Skyler
To ból wdarł się do jej
świadomości jako pierwszy. Aż zachłysnęła się powietrzem, z jękiem biorąc
głęboki wdech. Otworzyła oczy, ale nie od razu była w stanie skupić wzrok
na pochylonej tuż nad nią, aż nazbyt znajomej postaci.
Wcale nie
poczuła się lepiej, gdy dotarło do niej, kto klęczał tuż obok. To, że w dłoniach
trzymał poplamiony krwią kołek, również było dość wymowne. O ile nie
zamierzał jej dobić, mogła założyć, że bełt był tym, który dopiero co
wyszarpnięto z jej serca.
– A niech
to szlag… – wymamrotała wciąż dziwnie słabym, nieco bełkotliwym głosem.
Brwi Uzjela
powędrowały ku górze. Uśmiechnął się w wyniosły, pozbawiony wesołości
sposób, skutecznie wystawiając nerwy Skyler na próbę. Przez chwilę naprawdę
miała ochotę wyrwać mu kołek z rąk, a potem osobiście zatopić go w jego
piersi – cokolwiek, byleby tylko nie zdążył powiedzieć czegoś złośliwego.
Och, za
jakie grzechy…, jęknęła w duchu. Ten mężczyzna był ostatnim, któremu
chciała cokolwiek zawdzięczać.
– Za
najgorsze – odparł ze spokojem. Syknęła, gdy dotarło do niej, że był na tyle
bezczelny, by lustrować jej umysł. – Myślisz za głośno. To do ciebie niepodobne
– wyjaśnił usłużnie. Jeszcze kiedy mówił, w pośpiechu poderwał się na
równe nogi, przy okazji uciekając z zasięgu jej rąk. Mimochodem pomyślała,
że to było najrozsądniejszym posunięciem, na jakie mógł się zdecydować. –
Powiedziałbym, że dobrze widzieć, że się obudziłaś, ale nie lubię kłamać. I tak
nie mam co oczekiwać podziękowań albo wdzięczności, więc…
– Prędzej
piekło zamarznie – wtrąciła, ale jej słowa nie zrobiły na upadłym żadnego
wrażenia.
– … więc
nie zawracajmy sobie głowy głupotami – dokończył jak gdyby nigdy nic. – Możesz
wstać czy mam wziąć cię na ręce?
Jeśli do
tej pory była oszołomiona, po jego słowach poczuła się tak, jakby ktoś z całej
siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Poderwała się gwałtownie, czego zaraz
pożałowała, kiedy poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicach serca. Co
prawda rana po kołku zamknęła się, gdy tylko Uzjel usunął drewno, ale ciało nie
od razu doszło do siebie. Czując wysuwające się samoistnie kły, Skyler
uprzytomniła sobie, że musiała się posilić. Skrzywiła się, co najmniej
rozdrażniona kolejnymi słabościami, które odkrywała w organizmie, o którym
zawsze myślała, że powinien być doskonały.
Niech to
szlag, jednak wampiryzm nie był aż taki praktyczny, jak początkowo sobie
wyobrażała. Tak naprawdę nie czynił niczego łatwiejszym, choć bez wątpienia
dawał więcej możliwości niż wtedy, gdy posiadła ludzkie ciało. Och, co z tego,
skoro tak czy siak była od czegoś uzależniona – jak nie od narkotyków, to teraz
znów krwi.
Machinalnie
przycisnęła dłoń do piersi. Co prawda Michael zaatakował ją od tyłu, ale nie
zamierzała przy Uzjelu wyginać się na wszystkie strony, by spróbować sięgnąć
pleców. Unikając spojrzenia mężczyzny, wzięła kilka głębszych wdechów i –
próbując choć trochę się uspokoić – w końcu zaryzykowała dźwignięcie się
na nogi. Ciało wciąż zachowywało się dziwnie, zesztywniałe i jakby
roztrzęsione, ale po chwili dziwne wrażenie minęło, a Skyler uchwyciła
równowagę. Przyjęła to z ulgą, bo prawda była taka, że wolałaby nawet
czołgać się przez całe miasto niż pozwolić na to, by towarzyszący jej
nieśmiertelny wziął ją na ręce. Takiego upokorzenia by nie zniosła.
– Jak
bardzo jest źle? – zapytała obojętnym tonem, wciąż na mężczyznę nie patrząc.
Oczywiście,
że pan musiał wysłać właśnie jego. Jeśli ktoś miał szansę wytrącić ją z równowagi,
samą tylko obecnością będąc niczym największa kara, to właśnie Uzjel. Lucyfer
dobrze znał słabości swoich podwładnych, drobnymi gestami potrafiąc sprawić, by
zaczęli żałować popełnionych błędów – i to nawet tych najdrobniejszych.
– Uciekli
ci. Jak sądzisz? – Uzjel wzruszył ramionami. – Nie spodziewaj się ciepłego
przyjęcia… Tym bardziej że wszystko wskazuje na to, że Ariana w końcu wróciła.
–
Oczywiście, że tak. Dlatego tutaj przyszłam – zniecierpliwiła się Skyler. – To
zabawne, ale tak się składa, że teraz jestem jej stwórczynią… Jedną z wielu,
a przynajmniej tak mi się wydaje.
Wymownie
nawinęła kosmyk jasnych włosów na palec. Mogła tylko zgadywać, dlaczego Uzjel
nie wykorzystał okazji, by zacząć ją dręczyć. Miał dość powodów, żeby to
zrobić, a przy tym idealną sposobność, by w kilku zaledwie słowach
doprowadzić demonicę do szału. No i w dłoniach wciąż obracał kołek,
którym w razie co zawsze mógł się obronić, gdyby zdenerwował ją na tyle,
by zapragnęła nakopać mu do tyłka.
– Tak… Tak,
to też wiem – stwierdził w zamian. W tamtej chwili myślami wydawał
się być gdzieś daleko, co jedynie jeszcze bardziej rozdrażniło Skyler. Nie
spokojnej rozmowy oczekiwała, w gruncie rzeczy marząc o tym, by móc
się wyżyć. Na czymś albo – co jawiło jej się jako bardziej satysfakcjonująca
perspektywa – najlepiej na kimś. – Więź młodego wampira i jego stwórcy to
bardzo dziwne zjawisko.
– Nie
prosiłam o wykład.
Uzjel
westchnął, po czym spojrzał na nią w rozdrażniony, wręcz pobłażliwy
sposób. Coś w tym geście sprawiło, że poczuła się przy nim co najmniej
głupia.
– Choć raz
nie bądź ignorantką – zniecierpliwił się. – Zwłaszcza ciebie powinno
interesować, co to oznacza. Zaczynając od tego, że stwórca zwykle jest jeden.
– Zdajesz
sobie sprawę, jak dwuznacznie zabrzmiały twoje słowa? – Uśmiechnęła się gorzko,
dla podkreślenia swoich słów wymownie spoglądając w niebo. – Chociaż ten
tam też niekoniecznie trzymał się własnych zasad. Jeden w trzech osobach
czy jak to tam leciało…
Nie
doczekała się żadnej reakcji, poza kolejnym rozdrażnionym spojrzeniem Uzjela. W tamtej
chwili nieśmiertelny najwyraźniej ostatecznie doszedł do wniosku, że dalsza
dyskusja była bez sensu, bo po prostu odwrócił się na pięcie i szybkim
krokiem ruszył w swoją stronę.
W normalnym
wypadku byłoby jej to na rękę. Pozwoliłaby mu odejść, po cichu nawet triumfując,
skoro to do niej należało ostatnie słowo. Walczyli ze sobą tyle czasu, że już z przyzwyczajenia
czerpała przyjemność z każdej możliwości przypomnienia temu mężczyźnie, gdzie
było jego miejsce. To ona od wieków była ulubienicą Lucyfera – jego kochanką,
powiernicą i jedyną osobą, która poprawiała mu nastrój, kiedy tego
potrzebował. Jedyną, której ufał, ale…
Na pewno?
Gniewnie
spojrzała na oddalającego się, zwróconego do niej plecami Uzjela. Nie śpieszył się,
poruszając w pełni ludzkim tempie i już chyba z przyzwyczajenia
udając kogoś, kim nie był. Ruszyła za nim, nagle zaniepokojona perspektywą zostania
samą, choć to wydawało się bez sensu. Prawda zresztą była taka, że nie chciała
zostawić tego mężczyzny samego, najzwyczajniej w świecie mu nie ufając.
Prawdziwy
problem polegał na tym, że Lucyfer wydawał się go lubić – i to bardziej
niż do tej pory. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek darzył tego z Upadłym
aż takimi względami, ale w ostatnim czasie Uzjel wydawał cieszyć się
pozycją, która coraz bardziej niepokoiła Skyler. W pamięci wciąż miała ostatnią
rozmowę, którą odbyli, kiedy chcąc nie chcąc pomogła mu zapolować na tę małą
pół-wampirzycę. Wciąż miała ochotę rozerwać mu gardło za samą wzmiankę o tym,
że było coś, czego nie wiedziała i o czym pan najwyraźniej nie
zamierzał jej wspomnieć. Odrzucała od siebie taką możliwość, z uporem
powtarzając sobie, że to niemożliwe – w końcu była jego najwierniejszą –
ale i tak nie mogła pozbyć się wrażenia, że oszukiwała samą siebie.
A teraz
zawiodła. Znowu, choć miała Arianę dosłownie na wyciągnięcie ręki.
– Czekaj –
wycedziła przez zaciśnięte zęby. W pośpiechu zrównała się z Uzjelem,
próbując udawać, że nie dostrzega błysku zaciekawienia w spojrzeniu,
którym ją obdarował. – Dalej nie powiedziałeś mi, co tutaj robisz. Jakoś nie
wierzę, że przyszedłeś tu tylko po to, żeby… – Zacisnęła usta. – Na czym
stoimy?
– Och…
Teraz chcesz słuchać?
Nawet się
nie zawahała. Chwyciła go za gardło, bezceremonialnie podrywając z ziemi i w zdecydowanie
niedelikatny sposób ciskając przez podjazd. Usłyszała satysfakcjonujące chrupnięcie,
kiedy wylądował aż przy domu Sorentich, zderzając się ze ścianą. Żałowała
jedynie tego, że nie przebił jej na wylot albo od razu nie zwalił na siebie
choćby połowy budynku. Obserwowanie jak próbuje wydostać się spod gruzów byłoby
idealną nagrodą za upokorzenie, którego doświadczyła, zmuszona cokolwiek mu zawdzięczać.
Uzjel zaklął,
krzywiąc się przy próbach poderwania się na równe nogi. Skyler uśmiechnęła się z wyższością,
napinając mięśnie i wysuwając kły. Poczuła się o wiele pewniej, choć
przez moment świadoma tego, że dysponowała ciałem o wiele bardziej
wytrzymałym i praktyczniejszym niż wcześniej. Dla kogoś, kto nie mógłby cieszyć
się materialnością bez odpowiedniego dawcy, potężna postać znaczyła naprawdę
wiele. Ta kobieta zresztą była wystarczająco silna, by utrzymać w sobie
pełnię demonicznych zdolności. Kto wie, może nawet wzmacniała tymi, którymi
sama dysponowała jako wampir.
Satysfakcja
zniknęła równie nagle, co się pojawiła. Wystarczyło, by Skyler dostrzegła nieco
wymuszony uśmiech, który wykrzywił wargi Uzjela. Mężczyzna wyprostował się, bynajmniej
nie sprawiając wrażenia kogoś, kto przejmował się atakiem.
– To cała
ty – stwierdził bez większego zainteresowania. – Najpierw działasz, potem
myślisz. Nic dziwnego, że straciłaś w jego oczach… I to może bardziej
niż sądzisz.
Przez
moment poczuła się tak, jakby ktoś ją uderzył. Wyprostowała się niczym struna, w następnej
sekundzie materializując tuż przed Uzjelem. Z piersi wyrwał jej się gniewny,
ostrzegawczy charkot, a kły zapulsowały boleśnie, wręcz prosząc je o to,
by zanurzyła je w jego odsłoniętym gardle.
Również to
nie zrobiło na nieśmiertelnym wrażenia. Przeciwnie – uśmiech upadłego stał się
jeszcze bardziej prowokujący.
– Dalej – rzucił
pogodnym tonem. – Spróbuj mnie zabić, a później tłumacz się ze zdrady. Łatwiej
zaatakować ci mnie niż wywiązać z zadania, które ci powierzono?
– Wcale nie
muszę cię zabijać – warknęła, choć naprawdę miała na to ochotę.
Nie była pewna
kiedy zrobił się tak pewny siebie i wygadany. To tak naprawdę nie miało
znaczenia, a przynajmniej Skyler nie chciała przejmować się drobiazgami.
Uzjel z pewnością nim był; wygadanym, ale nic nieznaczącym robakiem, któremu
jakimś cudem udało się zdobyć względy Lucyfera. Chciała wierzyć, że to było tymczasowe
– w końcu otrzymał zadanie, do którego zdaniem pana się nadawał – ale mimo
wszystko…
Zareagowała,
zanim zdążyła się nad tym zastanowić. Nerwy po prostu jej puściły, choć jakaś
jej cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że przyjdzie jej tego żałować. Z dzikim
warknięciem skoczyła do przodu, tylko cudem nie kumulując gniewu na tyle, by
przeistoczyć się w zwierzę. Nie sprawdzała, czy w tym ciele w ogóle
było to możliwe, ale to nie miało znaczenia. Nie, skoro mogła zagryźć Uzjela i bez
transformacji czy dodatkowych sztuczek.
Tym razem
nie pozwolił jej się tknąć. Miała wrażenie, że tylko czekał na pretekst, by móc
się odwzajemnić, choć nie przypuszczała, że będzie do tego zdolny. Wszystko
działo się szybko – i to na tyle, że ledwo była w stanie nadążyć za
jego ruchami. Poczuła jedynie przytłumiony ból, kiedy dłonie nieśmiertelnego
zacisnęły się na jej ramionach, a on gwałtownie przycisnął ją do ściany,
unieruchamiając w miejscu. Uderzył ją słodki zapach krwi, choć nie od razu
uprzytomniał sobie, że ten należał do niej. Jakby tego było mało, nagle
zabrakło jej powietrza – i to pomimo tego, że tlen tak naprawdę nie był
jej potrzebny do normalnego funkcjonowania.
– C-co…?
Nie było ją
stać na nic więcej. Splunęła krwią, co najmniej zaskoczona takim stanem rzeczy.
Zdobyła się wyłącznie na zaskoczony jęk, kiedy dotarło do niej, że coś zmieniło
się w wyglądzie i spojrzeniu, którym obdarował ją Uzjel. Wtedy też w końcu
dostrzegła w nim tego, kim był naprawdę – istotę o gniewnie lśniących
oczach, zdolnej do zabicia i obdarowaną parą potężnych czarnych skrzydeł,
które nagle pojawiły się na jego plecach.
Potrzebowała
chwili, by pojąć, że wpatrywał się w jej pierś. Poruszając się trochę jak w transie,
Skyler spuściła wzrok… A potem zamarła, zdolna już tylko wpatrywać się w zagłębioną
w jej klatce piersiowej, umazanej krwią dłoń. Niemalże czuła jak palce Uzjela
zaciskają się wokół trzepocącego się rozpaczliwie serca.
– Zaczynasz
mnie coraz bardziej męczyć, bezduszna – oznajmił z naciskiem,
starannie dobierając słowa.
Zrozumiała,
choć wcale nie chciała tego robić. Myśl o tym, że akurat Uzjel mógłby jej
grozić, przypominając o łatwości, z jaką mógłby odebrać dopiero co zyskaną
przez nią cielesność, była nie do zniesienia. To, że znów ją upokorzył, okazało
się gorsze niż cokolwiek innego, choć przynajmniej byli sami. Gdyby ktoś
zobaczył ją w takim stanie akurat teraz…
Spuściła
wzrok. Milczała, chociaż na usta cisnęły jej się całe wiązanki przekleństw i uwag,
którymi pragnęła podzielić się z napierającym na nią nieśmiertelnym. Coś w jego
anielskiej postaci sprawiało, że miała ochotę uciekać, choć przecież od chwili
Upadku minęło dość czasu, by natura Uzjela i jemu podobnych przestała
robić na niej wrażenie. Cóż, przynajmniej powinna.
Chciała
tego czy nie, różnili się od siebie. Łatwo było o tym zapomnieć, ale…
–
Wystarczy.
Dłoń Uzjela
zniknęła, bezceremonialnie wyrwana z rany. Skyler zakrztusiła się krwią i powietrzem,
oszołomiona nagle odzyskaną swobodą. Z trudem utrzymała się na nogach, przez
moment mając wrażenie, że mięśnie miała dosłownie jak z waty. Zachwiała
się, ale nie upadła, w zamian zginając się wpół i próbując
powstrzymać mdłości. Obie dłonie przycisnęła do piersi, drżącymi palcami chcąc
się upewnić, że rana faktycznie się zamknie.
Nie
odważyła się podnieść głowy, wręcz przytłoczona obecnością kolejnego przybysza.
Gdyby sytuacja była inna, nie zawahałaby się przed natychmiastowym pokonaniem
dzielącej ją od Lucyfera odległości. Jako jedyna mogłaby sobie pozwolić na taką
bezpośredniość – dotknąć go, może nawet objąć i odpowiednio okazać radość,
jaką wzbudzałaby jego obecność. Jakby nie patrzeć, była jego bezduszną i kimś,
komu był w stanie wybaczyć naprawdę wiele.
Tak było
zazwyczaj, ale płaszcząc się przed Uzjelem wcale tego nie czuła. Emocje
zniknęły, momentalnie ograniczając się do zaledwie dwóch mieszających się ze
sobą uczuć – strachu i nieopisanego wręcz wstydu.
Świadomość,
że akurat Lucyfer widział ją w takim stanie, była nie do opisania.
Cisza
dzwoniła jej w uszach. Słyszała wyłącznie przyśpieszone bicie własnego
serca i cichy szelest, który dopiero po chwili skojarzyła z ruchem
skrzydeł Uzjela. Tak przynajmniej sądziła, bo wszelakie bodźce wydawały się
dochodzić do niej jakby z oddali, dziwnie przytłumione i nic
nieznaczące. Wrażenie było takie, jakby świat nagle zwolnił, dodatkowo kurcząc się
do niej i…
Nie wyczuła
ruchu. Poczuła za to delikatne muśnięcie dwóch dłoni, które nagle wylądowały na
jej policzkach. Nie próbowała protestować, kiedy Lucyfer niemalże z czułością
skłonił ją do tego, żeby uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Czarne
tęczówki jak zwykle nie wyrażały żadnych emocji, przypominając raczej zdolne
pochłonąć wszystko i wszystkich wokół dwie kosmiczne dziury.
– Moja
bezduszna – westchnął i choć w jego tonie nie pobrzmiewała kpina,
Skyler z trudem powstrzymała dreszcz.
–
Rozczarowałam cię.
Wypowiedzenie
tych słów przyszło jej z trudem, ale czuła, że powinna się na to zdobyć. Gdyby
skłamała albo choćby próbowała udawać, że nic szczególnego nie miało miejsca,
tylko pogorszyłaby sytuację. Gniew Lucyfera był przepięknym zjawiskiem, ale
tylko wtedy, gdy pozostawało się biernym obserwatorem.
– W istocie.
– Jego szept wydawał się rozbrzmiewać również w jej głowie. Głos zabrzmiał
zaskakująco spokojnie, wręcz obojętnie, jakby właśnie dyskutowali o pogodzie.
– Dobrze słyszeć, że przynajmniej zdajesz sobie z tego sprawę – stwierdził,
przysuwając demonicę bliżej siebie.
Jego dłonie
wylądowały niżej, bez pośpiechu błądząc po jej ciele. W milczeniu
pozwoliła, by jej dotykał – w jakże znajomy, choć wyjątkowo pełen rezerwy
sposób. Mimowolnie rozluźniła się, czując muśnięcie dłoni Ciemności na swoich
biodrach i plecach. Fala ciepła rozeszła się po całym jej ciele, kiedy Lucyfer
nachylił się w jej stronę – tak blisko, że poczuła jego oddech na twarzy.
Palcami
odgarnął jej włosy na bok. Zadrżała, kiedy przesunął się jeszcze bliżej, by móc
swobodnie szeptać jej wprost do ucha.
– No i co
ja mam teraz z tobą zrobić, Skyler? – zapytał wprost.
Wiedziała,
że nie oczekiwał odpowiedzi. Kto jak kto, ale Lucyfer nie potrzebował sugestii,
jeśli miał w planach ją ukarać. Właśnie tego spodziewała się, kiedy w napięciu
czekała na jego kolejny ruch – konsekwencji, które przecież miał wyciągnąć.
Czego innego miała spodziewać się po tym, co się wydarzyło?
Tyle że
kolejne sekundy mijały, a on wyłącznie ją obserwował. To okazało się
gorsze, niż gdyby od razu przeszedł do rzeczy – wybuchnął gniewem, podniósł na
nią rękę albo…
– Cenisz
mnie zbyt nisko – usłyszała jego niemalże urażony głos. – Przypomnienie ci, że
zawiniłaś, brzmi kusząco, ale sądzę, że doskonale zdajesz sobie z tego
sprawę. Uzjel zresztą zrobił to za mnie.
– Panie…
Nie miała
okazji, żeby dokończyć.
– Jestem… rozczarowany.
Tylko tyle… Albo aż tyle, jeśli mamy być precyzyjni. – Zamilkł, jakby chcąc się
upewnić, że jego słowa dotrą do obecnych. Wciąż trzymał się blisko Skyler, a demonica
w oszołomieniu pomyślała, że gdyby tylko zechciał, mógłby jednym ruchem
przetrącić jej kark. – Ale to nie znaczy, że zamierzam cię ukarać… Na razie nie
– dodał, jedynie podsycając odczuwany przez kobietę niepokój. Zwłoka
zdecydowanie nie była w jego stylu. – Na tę chwilę będę miał słówko do
Uzjela.
– Nie
podążymy za księżniczko? – wyrwało jej się. Nie mogła powstrzymać się przed
zadaniem tego pytania.
Lucyfer
rzucił jej przenikliwe spojrzenie. Choć była przyzwyczajona do czerni jego
oczu, coś w bijących od nich pustce kolejny raz wzbudziło w Skyler
wątpliwości.
– Ariana to
w tej chwili najmniejszy problem – stwierdził, ostrożnie dobierając słowa.
Była gotowa przysiąc, że robił to specjalnie, aż nazbyt świadom jak drażniło ją
to, że mógłby mieć przed nią tajemnice. – Na kilometr zresztą wyczuwam Amy i Asmodeusza.
Śmiem twierdzić, że nie znajdziemy żadnego z nich.
– Więc
dlaczego…?
Natychmiast
zamilkła, gdy dłoń nieśmiertelnego wylądowała na jej gardle. Choć nie zacisnęły
się wokół krtani, sam gest wystarczył, by Skyler zamilkła.
– Nie
wystawiaj moich nerwów na próbę bardziej niż do tej pory – upomniał niemalże
łagodnym tonem Lucyfer. – Po prostu doceń to, że mam wystarczająco dobry nastrój,
by się tobą nie interesować… A teraz zostaw nas samych. Znajdę cię, gdy
będę miał dla ciebie jakieś zadanie.
Nie
próbowała się kłócić. Musiałaby upaść na głowę, by choćby próbować, w gruncie
rzeczy wciąż nie dowierzając, że sama Ciemność ot tak ją odprawiła. „Na razie
nie” – przypomniała sobie jego słowa, ale prawie natychmiast odrzuciła od
siebie zarówno je, jak i przekaz, który ze sobą niosły.
Powstrzymała
się od obejrzenia przez ramię, choć miała taką ochotę. Perspektywa zostawienia
Lucyfera z Uzjelem doprowadzała ją do szału, nawet jeśli stanie tuż obok i grzeczne
potakiwanie wydawało się jeszcze gorsze. Cóż, właśnie dlatego to zrobił – wiedział,
gdzie uderzyć, żeby zabolało najmocniej i to bez uciekania się do
fizycznych tortur. Sama pokazała mu tę słabość, zresztą jak i każdą inną,
chociaż na co dzień udawała, że ludzkie niedoskonałości były jej obce. Powinny,
skoro zarówno jej ciało, jak i jestestwo, nie miały niczego wspólnego z tym,
co niektórzy nazywali człowieczeństwem.
Było coś, o czym
Lucyfer jej nie mówił. To doprowadzało ją do szału i zarazem niepokoiło
nawet bardziej niż perspektywa utraty pozycji. Cokolwiek knuł razem z Uzjelem,
po prostu nie mogło być dobre – i obaj z jakiegoś powodu nie widzieli
powodu, żeby ją wtajemniczyć.
Zasłużę sobie na twoje zaufanie,
pomyślała z mocą, próbując przekonać samą siebie, że to będzie takie proste.
Ale wciąż pozostawała jego najwierniejszą, prawda? Popełniła kilka błędów, ale…
Nerwowo
zacisnęła dłonie w pieści.
Ostatni
raz. Jedno było pewne – czegokolwiek w najbliższym czasie nie zażyczyłby
sobie Lucyfer, musiała stanąć na głowie, by przypadkiem znów go nie zawieść.
Kiedy całkowicie przepadniesz przy oglądaniu „Lucyfera”, a potem przychodzi ci napisać rozdział… Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy i udało mi się zachować klimat.Cóż mogłabym dodać? Skyler to jedna z tych postaci, których perspektywa pisze mi się sama. Jak zwykle dziękuję za obecność, cierpliwość i zostawiam Was z tekstem, pozostawiając go Waszej ocenie. <3 Do napisania!A na koniec… Chyba tylko tu nie miałam okazji pochwalić się, że zaczęłam coś nowego. Także jeśli ktoś nie widział, zapraszam na „Into the Dark”: [KLIK].

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz