Carlos
Słodycz krwi oszałamiała. Równie
intensywna okazała się aura śmierci – jakże mu znajoma, choć od dawna nie
przytłoczyła go aż do tego stopnia. W normalnym wypadku jej obecność nie
zrobiłaby na nim żadnego wrażenia, ale tym razem było inaczej.
Wrzask,
który nagle wyrwał się z gardła Alyssy, ogłuszał.
Carlos był
gotów przysiąc, że świat wokół zwolnił i to tylko po to, by po chwili
wszystko zadziało się błyskawicznie. Choć wciąż oszołomiony, znalazł w sobie
dość motywacji, by się poruszyć. Udało mu się zaskoczyć Michaela na tyle, by w końcu
go z siebie zepchnąć, zwłaszcza że brat wydał mu się równie oszołomiony,
co i wszyscy wokół. To, co się wydarzyło, otrzeźwiło go na tyle, by zaczął
pojmować, co robił.
– Ja… – wyrwało
mu się, ale Carlos nie miał czasu, by poświęcić bratu choćby chwilę uwagi.
Pocieszanie go i zapewnianie, że tak naprawdę nie zrobił niczego złego,
również wydawało się pozbawione sensu, a może to po prostu on absolutnie się
do tej roli nie nadawał.
Poderwał
się na równe nogi. Jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało ku Skyler,
która jak gdyby nigdy nic stała z wciąż uniesioną ręką, beznamiętnie
wpatrując się w miejsce, w którym upadła Mary. Dziwnie było patrzeć na
zazwyczaj łagodne rysy Eleonory, w tamtej chwili wykrzywione w coś,
co był wstanie określić wyłącznie jako grymas. Nie, to nie mógł być uśmiech.
Nie tak po prostu.
Błękitne
oczy przypominały kryształki lodu – zimne, obojętne i tak dalekie od tych,
które mogłyby należeć do człowieka…
– Ariana!
Głos Nicholasa
go otrzeźwił. Miał zaledwie ułamek sekundy na uskoczenie, kiedy tuż obok niego przemknęła
Alyssa… O ile nazywanie jej w ten sposób miało jakikolwiek sensu. W pierwszym
odruchu zapragnął chwycić dziewczynę za ramię, a potem porządnie potrząsnąć,
by uświadomić dziewczynie, że jedna kretynka-samobójczyni w zupełności
wystarczyła, ale instynkt podpowiedział mu, że to zły pomysł. Odsunął się,
nerwowo zaciskając dłonie w pięści i w oszołomieniu pojmując, że
w tamtej chwili naprawdę się dziewczyny obawiał.
To nie była
Alyssa. Nie tak po prostu, co miał okazję zaobserwować już w chwili, gdy
do niej dotarli, ale dopiero obserwując ją w tamtej chwili w pełni to
do niego dotarło. Kiedy na dodatek poczuł, że ziemia pod jego stopami zadrżała w niepokojący,
ostrzegawczy sposób, dotarło do niego, że sprawy zaczęły wymykać się spod
kontroli. Tym razem chodziło o coś więcej, aniżeli pękający za sprawą
frustracji nieśmiertelnej konar, którym nieświadomie prawie go zmiażdżyła, gdy
powiedział jej prawdę.
A potem
dziewczyna rzuciła się na Skyler i do Carlosa dotarło, że jak najbardziej
miał przed sobą Arianę w całej okazałości.
Śmiech,
który wyrwał się demonicy, miał w sobie coś niepokojącego. Wydawała się
tylko czekać na to, by córka jej pana zdecydowała się ją zaatakować.
Przemieściła się błyskawicznie, uskakując przed pierwszym ciosem, a później
kolejnymi. Wydawała się przy tym doskonale bawić, zachowując jak ktoś, kto z pobłażaniem
obserwował nic nieznaczący wybuch złości małego, niedoświadczonego dziecka.
Obie nieśmiertelne poruszały się błyskawicznie, dosłownie przewidując swoje
ruchy i trwając w jakimś dzikim, śmiertelnie niebezpiecznym tańcu.
Carlos obawiał się, że doskonale wiedział, ile każdą ze stron mógłby kosztować
nawet najmniejszy błąd.
Przez
chwilę tkwił w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w walczące. Jakaś
jego cząstka rwała się do tego, by rzucić się Alyssie na pomoc, ale nie był w stanie
się ruszyć. Gdyby go potrzebowała, wyczułby to, a jednak w tamtej
chwili wszystko w niej aż krzyczało, że wolałaby, by wszyscy wokół trzymali
się z daleka.
Zrozumienie
pojawiło się w chwili, w której ziemia znów zadrżała, tym bardziej o wiele
intensywniej niż do tej pory. Dziewczyna przemieściła się błyskawicznie, nie
tylko unikając ataku Skyler, ale też przymuszając demonicę do przesunięcia się
bliżej linii lasu. Drzewa wokół domu rosły gęsto, o czym co prawda
wiedział od samego początku, ale nigdy wcześniej nie zauważył, by las był aż
tak dziki. Gałęzie poruszały się, choć – co był gotów wręcz przysiąc – do tej
pory nie było nawet najdelikatniejszego wiatru. Jakby tego było mało, co samo w sobie
wydawało się niedorzeczne, nawet w szeleście liści wyczuł coś
niepokojącego, co momentalnie skojarzyło mu się z ostrzeżeniem.
Nie
dostrzegł żadnego znaku czy gestu, który świadczyłby o tym, że Alyssa
straciła cierpliwość. Nagle po prostu zaatakowała, bynajmniej nie w sposób,
którego mógłby się spodziewać. Nie ruszyła się z miejsca, nie warknęła –
nie zrobiła niczego, by dosięgnąć Skyler.
Natura dokonała
tego zamiast niej.
Gruby,
ostro zakończony konar dosłownie wyskoczył spod ziemi, przebijając zaskoczoną
nieśmiertelną na wylot. Jakimś cudem demonica wyczuła niebezpieczeństwo i nawet
spróbowała uskoczyć, ale okazała się zbyt wolna. Powietrze znów wypełnił słodki
zapach krwi, tym razem wampirzej, kiedy drewno przeszyło ciało Eleonory.
Błękitne oczy rozszerzyły się, a palce instynktownie zacisnęły na tym krańcu
gałęzi, który wyłonił się z jej brzucha. Alyssa nawet nie mrugnęła,
beznamiętnie przypatrując swojemu dziełu i sprawiając wrażenie… co
najmniej rozczarowanej.
Nie trafiła, uświadomił sobie Carlos i to
wydało mu się oczywiste. Nie celowała w brzuch, tylko w serce.
Skyler kaszlnęła,
po czym splunęła krwią. Dłonie wciąż zaciskała na unieruchamiającym ją kawałku
drewna, chociaż nie próbowała się uwolnić. Bezradnie zawisła na konarze, zdolna
co najwyżej nachylić się w stronę miejsca, gdzie stała Alyssa.
– Swoją…
stwórczynię? – wykrztusiła, choć to przyszło jej z trudem. Mimo wszystko
żyła, a Carlos z doświadczenia wiedział, że drewno samo w sobie
nie mogło jej zabić. – Zły pomysł… księżniczko.
Dopiero po
chwili dotarło do niego, co takiego miała na myśli demonica. Syknął, gdy
uświadomił sobie, że sam również poczuł przeszywający ból – zaledwie jego echo,
ale to wystarczyło, by wytrącić go z równowagi. Instynktownie zgiął się wpół,
przyciskając obie dłonie do brzucha. Nie poczuł niczego, co świadczyłoby o tym,
że również został zraniony, ale w tamtej chwili to nie miało znaczenia.
Liczyło się, że z jakiegoś powodu było mu ciężko oddychać, co najmniej
jakby…
– Ariano –
doszedł go nerwowy, dziwnie spięty głos Nichoalsa.
Wampir
nagle pojawił się w zasięgu jego wzroku. On również pobladł, chwiejąc się
na nogach, co jednak nie powstrzymało go od podejścia zastygłej w bezruchu
dziewczyny. Drgnęła, kiedy w uspokajającym geście ułożył dłonie na jej
ramionach. Choć na moment oderwała wzrok od Skyler, a w jej ciemnych
oczach w końcu pojawiło się coś więcej, prócz obojętności. Gdy tylko skupiła
się na Nicholasie, na powrót stała się ludzka – i bardzo, ale to bardzo
przerażona.
– Co ja…? –
zaczęła słaby głosem i zrobiła taki ruch, jakby chciała się wycofać, ale
stojący za nią mężczyzna skutecznie jej to uniemożliwił. Mocniej zacisnął
dłonie na jej ramionach, przymuszając do pozostania w miejscu.
– Rób to,
co robisz – zażądał spiętym tonem. – Nami się nie przejmuj.
– Ale…
– Nie
przejmuj się – powtórzył z naciskiem Nicholas i to były pierwsze
słowa, które Carlos uznał za takie, pod którymi mógłby się podpisać.
W gruncie
rzeczy wciąż nie do końca pojmował, co takiego działo się wokół niego. Próbował
zrozumieć, swoje podejrzenia mając już od chwili, w której zdążył zamienić
ze Skyler kilka słów przez telefon. Później sama Alyssa powiedziała coś, co dało
mu do myślenia, przypominając o „trzech ugryzieniach”, o których sam
jej wspomniał. Wcześniej nie zastanawiał się nad tym, jak interpretować te
słowa, ale jeśli wszystko dobrze rozumiał…
Nie tylko
on był jej stwórcą. Może i zaczął przemianę, jako pierwszy docierając do
dziewczyny, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że absolutnie nie sprawdził się w roli
czyjegokolwiek opiekuna. W zasadzie gdyby nie Eleonora, z Alyssą byłoby
kruch, z kolei teraz… Nie miał pewności, co się zmieniło i jaki związek
miał z tym Nicholas, ale jedno wydawało się oczywiste – skoro wszystko
wskazywało na to, że Ariana w końcu wróciła, musiało dojść do czegoś
ważnego.
Trzy
ugryzienia. Trzech stwórców…
Nigdy
wcześniej nie spotkał się z czymś takim, ale wszystko wskazywało na to, że
ten stan wszystko komplikował. W jakiś pokrętny sposób byli ze sobą
połączeni.
– Ma rację,
nie przejmuj się – zadrwiła Skyler. Dysząc ciężko, jeszcze mocniej zacisnęła palce
na konarze. – Zabij nas wszystkich.
Oczy Alyssy
rozszerzyły się w geście niedowierzania. Zanim Carlos albo ktokolwiek inny
zdołał zaprotestować, dziewczyna rozproszyła się – zaledwie na ułamek sekundy,
ale to wystarczyło. Głośny trzask przerwał panująca ciszę w chwili, w której
Skyler dosłownie zmiażdżyła krępujący ją konar. Jej ciało ciężko osunęło się na
ziemię, wciąż przebite zalegającym w nim kawałkiem konaru.
Nie na
długo. Krzywiąc się i wciąż plując krwią, kobieta zdecydowanym ruchem wyszarpnęła
drewno i niedbale odrzuciła je na bok. Carlos skrzywił się, ale
przynajmniej w końcu poczuł, że będzie w stanie zaczerpnąć tchu.
– To… naprawdę
żałosne. – Skyler zaśmiała się w pozbawiony wesołości sposób. – Sądziłam,
że wróciłaś, ale… Kiedy zrobiłaś się tak mało pewna siebie, co?
– Zamknij
się – wyrwało się Alyssy.
Jedynie
bardziej demonicę rozbawiła. To był zimny, pozbawiony wesołości śmiech, tym
bardziej niepokojący, skoro absolutnie nie pasował do słodkiego głosu Eleonory.
W gruncie rzeczy kuląca się na ziemi kobieta wyglądała niczym parodia
kogoś, kogo wszyscy tak dobrze znali.
– Bo co
zrobisz? Och, Ariano… A może wciąż Alysso? – zadrwiła Skyler. Lekko
przekrzywiła głowę, zupełnie jakby spojrzenie na dziewczynę pod innym kątem
pozwoliło jej dostrzec w niej coś, co wcześniej mogłaby przeoczyć. – Jej
też nie uratowałaś. Pamiętasz jak uciekłaś?
– Zamk…
– Jakie to
uczucie zabić kogoś, kto był dla ciebie jak matka, co? Mogłaby się nią stać… I ma
tyle ciepłych odczuć względem ciebie – podjęła ze spokojem demonica. Uklękła, przyciskając
obie dłonie do piersi w miejscu, gdzie znajdowało się serce. – Mogę to
wyczuć. Żałosne słabości, ale w tej sytuacji nawet mnie bawią… Zwłaszcza
że wy też ją kochaliście. Manipulowanie kimś, kto ma w sobie tyle miłości,
to jak kopanie szczeniaka – stwierdziła i wszystko wskazywało na to, że
miała ochotę dodać coś jeszcze, ale nie było jej to dane.
Carlos nie był
pewien, co usłyszał jako pierwsze – warkniecie, które wyrwało się z gardła
Alyssy, kiedy po raz kolejny straciła nad sobą panowanie, czy może zdławiony
jęk Skyler. Znaczenie tego drugiego pojął z opóźnieniem, w gruncie
rzeczy sam nie potrafiąc stwierdzić, kiedy i jakim cudem tuż za kobietą
pojawił się… Michael.
Zaraz po
tym – ruchem tak zdecydowanym i precyzyjnym, jakby robił to wielokrotnie
wcześniej – wbił w plecy Skyler prawdziwy, ostro zakończony kołek. W przeciwieństwie
do Alyssy trafił prosto w serce, sprawiając, że drobne ciało bez życia osunęło
się na ziemię.
Dookoła na
powrót zapanowała cisza.
– Mickey… –
wyrwało się Carlosowi, ale brat nawet na niego nie patrzył, w zamian w milczeniu
przypatrując się nieruchomemu ciału.
– Później…
porozmawiamy – wychrypiał, chwilę później przymuszając się do ruchu.
Wampir
prawie zdążył zapomnieć o Nadii, którą Skyler potraktowała prawie jak
szmacianą lalkę, tak po prostu odrzucając na bok. Michael dosłownie zmaterializował
się u boku wciąż nieprzytomnej kobiety, z lekkością biorąc ją na
ręce. Zwłaszcza w ramionach mężczyzny, Nadia wyglądała na kruchą,
delikatną i całkowicie bezbronną.
Coś w tym
widok otrzeźwiło Carlosa. Zanim zdążył się zastanowić, nogi same powiodły go do
miejsca, w którym upadła Mary. Z wrażenia omal nie przeoczyć Alexa,
który pierwszy znalazł się przy ciele – i to najpewniej już wcześniej,
zwłaszcza że zdążył ułożyć dziewczynę tak, by mieć szansę spróbować zatamować
sączącą się z rany na jej gardle krew. Zwitek materiału, który przycisnął
do rozcięcia, dosłownie przesiąknął posoką, klejąc się i nie będąc w stanie
wchłonąć wszystkiego.
– Bierz ręce
– warknął Carlos, ale nie doczekał się reakcji. Sam musiał odepchnąć Alexandra,
w zdecydowanie niedelikatny sposób przymuszając go do tego, by puścił
przyjaciółkę. – Powiedziałem coś!
– Ona…
– Ani
słowa! – zaoponował, obojętny na to, że w tamtej chwili zachowywał się jak
jakiś desperat.
Nawet nie
chciał brać pod uwagę tego, co planował powiedzieć mu Alexandre, choć przecież dobrze
wiedział, dokąd to wszystko zmierzało. Słyszał… Albo raczej nie słyszał – i właśnie to
stanowiło problem. Kiedy skupił się na Mary, odpowiedziała mu wyłącznie głucha
cisza, która mogła oznaczać tylko jedno. Nie był w stanie wychwycić pulsu,
o biciu serca nie wspominając. Rozsądek podpowiadał mu jedno, ale za nic w świecie
nie miał zamiaru dopuścić do świadomości znaczenia tego, co podsuwały mu
zmysły. Gdyby był człowiekiem, może taka taktyka miałaby sens, ale w sytuacji,
gdy z łatwością mógł wychwycić nawet najcichszy szmer…
Nie
zamierzał się nad tym zastanawiać.
Miał
wrażenie, że ktoś wypowiedział jego imię – może nawet Alex, choć kto go tam
wiedział – ale to również zignorował. Materiał, którym policjant próbował
powstrzymać krwawienie, ześlizgnął się na ziemię, w końcu pozwalając
Carlosowi zobaczyć ranę. Cięcie było większe i głębsze niż mógłby się
spodziewać, zresztą znów krwawiło, choć nie tak intensywnie, jak mógłby się
tego spodziewać. Nie miał pojęcia czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. W gruncie
rzeczy nie wiedział już niczego poza jednym: że musiał coś zrobić.
Nie chciał,
żeby ta dziewczyna umarła. Nie tak, nie kiedy miał coś do powiedzenia. Prawda
była taka, że od samego początku czuł, że był jedyną osobą, która mogła
zadecydować o jej życiu – a dokładnie od momentu, w którym
darował jej je w chwili, w której obserwował jak spała w akademiku.
Nie do uwierzenia wydawało mu się to, że nie tak dawno temu sam odprowadzał ją z pracy
do domu, prawiąc wymówki na temat tego, czy szlajanie się po mieście chwilę
przed wschodem słońca, było dobrym pomysłem.
Mary
musiała żyć.
– Carlos –
usłyszał ponownie i tym razem rozpoznał głos Alexandra, ale i tym
razem go zignorował.
Nie próbował uciskać rany, choć może powinien.
Nie zastanawiał się nad niczym z tego, co robił, pod wpływem impulsu decydując
się ułożyć dziewczynę płasko na ziemi i zacząć uciskać jej klatkę
piersiową. Robił to gwałtownie, z trudem panując nad siłą i chyba
jedynie cudem nie łamiąc przy tym Mary żeber. Zresztą czy to było ważne? Chciał
pobudzić serce – zrobić cokolwiek, by zaczęło bić. Miał ochotę nią potrząsnąć,
wydrzeć się, a na koniec zwyzywać od idiotek. Dlaczego to zrobiła?
Dlaczego, do jasnej cholery, za każdym razem musiała zachowywać się jak ktoś,
kto absolutnie nie pojmował działania instynktu samozachowawczego, o ile w ogóle
go miał?
Dlaczego
czuł się tak źle z myślą, że ona…?
Próbował
odnaleźć jakiś sensowny rytm uciskania, gorączkowo zastanawiając nad tym, co
jeszcze mógłby zrobić. Reanimacja przebiegała w jakiś konkretny sposób,
prawda? Istniała jakaś określona liczba ucisków na minutę, siła z jaką należało
prowadzić masaż serca i…
– Carlos!
Tym razem
głos należał do kogoś innego i to okazało się wystarczające, by sprowadzić
go na ziemię. Błyskawicznie poderwał głowę, spoglądając wprost na stojącego tuż
przed nim Jasona. Nie miał pojęcia kiedy i jakim cudem brat pojawił się w całym
tym zamieszaniu. Wystarczyło, że wyglądał na co najmniej przerażonego, jakby
dopiero co uprzytomnił sobie, że pod jego nieobecność w domu wydarzyło się
coś co najmniej niepokojącego. Jego oczy błyszczały w dziki, niepokojący sposób,
ale spojrzenie, którym obdarował Carlosa, okazało się zaskakująco łagodnie.
Może w grę wchodził szok, a może coś innego – to nie było ważne. Nie,
skoro wampir już nie przypominał sobie, kiedy Jason ostatnim razem patrzył na
niego inaczej niż na kogoś, komu właśnie planował skręcić kark.
Zesztywniał,
kiedy nieśmiertelny wyciągnął ku niemu ręce, jakby chcąc powstrzymać przed
dalszym uciskaniem piersi Mary. „Reanimujesz trupa” – wydał się sugerować ten gest,
ale Carlos wciąż nie zamierzał przyjąć tego do świadomości. Nie, nie… To nie
było tak. A ona musiała żyć.
– Pomóż mi –
wycedził przez zaciśnięte zęby. – Zajmij moje miejsce, a ja… Albo ty daje jej
swojej krwi – zażądał, ale te słowa nie zabrzmiały nawet w połowie tak
pewnie, jak mógłby tego oczekiwać.
– Carl. –
Jason jedynie potrząsnął głową. Kiedy ostatnim razem zdecydował się na to, by
skrócić imię brata, na dodatek bez złośliwego wydźwięku…? – Straciła dużo krwi.
Sam czujesz. Ona…
– Jeśli nie
zamierzasz mi pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzaj!
Samego
siebie zaskoczył tym, że podniósł głos. Wypowiedział te słowa ostro,
zdecydowanie zbyt gwałtownie, by zabrzmiały poważnie. Czuł, że emocje raz po
raz wymykały mu się spod kontroli, zmierzając w kierunku, na który w normalnym
wypadku by sobie nie pozwolił.
I wciąż uciskał.
Nadal pragnął coś zrobić, ale…
Cisza
dzwoniła mu w uszach. Mógł tylko zgadywać, co takiego myśleli sobie Jason
albo Alex. W zasadzie miał to gdzieś. Jak długo trzymali się z daleka
i pozwalali działać, było mu wszystko jedno.
Tyle że
Mary nie reagowała. Czuł słodycz jej krwi; ciepło sklejającej palce posoki.
Wydawała się być wszędzie, choć już nie płynęła, co sprawiało, że wszelakie
jego działania traciły na znaczeniu. Z równym powodzeniem mógłby mieć przed
sobą szmacianą lalkę, w którą bezskutecznie starał się tchnąć życie. Mógł
próbować do woli, powtarzając te same ruchy przez całą wieczność, ale… przecież
wiedział.
Rozumiał od
samego początku.
Ręce mu
zadrżały, co na moment wybiło go z rytmu. Nie odczuwał zmęczenia, ale kolejne
gesty stały się bardziej nieporadne i niepewne, w miarę jak naszły go
wątpliwości. To przypominało walkę z wiatrakami, której nie potrafił
przerwać. Odsuwał od siebie zniechęcenie i wszelakie podszepty intuicji, o logicznych
wnioskach nie wspominając. Miał wrażenie, że w chwili, w której dopuściłby
do siebie te najbardziej niechciane myśli, stałyby się prawdziwe. Jak długo się
oszukiwał, wciąż miał szansę.
Gdzieś jakby
z oddali doszły go kroki – ciche, ale na tyle wyraźne, by rozpoznał, że
zmierzały ku niemu. Początkowo nie zwrócił na nie uwagi, przynajmniej do
momentu, w którym doszło go ostrzegawcze warknięcie Jasona.
– Kto…? –
zaczął ostrzegawczym tonem wampir, próbując osłonić brata, ale przybysz nie
pozwolił mu dokończyć.
– Myśl
sobie, co chcesz, ale nie jestem wrogiem.
Carlos
rozpoznał ten głos. Natychmiast poderwał głowę, jednocześnie próbując utrzymać
stały rytm i skupienie na Mary. Rozszerzonymi oczyma spojrzał na znajomego
mężczyznę, który jak gdyby nigdy nic podszedł bliżej, klękając tuż obok Jasona.
Choć na sobie miał elegancką marynarkę, nie wyglądał na przejętego tym, że
zalegająca na trawie krew zaczęła wsiąkać w drogi materiał.
– Noel –
rzucił z ulgą. Spojrzenia jego i przyjaciela spotkały się na zaledwie
ułamek sekundy, ale to wystarczyło. – Meg jest z tobą? Och, zresztą
nieważne! Zrób coś! – zażądał, obojętny na to, że gdy już wcześniej próbował
wymóc pomoc na Jasonie, spotkał się przede wszystkim ze współczującym
spojrzeniem i bezradnością.
Sęk w tym,
że z Noelem było inaczej. Intensywnie niebieskie oczy mężczyzny zabłysły, kiedy
z uwagą zmierzył Carlosa wzrokiem, spoglądając na wampira tak, jakby widział
go po raz pierwszy. Zaraz po tym krótko zerknął na Mary i westchnął, dla
zyskania na czasie przeczesując palcami już i tak zmierzwione czarne włosy.
Milczał.
Trwał w ciszy tak długo, że nawet Carlosa naszły wątpliwości. W tamtej
chwili zapragnął rzucić się na przyjaciela z pięściami, porządnie nim
potrząsnąć i…
– Mogę –
oznajmił cicho wampir. To krótkie stwierdzenie wystarczyło, by wytrącić wampira
z równowagi. Z wrażenia aż zamarł, na moment zapominając o dalszym
uciskaniu klatki piersiowej dziewczyny. – O ile jesteś pewien. Bóg mi
świadkiem, że nie mam pojęcia, co się stanie.
Carlos
nawet się nie zawahał.
– Nie
pierdol – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Nie był
zaskoczony tym, że Noel jedynie się uśmiechnął – w nieco smutny, ale
jednak szczery sposób.
– Jak sobie
życzysz.
O mój Boże, no i jest! Witam Was w pierwszym rozdziale drugiego tomu. Całe lata czekałam na te sceny i teraz… Mam wrażenie, że historia pisze się sama, co bardzo mnie cieszy. Dobrych pięć lat czekania i planowania się opłaciło.Dziękuję za obecność, komentarze – wszystko! Zostawiam Was z tekstem, jak zawsze opinię pozostawiając Wam. Mogę obiecać, że w najbliższym czasie będzie ciekawie, a do tego czasu… Cóż, po prostu zostawię Was w niepewności. ;>Do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz