15 lipca 2019

Rozdział IV

Ariana
„Megan pokaże wam sztuczkę” – zakomunikował jeszcze przed domem Sorentich Noel i choć początkowo nie zrozumiała jego intencji, szybko okazało się, że miał na myśli dokładnie to. Nawet z perspektywy Ariany w grę wchodziła czysta magia, kiedy w ułamku sekundy znaleźli się… w zupełnie innym miejscu. Dosłownie, tak po prostu – zupełnie jakby ktoś wcisnął przycisk na pilocie, zmieniając kanał podczas oglądania telewizji. Bezwładne, przebite kołkiem ciało Skyler zniknęło, zresztą jak i przesiąknięta krwią ziemia, w zamian ustępując miejsca miękkiemu dywanowi. Przyjemnie ciepły blask kominka rozpraszał ciemność, ukazując przytulnie urządzone, wyposażone w stolik do kawy, dwa obite czarną skórą fotele i kanapę wnętrze.
Z bijącym sercem powiodła wzrokiem dookoła. Wzdrygnęła się, kiedy na ramionach poczuła muśnięcie cudzych dłoni – znajomych i ciepłych, dzięki czemu nawet bez oglądania się wyczuła, że to Samael. Któż inny mógłby podążać za nią niczym cień?
– Ktoś był dla ciebie wyjątkowo łaskawy, Megan – stwierdził cicho, uważnie przyglądając się kobiecie. Meg zmaterializowała się zaraz obok kominka, jakby od niechcenia spoglądając w ogień. – Wampiryzm to jedno. Wielu po upadku straciło zdolności.
– Mam je od początku – odparła, wzruszając ramionami. – Nie działają jak kiedyś, ale praktyka czyni cuda…
– Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek zrobiła coś takiego – wypaliła Ariana, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Doczekała się jedynie wymownego spojrzenia ze strony Megan. Wampirzyca nie odpowiedziała, w zamian jak gdyby nigdy nic rozglądając się po pomieszczeniu. To, że tak po prostu zignorowała płynący ze słów Ariany zarzut, na moment wytrącił nieśmiertelną z równowagi. Jakaś jej cząstka – odległa, bardziej pierwotna – chciała zaprotestować, ale w ostatniej chwili zdołała się powstrzymać.
A wszystko za sprawą zduszonego okrzyku, który wyrwał się z piersi Mary.
– Co się… w-właśnie stało…?!
W gruncie rzeczy to jedno pytanie wyrażało więcej, niż jakiekolwiek inne słowa – i to nawet pomimo tego, że pytanie mogło odnosić się do wszystkiego. W gruncie rzeczy Ariana sama miała ochotę je zadać, ale w chwili, w której padło z ust przyjaciółki, ostatecznie zwątpiła, czy chciała poznać odpowiedź.
Sytuacja prezentowała się tym gorzej, skoro Mary wciąż wyglądała jak siódme nieszczęście. W anemicznym blasku płomieni wydawała się zdecydowanie zbyt blada, a jakby tego było mało, jak zwykle zbyt ostry makijaż okazał się najmniej istotny, skoro skórę dziewczyny wciąż pokrywała krew… Jej własna, jakby nie patrzeć.
– Spokojnie, moja droga. Pokazać ci może łazienkę? – zasugerował jak gdyby nigdy nic Noel, wchodząc w słowo gotowej do odpowiedzi Megan. – Doprowadzisz się do porządku i trochę odetchniesz. Przy okazji mógłbym wskazać pokój dla niej – dodał, zwracając się ku kolejnej osobie. Dopiero po podążeniu za jego wzrokiem, Ariana zrozumiała, że patrzył na wciąż trzymającego w ramionach nieprzytomną Nadię Michaela. – Odpocznie. Wszystko z nią dobrze.
– Ja… Tak sądzę. – Głos wampira był cichy, jakby odległy. Odchrząknął, ale niewiele to zmieniło w sposobie jego brzmienia. – Wystarczy krew.
Noel skinął głową. Wyglądał na chętnego, żeby się odezwać, ale właśnie wtedy Mary ostatecznie straciła cierpliwość.
– Mówicie o spokoju? Dopiero co poderżnęłam sobie gardło! – zaoponowała, a potem jakby w końcu dotarł do niej pełen sens jej słów, bo jęknęła i przycisnąwszy drżącą dłoń do ust, ciężko osunęła się na kolana. – Poderżnęłam…
– Spójrz na mnie.
Ariana dopiero po chwili zorientowała się, że te słowa padły z jej ust. Zanim zdążyła się zastanowić, już kucała naprzeciwko przyjaciółki, spoglądając wprost w nienaturalnie rozszerzone, zielone tęczówki. Jakimś cudem Mary jeszcze bardziej pobladła, ale posłusznie utrzymała spojrzenie, nie próbując odwracać wzroki. Nie żeby Ariana w ogóle zamierzała jej na to pozwolić.
– Ali…
– Wszystko jest dobrze… Po prostu dobrze, jasne? – wyszeptała cicho, starannie dobierając słowa. Wpływ złagodził jej słowa, sprawiając, ze zabrzmiały jak niezwykle przyjemna dla ucha melodia. Mary rozluźniła się, momentalnie się temu poddając, choć sztucznemu ukojeniu daleko było do tego, żeby sprawić, by ktokolwiek w salonie poczuł się lepiej. – Jesteś bezpieczna. Pomyśl o tym… jak o złym śnie. Koszmary nie są prawdziwe, Mary.
– Koszmary… – powtórzyła niczym echo.
Ariana skinęła głową. Spróbowała się uśmiechnąć, ale czuła, że wyszło jej to dość marnie. Przynajmniej w tamtej chwili nie było jej stać na nic więcej.
– Po prostu koszmar – potwierdziła, przez moment bliska tego, by osobiście w takie wyjaśnienie uwierzyć. Problem polegał na tym, że już dawno przestała potrafić oszukiwać samą siebie. Nie mogła, skoro i tak robiła to zdecydowanie zbyt dług, z uporem trzymając się ludzkiej, cudownie nieświadomej natury Alyssy. – Uspokój się, hm? Asme… Noel – poprawiła się pośpiesznie – ma rację. Pójdź się przebrać i wypocząć. Wszyscy jesteśmy tutaj bezpieczni.
Przez moment czekała na potwierdzenie ze strony gospodarzy, ale żadne z nich nie odważyło się odezwać. Chcąc wierzyć, że to wyłącznie z obawy przed rozproszeniem ja na tyle, by wpływ stracił na mocy, z wolna przesunęła palcami po policzku Mary, trochę jak matka, pragnąca okazać choć odrobinę czułości dziecku. Nie doczekawszy się protestów, z wolna ujęła przyjaciółkę pod ramię i przymusiła do tego, by ta stanęła na równe nogi.
Miała już nadzieję, że dziewczyna ot tak da się wyprowadzić, gdy znów doszedł ją jej drżący, pełen wątpliwości głos.
– Co z…? Carlos – zaczęła raz jeszcze. – On…
Tyle wystarczyło, by wzbudzić w Arianie jeszcze wątpliwości. Machinalnie spojrzała na podłogę, wprost na swojego nieprzytomnego stwórcę. Coś ścisnęło ją w gardle i to pomimo tego, że wyraźnie słyszała jego oddech.
– To… nic – powiedziała cicho, starannie dobierając słowa. Jakimś cudem zdołała zapanować nad sobą na tyle, by wciąż brzmieć rzeczowo. – Zajmę się wszystkim. Potem porozmawiamy.
Nie doczekała się odpowiedzi. Mary po prostu na nią patrzyła, ostatecznie decydując się na coś, czego Ariana zdecydowanie nie próbowała na niej wymóc. Choć nie sądziła, że oszołomiona wpływem dziewczyna wykrzesze z siebie choć odrobinę charakterystycznego dla siebie uporu, a tym bardziej jakiekolwiek oznaki wolnej woli, w chwili, w której przyjaciółka zarzuciła jej ramiona na szyję, skutecznie przypomniała sobie, jak silna w rzeczywistości była Mary DeLuca.
Żadna nie odezwała się nawet słowem. Ariana w milczeniu stała, pozwalając śmiertelniczce tulić się do siebie tak długo, aż ta sama się odsunęła, po chwili decydując się usłuchać narzuconych jej wpływem słów. Było coś nienaturalnego w sposobie, w jaki pozwoliła wyprowadzić się Noelowi, bez protestów podążając wprost za obcym wampirem. Dopiero po zniknięciu tej dwójki, Ariana pozwoliła sobie na to, by z westchnieniem wypuścić od dłuższego czasu wstrzymywane powietrze.
– Zajmę się Nadią – doszedł ją spięty głos Michaela. Wampir z uporem unikał spoglądania na kogokolwiek. – Jase…
– Zostanę – uciął stanowczo sam zainteresowany.
Nie miała odwagi spojrzeć na Jasona i to pomimo tego, że ten był tuż obok. Nie chodziło tylko o to, że podczas ostatniej rozmowy powiedział jej rzeczy, które raniły do tej pory – i to zarówno Alyssę, jak i Arianę. W gruncie rzeczy wiedziała przecież, że na nie zasłużyła. Zresztą nie tylko na to, bo tak naprawdę żadne z Sorentich czy jej ludzkich przyjaciół nie powinno zostać wciągniętych w to szaleństwo.
Gdyby sytuacja była choć odrobinę normalniejsza, udałoby się odciąć od dotychczasowego życia już dawno temu. Powinna sobie przypomnieć, odrzucić ludzkie słabości Alyssy, a potem…
Tyle że teraz było na to za późno.
– Więc zobaczymy się później. Mamy sporo do omówienia – stwierdził Michael, w następnej sekundzie bez słowa ruszając w ślad za Noelem i Mary.
Jest w szoku. Jak nic, uświadomiła sobie Ariana. Inne wyjaśnienie nie przychodziło jej do głowy, zwłaszcza po tym, jak akurat ten mężczyzna przebił Skyler kołkiem. To, że w ogóle zdobył się na podniesienie ręki na kogoś o wyglądzie Eleonory, mówiło samo za siebie. Przynajmniej jej nie pasowało to do wyobrażenia opanowanego, rozsądnego przywódcy rodu, którym kierowała się przez cały ten czas.
Przez dłuższą chwilę panowała wyłącznie niemalże całkowicie nieprzenikniona cisza. W salonie słychać było wyłącznie trzask radośnie strzelających ku górze płomieni oraz bicie serc. W tym jednego, aż nazbyt ludzkiego, choć właściciel przyśpieszonego pulsu wydawał się robić wszystko, by nie zwracać na siebie uwagi.
Nie od razu odważyła się spojrzeć na Alexandra. Nie zauważyła, kiedy w ogólnym zamieszaniu zdecydował się poruszyć, a co dopiero opaść na jeden z foteli. Gdyby nie to, że wyglądał na spiętego, pomyślałaby nawet, że jakimś cudem czuł się w obcym domu swobodnie, choć to zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nie w jego przypadku. Znała go zbyt dobrze, by uwierzyć, że ot tak przeszedł do porządku dziennego z tym, co się działo. Zakładała raczej, że nogi po prostu odmówiły mu posłuszeństwa, co w samo również nie wróżyło niczego dobrego. Alex nie był osobą, która ot tak odczuwała strach, a jednak w tamtej chwili Ariana czuła jego przerażenie – metaliczny posmak na języku, który niejako mówił sam za siebie.
Na rękach wciąż miał krew Mary. Przez moment poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Jak mogła o tym zapomnieć? Jak miałaby, skoro sama widziała, jak w niemalże rozpaczliwy sposób próbował reanimować… Cóż, trupa. Walczył o przyjaciółkę, podczas gdy Ariana bezradnie stała obok, ogarnięta nic nieznaczącym gniewem.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Przez chwilę obserwowała przyjaciela, podczas gdy ten w milczeniu wpatrywał się wprost w ognisko. Po sposobie, w jaki zaciskał dłonie w pięści, zaczynała wątpić w to, jakim cudem wciąż nie połamał sobie placów. Czuła, że powinna coś powiedzieć – pocieszyć go, cokolwiek wyjaśnić, zrobić… coś innego, co wydałoby się choć odrobinę sensowne – ale w głowie miała wyłącznie pustkę. W tamtej chwili wątpiła, by istniały właściwe słowa; te, które mogłaby wypowiedzieć przy próbie wpłynięcia na cudzy umysł, nie wchodziły w grę.
Zacisnęła usta. Jej spojrzenie samoistnie powędrowało ku ostatniej z obecnych w salonie osób.
– Co z Carlosem? – zapytała wprost.
Wraz z tymi słowami uprzytomniła sobie, że od tego tak naprawdę chciała zacząć. Moment, w którym osunął się w ramionach Noela, podczas gdy Mary… To wciąż do niej nie docierało. Było równie abstrakcyjne, co i wszystko inne, łącznie z pojawieniem się Skyler i myśl o tym, że właśnie niejako minęła się z ojcem. Lucyfer gdzieś tam był, podczas gdy ona…
I Eleonora. Kolejny raz zostawiła ją samą sobie. Nie miało znaczenia, że żadne z nich nie było w stanie zrobić niczego, skoro Skyler…
O tym również nie chciała myśleć.
– Hm… Och, żyje. Sama słyszysz – zauważyła Megan, jakby od niechcenia spoglądając na rozciągnięte na podłodze ciało. – Nie spodziewałam się tego po nim.
– Nie spodziewałaś? – powtórzyła tępo Ariana. Skupienie się na rozmowie okazało się trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć.
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Carlos nie jest typem osoby, która ot tak się poświęca – wyjaśniła usłużnie. – Albo to ja popełniłam błąd, nie doceniając go, aczkolwiek… – Z westchnieniem skrzyżowała ramiona na piersiach. – Jak długo nie pobrudzi mi dywanu, wszystko gra.
– I tyle? – zaoponowała, prostując się niczym struna. – Stoisz i żartujesz? Amy, do cholery!
Chciała zrobić krok naprzód, nagle wytrącona z równowagi, ale w ostatniej chwili pojawił się Samael. Wzdrygnęła się, podrywając głowę i z niedowierzaniem spoglądając wprost w jego lśniące, intensywnie niebieskie oczy. Przez moment poczuła się, jakby znów spadała i to wystarczyło, by jeszcze bardziej ją oszołomić. Choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna, niemalże gniewnym ruchem odwróciła głowę, zmuszając się do zerwania kontaktu wzrokowego.
– Już dobrze, najdroższa – usłyszała jego spokojny głos. Jedynie skrzywiła się w odpowiedzi na sposób, w jaki się do niej zwracał. – Cokolwiek się stało…
– Zażądałam odpowiedzi już dawno temu – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Tyle wystarczyła, by w salonie zapanowała wymowna, pełna napięcia cisza. Z wolna uniosła głowę, starannie unikając spoglądania na Samaela. Nawet stojąca przy ognisku Amy (albo Megan, choć zwłaszcza w nerwach Arianie było wszystko jedno) spojrzała na nią w dziwny, mniej pewny niż do tej pory sposób. Dopiero wtedy do dziewczyny z całą mocą dotarło, jak ostro zabrzmiał jej głos – w ten pewny, zdradzający gniew i na swój sposób władczy sposób. To był ton, którego szczerze nienawidziła i którego nie słyszała od bardzo dawna – niczym nieznoszący sprzeciwu rozkaz, który…
Zamknęła oczy. Niemalże spodziewała się usłyszeć te niespójne, kuszące ja szepty, które czasami rozbrzmiewały w jej głowie, przypominając o tym, kim była i co jej się należało. Rozkazy córki Lucyfera należało szanować, a jednak…
Nie.
Nie zamierzała znów popełniać tych samych błędów. Nie w tym cyklu, niezależnie od tego, co się wydarzyło. Nie wróciła po to, by rozstawiać wszystkich wokół po kątach. Była Alyssą, a skoro tak…
Nie, była Arianą. Chciała tego czy nie, wróciła, ale to przecież o niczym nie znaczyło. Zaznała dość człowieczeństwa, by nawet nie chcieć próbować wyobrażać sobie powrotu do starych nawyków, których starała się wyzbyć u boku Samaela.
– Przepraszam – powiedziała tak cicho, że równie dobrze mogło sprowadzać się to do nic nieznaczącego ruchu warg. – Muszę… – Urwała, ostatecznie z westchnieniem chwytając się za głowę.
– Wiem – zapewniła pośpiesznie Megan. Nie brzmiała na jakkolwiek urażoną. Jedynie przenikliwe, czujne spojrzenie uświadomiło Arianie, że wampirzyca mimo wszystko wolała zachować czujność. – Mamy czas. Jeśli chcesz odpocząć, to wierz mi, że możesz. Dom jest duży, a jeśli chodzi o pokoje…
Cokolwiek jeszcze miała do powiedzenia, Ariana nie była w stanie skupić się na jej słowach wystarczająco długo, by doczekać się końca wypowiedzi. Nie spoglądając na pozostałą z obecnych osób, bez słowa ruszyła wprost ku wyjściu. W pośpiechu ostatni raz spojrzała na bladą twarz Carlosa, zanim ostatecznie wypadła na korytarz, obojętna na to, że Samael troskliwie wypowiedział jej imię.
Właściwie nie zapamiętała drogi korytarzem. Poruszała się trochę jak w transie, w ciszy mijając kolejne drzwi. Trop Mary poprowadził ją po drewnianych schodach na górę, ale nie zdecydowała się skręcić w tę samą stronę, co przyjaciółka. Podążyła do zupełnie innej, najdalej oddalonej od głównej części korytarza sypialni, z niejaką ulgą przekonując się, że pokój, który wybrała, wyglądał na od dawna nieużywany. Och, no i w środku dostrzegła dodatkowe drzwi, a to musiało oznaczać tylko jedno.
Łazienka była mała, ale dobrze wyposażona. Ariana weszła do niej bez pośpiechu, starannie zamykając za sobą drzwi i z jękiem opierając się o niej plecami. Zamknęła oczy, po czym wzięła kilka głębszych wdechów, z założenia po to, by się uspokoić, choć dobrze wiedziała, że to strata czasu. Wydarzyło się zbyt wiele, by zapanowanie nad emocjami w ogóle wchodziło w grę.
Nie przypuszczała, że wampir może odczuwać zmęczenie, ale obolałe, wciąż napięte ciało wydawało się mówić samo za siebie. Nawet to, że w końcu udało jej się wymknąć z salonu, zostawiając rozgadane, wciąż miotające się towarzystwo, nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek lepiej. Podświadomie już tylko czekała na ból głowy, ale przynajmniej tego natura zdecydowała się jej zaoszczędzić. Cóż, średnio pocieszające, skoro kobieta i tak czuła się, jakby na jej ramionach zalegał olbrzymi ciężar. I, cholera, miała ochotę stanąć na środku tej małej łazienki, a potem krzyczeć tak długo, aż ostatecznie zabrakłoby jej sił.
Z westchnieniem potarła twarz, bynajmniej niezaskoczona śladami łez na policzkach. Co prawda te zdążyły w większości wyschnąć już jakiś czas temu, ale najwyraźniej wciąż była zdolna do tego, by dalej płakać. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, zresztą tak jak i wiele kwestii, które w tym cyklu chcąc nie chcąc musiała zaakceptować.
Tym cyklu…
To wciąż brzmiało jak jakiś chory żart.
Po raz wtóry spróbowała odsunąć od siebie niechciane myśli, ale szybko przekonała się, że traci czas. Myślami wciąż byłą przy grupce, którą pozostawiła w salonie okazałej rezydencji, w której zamieszkiwali Asme i Amy… Albo Noel i Megan. Cholera, musiała przywyknąć do ich nowych imion, nie chcąc komplikować bardziej niż to konieczne. Problem polegał na tym, że równie niezręcznie czuła się, gdy ktoś wciąż wypowiadał przy niej imię Alyssy, podczas gdy umysł w pełni należał do Ariany. W końcu czuła się sobą, choć z jakiegoś powodu wciąż miała wrażenie, że to najbardziej nierzeczywiste, dziwne doświadczenie, jakiego przyszło jej doznać.
Drżącymi dłońmi ściągnęła przez głowę koszulkę. Kolejne metodyczne ruchy choć na moment pozwoliły jej rozproszyć uwagę na tyle, by przestała się zadręczać. Niedbałym ruchem odrzuciła ubranie w kąt pomieszczenia, po czym zajęła się walką z zapięciem spodni. Czuła, że materiał był wręcz sztywny od krwi, którą nasiąknął, kiedy Mary…
W pośpiechu pozbyła się również bielizny, w następnej sekundzie wchodząc prosto pod prysznic. Potrzebowała chwili, by właściwie zacisnąć palce na kurku i odkręcić wodę. Lodowaty strumień niemalże natychmiast zamienił się w gorący, ale Ariana nawet się nie skrzywiła. Uniosła twarz, pozwalając, by ciepła woda spłynęła po całym jej ciele, niosąc ze sobą zaledwie cień ukojenia, którego dziewczyna mogłaby oczekiwać.
Niedbałym ruchem odgarnęła z twarzy wilgotne, klejące się do policzków włosy. Stała pod gorącym strumieniem tak długo, aż ciało przywykło do temperatury, zaś spływająca do odpływu woda przestała bawić się na czerwono.
– Ariano?
Nie zareagowała, słysząc znajomy, dobiegający zza zamkniętych drzwi głos. Chciała udawać, że niczego nie usłyszała, ale dobrze wiedziała, że przy wyostrzonych zmysłach zrzucenie braku reakcji na szum wody, nie wchodziło w grę.
Po prostu odejdź…
Ale nie wątpiła, że on wciąż tam stał, nie zamierzając tak po prostu odpuścić. Kiedy chwilę później usłyszała naglące walenie do drzwi, jedynie utwierdziła się w przekonaniu, że nie miała co liczyć na samotność.
– Jeśli nie wyjdziesz, rozwalę zamek – usłyszała i tych kilka słów wystarczyło, by ostatecznie wytrącić ją z równowagi.
Zakręciła wodę, choć zdecydowanie nie miała na to ochoty. Nie dbając o to, że wciąż była naga i wręcz ociekała wodą, dopadła do drzwi, po czym bezceremonialnie je otworzyła. Gwałtownie nabrała powietrza, gotowa w kilku słowach wyjaśnić mu, że chciała przede wszystkim ciszy i świętego spokoju, a potem…
A potem już tylko stała i bezradnie spoglądała wprost w jego błękitne oczy.
Zaraz po tym coś ostatecznie w niej pękło, a ona z jękiem wpadła mu w ramiona, pozwalając, by przygarnął ją do siebie.
– Oj, maleńka… – westchnął jedynie.
Jego ramiona owinęły się wokół niej. Podniósł ją z taką lekkością, jakby nic nie ważyła, bezceremonialnie porywając na ręce. Przez ułamek sekundy czuła się jak bezradne dziecko, przynajmniej do momentu, w którym poczuła pod wargami ciepło jakże znajomych, przyjemnie miękkich ust. Jakby tego było mało, sama zainicjowała pocałunek – tak po prostu, w końcu pojmując, czego przez cały ten czas pragnęła.
Tyle wystarczyło. Samael przemieścił się błyskawicznie, na oślep docierając wraz z nią aż do łóżka. Materac ugiął się pod ich ciężarem, kiedy Ariana z jękiem wylądowała na nieużywanej od dawna pościeli, bez protestów pozwalając na to, by naparło na nią cudze ciało. Znów dostrzegła spojrzenie jego oczu – niebieskich i dosłownie ją pochłaniających. Jak niebo.
Przez moment znów czuła się, jakby spadała, ale tym razem to było dobre. W całym tym szaleństwie nie mogła zapomnieć o jednym: odnalazł ją. Po raz kolejny, po takim czasie.
Kazanie mu odejść – choćby tylko na chwilę – byłoby najgorszym z możliwych błędów.
– Wszystko będzie dobrze – zapewnił równie łagodnym tonem, co i ona, gdy próbowała przekonać do tego samego Mary.
Ariana zadrżała, kiedy jego oddech musnął jej twarz. Odchyliła głowę, gestem dając mu do zrozumienia, by pocałował ją po raz kolejny.
Frazesy czy też nie, ten jeden raz nade wszystko pragnęła uwierzyć, że były prawdziwe.
Trzy lata. Za trzy dni miną dokładnie trzy lata od chwili, w której opublikowałam prolog pierwszego tomu. Ostatnio mam zwyczaj przegapiania rocznic, zwłaszcza jeśli następnego dnia pracuję, ale… tym razem mogę wrzucić przed czasem, czyż nie? Tak więc ja po prostu to tutaj zostawię – z wielkim dziękuję za to, że przez tyle czasu wciąż macie do mnie cierpliwość. <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz