Alyssa
Odskoczyła, kiedy Jason się na
nią zamachnął. To było niczym impuls, któremu natychmiast się poddała,
właściwie nie zastanawiając się nad tym, co i dlaczego robi. W tamtej
chwili w głowie miała przede wszystkim może i na pierwszy rzut
idiotyczną, ale na pewno motywującą myśl, że skoro mężczyzna się na nią rzucił,
najpewniej próbował ją skrzywdzić. Jakaś cząstka Alyssy zdawała sobie sprawę z tego,
że to zwykły trening, a ona nie ma powodów do niepokoju, ale inna –
bardziej drapieżna i niebezpieczna, natychmiast dała dziewczynie do
zrozumienia, że za wszelką cenę powinna się bronić.
Przecież wiesz jak, prawda?, odezwał się
cichy głosik w jej głowie. Napięła mięśnie, po czym zupełnie machinalnie
przybrała pozycję obronną. Nie wiedziała, skąd brała się ta wiedza – to, że
lekkie ugięcie nóg w kolanach i wysunięcie jednej nogi naprzód,
mogłyby być właściwe w obecnej sytuacji – ale to w gruncie rzeczy nie
miało znaczenia. Jej ciało działało, podczas gdy ona się dostosowywała. Już to robiłaś.
Ale to nieprawda…, chciała machinalnie
zaoponować, jednak z jakiegoś powodu nie potrafiła się na to zdobyć.
Jason
spojrzał na nią z zaciekawieniem, unosząc brwi i sprawiając wrażenie
zaskoczonego. Sądził, że już na wstępie powali ją na ziemię? Być może, ale
nawet jeśli tak było, nie odniosła wrażenia, by był rozczarowany tym, że się
nie udało. Zaskoczyła go i to w jak najbardziej pozytywny sposób, a przynajmniej
wszystko wydawało się na to wskazywać. Zaczęła sobie powtarzać, że to dobrze i że
tak naprawdę nie miała powodów do niepokoju, ale to okazało się trudne, skoro
instynkt wydawał się wiedzieć swoje. Walczyła, więc była zagrożona, a w takim
razie powinna zrobić wszystko, byleby spróbować się obronić.
Wampir
ponowił próbę, tym razem o wiele bardziej skutecznie, bo niewiele
brakowało, żeby jednak zdołał ją pochwycić. Odskoczyła dosłownie w ostatniej
chwili, dostosowując się do jego ruchów, zupełnie jakby wcześniej się na to
umówili. To było niczym jakiś dziki taniec, choć takie porównanie brzmiało dość
nieprawdopodobnie. Z drugiej strony, określenie tego w ten sposób
wydało się Alyssy właściwe, a przynajmniej do tego próbowała samą siebie
przekonać. Walka płynna, zsynchronizowana, niczym układ taneczny – coś dzikiego
i śmiertelnego zarazem, choć przecież żadne z nich nie miało w planach
zabić drugiego… Chyba, bo jakaś jej cząstka raz po raz próbowała zwrócić uwagę
Ali, by uświadomić dziewczynie, że mogłaby być w niebezpieczeństwie.
Taniec…
Kiedyś
chyba lubiła to robić – z tym, że to było tak dawno, że ledwo o tym
pamiętała.
Wciąż o tym
myślała, zaskoczona stwierdzeniami, które akurat w takiej chwili
przychodziły jej do głowy. Jakie to właściwie miało znaczenie, czy naprawdę
czerpała przyjemność z takich ruchów? Co więcej, jak mogłaby mieć
wątpliwości co do tego, czy lubi tańczyć, skoro robiła to tak rzadko? Kilka
razy bywała na różnego rodzaju dyskotekach, ale nigdy nie czerpała z tego
szczególnej przyjemności, pojawiając się w takich miejscach najczęściej za
sprawą Mary. Tak czy inaczej, bezsensowne skakanie do muzyki diametralnie
różniło się od tego, co robiła teraz, raz po raz odskakując, błyskawicznie
przemieszczając i niemalże przewidując każdy kolejny ruch Jasona. Trzymała
go na dystans, działając niczym automat i mimowolnie raz po raz
spoglądając na ściskany przez mężczyznę kołek. To właśnie tego przedmiotu
obawiała się najbardziej, w głowie wciąż mając to, co jej powiedział – a więc
że naprawdę wystarczyło wbić ten kawałek drewna w serce, żeby unieruchomić
przeciwnika.
– O rany…
– wyrwało się Jasonowi, kiedy po raz kolejny wylądowali po dwóch przeciwległych
stronach trawnika., gdy zdołała uniknąć kolejnego precyzyjnego ciosu. – Nie
sądziłem, że… Hm, całkiem wdzięcznie – ocenił, ale coś w spojrzeniu,
którym ją obdarzył, wydało się Alyssy zastanawiające.
– Dziękuję?
– wyrzuciła z siebie tak cicho, że ledwo była w stanie zrozumieć samą
siebie.
Za co?, odezwał się ponownie cichy
głosik w jej głowie. Tym razem okazał się o wiele wyraźniejszy, choć
zarazem była w stanie określić go wyłącznie mianem szeptu. To było tak,
jakby ktoś obcy stał tuż przy niej, obejmując czule i niczym kochanek
szepcąc coś wprost do ucha zaskoczonej, dziwnie oszołomionej Alyssy. Za to, że chce cię zabić? Po prostu to
skończ!, nakazał, a dziewczyna jeszcze bardziej zaczęła się wahać.
Co tak
naprawdę powinna o tym wszystkim myśleć? Jak miałaby interpretować
zasłyszane słowa, tym bardziej, że na pierwszy rzut oka wydawały się nie mieć
żadnego sensu? Słuchała, w żaden sposób nie potrafiąc zrozumieć, czego
właśnie doświadczała, nie po raz pierwszy zresztą. Czuła, że coś było nie tak,
podobnie jak i podczas porannego spaceru, kiedy po raz pierwszy
uświadomiła sobie, że jest obserwowana. Teraz miała do czynienia z czymś
subtelniejszym, ale niemniej niepokojącym, być może dlatego, że miała
towarzystwo. Jason stał naprzeciwko niej – znajomy, dotychczas wzbudzający
poczucie bezpieczeństwa, a jednak…
On nie ma prawa podnosić na ciebie ręki…
Mimowolnie
zadrżała nie tyle w odpowiedzi na te słowa, co na świadomość tego, że po
raz kolejny wypełniały ją słowa i emocje, które wydawały się należeć do
kogoś innego. Odbierała je, słyszała, a jednak całą sobą czuła, że nie
miały żadnego związku z tym, czego sama mogłaby chcieć. To wydawało się
pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale inaczej nie potrafiła tego określić, być
może zbytnio oszołomiona, by zdobyć się na zdrowy rozsądek. Wszystko po raz
kolejny wymykało jej się spod kontroli, a ona nie była w stanie
zrobić niczego, by próbować z tym uczuciem walczyć i to nawet pomimo
tego, że tak bardzo chciała.
– Alyssa? –
rzucił naglącym tonem Jason, tym samym sprowadzając dziewczynę na ziemię.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym w roztargnieniu przeniosła na
swojego rozmówcę wzrok. – Wszystko w porządku? – drążył, a ona
uświadomiła sobie, że już od dłuższego czasu tkwiła w miejscu, bezmyślnie
wpatrując się w przestrzeń.
– T-tak…
Nic mi nie jest – zreflektowała się, choć wcale nie była własnych słów taka
pewna.
Wypuściła
powietrze ze świstem, bezskutecznie próbując się rozluźnić. Spróbowała się
uśmiechnąć, ale to przyszło jej z trudem, poza tym była gotowa przysiąc,
że na jej ustach pojawiło się coś, na co właściwym określeniem wydawał się
grymas. W głowie miała pustkę, pomimo usilnych starań nie będąc w stanie
określić ani tego, co czuła, ani tym bardziej co chciała zrobić.
– Jesteś
pewna? – Jason wyprostował się, zwieszając ramiona. Końcówka zaostrzonego
kołka, który trzymał w dłoni, ostatecznie skierowała się ku ziemi. – Nie
chcę być złośliwy, ale trochę dziwnie wyglądasz… Przerwa? – zaproponował, więc
energicznie potrząsnęła głową.
– Radzę
sobie – oznajmiła z naciskiem.
