrwił, ale dla niej z równym powodzeniem
mógłby milczeć.
Cofnęła się
o kolejny krok, stanowczo odpychając od siebie Eleonorę i nie będąc
nawet w stanie zmusić się do spojrzenia kobiecie w twarz. A potem
jeszcze jeden i jeszcze… Chciała uciekać, jednak nogi odmawiały jej
posłuszeństwa, dziwnie ciężkie i w równym stopniu zesztywniałe, co i całe
ciało. Czuła się oszołomiona i bliska tego, żeby jednak rozpaść się na
kawałeczki, przytłoczona ciężarem wypowiedzianych słów oraz narastającymi w niej,
jakże trudnymi do opanowania. Niemal czuła palenie znamienia na plecach – tego
samego, które tak często komplementowała Mary, śmiejąc się, że wyglądało jak
tatuaż. Wciąż słyszała słowa Carlosa i chociaż starała się jakkolwiek przed
nimi obronić albo przekonać samą siebie, że to jedynie wyobraźnia albo wierutne
kłamstwa…
Ale
przecież wiedziała.
Dwudziesty
pierwszy grudnia. Przesilenie zimowe…
Jej
urodziny.
–
Obserwowałeś mnie – zarzuciła mu. To było oczywiste już od chwili, w której
uświadomił jej, jak wiele o niej wie, jeszcze tam w lesie, zanim… – A potem
na mnie eksperymentowałeś. Jeśli się pomyliłeś…
– Ja,
Alysso? – przerwał jej cicho. – Już wszyscy wiedzą kim jesteś – to, że Dorian
omal cię nie zabił, jest tego doskonałym dowodem. Polowanie właśnie się
zaczęło, a gdyby nie ja, pewnie już byłabyś albo martwa, albo… Och, chyba
wolałabyś tego nie wiedzieć – stwierdził takim tonem, że faktycznie zaczęła się
cieszyć z tego, że nie rozwinął tej myśli.
Polowanie… Dorian…
Seattle…
To, kim
była…
Więc kim jestem, co? Kim, do cholery,
jestem, skoro ty…?
–
Zostawiłeś mnie tam. Pozwoliłeś, żebym myślała…
Carlos z niedowierzaniem
potrząsnął głową, bynajmniej nie zamierzając pozwolić na to, żeby dokończyła
myśl.
– Zabiłem Doriana,
a wcześniej omal nie oberwałem od Chloe. To mała diablica, a ja nie
mam w zwyczaju poświęcać się dla każdej napotkanej przypadkowo dziewczyny
– westchnął, coraz bardziej zniecierpliwiony. – Interpretuj to jak chcesz, ale
naprawdę mogłaś trafić o wiele gorzej, gdybym nie zdecydował się wtrącić.
Zapewniłem ci bezpieczeństwo i, jak podejrzewam, powinno być ci tutaj dobrze… –
Wzruszył ramionami, po czym jakby od niechcenia rozejrzał się dookoła,
spoglądając na każdego z obecnych z osobna. Jego wzrok zatrzymał się
na Eleonorze. – Jej ufasz… Mylę się?
Alyssa
przełknęła z trudem.
– Nie. –
Jakkolwiek by się nie czuła, inna odpowiedź na to jedno pytanie okazałaby się kłamstwem.
– Sama
widzisz…
Rzuciła mu
ostre spojrzenie, nie pozwalając, żeby znowu zaczął mówić.
– Ale to
niczego nie zmienia – przerwała chłodno. Głos lekko jej zadrżał, więc
przełknęła z trudem, próbując doprowadzić się do porządku. – Wyrwałeś mnie
z dotychczasowego życia. Nie wiem, dlaczego to zrobiłeś i właściwie
mnie to nie obchodzi. Teraz też nie chcesz mi niczego wytłumaczyć, a ja… –
Urwała, rozmyślając się w ostatniej chwili. Czuła, że naciskanie na niego
nie ma sensu, zresztą wątpiła, by zniosła jego złośliwe uwagi i jeszcze
więcej faktów związanych z jej życiem. – Nie wiem kim jestem, a ty
kluczysz i… I wiesz co? Mam tego wszystkiego dość! – oznajmiła dobitnie,
po czym jak gdyby nigdy nic, odwróciła się na pięcie, gotowa odejść.
Chciała
uciec.
Ta potrzeba
narastała w niej już od dłuższego czasu, kiedy zaś odzyskała panowanie nad
ciałem, nie była w stanie dłużej się jej opierać. Miała wrażenie, że
skrajne emocje i wątpliwości rozerwą ją od środka, jeśli natychmiast nie
odejdzie – nie znajdzie się gdzieś daleko, gdzie mogłaby złapać oddech.
Potrzebowała chwili wytchnienia i samotności, by przynajmniej spróbować
jakkolwiek poukładać sobie to w głowie, bez względu na to, że był środek
nocy, a ona miała na sobie wyłącznie cienką koszulę nocną.
Jakkolwiek
wydawałoby się to oczywiste, Carlos i tym razem okazał się obojętny
również na jej potrzeby.
– Jeśli
chcesz teraz odejść, proszę bardzo – nie będę się za tobą uganiał – usłyszała
tuż za sobą jego opanowany, wyprany z jakichkolwiek emocji głos. –
Zastanawia mnie tylko to, czy nie pożałujesz swojej decyzji, kiedy złożę małą
wizytę twojej przyjaciółce…
Trochę mi zeszło, wiem o tym, ale sądzę, że nie ma tego złego. Jest Carlos w swojej wyjątkowo złośliwej formie, a jak dobrze pójdzie, w następnym może pojawi się trochę wyjaśnień… A może i nie, zobaczymy.Dziękuję za komentarze, wyświetlenia i obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Dla mojej Mrs. Cross, która dzielnie udaje, że nie wie dokąd to wszystko zmierza i cierpliwie podsuwa mi błędy. W ogóle dziękuję, że jesteś.Do napisania!

Hej, wiem, że nie skomentowałam poprzednich rozdziałów, ale postaram się jakoś do nich odnieść. Cieszę się, że pojawił się Carlos i że on i Alyssa ponownie się spotkali. Nie dziwie się wszystkim jej emocjom - przede wszystkim temu, że jest na niego wkurzona. Naprawdę Carlos zachował się jak taki nieodpowiedzialny dupek, który oczekuje, że wszyscy dookoła będą zachowywali się dokładnie tak jak to sobie zamarzył.
OdpowiedzUsuńA Alyssa... jest oczywiście po prostu zagubioną młodą wampirzycą, która jeszcze w pełni nie zdaje sobie sprawy, kim jest. Oprócz tego, że w pewnym sensie jest potworem xD
Co do samych informacji z tego rozdziału, to trochę to zamieszało, a równocześnie dodało takiej fajnej tajemnicy. Podobał mi się ten "wierszyk" i oczywiście jestem ciekawa, do czego to wszystko zmierza.
A co do końcówki - serio, Carlos? Szantaż? Bardzo to dojrzałe. I dupkowate.
(Ale tak ogólnie to nawet go lubię xD)
OdpowiedzUsuńBry :3
Tym razem o ludzkiej porze. Wstałam, nie miałam ochoty ruszać się z łóżka, więc pomyślałam, że dzień trzeba dobrze zacząć i przeczytam jeden zaległy rozdział, który mi został. I tak oto jestem. :D
Na zakończenie rozdziału jedyne co mi przyszło do głowy to - Boże, jaki z niego dupek. Serio, koleś Mode dla mnie startować w zawodach "Kto okaże się być większym dupkiem". Myślę, że zgarnąłby nagrodę za pierwsze miejsce bez większego problemu. ;)
Nie dziwię się Alyssi wcale, że jest taka zdenerwowana. Kto by na jej miejscu nie był? Kompletnie nie ma pojęcia co się z nią dzieje, ani tym bardziej gdzie jest. Jakiś nieznajomy facet ja zabija, wcześniej ratując przed wampirami, x które chciały ja zabić. Ironia? Potem zostawia ja sama sobie i robią co chceta! Swoją drogą bardzo musiał być pewny tego co robił skoro zostawił ja na pustkowiu. W końcu skąd mógł mieć pewność, że dziewczyna akurat trafi do tego miasteczka, gdzie mieszka jego rodzina? Zawsze mogła wsiąść do pojazdu jadącego w zupełnie inna stronę.
Wierszyk, który wyrecytował Carlos jest na swój sposób przerażający. Ale za to też intrygujący. ;) Wspomniałam Ci może kiedyś, że te wierszyki/piosenki, które tworzysz są genialne? Jeśli nie to teraz Ci to mówię. Są genialne. ❤
Szybko pochłonęłam tej rozdział, co mnie trochę zdziwiło. Zwłaszcza, że poprzedni trochę dłużej czytałam. Ale od czego to zależy to obie wiemy, chociaż nie twierdzę, że w poprzednim nie działo się nic. To pewnie przez pozna porę, o. ;)
No to kochana weny, clweny i jeszcze raz weny. ❤ A ja czekam już na ciąg dalszy.
Gabi.
Hej!
OdpowiedzUsuńJejku, jakie miłe słowa. Mam podły nastrój, ale czytając te słowa się Uśmiechnęłam. Nie masz za co dziękować <3 Wyjawić nic nie wyjawię bo skoro mi zaufałaś, muszę być teraz grzeczna. I nie masz za co dziękować. Jestem, bo tego chce i żaden to dla mnie wysiłek. A błędy... skoro czytam, mogę też pomóc. Prawda?
Przechodząc do rozdziału! To już XIII a my tak mało wiemy! W sumie to praktycznie nic. Znaczy zależy kto, ale... ja też wszystkiego w końcu nie wiem!
Alyssa twardo wypierała to kim może być. Aż w końcu usłyszała to i chyba zacznie do niej docierać, że jednak wcale nie śni, a istoty z filmów naprawdę istnieją. Ale wszystko powoli, tak? Kiedyś byłam za szybkimi akcjami (w gimnazjum), ale teraz całkiem rozumiem to odwlekanie i całą resztę.
Mówiłam już, że lubię jak Carlos mówi do Ali "księżniczko"? Chociaż ta jego groźba na końcu... na miejscu młodej wampirzycy bym się nie powstrzymywała i zrobiła mu poważną krzywdę. I w sumie to się zastanawiałam czy ona naprawdę ich nie zaatakuje. Mogłoby być ciekawie, chociaż wampirzyca mogłaby mieć małe szanse w styczności z doświadczonymi krwiopijcami. Albo by nas zaskoczyła swoimi zdolnościami. W końcu różnie to bywa, szczególnie w Twoim przypadku.
"Naznaczona przez ciemność. Dwa ugryzienia, by zyskać nieśmiertelność - trzecie by przypieczętować przeznaczenia". Ciekawi mnie to zdanie. Na pewno nie dałaś go tak po prostu tylko ma on duże znaczenie. Ale nic nie wyjaśniłaś.
Jak to robisz? XIII świetnych rozdziałów, niewiele się jeszcze w nich działo. Bo taka prawda. Jedyne co się wydarzyło to "randka", spotkanie w lesie no i Ali przebiegła do rodziny Carlosa.
Mówiłam już, że Cie podziwiam? Nie wiem co więcej mogłabym napisać x.x Rozmawiałam przez telefon i to co miałam w głowie mi wyleciało. I mam nadzieję (jak zawsze), że niczego nie pomieszałam.
No i co? Do napisania! :* I jeszcze raz - Nie ma za co.
Ściskam,
Mrs.Cross!