Light in the Darkness
Księga II: „Upadek”
„Is there a place deep within
A place where you hide your darkest sins?
A place where you hide your darkest sins?
~Within Temptation – „Deep Within”
Skyler
To był jeden z nielicznych
razów, kiedy czuła strach. Towarzyszył jej od samego początku, w zasadzie
od chwili, w której otoczyły ją znajome mury. Szybkim krokiem ruszyła w głąb
korytarza – na pierwszy rzut oka zdecydowana, opanowana i we właściwy dla
siebie sposób dumna, ale to były tylko pozory. W rzeczywistości miała ochotę
odwrócić się na pięcie i uciec, najlepiej gdzieś daleko, choć doskonale
zdawała sobie sprawę z tego, że w ten sposób jedynie pogorszyłaby
sytuację.
Lucyfer był
zły – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Co więcej jakoś nie wątpiła, że
byłby w stanie znaleźć ją nawet po drugiej stronie globu, gdyby zaszła
taka potrzeba. Gdyby okazała się na tyle naiwna, by spróbować uciec, podpisałaby
na siebie wyrok.
Kroki
Skyler wydawały się nienaturalnie głośne w panującej ciszy. Kobieta
pozwoliła sobie na zaledwie ułamek wahania, gdy przystanęła przed dwuskrzydłowymi
drzwiami, nie pierwszy raz zwracając uwagę na ich nietypowe zdobienia. Dobrze
znała każde wybrzuszenie, zakręt czy wzór, w który układały się
poszczególne linie – dawno zapomniane znaki, anielskie symbole, które może
nawet kiedyś rozumiała, ale teraz pozostawały jej obce. Ktoś, kto upadł, nie
miał prawa rozumieć boskiego pisma.
Ale
rozpoznawała pojedyncze znaki, a już zwłaszcza te reprezentujące cztery
żywioły. Je akurat znali wszyscy, o co zadbał sam Lucyfer.
Zacisnęła
usta. Zaraz po tym zdecydowanym ruchem popchnęła drzwi, nie dając sobie czasu
na dalsze wątpliwości. Wkroczyła do pogrążonej w półmroku sali, już na
samym wstępie krzywiąc się w odpowiedzi na zapach świeżej, najpewniej
dopiero co przelanej krwi. Wampirze ciało, które jej ofiarowało, natychmiast
zareagowało na bliskość posoki, przez co Skyler poczuła się tak, jakby nagle
zderzyła się z jakąś niewidzialną przeszkodą. Mięśnie napięły się
samoistnie, a kły wysunęły, przy okazji raniąc demonicę w dolną
wargę.
Zdążyła
zrobić zaledwie jeden dodatkowy krok naprzód, kiedy przenikliwą ciszę przerwał
zdławiony okrzyk. Zaraz po tym poczuła na twarzy i dekolcie coś wilgotnego,
choć dopiero w chwili, w której na ziemię ciężko osunęło się czyjeś
bezwładne ciało, do Skyler dotarło, że to krew – i to na dodatek nie jej
własna. Całą posadzka była pokryta czerwienią; przypominającą w mroku
atrament plamą, po której przyszło jej stąpać.
Lucyfer
spokojnie stał w całym środku tego zamieszania, nienaturalnie opanowany i zwrócony
do niej plecami. Kiedy bez pośpiechu odwrócił się w jej stronę, przekonała
się, że na jego ubraniu nie było nawet śladu krewi żadnej z jego ofiar. Ta
znajdowała się wyłącznie na dłoniach, które jak gdyby nigdy nic wytarł w dotychczas
nieskazitelnie białą, wykonaną z jakiegoś drogiego materiału chusteczkę.
W normalnym
wypadku jakoś by to skomentowała. Zwróciła uwagę na jego słabość do drogich
rzeczy czy maniery, które w ówczesnym świecie uznano by za dziwactwa.
Wykorzystała w jakikolwiek sposób, by rozpocząć coś, co koniec końców
okazałoby się niczym więcej, jak tylko kolejną grą wstępną. Przecież wiedziała,
że zawsze miał do niej słabość. Teraz w szczególności, zwłaszcza że
nareszcie miała ciało, które w pełni oddawało jej inność. Och, a swoją
drogą, kto nie uległby uroczej blondynce?
Przez
strach nieoczekiwanie przebiła się niechęć i to tak silna, że Skyler aż
zawirowało w głowie. Ta chwilowa słabość wytrąciła ją z równowagi,
zwłaszcza że nigdy wcześniej nic podobnego nie miało miejsca. Do diabła, nawet jeśli
odczuwała lęk, nigdy nie pomyślałaby źle o Lucyferze, a jednak…
– Skyler.
Zamarła,
porażona obojętnością jego głosu. Pierwszy raz od dawna zwrócił się do niej po
imieniu, bez jakże pieszczotliwego „bezduszna”, do którego zdążyła przywyknąć.
To nie wróżyło dobrze, niejako utwierdzając ją w podejrzeniu, że spotkanie
nie miało należeć do przyjemnych. Mogła się tego spodziewać, ale…
Czy
wiedział o tej chwili słabości? O obrzydzeniu, którego nie powinna
czuć? O…?
Nawet
jeśli, nie dał niczego po sobie poznać. Po prostu tam stał.
– Pamiętasz,
o czym rozmawialiśmy? – zapytał i tym razem jego głos zabrzmiał
łagodnie. Skyler nie odpowiedziała, wciąż tkwiąc w kałuży krwi i próbując
powstrzymać dreszcze. – Obiecałaś mi coś.
– Mój
panie…
– Zamilknij
dla swojego dobra.
Natychmiast
zamknęła usta. Igranie z nim, zwłaszcza gdy był w takim nastroju, po
prostu nie wchodziło w grę.
Z trudem powstrzymała
się od cofnięcia, gdy Lucyfer bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializował
się tuż przed nią. Jedną dłonią ujął ją pod brodę, zmuszając do spojrzenia
sobie w oczy – pozbawione jakichkolwiek emocje, a przy tym
zadziwiająco jasne. Drugą przycisnął do jej piersi, jakby od niechcenia muskając
palcami dekolt, jednak nie odebrała tego jako wstęp do czegoś więcej. Nie
próbował się z nią droczyć, a tym bardziej nie sugerował, że mógłby
jej pragnąć.
Nie tym
razem. Chodziło o coś innego i Skyler doskonale zdawała sobie z tego
sprawę. To, że serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania,
mówiło samo za siebie.
– Zawiodłaś
mnie, choć sama powiedziałaś, że więcej tego nie zrobisz – podjął cicho
Lucyfer, bardziej stanowczo napierając na jej pierś. Wciąż przymuszał ją do
tego, by patrzyła mu w oczy, boleśnie wpijając długie palce w policzki
demonicy. – Daj mi jeden powód, dla którego akurat ciebie miałbym po tym
wszystkim oszczędzić.
Milczała.
Nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa, w gruncie
rzeczy pewna, że w ten sposób jedynie pogorszyłaby sytuację. W tamtej
chwili cisza wydawał się wybawieniem, choć Skyler czuła, że niekoniecznie miała
zapewnić jej przeżycie.
Była gotowa
przysiąc, że minęła cała wieczność zanim Lucyfer się poruszył. Zamarła,
niemalże spodziewając się palącego bólu, który towarzyszyłby momentowi, w której
ten zdecydowałby się wyrwać jej serce, ale nic podobnego nie miało miejsca.
W zamian
wylądowała na posadzce, czując się przy tym jak porzucona lalka, kiedy
nieśmiertelny tak po prostu odepchnął ją od siebie. Pod palcami poczuła wciąż zalegającą
na posadzce krew, ta zresztą momentalnie zaczęła wsiąkać w materiał jej
sukienki.
Lucyfer
spojrzał na nią z góry, wciąż obojętny i niepokojąco odległy.
– Na razie
zejdź mi z oczu – zażądał nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Uzjel ma szczęście,
że mi się przyda, ale ty… Nad tobą muszę się zastanowić.
Nie miała
odwagi, by zaprotestować. Natychmiast poderwała się na równe nogi, ślizgając na
krwi i z bijącym sercem ruszając z powrotem ku drzwiom. Starając
się nie myśleć o tym, że ta istota nagle znalazła się za jej plecami,
biegiem wypadła na korytarz, wzdrygając się, gdy wrota z hukiem zamknęły
się tuż za jej plecami.
Wystarczyło
zaledwie kilka kroków, by nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Opadła na kolana,
wciąż roztrzęsiona i coraz bliższa tego, by zacząć krzyczeć z frustracji.
Zawiodła.
Może nawet zasłużyła sobie na to, ale… po tych wszystkich wiekach i czasie,
który spędziła u jego boku…
Byłaby
naiwna, gdyby uznała, że Lucyfer ją kochał. Tyle że to nie zmieniało faktu, że ona
sama pozwoliła na to, by uzależnić się od niego w sposób, który nie powinien
mieć miejsca. Teraz mogła zostać z niczym i ta perspektywa ją
przerażała.
I naprawdę ten mężczyzna jest tego
wszystkiego warty?
Aż
zachłysnęła się powietrzem, porażona bezpośredniością tej myśli. Głos był
łagodny, znajomy i niemalże troskliwy, ale to jedynie bardziej Skyler
frustrowało. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści i to na tyle mocno,
że aż przebiła sobie paznokciami skórę.
– Zamknij
się – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Nie potrafiła
ignorować tego szeptu ani emocji, które tak naprawdę nie należały do niej. Nic
podobnego nigdy wcześniej nie miało miejsca, ale tym razem…
Nie mogła
się przyznać – ani przed nikim innym, ani tym bardziej samą sobą. Chciała, by
wszystko było wytworem jej wyobraźni, zwłaszcza że w ostatnim czasie miała
dość powodów do tego, by się zadręczać.
Z tym że
doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaka była prawda.
Zamknęła
oczy, próbując się uspokoić. Głos w jej głowie nie odezwał się ponownie,
ale to nie miało znaczenia. Nie, skoro wiedziała, że był prawdziwy.
Niecierpliwym
ruchem ocierając twarz dłonią, Skyler przymusiła się do tego, by stanąć na równe
nogi. Próbując przekonać samą siebie, że wszystko jakoś się ułoży, szybkim krokiem
ruszyła ku swojej sypialni.
Przez całą drogę
wciąż dręczyło ją jedno, jedyne pytanie: czy
było warto…?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz