Ariana
„Megan pokaże wam sztuczkę” – zakomunikował
jeszcze przed domem Sorentich Noel i choć początkowo nie zrozumiała jego
intencji, szybko okazało się, że miał na myśli dokładnie to. Nawet z perspektywy
Ariany w grę wchodziła czysta magia, kiedy w ułamku sekundy znaleźli
się… w zupełnie innym miejscu. Dosłownie, tak po prostu – zupełnie jakby ktoś
wcisnął przycisk na pilocie, zmieniając kanał podczas oglądania telewizji.
Bezwładne, przebite kołkiem ciało Skyler zniknęło, zresztą jak i przesiąknięta
krwią ziemia, w zamian ustępując miejsca miękkiemu dywanowi. Przyjemnie
ciepły blask kominka rozpraszał ciemność, ukazując przytulnie urządzone,
wyposażone w stolik do kawy, dwa obite czarną skórą fotele i kanapę
wnętrze.
Z bijącym
sercem powiodła wzrokiem dookoła. Wzdrygnęła się, kiedy na ramionach poczuła
muśnięcie cudzych dłoni – znajomych i ciepłych, dzięki czemu nawet bez
oglądania się wyczuła, że to Samael. Któż inny mógłby podążać za nią niczym
cień?
– Ktoś był
dla ciebie wyjątkowo łaskawy, Megan – stwierdził cicho, uważnie przyglądając
się kobiecie. Meg zmaterializowała się zaraz obok kominka, jakby od niechcenia
spoglądając w ogień. – Wampiryzm to jedno. Wielu po upadku straciło
zdolności.
– Mam je od
początku – odparła, wzruszając ramionami. – Nie działają jak kiedyś, ale
praktyka czyni cuda…
– Nie
pamiętam, żebyś kiedykolwiek zrobiła coś takiego – wypaliła Ariana, zanim
zdążyła ugryźć się w język.
Doczekała
się jedynie wymownego spojrzenia ze strony Megan. Wampirzyca nie odpowiedziała,
w zamian jak gdyby nigdy nic rozglądając się po pomieszczeniu. To, że tak
po prostu zignorowała płynący ze słów Ariany zarzut, na moment wytrącił
nieśmiertelną z równowagi. Jakaś jej cząstka – odległa, bardziej pierwotna
– chciała zaprotestować, ale w ostatniej chwili zdołała się powstrzymać.
A wszystko
za sprawą zduszonego okrzyku, który wyrwał się z piersi Mary.
– Co się… w-właśnie
stało…?!
W gruncie
rzeczy to jedno pytanie wyrażało więcej, niż jakiekolwiek inne słowa – i to
nawet pomimo tego, że pytanie mogło odnosić się do wszystkiego. W gruncie
rzeczy Ariana sama miała ochotę je zadać, ale w chwili, w której padło
z ust przyjaciółki, ostatecznie zwątpiła, czy chciała poznać odpowiedź.
Sytuacja
prezentowała się tym gorzej, skoro Mary wciąż wyglądała jak siódme nieszczęście.
W anemicznym blasku płomieni wydawała się zdecydowanie zbyt blada, a jakby
tego było mało, jak zwykle zbyt ostry makijaż okazał się najmniej istotny,
skoro skórę dziewczyny wciąż pokrywała krew… Jej własna, jakby nie patrzeć.
–
Spokojnie, moja droga. Pokazać ci może łazienkę? – zasugerował jak gdyby nigdy
nic Noel, wchodząc w słowo gotowej do odpowiedzi Megan. – Doprowadzisz się
do porządku i trochę odetchniesz. Przy okazji mógłbym wskazać pokój dla
niej – dodał, zwracając się ku kolejnej osobie. Dopiero po podążeniu za jego
wzrokiem, Ariana zrozumiała, że patrzył na wciąż trzymającego w ramionach
nieprzytomną Nadię Michaela. – Odpocznie. Wszystko z nią dobrze.
– Ja… Tak
sądzę. – Głos wampira był cichy, jakby odległy. Odchrząknął, ale niewiele to
zmieniło w sposobie jego brzmienia. – Wystarczy krew.
Noel skinął
głową. Wyglądał na chętnego, żeby się odezwać, ale właśnie wtedy Mary ostatecznie
straciła cierpliwość.
– Mówicie o spokoju?
Dopiero co poderżnęłam sobie gardło! – zaoponowała, a potem jakby w końcu
dotarł do niej pełen sens jej słów, bo jęknęła i przycisnąwszy drżącą dłoń
do ust, ciężko osunęła się na kolana. – Poderżnęłam…
– Spójrz na
mnie.
Ariana dopiero
po chwili zorientowała się, że te słowa padły z jej ust. Zanim zdążyła się
zastanowić, już kucała naprzeciwko przyjaciółki, spoglądając wprost w nienaturalnie
rozszerzone, zielone tęczówki. Jakimś cudem Mary jeszcze bardziej pobladła, ale
posłusznie utrzymała spojrzenie, nie próbując odwracać wzroki. Nie żeby Ariana w ogóle
zamierzała jej na to pozwolić.
– Ali…
– Wszystko
jest dobrze… Po prostu dobrze, jasne? – wyszeptała cicho, starannie dobierając słowa.
Wpływ złagodził jej słowa, sprawiając, ze zabrzmiały jak niezwykle przyjemna
dla ucha melodia. Mary rozluźniła się, momentalnie się temu poddając, choć sztucznemu
ukojeniu daleko było do tego, żeby sprawić, by ktokolwiek w salonie poczuł
się lepiej. – Jesteś bezpieczna. Pomyśl o tym… jak o złym śnie.
Koszmary nie są prawdziwe, Mary.
– Koszmary…
– powtórzyła niczym echo.
Ariana skinęła
głową. Spróbowała się uśmiechnąć, ale czuła, że wyszło jej to dość marnie.
Przynajmniej w tamtej chwili nie było jej stać na nic więcej.
– Po prostu
koszmar – potwierdziła, przez moment bliska tego, by osobiście w takie
wyjaśnienie uwierzyć. Problem polegał na tym, że już dawno przestała potrafić
oszukiwać samą siebie. Nie mogła, skoro i tak robiła to zdecydowanie zbyt
dług, z uporem trzymając się ludzkiej, cudownie nieświadomej natury Alyssy.
– Uspokój się, hm? Asme… Noel – poprawiła się pośpiesznie – ma rację. Pójdź się
przebrać i wypocząć. Wszyscy jesteśmy tutaj bezpieczni.
Przez
moment czekała na potwierdzenie ze strony gospodarzy, ale żadne z nich nie
odważyło się odezwać. Chcąc wierzyć, że to wyłącznie z obawy przed
rozproszeniem ja na tyle, by wpływ stracił na mocy, z wolna przesunęła
palcami po policzku Mary, trochę jak matka, pragnąca okazać choć odrobinę czułości
dziecku. Nie doczekawszy się protestów, z wolna ujęła przyjaciółkę pod
ramię i przymusiła do tego, by ta stanęła na równe nogi.
Miała już
nadzieję, że dziewczyna ot tak da się wyprowadzić, gdy znów doszedł ją jej
drżący, pełen wątpliwości głos.
– Co z…?
Carlos – zaczęła raz jeszcze. – On…
Tyle
wystarczyło, by wzbudzić w Arianie jeszcze wątpliwości. Machinalnie
spojrzała na podłogę, wprost na swojego nieprzytomnego stwórcę. Coś ścisnęło ją
w gardle i to pomimo tego, że wyraźnie słyszała jego oddech.
– To… nic –
powiedziała cicho, starannie dobierając słowa. Jakimś cudem zdołała zapanować nad
sobą na tyle, by wciąż brzmieć rzeczowo. – Zajmę się wszystkim. Potem porozmawiamy.
Nie
doczekała się odpowiedzi. Mary po prostu na nią patrzyła, ostatecznie decydując
się na coś, czego Ariana zdecydowanie nie próbowała na niej wymóc. Choć nie
sądziła, że oszołomiona wpływem dziewczyna wykrzesze z siebie choć
odrobinę charakterystycznego dla siebie uporu, a tym bardziej jakiekolwiek
oznaki wolnej woli, w chwili, w której przyjaciółka zarzuciła jej
ramiona na szyję, skutecznie przypomniała sobie, jak silna w rzeczywistości
była Mary DeLuca.
Żadna nie
odezwała się nawet słowem. Ariana w milczeniu stała, pozwalając
śmiertelniczce tulić się do siebie tak długo, aż ta sama się odsunęła, po
chwili decydując się usłuchać narzuconych jej wpływem słów. Było coś nienaturalnego
w sposobie, w jaki pozwoliła wyprowadzić się Noelowi, bez protestów
podążając wprost za obcym wampirem. Dopiero po zniknięciu tej dwójki, Ariana
pozwoliła sobie na to, by z westchnieniem wypuścić od dłuższego czasu
wstrzymywane powietrze.
– Zajmę się
Nadią – doszedł ją spięty głos Michaela. Wampir z uporem unikał spoglądania
na kogokolwiek. – Jase…
– Zostanę –
uciął stanowczo sam zainteresowany.
Nie miała
odwagi spojrzeć na Jasona i to pomimo tego, że ten był tuż obok. Nie
chodziło tylko o to, że podczas ostatniej rozmowy powiedział jej rzeczy,
które raniły do tej pory – i to zarówno Alyssę, jak i Arianę. W gruncie
rzeczy wiedziała przecież, że na nie zasłużyła. Zresztą nie tylko na to, bo tak
naprawdę żadne z Sorentich czy jej ludzkich przyjaciół nie powinno zostać
wciągniętych w to szaleństwo.
Gdyby sytuacja
była choć odrobinę normalniejsza, udałoby się odciąć od dotychczasowego życia
już dawno temu. Powinna sobie przypomnieć, odrzucić ludzkie słabości Alyssy, a potem…
Tyle że teraz
było na to za późno.
– Więc zobaczymy
się później. Mamy sporo do omówienia – stwierdził Michael, w następnej
sekundzie bez słowa ruszając w ślad za Noelem i Mary.
Jest w szoku.
Jak nic, uświadomiła sobie Ariana. Inne wyjaśnienie nie przychodziło jej do
głowy, zwłaszcza po tym, jak akurat ten mężczyzna przebił Skyler kołkiem. To,
że w ogóle zdobył się na podniesienie ręki na kogoś o wyglądzie Eleonory,
mówiło samo za siebie. Przynajmniej jej nie pasowało to do wyobrażenia
opanowanego, rozsądnego przywódcy rodu, którym kierowała się przez cały ten
czas.
Przez
dłuższą chwilę panowała wyłącznie niemalże całkowicie nieprzenikniona cisza. W salonie
słychać było wyłącznie trzask radośnie strzelających ku górze płomieni oraz
bicie serc. W tym jednego, aż nazbyt ludzkiego, choć właściciel
przyśpieszonego pulsu wydawał się robić wszystko, by nie zwracać na siebie uwagi.
Nie od razu
odważyła się spojrzeć na Alexandra. Nie zauważyła, kiedy w ogólnym zamieszaniu
zdecydował się poruszyć, a co dopiero opaść na jeden z foteli. Gdyby
nie to, że wyglądał na spiętego, pomyślałaby nawet, że jakimś cudem czuł się w obcym
domu swobodnie, choć to zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nie w jego
przypadku. Znała go zbyt dobrze, by uwierzyć, że ot tak przeszedł do porządku
dziennego z tym, co się działo. Zakładała raczej, że nogi po prostu odmówiły
mu posłuszeństwa, co w samo również nie wróżyło niczego dobrego. Alex nie
był osobą, która ot tak odczuwała strach, a jednak w tamtej chwili Ariana
czuła jego przerażenie – metaliczny posmak na języku, który niejako mówił sam
za siebie.
Na rękach wciąż
miał krew Mary. Przez moment poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły
zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Jak mogła o tym zapomnieć? Jak
miałaby, skoro sama widziała, jak w niemalże rozpaczliwy sposób próbował
reanimować… Cóż, trupa. Walczył o przyjaciółkę, podczas gdy Ariana
bezradnie stała obok, ogarnięta nic nieznaczącym gniewem.
Cisza dzwoniła
jej w uszach. Przez chwilę obserwowała przyjaciela, podczas gdy ten w milczeniu
wpatrywał się wprost w ognisko. Po sposobie, w jaki zaciskał dłonie w pięści,
zaczynała wątpić w to, jakim cudem wciąż nie połamał sobie placów. Czuła,
że powinna coś powiedzieć – pocieszyć go, cokolwiek wyjaśnić, zrobić… coś
innego, co wydałoby się choć odrobinę sensowne – ale w głowie miała wyłącznie
pustkę. W tamtej chwili wątpiła, by istniały właściwe słowa; te, które
mogłaby wypowiedzieć przy próbie wpłynięcia na cudzy umysł, nie wchodziły w grę.
Zacisnęła
usta. Jej spojrzenie samoistnie powędrowało ku ostatniej z obecnych w salonie
osób.
– Co z Carlosem?
– zapytała wprost.
Wraz z tymi
słowami uprzytomniła sobie, że od tego tak naprawdę chciała zacząć. Moment, w którym
osunął się w ramionach Noela, podczas gdy Mary… To wciąż do niej nie
docierało. Było równie abstrakcyjne, co i wszystko inne, łącznie z pojawieniem
się Skyler i myśl o tym, że właśnie niejako minęła się z ojcem.
Lucyfer gdzieś tam był, podczas gdy ona…
I Eleonora.
Kolejny raz zostawiła ją samą sobie. Nie miało znaczenia, że żadne z nich
nie było w stanie zrobić niczego, skoro Skyler…
O tym również
nie chciała myśleć.
– Hm… Och,
żyje. Sama słyszysz – zauważyła Megan, jakby od niechcenia spoglądając na
rozciągnięte na podłodze ciało. – Nie spodziewałam się tego po nim.
– Nie
spodziewałaś? – powtórzyła tępo Ariana. Skupienie się na rozmowie okazało się
trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć.
Kobieta
wzruszyła ramionami.
– Carlos
nie jest typem osoby, która ot tak się poświęca – wyjaśniła usłużnie. – Albo to
ja popełniłam błąd, nie doceniając go, aczkolwiek… – Z westchnieniem skrzyżowała
ramiona na piersiach. – Jak długo nie pobrudzi mi dywanu, wszystko gra.
– I tyle?
– zaoponowała, prostując się niczym struna. – Stoisz i żartujesz? Amy, do
cholery!
Chciała
zrobić krok naprzód, nagle wytrącona z równowagi, ale w ostatniej
chwili pojawił się Samael. Wzdrygnęła się, podrywając głowę i z niedowierzaniem
spoglądając wprost w jego lśniące, intensywnie niebieskie oczy. Przez
moment poczuła się, jakby znów spadała i to wystarczyło, by jeszcze
bardziej ją oszołomić. Choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna, niemalże
gniewnym ruchem odwróciła głowę, zmuszając się do zerwania kontaktu wzrokowego.
– Już
dobrze, najdroższa – usłyszała jego spokojny głos. Jedynie skrzywiła się w odpowiedzi
na sposób, w jaki się do niej zwracał. – Cokolwiek się stało…
– Zażądałam
odpowiedzi już dawno temu – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Tyle
wystarczyła, by w salonie zapanowała wymowna, pełna napięcia cisza. Z wolna
uniosła głowę, starannie unikając spoglądania na Samaela. Nawet stojąca przy
ognisku Amy (albo Megan, choć zwłaszcza w nerwach Arianie było wszystko
jedno) spojrzała na nią w dziwny, mniej pewny niż do tej pory sposób.
Dopiero wtedy do dziewczyny z całą mocą dotarło, jak ostro zabrzmiał jej
głos – w ten pewny, zdradzający gniew i na swój sposób władczy
sposób. To był ton, którego szczerze nienawidziła i którego nie słyszała
od bardzo dawna – niczym nieznoszący sprzeciwu rozkaz, który…
Zamknęła
oczy. Niemalże spodziewała się usłyszeć te niespójne, kuszące ja szepty, które
czasami rozbrzmiewały w jej głowie, przypominając o tym, kim była i co
jej się należało. Rozkazy córki Lucyfera należało szanować, a jednak…
Nie.
Nie zamierzała
znów popełniać tych samych błędów. Nie w tym cyklu, niezależnie od tego,
co się wydarzyło. Nie wróciła po to, by rozstawiać wszystkich wokół po kątach.
Była Alyssą, a skoro tak…
Nie, była
Arianą. Chciała tego czy nie, wróciła, ale to przecież o niczym nie
znaczyło. Zaznała dość człowieczeństwa, by nawet nie chcieć próbować wyobrażać sobie
powrotu do starych nawyków, których starała się wyzbyć u boku Samaela.
– Przepraszam
– powiedziała tak cicho, że równie dobrze mogło sprowadzać się to do nic
nieznaczącego ruchu warg. – Muszę… – Urwała, ostatecznie z westchnieniem chwytając
się za głowę.
– Wiem –
zapewniła pośpiesznie Megan. Nie brzmiała na jakkolwiek urażoną. Jedynie
przenikliwe, czujne spojrzenie uświadomiło Arianie, że wampirzyca mimo wszystko
wolała zachować czujność. – Mamy czas. Jeśli chcesz odpocząć, to wierz mi, że
możesz. Dom jest duży, a jeśli chodzi o pokoje…
Cokolwiek
jeszcze miała do powiedzenia, Ariana nie była w stanie skupić się na jej
słowach wystarczająco długo, by doczekać się końca wypowiedzi. Nie spoglądając
na pozostałą z obecnych osób, bez słowa ruszyła wprost ku wyjściu. W pośpiechu
ostatni raz spojrzała na bladą twarz Carlosa, zanim ostatecznie wypadła na
korytarz, obojętna na to, że Samael troskliwie wypowiedział jej imię.
Właściwie
nie zapamiętała drogi korytarzem. Poruszała się trochę jak w transie, w ciszy
mijając kolejne drzwi. Trop Mary poprowadził ją po drewnianych schodach na
górę, ale nie zdecydowała się skręcić w tę samą stronę, co przyjaciółka.
Podążyła do zupełnie innej, najdalej oddalonej od głównej części korytarza
sypialni, z niejaką ulgą przekonując się, że pokój, który wybrała,
wyglądał na od dawna nieużywany. Och, no i w środku dostrzegła
dodatkowe drzwi, a to musiało oznaczać tylko jedno.
Łazienka
była mała, ale dobrze wyposażona. Ariana weszła do niej bez pośpiechu,
starannie zamykając za sobą drzwi i z jękiem opierając się o niej
plecami. Zamknęła oczy, po czym wzięła kilka głębszych wdechów, z założenia
po to, by się uspokoić, choć dobrze wiedziała, że to strata czasu. Wydarzyło
się zbyt wiele, by zapanowanie nad emocjami w ogóle wchodziło w grę.
Nie
przypuszczała, że wampir może odczuwać zmęczenie, ale obolałe, wciąż napięte
ciało wydawało się mówić samo za siebie. Nawet to, że w końcu udało jej
się wymknąć z salonu, zostawiając rozgadane, wciąż miotające się
towarzystwo, nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek lepiej. Podświadomie już
tylko czekała na ból głowy, ale przynajmniej tego natura zdecydowała się jej
zaoszczędzić. Cóż, średnio pocieszające, skoro kobieta i tak czuła się,
jakby na jej ramionach zalegał olbrzymi ciężar. I, cholera, miała ochotę stanąć
na środku tej małej łazienki, a potem krzyczeć tak długo, aż ostatecznie
zabrakłoby jej sił.
Z
westchnieniem potarła twarz, bynajmniej niezaskoczona śladami łez na
policzkach. Co prawda te zdążyły w większości wyschnąć już jakiś czas
temu, ale najwyraźniej wciąż była zdolna do tego, by dalej płakać. Kiedyś byłoby
to nie do pomyślenia, zresztą tak jak i wiele kwestii, które w tym
cyklu chcąc nie chcąc musiała zaakceptować.
Tym cyklu…
To wciąż
brzmiało jak jakiś chory żart.
Po raz
wtóry spróbowała odsunąć od siebie niechciane myśli, ale szybko przekonała się,
że traci czas. Myślami wciąż byłą przy grupce, którą pozostawiła w salonie
okazałej rezydencji, w której zamieszkiwali Asme i Amy… Albo Noel i Megan.
Cholera, musiała przywyknąć do ich nowych imion, nie chcąc komplikować bardziej
niż to konieczne. Problem polegał na tym, że równie niezręcznie czuła się, gdy
ktoś wciąż wypowiadał przy niej imię Alyssy, podczas gdy umysł w pełni
należał do Ariany. W końcu czuła się sobą, choć z jakiegoś powodu
wciąż miała wrażenie, że to najbardziej nierzeczywiste, dziwne doświadczenie,
jakiego przyszło jej doznać.
Drżącymi
dłońmi ściągnęła przez głowę koszulkę. Kolejne metodyczne ruchy choć na moment
pozwoliły jej rozproszyć uwagę na tyle, by przestała się zadręczać. Niedbałym
ruchem odrzuciła ubranie w kąt pomieszczenia, po czym zajęła się walką z zapięciem
spodni. Czuła, że materiał był wręcz sztywny od krwi, którą nasiąknął, kiedy
Mary…
W pośpiechu
pozbyła się również bielizny, w następnej sekundzie wchodząc prosto pod
prysznic. Potrzebowała chwili, by właściwie zacisnąć palce na kurku i odkręcić
wodę. Lodowaty strumień niemalże natychmiast zamienił się w gorący, ale
Ariana nawet się nie skrzywiła. Uniosła twarz, pozwalając, by ciepła woda spłynęła
po całym jej ciele, niosąc ze sobą zaledwie cień ukojenia, którego dziewczyna
mogłaby oczekiwać.
Niedbałym ruchem
odgarnęła z twarzy wilgotne, klejące się do policzków włosy. Stała pod
gorącym strumieniem tak długo, aż ciało przywykło do temperatury, zaś
spływająca do odpływu woda przestała bawić się na czerwono.
– Ariano?
Nie
zareagowała, słysząc znajomy, dobiegający zza zamkniętych drzwi głos. Chciała
udawać, że niczego nie usłyszała, ale dobrze wiedziała, że przy wyostrzonych
zmysłach zrzucenie braku reakcji na szum wody, nie wchodziło w grę.
Po prostu
odejdź…
Ale nie
wątpiła, że on wciąż tam stał, nie zamierzając tak po prostu odpuścić. Kiedy
chwilę później usłyszała naglące walenie do drzwi, jedynie utwierdziła się w przekonaniu,
że nie miała co liczyć na samotność.
– Jeśli nie
wyjdziesz, rozwalę zamek – usłyszała i tych kilka słów wystarczyło, by ostatecznie
wytrącić ją z równowagi.
Zakręciła
wodę, choć zdecydowanie nie miała na to ochoty. Nie dbając o to, że wciąż była
naga i wręcz ociekała wodą, dopadła do drzwi, po czym bezceremonialnie je otworzyła. Gwałtownie nabrała powietrza, gotowa w kilku słowach
wyjaśnić mu, że chciała przede wszystkim ciszy i świętego spokoju, a potem…
A potem już
tylko stała i bezradnie spoglądała wprost w jego błękitne oczy.
Zaraz po
tym coś ostatecznie w niej pękło, a ona z jękiem wpadła mu w ramiona,
pozwalając, by przygarnął ją do siebie.
– Oj,
maleńka… – westchnął jedynie.
Jego
ramiona owinęły się wokół niej. Podniósł ją z taką lekkością, jakby nic
nie ważyła, bezceremonialnie porywając na ręce. Przez ułamek sekundy czuła się
jak bezradne dziecko, przynajmniej do momentu, w którym poczuła pod wargami
ciepło jakże znajomych, przyjemnie miękkich ust. Jakby tego było mało, sama
zainicjowała pocałunek – tak po prostu, w końcu pojmując, czego przez cały
ten czas pragnęła.
Tyle
wystarczyło. Samael przemieścił się błyskawicznie, na oślep docierając wraz z nią
aż do łóżka. Materac ugiął się pod ich ciężarem, kiedy Ariana z jękiem
wylądowała na nieużywanej od dawna pościeli, bez protestów pozwalając na to, by
naparło na nią cudze ciało. Znów dostrzegła spojrzenie jego oczu – niebieskich i dosłownie
ją pochłaniających. Jak niebo.
Przez moment
znów czuła się, jakby spadała, ale tym razem to było dobre. W całym tym szaleństwie
nie mogła zapomnieć o jednym: odnalazł ją. Po raz kolejny, po takim
czasie.
Kazanie mu odejść
– choćby tylko na chwilę – byłoby najgorszym z możliwych błędów.
– Wszystko
będzie dobrze – zapewnił równie łagodnym tonem, co i ona, gdy próbowała
przekonać do tego samego Mary.
Ariana
zadrżała, kiedy jego oddech musnął jej twarz. Odchyliła głowę, gestem dając mu
do zrozumienia, by pocałował ją po raz kolejny.
Frazesy czy
też nie, ten jeden raz nade wszystko pragnęła uwierzyć, że były prawdziwe.
Trzy lata. Za trzy dni miną dokładnie trzy lata od chwili, w której opublikowałam prolog pierwszego tomu. Ostatnio mam zwyczaj przegapiania rocznic, zwłaszcza jeśli następnego dnia pracuję, ale… tym razem mogę wrzucić przed czasem, czyż nie? Tak więc ja po prostu to tutaj zostawię – z wielkim dziękuję za to, że przez tyle czasu wciąż macie do mnie cierpliwość. <3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz