Carlos
Dziewczyna poruszyła się przez
sen, ale nie otworzyła oczu. Carlos zamrugał kilkukrotnie, zaskoczony i mocno
zdezorientowany. Jak długo stał w tym samym miejscu, wpatrując się w tę
ludzką istotę? W przypadku nieśmiertelnych czas nie miał wielkiego
znaczenia, ale i tak nie przywykł tracić cennych sekund w taki
sposób. Sam nie był pewien, co właściwie robi w tym pokoju, wpatrzony
w dziewczynę, której nawet nie znał, ale jakie to miało teraz znaczenie?
Wahał się
jeszcze przez moment, po czym gwałtownie cofnął się o krok. Czuł się
dziwnie podekscytowany, ale i pewien obaw, tym bardziej, że nie tak dawno
temu obserwował pogrążoną we śnie Alyssę – z tym, że w jej przypadku
przebudzenie nastąpiło tak nagle i niespodziewanie, że nawet nie miał szansy
na to, żeby spróbować się wycofać. Wiedział, że spieprzył sprawę, a później
niepotrzebnie dał się ponieść emocjom, wchodząc w niepotrzebną dyskusję
z dziewczyną i własną rodziną, zwłaszcza braćmi. Gdyby zachował się
wtedy inaczej, być może obyłoby się bez gróźb i stawiania sprawy na ostrzu
noża, ale z drugiej strony…
Westchnął
przeciągle, po czym raz jeszcze spojrzał na Mary. W przeciwieństwie do
Alyssy, wydawała się spokojna i rozluźniona, nieświadoma tego, że tuż obok
niej stał ktoś, kto z powodzeniem mógłby pozbawić ją życia. Głupia, ludzka
istota, całkowicie nieświadoma istnienia świata, który każdego dnia przeplatał
się ze znaną jej rzeczywistością, a do którego teraz przynależała jej
najlepsza przyjaciółka… Tak bez wątpienia było dla niej lepiej – ta niewiedza –
problem jednak leżał w tym, że Mary mogła okazać się idealną kartą
przetargową, gdyby Alyssa zaczęła sprawiać problemy. Inną kwestią było to, że
dziewczyna mogła okazać się problematyczna, bo nie sądził, by tak po prostu
zignorowała zniknięcie przyjaciółki. Niewiedza była błogosławieństwem, jednak
w większości przypadków ludzie doceniali ten dar dopiero wtedy, kiedy na własne
życzenie się go wyzbywali, a śmierć upominała się o ich nędzne,
kruche życia.
Och,
dlaczego nie możesz po prostu odpuścić?, pomyślał i niewiele brakowało,
żeby wypowiedział te słowa na głos. Słyszał o przekazie podprogowym
i wszystkich tych technikach, które rzekomo miały ułatwiać wpływanie na
ludzką wolę, ale nie sądził, żeby to poskutkowało – a przynajmniej nie
w przypadku kogoś tak zdeterminowanego i upartego jak ta dziewczyna.
Nie znał Mary, ale obserwując Alyssę, zdążył się zorientować, że jej
współlokatorka była typem dziewczyny, którą nie tak łatwo było zmusić do zmiany
obranego wcześniej kursu, zwłaszcza kiedy już podjęła konkretną decyzję.
W normalnym wypadku pewnie nawet doceniłby ten upór, tym bardziej, że
w pewnym sensie byli do siebie pod tym względem podobni, jednak nie tym
razem. Cholera, zawsze wiedział, że ludzie bywają problematyczni, a już na
pewno nie był aż tak naiwny, żeby uwierzyć, że zniknięcie Alyssy przejdzie bez
echa, ale nie wziął pod uwagę aż takich komplikacji – chociażby tego, że Mary
już na wstępie zacznie panikować. Przez ostatnie godziny zorientował się, że
sprawą Alyssy już się zainteresowano, chociaż nie potrafił wyjaśnić jakim
cudem, skoro nie minął jeszcze przepisowy czas oczekiwania na zgłoszenie
zaginięcia. Cóż, udział policji to jedno, bo każde dochodzenie prędzej czy
później znajdowało swój koniec – najczęściej w zapomnianym archiwum, opatrzone
metryczką „umorzone” – ale ktoś z takim charakterem jak Mary…
Ta
dziewczyna była niebezpieczna. Czuł to całym sobą i tym bardziej
nieprawdopodobne wydawało mu się to, że we śnie wyglądała na tak kruchą i bezbronną.
Nie miał pojęcia, skąd brała się ta pewność siebie, ale to było w tym
momencie najmniej istotne. Gdyby tylko miał pewność, że nie będzie komplikowała
sprawy bardziej niż powinna…. Każda inna współmieszkanka popłakałaby trochę,
pomartwiła się, a potem pewnie zaakceptowałby fakty. Do diabła, już dawno
przestał wierzyć w prawdziwą, bezwarunkową przyjaźń i oddanie, nie
wspominając o jakiejkolwiek silniejszej więzi pomiędzy osobami, które
nawet nie były ze sobą spokrewnione. Dlaczego czuł, że akurat Alyssa musiała
przyjaźnić się z kimś, kto wydawał się zdolny do tego, żeby poruszyć niebo
i ziemię, byleby tylko pomóc komuś, kogo darzył jakimś cieplejszym
uczuciem? Na świecie było tyle zimnych, fałszywych dziewczyn, ale – no,
oczywiście! – przy jego szczęściu, to akurat jemu musiały się trafić dwie
oddane sobie przyjaciółki. Co gorsza, żadna z nich nie zdawała sobie do
końca sprawy z tego, jak bardzo ryzykują, a to mogło się źle skończyć
– i to zwłaszcza dla tej, która nadal pozostawała człowiekiem.
Po raz
kolejny przyłapał się na tym, że praktycznie wodzi wzrokiem po bladej twarzy
dziewczyny. Nie miała na sobie makijażu, choć bez wątpienia pokaźny stosik
kosmetyków, którymi zastawiona była toaletka, należał do niej; do Alyssy to po
prostu nie pasowało, choć może nie powinien był wyciągać wniosków, skoro wciąż
jej nie poznał. Tak czy inaczej, śpiąca Mary była najzupełniej naturalna
i to mu się podobało. Nie miał pojęcia, gdzie zmierzał świat, ale te nowe
czasy irytowały go coraz bardziej, tak jak sposób w jaki na przestrzeni
wieków zmieniły się kobiety. Gdzie podziały się te niewinne, delikatne istoty,
o które warto było się ubiegać i które wyznawały swoje zasady? Kiedyś
kobiety były pełne klasy, świadome swojej wartości i – co najważniejsze –
czyste, cnotę zaś traktowały jako największy skarb, który mogły sprezentować
mężczyźnie. Teraz nie musiał się nawet starać, bo gdyby tylko zapragnął,
niejedna niewiasta sama weszłaby mu do łóżka, nieświadoma tego, że będzie to
najprawdopodobniej ostatnia rzecz, którą zdarzy się jej zrobić w życiu.
Naturalność…
i niewinność.
W Mary
dostrzegał coś takiego, choć to wydawało się przeczyć jej charakterowi. Musiał
zresztą przyznać, że okazała się zaskakująco ładna, tym bardziej, że nie była
wampirzycą. Nigdy nie zachwycały go przedstawicielki jego rasy, obdarzone tym
jakże lodowatym pięknem – sztucznym i tak bardzo… nieludzkim. Być może to
Mistery zmieniła jego sposób postrzegania rzeczywistości, ale zawsze
najbardziej pożądał tego pierwiastka człowieczeństwa, ciepłej skóry, krwi
krążącej w żyłach… I świadomość, że wciąż pozostawała krucha.
Zabawne, bo ludzkie istoty zwykle go drażniły, tak bardzo naiwne i całkowite
wyzute z tego, co najbardziej ceniły sobie wampiry – a więc odwagi
i jakiegoś zdecydowania w działaniu. Ludzie zresztą byli tak bardzo
delikatni, a jeśli dobrze się nad tym zastanowić, równie dobrym
określeniem dla tej rasy byłoby „śniadanie”, „obiad”, „kolacja” – zależnie od
kaprysu oceniającego.
Poza tym
ona wcale nie jest podobna do Mistery…, przeszło mu przez myśl i ledwo
powstrzymał zirytowany jęk. Doprawdy, to zdecydowanie nie było to, o czym
chciał myśleć…
Aczkolwiek
musiał przyznać, że coś w tym jest. Mistery przypominała żywy płomień,
zwłaszcza ze swoimi rudymi, lekko poskręcanymi włosami i rozkosznie
zarumienioną cerą. Mary była ciemnowłosa i blada, stanowiąc całkowite
przeciwieństwo dziewczyny, którą pokochał. Nie miał pojęcia, jakie miała oczy,
ale był pewien, że daleko było im do czekoladowych tęczówek Misty – lśniących i nieco figlarnych, szczególnie kiedy spoglądała na niego. Jego żona była niczym
niszczycielski żywioł, zwłaszcza kiedy zaczynała tańczyć; wtedy mógł obserwować
ją całymi godzinami, póki nie znudziła się i nie decydowała się skoczyć na
niego niczym rozjuszona kotka, wpadając mu w ramiona. Wtedy zwykle chwytał
ją, a potem – Bóg raczy wiedzieć kiedy i jakim cudem – skupiony
wyłącznie na jej pocałunkach i bliskości, jakimś cudem docierał z nią
do sypialni, gdzie kochali się przy muzyce, która była jej częścią. Kochali,
nie pieprzyli – i to była jedna z najistotniejszych różnic, tym bardziej,
że od jej śmierci już z żadną inną kobietą nie doświadczył czegoś takiego…
Za dużo
wspomnień. Zdecydowanie zbyt wiele jak na jedną noc.
Pokręcił
z niedowierzaniem głową, po czym cofnął się w popłochu, całkowicie
oszołomiony. Co on właściwie wyprawiał? Musiał odreagować po kłótni z Alyssą,
ale to zdecydowanie nie było odpowiednie miejsce. Ten pokój go przytłaczał,
jeśli zaś chodziło o śpiącą dziewczynę… Dał Alyssy szansę, którą mogła
wykorzystać. Dopiero kiedy zawiedzie, mógł wziąć sprawy w swoje ręce, ale
do tego czasu…
Nocną ciszę
przerwał hałas, kiedy z impetem władował się w coś, co chyba było
przysłoniętym ubraniami krzesłem. Mebel upadł z trzaskiem, co zwłaszcza
w panującej ciszy przypominało wystrzał z armaty. Skrzywił się
i klnąc pod nosem, natychmiast rzucił się, żeby wszystko naprawić, choć
zdawał sobie sprawę z tego, że to nie ma sensu. Jak do tego w ogóle
mogło dojść? Niezdarny wampir? Świetnie, mógł przewidzieć, że prędzej czy
później sam siebie doprowadzi do grobu, niezależnie od tego, jak ironicznie
mogłoby to brzmieć.
Coś
poruszyło się poza zasięgiem jego wzroku. Natychmiast poderwał się na równe
nogi, omal znów nie potrącając chwiejnie postawionego do pionu, obciążonego
ubraniami krzesła. Jego wzrok momentalnie powędrował w stronę łóżka i…
Właśnie
wtedy Mary otworzyła oczy.
Mary
Mary poderwała się na łóżku,
wyrwana ze snu. Głowa jej pękała, poza tym nadal dzwoniło jej w uszach,
choć sama nie była pewna dlaczego. Gdzieś na krawędzi świadomości wciąż
kołatały się niechciane wspomnienia snu, który miała, jednak z każdą
kolejną sekundą trudniej było jej przypomnieć sobie szczegóły.
Ona… jej
matka… jak zwykle ta sama sceneria…
Do diaska,
prawdziwy koszmar!
Z jękiem
ukryła twarz w dłoniach, po czym ze świstem wypuściła powietrze, żeby się
uspokoić. Wiedziała, że to skończy się w ten sposób i teoretycznie
sama była sobie winna, ale naprawdę miała nadzieję, że tych kilka drinków
pomoże. Rzadko nadużywała alkoholu, jednak w ostatnim czasie była w tak
podłym nastroju, że chyba jedynie cudem nie zabiła kogoś podczas wieczornej
zmiany w barze. Zwykle potrafiła być cierpliwa, nawet dla tych najbardziej
uciążliwych klientów, ale tym razem czuła się tak bardzo rozbita...
Miała
nadzieję, że jeśli się upije, będzie tak zmęczona i oderwana od rzeczywistości,
że spokojnie prześpi całą noc, ale najwyraźniej nawet alkohol nie był dla niej
łaskawy.
Westchnęła,
po czym na oślep odnalazła porzucony na stoliku nocnym telefon komórkowy. Jasny
blask bijący od wyświetlacza jedynie spotęgował ból głowy, ale nie zniechęcił
jej na tyle żeby spróbowała cisnąć urządzeniem przez pokój. Zmrużyła oczy
i wbiła wzrok w ekranik, w końcu dostrzegając cyfrowy zegar
w rogu ekranu, aktualnie wskazujący godzinę trzecią dwadzieścia trzy nad
ranem.
Cudownie.
Przy jej szczęściu, już pewnie i tak nie miała być w stanie zasnąć.
Westchnęła
i rzuciła telefon gdzieś na materac, rozdrażniona i rozczarowana. Nie
musiała nawet sprawdzać, żeby zorientować się, że nie ma co liczyć na jakieś
nieodebrane połączenia albo wiadomości. Chwilę siedziała w bezruchu,
nasłuchując i nie po raz pierwszy mając wrażenie, że za moment usłyszy
spokojny oddech skulonej na sąsiednim łóżku Ali. Choć zdawała sobie sprawę, że
to niemożliwe, to i tak raz po raz odczuwała nieprzyjemne ukłucie
rozczarowania w okolicach serca. Martwiła się przez cały czas, nawet jeśli
prawdziwy niepokój okazywała wyłącznie przed samą sobą, kiedy zostawała sama
i nikt nie mógł jej zauważyć. W towarzystwie Alexa, który teraz
stanowił jej jedyne wsparcie, czy tych cholernych hien z zajęć, które
w zaginięciu koleżanki widziały wyłącznie znakomitą okazję na artykuł do
studenckiej gazetki (och, Alyssa byłaby załamana – została gwiazdą szkolnego
szmatławca; swoją drogą, chyba była jedną z nielicznych osób, którym
poświęcono aż całą kolumnę…), wolała udawać zimną i zdecydowaną, tym
bardziej, że miała już wprawę w ukrywaniu emocji. Łatwo było przekuć
strach i niepokój w zdecydowanie, irytację i ironię. Kto jak
kto, ale ona doszła pod tym względem do prawdziwej perfekcji.
Cóż, mogła
oszukać wiele osób, ale nigdy nie udało jej się zwieść Alyssy. Znały się od
dziecka, a Ali była dla niej jak siostra, której Mary nigdy nie miała.
Pamiętała te wszystkie incydenty, kiedy sporadycznie zrywała się w środku nocy,
choć od chwili rozpoczęcia studiów zdarzało jej się to coraz rzadziej… W domu
nie musiała się kontrolować, ale odkąd zamieszkały z Alyssą razem,
zwłaszcza na początku starała się udawać, że wszystko jest w porządku – aż
do pierwszego razu, kiedy zastała wyrwaną ze snu Ali na skraju swojego łóżka.
Chyba nigdy nie czuła się wtedy tak bardzo oszołomiona i zawstydzona
jednocześnie, w pierwszym odruchu gotowa nawet naskoczyć na najlepszą
przyjaciółkę, jak to robiła wielokrotnie w przypadku tych, którzy mogli
okazać się jej potencjalnymi wrogami.
Cokolwiek
Alyssa musiała wtedy o niej myśleć, nie dała niczego po sobie poznać
i po prostu ją przytuliła. Ten prosty gest tak oszołomił Mary, że nie była
w stanie nawet zaprotestować, już nie tyle zażenowana, co… uspokojona? Nie
potrafiła tego opisać, ale to było najmniej istotne. Przez moment poczuła się
dobrze, jakby naprawdę wszystko było w porządku. Co prawda już do rana
żadna z nich nie zasnęła, ale ta chwila porozumienia była dla nich równie
istotna, co i rozwijająca się przez te wszystkie lata przyjaźń. Alyssa
znała ją jak nikt inny, poza tym naprawdę wydawała się rozumieć, aż nazbyt
świadoma tego, co działo się z Mary za każdym razem, kiedy myślała o matce
albo gdy na wyświetlaczu telefonu dostrzegała jakiś obcy numer.
Ciągły
niepokój, ciągłe napięcie…
Miała
wrażenie, że kiedyś ją to zgubi, jeśli natychmiast nie znajdzie sposobu na to,
żeby się uwolnić. Męczyły się w tym obie – ona i jej matka – ale mimo
upływu czasu, nie była w stanie znaleźć w sobie dość siły, żeby
w końcu postąpić w sposób, który wydałby jej się odpowiedni. Już nie
potrafiła zliczyć, jak wiele razy rozmawiała o tym z Alyssą, raz po
raz słysząc od przyjaciółki te same rady – że powinna coś zrobić, zdecydować
się, póki jeszcze nie było za późno… „Pojedź tam, Mary. Zobaczysz, że poczujesz
ulgę” – słyszała i za każdym razem tchórzyła, składając sobie puste
obietnice, których i tak nie miała spełnić.
Pewnie
prędzej czy później faktycznie miała tego pożałować, ale teraz… Miała wrażenie,
że bezczynność powoli ją wyniszcza, ale jeszcze trudniej było podjąć decyzję
i ruszyć z miejsca. Trwała w impasie, co nigdy nie było dobre,
ale brakło jej odwagi i siły, żeby zmusić się do zrobienia czegoś więcej,
nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, że czas nie jest jej
sprzymierzeńcem. Ale naprawdę miała tego dość, zwłaszcza po tym, jak całe dzieciństwo
spędziła w jednym miejscu, kursując pomiędzy pustym domem, a szpitalem
– tam i z powrotem, tam i z powrotem…
Gdyby nie
Ali, pewnie już dawno oszalałaby, uwięziona w tej doprowadzającej ją do
szaleństwa pętli. Gdyby nie jej najlepsza przyjaciółka…
A teraz
Alyssy również nie było, a ona czuła się tak, jakby w jednej chwili
znalazła się na samym skraju głębokiej przepaści, gotowa w każdej chwili
runąć gdzieś w dół – i mimowolnie każdego dnia przesuwając się coraz
bliżej krawędzi. Została sama i to było gorsze niż nawet najbardziej
realistyczny koszmar, tym bardziej, że miała złe przeczucia już od jakiegoś
czasu…
W którymś
momencie miała stracić równowagę i spaść, a wtedy już nikt ani nic
nie byłoby w stanie jej uratować.
Zadrżała
mimowolnie, po czym w pośpiechu odrzuciła kołdrę na bok i zsunęła się z łóżka – a potem jak długa runęła na ziemię, zahaczając
nogami o coś, co znajdowało się na podłodze. Pisnęła w aż nadto
dziewczęcy sposób, w duchu dziękując losowi za to, że nikt nie mógł jej
teraz zobaczyć; gdyby ktoś trzeci usłyszał, że stać ją na takie żałosne,
dziewczęce wrzaski, musiałaby kogoś zabić – a konkretnie siebie albo tego
nieszczęśnika.
Szlag, była
aż tak pijana, żeby porozrzucać ubrania gdzie popadnie? Potrząsnęła z niedowierzaniem
głową, jednocześnie z wysiłkiem próbując podnieść się na równe nogi. Nie
przypominała sobie, co takiego robiła, kiedy już dowlekła się do akademika
i zdołała ściągnąć ubrania, żeby przygotować się do snu, ale z drugiej
strony… Cóż, Alyssa zawsze twierdziła, że miała słabą głowę. Gdyby tutaj była,
pewnie pękałaby ze śmiechu, co pewnie w pierwszej chwili doprowadziłoby
Mary do szału, ale zaraz po tym wprawiłoby ją w równie dobry humor. Co
prawda gdyby wszystko było takie, jak być powinno, na pewno nie doprowadziłaby
się do takiego stanu, aczkolwiek rozważanie czegoś, czego już i tak nie
dało się zmienić, nie miało żadnego sensu. Alyssy nie było, a ona
odchodziła od zmysłów; ta jedna rzecz była oczywista i nieznośnie prawdziwa,
również teraz, kiedy chwiała się na nogach, częściowo wciąż pod wpływem
alkoholu i resztek snu.
Poczuła
podmuch chłodnego powietrza i mimowolnie zadrżała. Okno do pokoju było
uchylone, wprawiając w ruch zasłony i sprawiając, że Mary przez
ułamek sekundy poczuła się tak, jakby nie była sama. Energicznie potarła
ramiona, po czym dla pewności rozejrzała się dookoła, chcąc pozbyć się
irracjonalnego wrażenia tego, że ktoś ją obserwuje. Nie miała pojęcia dlaczego,
ale przez ułamek sekundy wydłużone cienie i nieregularne kształty, które
dostrzegała w ciemnościach, wydały jej się nienaturalne i jakby żywe.
Za dużo horrorów, pomyślała i wymownie wywróciła oczami, tym bardziej, że
nagle zaczęła się zastanawiać nad tym, jak łatwo byłoby ukryć się gdzieś
w mroku, może nawet gdzieś na wyciągnięcie ręki. Spokojnie mogłaby mieć
potencjalnego kata gdzieś przed sobą, a pewnie nawet by się nie
zorientowała.
Ciaśniej
zaplotła ramiona na piersi, w nadziei, że w ten sposób łatwiej
przyjdzie jej zachowanie ciepła, po czym podeszła do okna, wcześniej odgarniając
nogą ubrania, które walały się po podłodze. Niepotrzebnie zostawiła otwarte
okno, ale przynajmniej wiedziała już, co takiego ją obudziło. Co prawda na
zewnątrz wcale nie było aż tak wietrznie i chłodno, ale klimat
deszczowego, mglistego Seattle potrafił być uciążliwy nawet na koniec maja,
kiedy wakacje były tuż na wyciągnięcie ręki. Najwyraźniej podmuch powietrza
wywrócił krzesło i narobił hałasu, choć sama nie była pewna, jakim cudem
mogło do tego dojść.
Och, nigdy
nie była dobra z fizyki, poza tym łatwiej było żyć w przekonaniu, że
na świecie możliwe jest wszystko – i że wcale nie trzeba było przejmować
się tym, jak dochodziło do pewnych rzeczy. W końcu każdy pytał „co?”
a nie „w jaki sposób?”, a przynajmniej ona ceniła sobie takie
podejście. Kto normalny uprzykrzałby sobie życie, rozważając bzdury, zwłaszcza
w środku nocy, wciąż jeszcze odurzony alkoholem i pod wpływem tych
wszystkich sprzecznych ze sobą emocji i myśli, które dręczyły ją
nieustannie już od dłuższego czasu?
Chciała
zamknąć okno, ale w ostatniej chwili się zawahała. Z cichym
westchnieniem wsparła obie dłonie na parapecie, po czym wychyliła się na
zewnątrz, pozwalając żeby chłodny podmuch wieczornego powietrza musnął jej
policzki, bawiąc się włosami i – prócz naturalnego chłodu – przynosząc
jakże upragnioną ulgę w bólu głowy. Gdzieś z oddali dochodziły ją
typowe dla pogrążonego w nocnej ciszy miasta odgłosy ulicznego ruchu,
częściowo przytłumione przez rosnące na kampusie drzewa oraz odległość, która
dzieliła akademik od ruchliwych ulic.
Zamknęła
oczy, przez kilka następnych sekund trwając w bezruchu, póki w końcu
nie udało jej się w pełni rozluźnić mięśni. Choć przez moment poczuła się
naprawdę dobrze, prawie zapominając o tym, co ją dręczyło i dla
odmiany skupiając się na czymś tak błahym, jak tłukące się w jej piersi
serce, czy sposób w jaki wzburzone wiatrem włosy muskały jej odsłonięte
ramiona i policzki. To było przyjemne, co stanowiło miłą alternatywę po
dość brutalnym przebudzeniu, którego skutki miała pewnie odczuwać przez cały następny
dzień. Co prawda nieprzespane noce nie były niczym nowym, zwłaszcza na
studiach, ale naprawdę liczyła na to, że przynajmniej ten jeden raz uda jej
się…
Nagle
sfrustrowana, wycofała się do pokoju i z całej siły zatrzasnęła okno,
aż szyba zagrzechotała, chyba jedynie cudem nie rozpadając się na kawałki.
Zauważyła, że przypadkiem przytrzasnęła jedną ze wzburzonych podmuchami wiatru
firanek, ale nawet nie zwróciła na to uwagi; równie dobrze mogła poprawić to
jutro albo wcale. W zasadzie jakie to miało teraz znaczenie?
Stanęła na
środku pokoju, bezwiednie zaciskając dłonie w pięści.
Choć
akademik pełen był ludzi, nie po raz pierwszy poczuła się naprawdę samotna.
No i wracam z kolejnym rozdziałem, który spokojnie zalegał sobie na moim dysku. Uwielbiam zarówno Mary, jak i Carlosa, a tutaj dowiadujemy się o nich troszkę więcej – bez przesady, ale jednak. Mam nadzieję, że wyjdzie to tej historii na plus, tym bardziej, że to ważne postacie dla całej trylogii. Wkrótce wrócę do Alyssy, a potem już mogę obiecać trochę akcji, właściwe wyjaśnienia (nie, nie każę czekać na nie stu rozdziałów =P) i… oczywiście Nicholas, który pojawia się dość późno, biorąc pod uwagę rolę, którą ma odegrać. Ale wybaczycie mi to, prawda?Pięknie dziękuję za wszystkie komentarze i obecność. Motywujecie mnie i to bardzo, za co jestem niezmiennie wdzięczna.Tak więc do następnego, a ja idę dalej tworzyć. Wena mnie nie opuszcza, więc warto korzystać, prawda? Ewentualnie to głosy Liv i Michella, ale każda motywacja jest dobra.Do napisania!
Cieszę się, że są te dwa rozdziały. Jak dla mnie dobrze było zobaczyć nieco wrażliwszą stronę Carlosa i to miłe zobaczyć, że nie jest taki całkiem wyluzowany i perfekcyjny, za jakiego chciałby uchodzić. Jego wyrzutu sumienia w jakiś sposób mnie ujęły i zaczynam go lubić. Poza tym to, że wciąż wspomina swoją Mistery i od jej śmierci z nikim się nie związał świadczy tylko o jego wrażliwości. Ciekawie będzie oglądać jego relacje z Alyssą i resztą rodziny i może... z czasem zacznie się przed nimi otwierać.
OdpowiedzUsuńZ kolei co do Mary jestem równocześnie zaskoczona i bardzo zadowolona, bo nie sądziłam, że jeszcze się pojawi, a tym bardziej, że rozegra jakąś większą rolę, a tu proszę! Taka przyjaciółka to skarb! Mam nadzieję, że Mary nie będzie się zamartwiać w nieskończoność i jakoś to wszystko się ułoży, bo widać, że potrzebuje Alyssy i na odwrót. Szkoda mi jej :(
Do następnego :D
Hejka!
OdpowiedzUsuńPrzybywam w chorobie do Ciebie. Siostra dodatkowo zostawiła laptopa - na pewno przez przypadek - to korzystam dodatkowo.
No cóż, prawdziwi przyjaciele naprawdę instnieją, co nam udowadniasz. Mary martwi sie o Alyssę więc nic dziwnego, że zawiadomiła policję. Szczególnie, że zna swoją współlokatorkę i wiedziała dokąd ta się wybrała. Nie wiem czy Ali wcześniej tak znikała - bez słowa - więc jeśli nie, tym bardziej rozumiem to, że Mary tak a nie inaczej zareagowała. Musiało być nieźle, skoro policja działała pomimo tego, że nie upłynął ustawowy czas, a nawet na słowa Ona się tak wcześniej nie zachowywała! nie reagowali, tylko kazali czekać i zgłosić się dopiero po upłynięciu wyznaczonych godzin. Chyba, że Mary ma jakieś znajomości. Duże znajomości. Jeśli masz prawdziwego przyjaciela, to on zrobi wszystko jeśli Tobie coś się dzieje. Mary od razu przeszła do działania, gdy Ali się nie zjawiła i nie daje znaku życia. W końcu Ali była dla niej nie tyle co przyjaciółka, ale także jak siostra.
Nie tylko kobiety się zmieniły, Carlos! Nie tylko. A co z dżentelmenami, hę? Kiedyś starali się o kobiety do ostatniej chwili, a teraz traktują je jak zabawki. Ale ma racje. Czasy się zmieniają. I ja nie chcę wiedzieć dokąd świat zmierza. Pożyjmy rzeczywistością, nie martwiąc się o przyszłość.
Carlosowi się upiekło, nie ma co. Przyszedł w środku nocy, narozwalał i jeszcze hałasu narobił, a i tak Mary nic nie podejrzewała, bo mało pamiętała. Chociaż podoba mi się jej podejście, że w świecie możliwe jest wszystko. Przynajmniej mniej rozczarowania później, bo skoro wszystko to te złe rzeczy także. Sama nie wiem co mam myśleć o przyjaciółce Alyssy (prawie napisałam Mary). Niby jej perspektywa, ale dość krótko. Jestem jednak pewna, że z biegiem czasu pozwolisz nam ją poznać lepiej i jestem ciekawa jaki będzie miała w tym wszystkim swój udział.
No i co jeszcze mogę dodać? Same opisy u Ciebie to żadna nowość i już do tego przywykłam :) W rozdziale wiele się nie działo - ale to również nic nowego, bo u Ciebie akcja toczy sie powoli, więc czytelnik musi być cierpliwy. Czasami nawet bardzo :p No ale dobra. Kończę na teraz, może jeszcze dzisiaj wpadnę, ale nic nie obiecuję - wiesz jak to jest ze mną :)
Ściskam,
Mrs.Cross!
Dzień dobry^^
OdpowiedzUsuńOch, kolejny cudowny rozdział pełny Carlosa! *.* Będziesz musiała zdecydowanie więcej dawać takich rozdziałów, bo cholera, są genialne. I poznajemy przy tym lepiej jego postać, która mimo małych wyjaśnień wciąż pozostaje tajemnicza. Czytając o Misty, robi mi się naprawdę przykro. Jego ból, który wywołują myśli o żonie są wręcz wyczuwalne, a przynajmniej dla mnie. Czytając wręcz wczuwam się w niego i czuje jakbym to ja straciła miłość życia, co oczywiście nigdy się nie stało. Chyba, że liczymy zwierzęta, bo to tak naprawdę najbardziej szczera miłość jaka można otrzymać od życia. Musieli być słodka para, takie odnoszę wrażenie po opisie, który zaserwowałaś nam wyżej. Oczywiście to pewnie zasługa tej jakże uroczej panienki, która była Misty, a taka się wydaje. Chciałabym poznać jeszcze więcej szczegółów z ich wspólnej przeszłości i mam nadzieję, że niedługo nam tsog jeszcze trochę więcej dasz.^^
Och, już się denerwowałam, kiedy w perspektywie Carlosa urwałaś, a tu po sekundzie ulga, bo druga część rozdziału należy do Mary. Dziewczynę polubiłam; chociaż nie wydaje mi się, abym w prawdziwym życiu się z nią dogadała. Widać, że jest prawdziwa przyjaciółka, a takich na świecie jest już mało. I niewiele ludzi ma to szczęście, że posiada przyjaciół od serca, którzy są w stanie dla nich być w środku nocy, jeśli są potrzebni.^^
Czekam również na pojawienie się Alexandra, nie, tu nie chodzi wcale o to, że liczę na gify z moim mężem, (xD), ale również o samą postać. :3
Ściskam mocno, lecę z rozdziałami dalej, weny, weny weny! :D
Gabi