Skinął
głową, choć po wyrazie jego twarzy odniosła wrażenie, że i tak nie
uwierzył. Najchętniej jednak by się wycofała, ale nie potrafiła się do tego
zmusić, zbytnio zdeterminowana, żeby walczyć dalej. Nie potrafiła jednoznacznie
określić własnych emocji, te zresztą wydawały się najmniej istotne. Wiedziała
jedynie, że czuła się dziwnie, ogarnięta pragnieniami i myślami, o które
zdecydowanie by się nie podejrzewała.
– Dobrze…
Skoro tak uważasz.
Jason
najwyraźniej nie potrzebował niczego więcej, żeby na powrót spróbować na nią
skoczyć. Powrócenie do wcześniejszego rytmu zajęło im zaledwie kilka sekund, co
Alyssa przyjęła z ulgą, wciąż obawiając się, że w którymś momencie
popełni błąd. Starała się o tym nie myśleć, skupiona na kolejnych ruchach,
ale trwanie w takim stanie rzeczy powoli zaczynało ją drażnić. Chciała
czegoś więcej, aż nazbyt świadoma, że w którymś momencie będą musieli to
zakończyć, ale zarazem nie potrafiła się na to zdobyć. Gdyby jednak przegrała…
Właściwie jakie
to miało znaczenie? Przecież powinna się cieszyć, że w ogóle przez cały
ten czas zdołała ustać na nogach. Samej siebie nie rozumiała, oszołomiona
zarówno niespójnością tych dziwnych, dręczących ją myśli, jak i wprawy,
którą tak nagle zaczęła przejawiać. Czuła, że to nie jest naturalne – fakt, że
zachowywała się jak ktoś, kto w przeszłości prowadził niejedną walkę, w efekcie
nie mając żadnych wątpliwości co do tego, co i jak powinien zrobić. Po
samym wyrazie twarzy Jasona poznała, że wprawiła go w konsternację, a to
również o czymś świadczyło. Wszystko było nie takie, jak powinno, a ona
już nie rozumiała siebie. A jakby tego było mało, zaczynała pragnąć
czegoś, czego nie powinna, tym samym nie po raz pierwszy dosłownie przerażając samą
siebie.
Nigdy
wcześniej nie doświadczyła tak silnego pragnienia, żeby postawić na swoim.
Przecież wiedziała, w jaki sposób powinna doprowadzić sprawy do końca –
jak wygrać, jak zwykle zresztą, prawda? Była dobra w tym, co robiła. Nie
raz słyszała pochwały, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że
porażka nie wchodziła w grę. Dać pokonać się komukolwiek, byłoby niczym
największa obraza, ona z kolei zasłużyła na wszystko, co najlepsze. Ona,
czyli…
Tak, Ariano, odezwał się ponownie cichy
głosik w jej głowie – aksamitny szept, który wabił i kusił w sposób,
któremu nie potrafiła się opierać. Znowu słyszała to imię, ale i ono
powoli przestawało szokować, Ali z kolei doszła do wniosku, że tak
naprawdę jest jej wszystko jedno. Po
prostu to zrób… Tak, jak się uczyłaś. Najlepiej jak potrafisz.
To
wystarczyło.
Zareagowała
instynktownie, bez chwili wahania wyrywając się do przodu. Tym razem nie
próbowała unikać ciosu, który wymierzył jej Jason, w zamian dosłownie się
na niego rzucając. Przez nadmiar emocji i krążącą w żyłach adrenalinę
nawet nie poczuła bólu, w zamian będąc w stanie bez większego wysiłku
powalić swojego przeciwnika na ziemię. Poczuła dziwną, narastającą z każdą
kolejną sekundą satysfakcję, kiedy wampir wylądował tuż pod nią, pozwalając,
żeby nad nim górowała. Bez chwili wahania, zupełnie jakby zaplanowała to
wcześniej, chwyciła go za rękę, by w następnej sekundzie wyrwać Jasonowi
ściskany dotychczas kołek. Pewnie zacisnęła na nim obie dłonie, czując się przy
tym o wiele bezpieczniej, aniżeli kiedykolwiek wcześniej. Teraz miała
broń, podczas gdy jej przeciwnik mógł zdać się wyłącznie na swoją siłę i doświadczenie,
które niekoniecznie musiało dorównywać temu, które miała ona.
– Jak ty…?
– doszedł ją nieco chrapliwy, zmieniony przez nadmiar emocji głos Jasona. Kiedy
przeniosła na niego wzrok, przekonała się, że wpatrywał się w nią z mieszanką
irytacji i niedowierzania, zdecydowanie nie spodziewając się takiego
wyniku pojedynku. Głupiec myślał, że ma przed sobą niewinną dziewczynkę, którą
będzie w stanie unieruchomić w kilka zaledwie sekund, jeśli nie
krócej. – Świetnie, wygrałaś. Nie wiem, w jaki sposób, ale… Hej,
wystarczy! A teraz bądź taka dobra i pomóż mi wstać – rzucił, nieco
nerwowym śmiechem kwitując całą sytuację.
Alyssa
nawet nie drgnęła, uparcie dociskając go do ziemi i beznamiętnym wzrokiem
wpatrując się w twarz leżącego pod nią mężczyzny. W głowie miała pustkę,
ale nie czuła się z tym źle, świadoma przede wszystkim układających się w logiczny
ciąg myśli, które krążyły jej po głowie. Palce wciąż zaciskała wokół kołka,
dobrze wiedząc w którym miejscu powinna chwycić, żeby nie ryzykować łatwego
wyrwania broni, a przy tym nie zmniejszać skuteczności. Może i nie
mogła tym zabić, skoro nie był posrebrzany, ale wciąż dysponowała aż nadto
praktyczną bronią. Gdyby było inaczej, drewniany bełt nie odgrywałby aż tak
ważnej roli zarówno w historii nieśmiertelnych, jak i tym, co na temat
istot mroku wiedzieli ludzie.
Choć Jason
się uśmiechał, jasno dając do zrozumienia, że walka dobiegła końca, z jej
perspektywy to wciąż był dopiero początek. Zwykle doprowadzała sprawy do końca,
więc również tym razem miało tak być.
– Alyssa? –
usłyszała, ale tym razem dźwięk własnego imienia nie zrobił na dziewczynie
wrażenia. W zasadzie to jedno słowo wydawało się brzmieć nienaturalnie,
zupełnie jakby tak naprawdę jej nie dotyczyło.
Nie
odpowiedziała, w zamian zdecydowanym ruchem unosząc kołek. Właśnie tak. Dokładnie jak się uczyłaś,
księżniczko, odezwał się ponownie ten sam głos, ale tym razem nie wzbudził
w dziewczynie niepokoju czy niechęci. Wręcz przeciwnie – przywitała go
niemalże z rozkoszą, mając wrażenie, że póki szeptał, wszystko było w porządku.
Rady, których jej dostarczał, były właściwe, a ona nade wszystko chciała
się im podporządkować.
Nie
zastanawiając się długo, poruszając się przy tym trochę jak w transie,
odchyliła się, przygotowując do natychmiastowego ataku. Miała wrażenie, że ktoś
znowu wypowiedział jej imię, ale właściwie nie zwróciła na to uwagi, skupiona
przede wszystkim na tym, co zamierzała zrobić. To było bardzo proste, zwłaszcza
teraz, poza tym…
Cios
nadszedł nagle, tak szybko, że początkowo nawet go nie zarejestrowała. Aż
zachłystnęła się powietrzem, czując, że coś wbiło się pomiędzy jej łopatki.
Oszołomiona, wyprostowała się niczym struna, choć to okazało się zaskakująco
trudnym zadaniem, skoro miała wrażenie, że należące do niej ciało w ułamku
sekundy zaczęło ważyć tonę. Oddychała szybko i płytko, niezdolna określić,
co tak naprawdę się wydarzyło, przynajmniej do momentu, w którym z trudem
nie odwróciła głowy, by spojrzeć wprost na stojącą tuż za nią postać.
Nadia była
blada jak papier i wyraźnie podenerwowana. Palce wciąż zaciskała wokół
własnego kołka, częściowo już wbitego w ciało Alyssy. Z twarzy
wampirzycy nie dało się wyczytać niczego i jedynie jej oczy –
nienaturalnie rozszerzone i nieruchome – zdradzały odczuwane przez kobietę
przerażenie.
– Nie
próbuj tego więcej – wyszeptała cicho Nadia.
Zaraz po
tym bardziej stanowczo naparła na kołek, sprawiając, że Alyssa poczuła się,
jakby coś rozrywało ją od środka. Chciała jęknąć, ale nie miała czasu nawet na
to, zbytnio oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję.
Już w następnej
sekundzie wszystko zniknęło, a ją otoczyła jakże łaskawa ciemność.
Nadia
Pozwoliła, żeby ciało
dziewczyny ciężko opadło na ziemię, w ostatniej chwili puszczając wciąż wystający
z jej pleców kołek. Obserwowała w milczeniu, spokojnie stojąc tuż
obok Alyssy i próbując zapanować nad narastającą z każdą kolejną
sekundą złością. Już od dłuższego czasu niczego nie rozumiała, ale dotychczas
była w stanie to znosić, dość wprawnie udając, że skoro nikt nie chciał niczego
wytłumaczyć, nie zamierzała naciskać i tak naprawdę było jej wszystko
jedno. Wierutne kłamstwo, oczywiście, ale Nadia od zawsze była zbyt dumna, by
pozwolić sobie na okazywanie w takich sytuacjach słabości.
Odrzuciła
od siebie niechciane myśli, po czym przeniosła wzrok na Jasona, kiedy ten nagle
się poruszył. Aż się w niej zagotowało, kiedy wampir błyskawicznie
poderwał się, żeby móc porwać na ręce wciąż nieprzytomną dziewczynę. Otworzyła
usta, chcąc coś powiedzieć, ale zrezygnowała, widząc jak mężczyzna zdecydowanym
ruchem wyszarpuje dopiero co wbity przez Nadię kołek. Alyssa jęknęła, ale nie
otworzyła oczu, wciąż nieprzytomna i dosłownie przelewająca się w objęciach
trzymającego ją nieśmiertelnego.
– To nie
było konieczne – oznajmił Jason, a Nadia prychnęła, wręcz niedowierzając
jego słowom.
– Ponieważ
miałeś wszystko pod kontrolą? – zadrwiła, nie kryjąc goryczy.
Mężczyzna
zacisnął usta.
– Tak –
wycedził przez zaciśnięte zęby. Wciąż tuląc do siebie Alyssę, poderwał się na
równe nogi, najwyraźniej zamierzając zabrać dziewczynę do domu… Tak po prostu.
– Mogłaś ją skrzywdzić, do cholery – dodał gniewnym tonem i w tamtej
chwili Nadia zapragnęła roześmiać się w nieco histeryczny sposób.
– Ach, tak…
I dlatego to ty omal nie oberwałeś? – Spojrzała na Jasona z niedowierzaniem.
– Chcesz mi powiedzieć, że nie zasłużyłam nawet na głupie podziękowania? Wiesz
co, Jason? Jesteś beznadziejny! – oznajmiła lodowatym tonem, odwracając się na
pięcie.
Gdzieś za
plecami usłyszała westchnienie, a chwilę później wampir wypowiedział jej
imię – o wiele łagodniejszym, niemalże pojednawczym tonem – ale nie
zwróciła na niego uwagi. W pośpiechu odeszła, wciąż trzęsąc się ze złości i mając
coraz silniejszą ochotę, żeby coś rozwalić. Na usta cisnęły jej się dziesiątki
przekleństw, które jednak zdusiła w sobie, z doświadczenia wiedząc,
że te i tak nie przyniosą ukojenia. Co więcej, najbardziej złościła się za to, że nie potrafiła mieć do siebie pretensji o uratowanie
Jasona – i to pomimo tego, że mężczyzna najwyraźniej nie potrafił jej
interwencji docenić.
Cholera, co
jego zdaniem miała zrobić, kiedy zobaczyła w jaki sposób ze sobą walczyli?
Wcześniej słyszała, że chodzi o trening i choć już wtedy aż się w niej
zagotowało, nie próbowała interweniować, raz po raz powtarzając sobie, że to
nie ma znaczenia. Aż do tej chwili, bowiem ta dziewczyna zdecydowanie nie
wyglądała na kogoś, kto potrzebował lekcji. W zasadzie obserwując ją,
Nadia poczuła się, jakby miała przed sobą doświadczonego mordercę, a nie
młodą, zagubioną i jakże skrzywdzoną przez los wampirzycę, której wszyscy
powinni współczuć. Nie miała pojęcia, co z Alyssą było nie tak, ale odkąd
ta pojawiła się w ich domu i wyszło na jaw, że ma jakiś związek z Carlosem,
Nadia całą sobą czuła, że mogą spodziewać się kłopotów. Co więcej, teraz
wyraźnie widziała, że się nie pomyliła, tyle że wciąż nie potrafiła stwierdzić,
gdzie tak naprawdę to wszystko zmierzało.
Zatrzymała
się wpół kroku, po czym w przypływie frustracji uderzyła pięścią w pień
najbliższego drzewa. Aż syknęła, nie tyle z bólu, co irytacji, bowiem cios
również nie przyniósł oczekiwanej ulgi. Poczuła słodki zapach krwi, więc w roztargnieniu
spojrzała na swoją dłoń, w milczeniu przypatrując się świeżym zatarciom na
skórze, choć te prawie natychmiast zaczęły się zasklepiać. Rozprostowała palce,
bynajmniej nie zaskoczona tym, że wszystkie były sprawne. Gdyby wciąż
pozostawała śmiertelniczką, mogłaby liczyć się z połamaniem przynajmniej
kilku kości, ale teraz takie urazy nie stanowiły dla niej najmniejszej nawet
przeszkody.
Z
nieznacznym opóźnieniem uświadomiła sobie, że nie jest sama. Natychmiast
wyprostowała się, po czym błyskawicznie okręciła, stając oko w oko z obserwującym
ją spomiędzy drzew Michaelem. Wampir okazał się spokojny, przynajmniej na
pierwszy rzut oka i to z jakiegoś powodu jeszcze bardziej
zdenerwowało Nadię. Po pierwsze, podświadomie jednak liczyła, że to Jason okaże choćby minimum przyzwoitości, żeby za nią pójść. A po drugie, miała
wrażenie, że jej tymczasowy towarzysz nie podążył za nią bez powodu, najpewniej
doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
– Widziałeś
– nie tyle zapytała, co stwierdziła fakt.
Michael
wzruszył ramionami.
– Tak.
Krótka
odpowiedź, bez jakiegokolwiek konkretnego tłumaczenia. Nadia zacisnęła usta,
ledwo powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś naprawdę przykrego. Spuściła
wzrok, a jasne włosy opadły jej na twarz, na chwilę przysłaniając widok.
Odgarnęła je nerwowym ruchem, chcąc zająć czymś ręce i jeszcze przez
chwilę powstrzymać się od konieczności spoglądania na Michaela.
– I co?
– nie wytrzymała, stopniowo zamierzając mieć dość milczenia. Odkąd ta
dziewczyna się pojawiła, Nadia czuła się niemalże jak intruz, więc tak też
zamierzała się zachowywać – tak, jakby rozmawiała z kimś obcym. – Och,
chwila… I tak mi nie powiesz, chociaż z Jasonem pewnie rozumiecie, co
się dzieje.
– Hm… Nie
do końca – przyznał po chwili zastanowienia Michael. Nerwowym ruchem przeczesał
włosy palcami, ostatecznie decydując się podejść bliżej. – Nie chcę, żebyś mnie
źle zrozumiała. Po prostu… to wszystko jest trudne i coraz bardziej
niebezpieczne, tym bardziej, że teraz i ja, i Jason widzimy, że Carlos
jednak się nie pomylił.
– W czym?
– niemalże warknęła. Miała dość niedopowiedzeń i świadomości, że tak
naprawdę nie wiedziała niczego. – Twoim zdaniem jestem za głupia, żeby
zrozumieć?
Przez twarz
jej rozmówcy przemknął ledwo zauważalny cień.
–
Oczywiście, że nie! – zreflektował się pośpiesznie. – Ani ty, ani Eleonora. To
jest po prostu…
– Zbyt
niebezpieczne? – podsunęła mu. – Więc tym bardziej mam prawo wiedzieć, skoro tu
mieszkam. Czy masz mnie za osobę bojaźliwą, Michael? – zapytała wprost i czuła,
że tym razem trafiła w sedno.
Dziewczynka
z szafy…
Mała,
nieświadoma niczego dziewczynka, która przypadkiem widziała zbyt dużo.
Spuściła
wzrok, nie będąc w stanie o tym myśleć. Czuła, że Michael najpewniej
rozpamiętywał to samo, ale nie odezwała się ani słowem, tym razem zamierzając
wykazać się cierpliwością.
– Ach… –
Miała wrażenie, że całą wieczność musiał czekać na jakąkolwiek reakcję.
Natychmiast poderwała głowę, spoglądając stojącemu mężczyźnie w oczy. –
Chodź, przejdziemy się – zapowiedział, a Nadia w zamyśleniu skinęła
głową.
Choć nie
miała żadnej gwarancji, że zamierzał jej ulec, z jakiegoś powodu w tamtej
chwili poczuła ulgę.
Dzień dobry! Rozdział przed świętami, bo czemu by i nie? W tym miejscu chciałam życzyć wszystkim spokojnych, rodzinnych świąt, udanej Wigilii i wszystkiego, co najlepsze. Na coś specjalnie na nowy rok jeszcze przyjdzie czas, tym bardziej, że kolejny wpis pojawi się za tydzień, jeszcze przed Sylwestrem – mam już gotowy z wcześniejszej wersji, tylko do sprawdzenia.Mieszam, ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie robiła. Wątek Alyssy stopniowo prze do przodu, choć na wyjaśnienia jeszcze chwilę przyjdzie Wam poczekać. Na razie jestem ciekawa ewentualnych teorii po tej nietypowej scenie. Osoby wtajemniczone najpewniej rozumieją, więc cichać! :DZ mojej strony to wszystko na dzisiaj, więc do napisania! Wciąż pięknie dziękuję za to, że jesteście. Inaczej to, co robię, nie miałoby sensu.

Wow! Alyssa dała czadu. Te lekcje z pewnością nie były jej AŻ TAK potrzebne :P Oczywiście, nie ma wątpliwości, że trochę przesadziła ale to za sprawą tego tajemniczego głosu. Skąd on się bierze? Obstawiałabym może Lucyfera albo któregoś z jego podwładnych... No kto inny mógłby ją przekonać do zabicia pierwszego wampira, który jej pomóg?
OdpowiedzUsuńCo do Nadii... nie będę jej obwiniać - broniła kogoś, kto jest dla niej ważny. I choć wiem, że Jason za nią nie przepada to nie musiał tak na nią warczeć i mógł ładnie przeprosić. Ale spoko, rozumiem, urażona męska duma i tak dalej xD Nie wiem, czy już to mówiłam ale ogólnie lubię Nadię - głównie dlatego, że jest mi jej trochę szkoda. Nikt nie traktuje jej tam jako pełnego członka rodziny- nie wtajemniczają jej w żadne rodzinne tajemnice i ogólnie jest odsunięta od reszty. I zastanawiam się co ją przy nich trzyma?
Jaki ładny gif na górze. :3
OdpowiedzUsuńNie spodziewałam się tego, że to walka obierze taki obrót. Znaczy tylko na początku, potem, kiedy akcja zaczęła się rozkręcać miałam przeczucie, że Alyssa tak łatwo się nie podda i może się wydarzyć tragedia. No i na swój sposób się wydarzyła. Z tym głosem zaczynam się nieco gubić, jak i z tą całą Arianą. Sama nie wiem co o tym mam myśleć, ale siedzę cicho, będę sobie w myślach myśleć. Zobaczymy co z tego mojego główkowania będzie. ;) Jason najwyraźniej w ogóle nie zauważył w jej zachowaniu czegoś nietypowego. W końcu to młoda wampirzyca, która nigdy wcześniej nie walczyła, a teraz okazuje się, że potrafi nieźle walczyć i gdyby nie interwencja Nadii to może Jason skończyłby nadziany na kołek.
Co do samej Nadii mam mieszane uczucia. Irytuje mnie ta kobieta, prawdę mówiąc. Nadal trzymają ja z daleka od wszystkich informacji i nie do końca rozumiem czemu, skoro tam mieszka. Jasne to niebezpieczne, ale jak ma się bronić skoro nawet nie wie przed czym i w jaki sposób? Może Michael jej teraz trochę wyjaśni podczas tego spaceru, chociaż... Z tobą nigdy nic nie wiadomo. ;)
Gabi