10 czerwca 2019

Rozdział III

Skyler
To ból wdarł się do jej świadomości jako pierwszy. Aż zachłysnęła się powietrzem, z jękiem biorąc głęboki wdech. Otworzyła oczy, ale nie od razu była w stanie skupić wzrok na pochylonej tuż nad nią, aż nazbyt znajomej postaci.
Wcale nie poczuła się lepiej, gdy dotarło do niej, kto klęczał tuż obok. To, że w dłoniach trzymał poplamiony krwią kołek, również było dość wymowne. O ile nie zamierzał jej dobić, mogła założyć, że bełt był tym, który dopiero co wyszarpnięto z jej serca.
– A niech to szlag… – wymamrotała wciąż dziwnie słabym, nieco bełkotliwym głosem.
Brwi Uzjela powędrowały ku górze. Uśmiechnął się w wyniosły, pozbawiony wesołości sposób, skutecznie wystawiając nerwy Skyler na próbę. Przez chwilę naprawdę miała ochotę wyrwać mu kołek z rąk, a potem osobiście zatopić go w jego piersi – cokolwiek, byleby tylko nie zdążył powiedzieć czegoś złośliwego.
Och, za jakie grzechy…, jęknęła w duchu. Ten mężczyzna był ostatnim, któremu chciała cokolwiek zawdzięczać.
– Za najgorsze – odparł ze spokojem. Syknęła, gdy dotarło do niej, że był na tyle bezczelny, by lustrować jej umysł. – Myślisz za głośno. To do ciebie niepodobne – wyjaśnił usłużnie. Jeszcze kiedy mówił, w pośpiechu poderwał się na równe nogi, przy okazji uciekając z zasięgu jej rąk. Mimochodem pomyślała, że to było najrozsądniejszym posunięciem, na jakie mógł się zdecydować. – Powiedziałbym, że dobrze widzieć, że się obudziłaś, ale nie lubię kłamać. I tak nie mam co oczekiwać podziękowań albo wdzięczności, więc…
– Prędzej piekło zamarznie – wtrąciła, ale jej słowa nie zrobiły na upadłym żadnego wrażenia.
– … więc nie zawracajmy sobie głowy głupotami – dokończył jak gdyby nigdy nic. – Możesz wstać czy mam wziąć cię na ręce?
Jeśli do tej pory była oszołomiona, po jego słowach poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Poderwała się gwałtownie, czego zaraz pożałowała, kiedy poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicach serca. Co prawda rana po kołku zamknęła się, gdy tylko Uzjel usunął drewno, ale ciało nie od razu doszło do siebie. Czując wysuwające się samoistnie kły, Skyler uprzytomniła sobie, że musiała się posilić. Skrzywiła się, co najmniej rozdrażniona kolejnymi słabościami, które odkrywała w organizmie, o którym zawsze myślała, że powinien być doskonały.
Niech to szlag, jednak wampiryzm nie był aż taki praktyczny, jak początkowo sobie wyobrażała. Tak naprawdę nie czynił niczego łatwiejszym, choć bez wątpienia dawał więcej możliwości niż wtedy, gdy posiadła ludzkie ciało. Och, co z tego, skoro tak czy siak była od czegoś uzależniona – jak nie od narkotyków, to teraz znów krwi.
Machinalnie przycisnęła dłoń do piersi. Co prawda Michael zaatakował ją od tyłu, ale nie zamierzała przy Uzjelu wyginać się na wszystkie strony, by spróbować sięgnąć pleców. Unikając spojrzenia mężczyzny, wzięła kilka głębszych wdechów i – próbując choć trochę się uspokoić – w końcu zaryzykowała dźwignięcie się na nogi. Ciało wciąż zachowywało się dziwnie, zesztywniałe i jakby roztrzęsione, ale po chwili dziwne wrażenie minęło, a Skyler uchwyciła równowagę. Przyjęła to z ulgą, bo prawda była taka, że wolałaby nawet czołgać się przez całe miasto niż pozwolić na to, by towarzyszący jej nieśmiertelny wziął ją na ręce. Takiego upokorzenia by nie zniosła.
– Jak bardzo jest źle? – zapytała obojętnym tonem, wciąż na mężczyznę nie patrząc.
Oczywiście, że pan musiał wysłać właśnie jego. Jeśli ktoś miał szansę wytrącić ją z równowagi, samą tylko obecnością będąc niczym największa kara, to właśnie Uzjel. Lucyfer dobrze znał słabości swoich podwładnych, drobnymi gestami potrafiąc sprawić, by zaczęli żałować popełnionych błędów – i to nawet tych najdrobniejszych.
– Uciekli ci. Jak sądzisz? – Uzjel wzruszył ramionami. – Nie spodziewaj się ciepłego przyjęcia… Tym bardziej że wszystko wskazuje na to, że Ariana w końcu wróciła.
– Oczywiście, że tak. Dlatego tutaj przyszłam – zniecierpliwiła się Skyler. – To zabawne, ale tak się składa, że teraz jestem jej stwórczynią… Jedną z wielu, a przynajmniej tak mi się wydaje.
Wymownie nawinęła kosmyk jasnych włosów na palec. Mogła tylko zgadywać, dlaczego Uzjel nie wykorzystał okazji, by zacząć ją dręczyć. Miał dość powodów, żeby to zrobić, a przy tym idealną sposobność, by w kilku zaledwie słowach doprowadzić demonicę do szału. No i w dłoniach wciąż obracał kołek, którym w razie co zawsze mógł się obronić, gdyby zdenerwował ją na tyle, by zapragnęła nakopać mu do tyłka.
– Tak… Tak, to też wiem – stwierdził w zamian. W tamtej chwili myślami wydawał się być gdzieś daleko, co jedynie jeszcze bardziej rozdrażniło Skyler. Nie spokojnej rozmowy oczekiwała, w gruncie rzeczy marząc o tym, by móc się wyżyć. Na czymś albo – co jawiło jej się jako bardziej satysfakcjonująca perspektywa – najlepiej na kimś. – Więź młodego wampira i jego stwórcy to bardzo dziwne zjawisko.
– Nie prosiłam o wykład.
Uzjel westchnął, po czym spojrzał na nią w rozdrażniony, wręcz pobłażliwy sposób. Coś w tym geście sprawiło, że poczuła się przy nim co najmniej głupia.
– Choć raz nie bądź ignorantką – zniecierpliwił się. – Zwłaszcza ciebie powinno interesować, co to oznacza. Zaczynając od tego, że stwórca zwykle jest jeden.
– Zdajesz sobie sprawę, jak dwuznacznie zabrzmiały twoje słowa? – Uśmiechnęła się gorzko, dla podkreślenia swoich słów wymownie spoglądając w niebo. – Chociaż ten tam też niekoniecznie trzymał się własnych zasad. Jeden w trzech osobach czy jak to tam leciało…
Nie doczekała się żadnej reakcji, poza kolejnym rozdrażnionym spojrzeniem Uzjela. W tamtej chwili nieśmiertelny najwyraźniej ostatecznie doszedł do wniosku, że dalsza dyskusja była bez sensu, bo po prostu odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w swoją stronę.
W normalnym wypadku byłoby jej to na rękę. Pozwoliłaby mu odejść, po cichu nawet triumfując, skoro to do niej należało ostatnie słowo. Walczyli ze sobą tyle czasu, że już z przyzwyczajenia czerpała przyjemność z każdej możliwości przypomnienia temu mężczyźnie, gdzie było jego miejsce. To ona od wieków była ulubienicą Lucyfera – jego kochanką, powiernicą i jedyną osobą, która poprawiała mu nastrój, kiedy tego potrzebował. Jedyną, której ufał, ale…
Na pewno?
Gniewnie spojrzała na oddalającego się, zwróconego do niej plecami Uzjela. Nie śpieszył się, poruszając w pełni ludzkim tempie i już chyba z przyzwyczajenia udając kogoś, kim nie był. Ruszyła za nim, nagle zaniepokojona perspektywą zostania samą, choć to wydawało się bez sensu. Prawda zresztą była taka, że nie chciała zostawić tego mężczyzny samego, najzwyczajniej w świecie mu nie ufając.
Prawdziwy problem polegał na tym, że Lucyfer wydawał się go lubić – i to bardziej niż do tej pory. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek darzył tego z Upadłym aż takimi względami, ale w ostatnim czasie Uzjel wydawał cieszyć się pozycją, która coraz bardziej niepokoiła Skyler. W pamięci wciąż miała ostatnią rozmowę, którą odbyli, kiedy chcąc nie chcąc pomogła mu zapolować na tę małą pół-wampirzycę. Wciąż miała ochotę rozerwać mu gardło za samą wzmiankę o tym, że było coś, czego nie wiedziała i o czym pan najwyraźniej nie zamierzał jej wspomnieć. Odrzucała od siebie taką możliwość, z uporem powtarzając sobie, że to niemożliwe – w końcu była jego najwierniejszą – ale i tak nie mogła pozbyć się wrażenia, że oszukiwała samą siebie.
A teraz zawiodła. Znowu, choć miała Arianę dosłownie na wyciągnięcie ręki.
– Czekaj – wycedziła przez zaciśnięte zęby. W pośpiechu zrównała się z Uzjelem, próbując udawać, że nie dostrzega błysku zaciekawienia w spojrzeniu, którym ją obdarował. – Dalej nie powiedziałeś mi, co tutaj robisz. Jakoś nie wierzę, że przyszedłeś tu tylko po to, żeby… – Zacisnęła usta. – Na czym stoimy?
– Och… Teraz chcesz słuchać?
Nawet się nie zawahała. Chwyciła go za gardło, bezceremonialnie podrywając z ziemi i w zdecydowanie niedelikatny sposób ciskając przez podjazd. Usłyszała satysfakcjonujące chrupnięcie, kiedy wylądował aż przy domu Sorentich, zderzając się ze ścianą. Żałowała jedynie tego, że nie przebił jej na wylot albo od razu nie zwalił na siebie choćby połowy budynku. Obserwowanie jak próbuje wydostać się spod gruzów byłoby idealną nagrodą za upokorzenie, którego doświadczyła, zmuszona cokolwiek mu zawdzięczać.
Uzjel zaklął, krzywiąc się przy próbach poderwania się na równe nogi. Skyler uśmiechnęła się z wyższością, napinając mięśnie i wysuwając kły. Poczuła się o wiele pewniej, choć przez moment świadoma tego, że dysponowała ciałem o wiele bardziej wytrzymałym i praktyczniejszym niż wcześniej. Dla kogoś, kto nie mógłby cieszyć się materialnością bez odpowiedniego dawcy, potężna postać znaczyła naprawdę wiele. Ta kobieta zresztą była wystarczająco silna, by utrzymać w sobie pełnię demonicznych zdolności. Kto wie, może nawet wzmacniała tymi, którymi sama dysponowała jako wampir.
Satysfakcja zniknęła równie nagle, co się pojawiła. Wystarczyło, by Skyler dostrzegła nieco wymuszony uśmiech, który wykrzywił wargi Uzjela. Mężczyzna wyprostował się, bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś, kto przejmował się atakiem.
– To cała ty – stwierdził bez większego zainteresowania. – Najpierw działasz, potem myślisz. Nic dziwnego, że straciłaś w jego oczach… I to może bardziej niż sądzisz.
Przez moment poczuła się tak, jakby ktoś ją uderzył. Wyprostowała się niczym struna, w następnej sekundzie materializując tuż przed Uzjelem. Z piersi wyrwał jej się gniewny, ostrzegawczy charkot, a kły zapulsowały boleśnie, wręcz prosząc je o to, by zanurzyła je w jego odsłoniętym gardle.
Również to nie zrobiło na nieśmiertelnym wrażenia. Przeciwnie – uśmiech upadłego stał się jeszcze bardziej prowokujący.
– Dalej – rzucił pogodnym tonem. – Spróbuj mnie zabić, a później tłumacz się ze zdrady. Łatwiej zaatakować ci mnie niż wywiązać z zadania, które ci powierzono?
– Wcale nie muszę cię zabijać – warknęła, choć naprawdę miała na to ochotę.
Nie była pewna kiedy zrobił się tak pewny siebie i wygadany. To tak naprawdę nie miało znaczenia, a przynajmniej Skyler nie chciała przejmować się drobiazgami. Uzjel z pewnością nim był; wygadanym, ale nic nieznaczącym robakiem, któremu jakimś cudem udało się zdobyć względy Lucyfera. Chciała wierzyć, że to było tymczasowe – w końcu otrzymał zadanie, do którego zdaniem pana się nadawał – ale mimo wszystko…
Zareagowała, zanim zdążyła się nad tym zastanowić. Nerwy po prostu jej puściły, choć jakaś jej cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że przyjdzie jej tego żałować. Z dzikim warknięciem skoczyła do przodu, tylko cudem nie kumulując gniewu na tyle, by przeistoczyć się w zwierzę. Nie sprawdzała, czy w tym ciele w ogóle było to możliwe, ale to nie miało znaczenia. Nie, skoro mogła zagryźć Uzjela i bez transformacji czy dodatkowych sztuczek.
Tym razem nie pozwolił jej się tknąć. Miała wrażenie, że tylko czekał na pretekst, by móc się odwzajemnić, choć nie przypuszczała, że będzie do tego zdolny. Wszystko działo się szybko – i to na tyle, że ledwo była w stanie nadążyć za jego ruchami. Poczuła jedynie przytłumiony ból, kiedy dłonie nieśmiertelnego zacisnęły się na jej ramionach, a on gwałtownie przycisnął ją do ściany, unieruchamiając w miejscu. Uderzył ją słodki zapach krwi, choć nie od razu uprzytomniał sobie, że ten należał do niej. Jakby tego było mało, nagle zabrakło jej powietrza – i to pomimo tego, że tlen tak naprawdę nie był jej potrzebny do normalnego funkcjonowania.
– C-co…?
Nie było ją stać na nic więcej. Splunęła krwią, co najmniej zaskoczona takim stanem rzeczy. Zdobyła się wyłącznie na zaskoczony jęk, kiedy dotarło do niej, że coś zmieniło się w wyglądzie i spojrzeniu, którym obdarował ją Uzjel. Wtedy też w końcu dostrzegła w nim tego, kim był naprawdę – istotę o gniewnie lśniących oczach, zdolnej do zabicia i obdarowaną parą potężnych czarnych skrzydeł, które nagle pojawiły się na jego plecach.
Potrzebowała chwili, by pojąć, że wpatrywał się w jej pierś. Poruszając się trochę jak w transie, Skyler spuściła wzrok… A potem zamarła, zdolna już tylko wpatrywać się w zagłębioną w jej klatce piersiowej, umazanej krwią dłoń. Niemalże czuła jak palce Uzjela zaciskają się wokół trzepocącego się rozpaczliwie serca.
– Zaczynasz mnie coraz bardziej męczyć, bezduszna – oznajmił z naciskiem, starannie dobierając słowa.
Zrozumiała, choć wcale nie chciała tego robić. Myśl o tym, że akurat Uzjel mógłby jej grozić, przypominając o łatwości, z jaką mógłby odebrać dopiero co zyskaną przez nią cielesność, była nie do zniesienia. To, że znów ją upokorzył, okazało się gorsze niż cokolwiek innego, choć przynajmniej byli sami. Gdyby ktoś zobaczył ją w takim stanie akurat teraz…
Spuściła wzrok. Milczała, chociaż na usta cisnęły jej się całe wiązanki przekleństw i uwag, którymi pragnęła podzielić się z napierającym na nią nieśmiertelnym. Coś w jego anielskiej postaci sprawiało, że miała ochotę uciekać, choć przecież od chwili Upadku minęło dość czasu, by natura Uzjela i jemu podobnych przestała robić na niej wrażenie. Cóż, przynajmniej powinna.
Chciała tego czy nie, różnili się od siebie. Łatwo było o tym zapomnieć, ale…
– Wystarczy.
Dłoń Uzjela zniknęła, bezceremonialnie wyrwana z rany. Skyler zakrztusiła się krwią i powietrzem, oszołomiona nagle odzyskaną swobodą. Z trudem utrzymała się na nogach, przez moment mając wrażenie, że mięśnie miała dosłownie jak z waty. Zachwiała się, ale nie upadła, w zamian zginając się wpół i próbując powstrzymać mdłości. Obie dłonie przycisnęła do piersi, drżącymi palcami chcąc się upewnić, że rana faktycznie się zamknie.
Nie odważyła się podnieść głowy, wręcz przytłoczona obecnością kolejnego przybysza. Gdyby sytuacja była inna, nie zawahałaby się przed natychmiastowym pokonaniem dzielącej ją od Lucyfera odległości. Jako jedyna mogłaby sobie pozwolić na taką bezpośredniość – dotknąć go, może nawet objąć i odpowiednio okazać radość, jaką wzbudzałaby jego obecność. Jakby nie patrzeć, była jego bezduszną i kimś, komu był w stanie wybaczyć naprawdę wiele.
Tak było zazwyczaj, ale płaszcząc się przed Uzjelem wcale tego nie czuła. Emocje zniknęły, momentalnie ograniczając się do zaledwie dwóch mieszających się ze sobą uczuć – strachu i nieopisanego wręcz wstydu.
Świadomość, że akurat Lucyfer widział ją w takim stanie, była nie do opisania.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Słyszała wyłącznie przyśpieszone bicie własnego serca i cichy szelest, który dopiero po chwili skojarzyła z ruchem skrzydeł Uzjela. Tak przynajmniej sądziła, bo wszelakie bodźce wydawały się dochodzić do niej jakby z oddali, dziwnie przytłumione i nic nieznaczące. Wrażenie było takie, jakby świat nagle zwolnił, dodatkowo kurcząc się do niej i…
Nie wyczuła ruchu. Poczuła za to delikatne muśnięcie dwóch dłoni, które nagle wylądowały na jej policzkach. Nie próbowała protestować, kiedy Lucyfer niemalże z czułością skłonił ją do tego, żeby uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Czarne tęczówki jak zwykle nie wyrażały żadnych emocji, przypominając raczej zdolne pochłonąć wszystko i wszystkich wokół dwie kosmiczne dziury.
– Moja bezduszna – westchnął i choć w jego tonie nie pobrzmiewała kpina, Skyler z trudem powstrzymała dreszcz.
– Rozczarowałam cię.
Wypowiedzenie tych słów przyszło jej z trudem, ale czuła, że powinna się na to zdobyć. Gdyby skłamała albo choćby próbowała udawać, że nic szczególnego nie miało miejsca, tylko pogorszyłaby sytuację. Gniew Lucyfera był przepięknym zjawiskiem, ale tylko wtedy, gdy pozostawało się biernym obserwatorem.
– W istocie. – Jego szept wydawał się rozbrzmiewać również w jej głowie. Głos zabrzmiał zaskakująco spokojnie, wręcz obojętnie, jakby właśnie dyskutowali o pogodzie. – Dobrze słyszeć, że przynajmniej zdajesz sobie z tego sprawę – stwierdził, przysuwając demonicę bliżej siebie.
Jego dłonie wylądowały niżej, bez pośpiechu błądząc po jej ciele. W milczeniu pozwoliła, by jej dotykał – w jakże znajomy, choć wyjątkowo pełen rezerwy sposób. Mimowolnie rozluźniła się, czując muśnięcie dłoni Ciemności na swoich biodrach i plecach. Fala ciepła rozeszła się po całym jej ciele, kiedy Lucyfer nachylił się w jej stronę – tak blisko, że poczuła jego oddech na twarzy.
Palcami odgarnął jej włosy na bok. Zadrżała, kiedy przesunął się jeszcze bliżej, by móc swobodnie szeptać jej wprost do ucha.
– No i co ja mam teraz z tobą zrobić, Skyler? – zapytał wprost.
Wiedziała, że nie oczekiwał odpowiedzi. Kto jak kto, ale Lucyfer nie potrzebował sugestii, jeśli miał w planach ją ukarać. Właśnie tego spodziewała się, kiedy w napięciu czekała na jego kolejny ruch – konsekwencji, które przecież miał wyciągnąć. Czego innego miała spodziewać się po tym, co się wydarzyło?
Tyle że kolejne sekundy mijały, a on wyłącznie ją obserwował. To okazało się gorsze, niż gdyby od razu przeszedł do rzeczy – wybuchnął gniewem, podniósł na nią rękę albo…
– Cenisz mnie zbyt nisko – usłyszała jego niemalże urażony głos. – Przypomnienie ci, że zawiniłaś, brzmi kusząco, ale sądzę, że doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Uzjel zresztą zrobił to za mnie.
– Panie…
Nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Jestem… rozczarowany. Tylko tyle… Albo aż tyle, jeśli mamy być precyzyjni. – Zamilkł, jakby chcąc się upewnić, że jego słowa dotrą do obecnych. Wciąż trzymał się blisko Skyler, a demonica w oszołomieniu pomyślała, że gdyby tylko zechciał, mógłby jednym ruchem przetrącić jej kark. – Ale to nie znaczy, że zamierzam cię ukarać… Na razie nie – dodał, jedynie podsycając odczuwany przez kobietę niepokój. Zwłoka zdecydowanie nie była w jego stylu. – Na tę chwilę będę miał słówko do Uzjela.
– Nie podążymy za księżniczko? – wyrwało jej się. Nie mogła powstrzymać się przed zadaniem tego pytania.
Lucyfer rzucił jej przenikliwe spojrzenie. Choć była przyzwyczajona do czerni jego oczu, coś w bijących od nich pustce kolejny raz wzbudziło w Skyler wątpliwości.
– Ariana to w tej chwili najmniejszy problem – stwierdził, ostrożnie dobierając słowa. Była gotowa przysiąc, że robił to specjalnie, aż nazbyt świadom jak drażniło ją to, że mógłby mieć przed nią tajemnice. – Na kilometr zresztą wyczuwam Amy i Asmodeusza. Śmiem twierdzić, że nie znajdziemy żadnego z nich.
– Więc dlaczego…?
Natychmiast zamilkła, gdy dłoń nieśmiertelnego wylądowała na jej gardle. Choć nie zacisnęły się wokół krtani, sam gest wystarczył, by Skyler zamilkła.
– Nie wystawiaj moich nerwów na próbę bardziej niż do tej pory – upomniał niemalże łagodnym tonem Lucyfer. – Po prostu doceń to, że mam wystarczająco dobry nastrój, by się tobą nie interesować… A teraz zostaw nas samych. Znajdę cię, gdy będę miał dla ciebie jakieś zadanie.
Nie próbowała się kłócić. Musiałaby upaść na głowę, by choćby próbować, w gruncie rzeczy wciąż nie dowierzając, że sama Ciemność ot tak ją odprawiła. „Na razie nie” – przypomniała sobie jego słowa, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie zarówno je, jak i przekaz, który ze sobą niosły.
Powstrzymała się od obejrzenia przez ramię, choć miała taką ochotę. Perspektywa zostawienia Lucyfera z Uzjelem doprowadzała ją do szału, nawet jeśli stanie tuż obok i grzeczne potakiwanie wydawało się jeszcze gorsze. Cóż, właśnie dlatego to zrobił – wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało najmocniej i to bez uciekania się do fizycznych tortur. Sama pokazała mu tę słabość, zresztą jak i każdą inną, chociaż na co dzień udawała, że ludzkie niedoskonałości były jej obce. Powinny, skoro zarówno jej ciało, jak i jestestwo, nie miały niczego wspólnego z tym, co niektórzy nazywali człowieczeństwem.
Było coś, o czym Lucyfer jej nie mówił. To doprowadzało ją do szału i zarazem niepokoiło nawet bardziej niż perspektywa utraty pozycji. Cokolwiek knuł razem z Uzjelem, po prostu nie mogło być dobre – i obaj z jakiegoś powodu nie widzieli powodu, żeby ją wtajemniczyć.
Zasłużę sobie na twoje zaufanie, pomyślała z mocą, próbując przekonać samą siebie, że to będzie takie proste. Ale wciąż pozostawała jego najwierniejszą, prawda? Popełniła kilka błędów, ale…
Nerwowo zacisnęła dłonie w pieści.
Ostatni raz. Jedno było pewne – czegokolwiek w najbliższym czasie nie zażyczyłby sobie Lucyfer, musiała stanąć na głowie, by przypadkiem znów go nie zawieść.
Kiedy całkowicie przepadniesz przy oglądaniu „Lucyfera”, a potem przychodzi ci napisać rozdział… Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy i udało mi się zachować klimat.
Cóż mogłabym dodać? Skyler to jedna z tych postaci, których perspektywa pisze mi się sama. Jak zwykle dziękuję za obecność, cierpliwość i zostawiam Was z tekstem, pozostawiając go Waszej ocenie. <3 Do napisania!
A na koniec… Chyba tylko tu nie miałam okazji pochwalić się, że zaczęłam coś nowego. Także jeśli ktoś nie widział, zapraszam na „Into the Dark”: [KLIK].

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz