Mary
Z jękiem otworzyła oczy.
Chwilę leżała w bezruchu, świadoma wyłącznie tłukącego się w piersi
serca. Drżącą dłonią odgarnęła z twarzy wilgotne od potu włosy, przy
okazji odkrywając, że drżała bardziej niż mogłaby przypuszczać. Coraz bardziej
zdezorientowana, poderwała się do siadu, odrzucając na bok białą, pozwijaną
kołdrę.
O Boże.
O mój Boże…
Obraz na
moment rozmazał jej się przed oczami. Zamrugała, dopiero po chwili decydując
się niecierpliwym ruchem otrzeć oczy. Skrzywiła się w odpowiedzi na
wilgoć, którą wyczuła pod palcami. Płakała? Nie zorientowała się wcześniej. Nie
żeby to w ogóle miało znaczenie, zwłaszcza że obok nie było nikogo, kto
mógłby to zauważyć. Była sama od momentu, w którym zamknęła za sobą drzwi
tego pokoju.
Z wodą
wypuściła powietrze z płuc, żeby się uspokoić. Niewiele pomogło, ale już
przynajmniej nie czuła się tak, jakby serce w każdej chwili mogło
wyskoczyć jej z piersi. Oszołomienie z wodą ustąpiło miejsca
otępieniu, ale Mary taki stan był na rękę. Towarzyszył jej dość długo, by nie
oszalała przez nadmiar emocji i to, co się wydarzyło. Kryła się za tym uczuciem
wystarczająco długo, by koniec końców położyć się spać.
Nerwowo
zacisnęła dłonie na pościeli. Była inna niż ta, którą powleczono kołdrę
w akademiku; miękka, bardziej gładka i z jakiegoś drogiego
materiału. Może aksamit? Albo jedwab? Była kobietą, więc chyba powinna to rozpoznać,
jednak w tamtej chwili zdecydowanie nie miała głowy do oceniania
materiałów. Chociaż chciała, skupianie się na nic nieznaczących drobiazgach nie
pomagało. Jakie znaczenie miało to, w jakiej pościeli spadła albo kolor
tapety na ścianach (kremowy – jasny i na swój sposób całkiem przyjemny),
skoro…?
Nie chciała
kończyć tej myśli. Mimo wszystko nie powstrzymała się przed uniesieniem dłoni
do gardła – do gładkiej, nienaruszonej skóry, którą przecież osobiście rozorała
tamtym nożem. Zabiła się. Po prysznicu i założeniu świeżych ubrań (ta
kobieta, Meg, twierdziła, że należały do niejakiej Victorii, choć pod wpływem
zmęczenia Mary mogła coś pomieszać) taki scenariusz jak jej się co najwyżej
jako zły sen, ale przecież tak właśnie było. Za sprawą złego demona na oczach
wszystkich poderżnęła sobie gardło.
Nie poczuła
niczego, gdy w końcu pozwoliła sobie na dokończenie tej myśli. Po prostu
pustka, trochę jakby czytała przypadkowe słowa na skrawku papieru.
Zabiłam
się. Powinnam być martwa. A moja najlepsza przyjaciółką jest córką
Lucyfera i dopiero co namieszała mi w głowie.
Mary
skrzywiła się na samą myśl. Zsunęła się z łóżka, w pośpiechu
podrywając do pionu i tylko cudem nie potykając o własne nogi.
Zaklęła, odzyskała równowagę i – dla pewności przytrzymując szafki nocnej
– nerwowo powiodła wzrokiem dookoła. Choć dobrze wiedziała, że znajduje się
w obcym, może nawet dalekim od Seattle czy Home miejscu, do samego końca
żyła złudną nadzieją, że jednak nagle odkryje, że wylądowała w swoim
pokoju. Ba! Że jednak śniła, a wszystko było co najwyżej szalonym snem.
Pragnęła otworzyć oczy we własnym łóżku, jak podczas jednej z wielu tych
bezsennych nocy, gdy budziła się bez powodu i do świtu czuwała, wsłuchując
w spokojny oddech śpiącej na sąsiednim posłaniu Alyssy.
W tym
pokoju nie było drugiego łóżka. W sypialni mieściło się jedno, dość duże,
by pomieścić dwie osoby. Samo pomieszczenie było większe niż to, które
zajmowała w akademiku, skromne, ale ładnie urządzone. Dopasowane meble
miały już swoje lata, ale nie wyglądały tak, jakby miały się rozpaść ze
starości. Bynajmniej. Mary nie znała się na antykach, ale obserwując wystrój
wnętrza, była gotowa przysiąc, że wiele z otaczających ją przedmiotów
mogłoby wylądować w antykwariacie i to za pokaźną sumę.
Próbując
skupić się na względnie neutralnych, bezpiecznych myślach, na zesztywniałych
nogach podeszła do okna. Nie miała pojęcia jak długo spała i którą
godzina, ale czuła, że odpłynęła na znaczną część dnia. Panujący w pokoju
półmrok zaczynał sprawiać, że czuła się klaustrofobicznie, choć nigdy nie miała
z tym problemów. Tak czy siak, pospiesznie odsunęła ciężkie zasłony, chcąc
wypuścić chociaż odrobinę światła.
Nic
z tego.
Mary
zamarła z palcami wciąż zaciśniętymi na zakonie. Chwilę tkwiła
w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w miejsce, w którym
spodziewała się zobaczyć okno – a gdzie zamiast niego znajdowała się
gładka, pokryta kremową tapetą ściana. Nawet śladu, że wcześniej znajdowało się
tam cokolwiek innego, co później zamurowano. Dla pewności zbadała palcami przestrzeń
za zasłoną, ale to niczego nie zmieniło – ściana jak tam była, tak stała
nadal.
Kobieta
cofnęła się o krok, bezwiednie raz po raz potrząsając głową. Och
nie, nie, nie… Zamrugała, ale również to niczego nie zmieniło. Ucisk
w gardle Mary przybrał na sile. Mogłaby znieść wiele rzeczy, ale po
wszystkim, co się wydarzyło, coś w widoku ściany wytrąciło ją
z równowagi. Z dwojga złotego wolałaby odkryć, że w oknach
zamontowano kraty. W końcu czemu nie, prawda? Ostrożność miałaby sens.
Może brak okien też jakiś miał.
Uspokój
się. Przecież to nic takiego. Przecież…
Z trudem
powstrzymała się od rzucenia się do drzwi, by sprawdzić, czy przypadkiem ktoś
nie zamknął ich od zewnątrz. Kto wie, może ta kremową tapetą wcale nie była
tapetą, ale wyściełającą ściany gąbką? Z drugiej strony, pokoju
w psychiatryku nikt nie wpadłby w ładne meble, a skoro tak…
Serce znów
omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zwłaszcza
przy panującej cieszy nawet ten dźwięk zabrzmiał jak nienaturalnie głośny
wystrzał.
– Można? –
Rozpoznała uprzejmy, choć dziwnie zdławiony głos Michaela. – Wydawało mi się,
że już wstałaś.
Mary
przełknęła z trudem, by oczyścić gardło. Wciąż czuła się tak, jakby coś
utknęło w jej przełyku, nie chcąc się wydostać. Korciło ją, żeby nie odpowiadać
i poczekać aż wampir zrezygnuje i sobie pójdzie, ale w ostatniej
chwili zmieniła zdanie.
– Proszę…
Proszę wejść – wykrztusiła z trudem.
Tak
naprawdę nie chciała być sama. Co więcej uwierzyła się w przekonaniu, że
postąpiła słusznie już w chwili, w której drzwi otworzyły się,
a Michael Sorenti wślizgnął się do pokoju. Mary odwróciła się plecami do
ściany, by móc spojrzeć wprost na swojego gościa. Nie miała z mężczyzną
zbyt wiele styczności, kiedy przychodziła widywać się z Ali, ale zawsze
miała go za uprzejmego. Ktoś, kogo wybrała Eleonora, po prostu nie mógł być
zły. Michael zawsze wydawał się życzyć Mary dobrze, nawet jeśli poznanie
sekretu jego bliskich przez człowieka nie było mu na rękę.
W tamtej
chwili wampir wyglądał, jakby z dnia na dzień postarzał się o co
najmniej dziesięć lat. Mary widziała go wcześniej zaledwie przez chwilę –
z nieprzytomną Nadią w ramionach. Już wtedy wyglądał kiepsko, ale
w szoku nie zwróciła na to większej uwagi.
– Jak się
ma Nadia? – zapytała, jakimś cudem zdobywając się na zadanie jakiegoś składnego
pytania. W głowie wciąż miała mętlik. – Widziałam, że…
Wzruszyła
ramionami. Jakby musiała mu to tłumaczyć, skoro osobiście zaniósł wampirzycę do
miejsca, które miał wskazać mu Noel.
Michael
spróbował się uśmiechnąć. Tyle wywnioskowała po sposobie, w jaki kąciki
jego ust uniosły się ku górze – na krótko iw sposób, który kojarzył się
bardziej z grymasem niż wdzięcznością czy ulgą.
– Trzyma
się. Mamy… swoje sposoby – stwierdził wymijająco.
Tak,
oczywiście, że mieli. Mary nie próbowała wnikać w szczegóły, ale
i bez tego wiedziała, czego się spodziewać. Krew. Może z woreczka,
może… z innego źródła. Z trudem powstrzymała się od uniesieniem dłoni
do odsłoniętego gardła – do miejsca, gdzie skóra wcale nie powinna być gładka
i nienaruszona. Może…
Ucieka
wzrokiem gdzieś w bok. Mimo wszystko czuła, że Michael wciąż ją
obserwował.
– A…
A pan? – wykrztusiła, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. – Mam na
myśli…
Prawie
natychmiast pożałowała tych słów. Powinna wspominać o Eleonorze po
wszystkim, co się wydarzyło? Po tym jak ona…? Och, na pewno nie. Tyle że teraz
było zbyt późno, żeby się wycofać. Po cieniu, który przemknął przez twarz
wampira, momentalnie zorientowała się, że dobrze wiedział, co chodziło jej po
głowie.
– Jaki pan?
– zapytał po chwili ciszy, która z perspektywy Mary wydawała się ciągnąć w nieskończoność.
Obdarował ją zmęczonym, wymuszonym uśmiechem. – Mów mi Michael. Zdążyłaś praktycznie
u nas zamieszkać. No i teraz… – Skrzyżował ramiona na piersi. Nie
dokończyć, w zamian wymownie wodząc wzrokiem dookoła. – Wciągnęliśmy cię w coś,
co nigdy nie powinno stać się twoim problemem. Przeprosiny wydają się trochę
nie na miejscu, skoro i tak niczego nie zmienią, ale to jedyne, co jestem w stanie
ci zaoferować, Mary.
Zamrugała,
przez moment czując się tak, jakby mówił do niej w jakimś innym języku.
Zawahała się, po czym spojrzała wprost w podkrążone, mniej błyszczące niż
zazwyczaj. Spędziła z Sorentimi dość czasu, by zauważyć, że Michael
wyglądał jak cień samego siebie. I, cholera, tyle wystarczyło, by zapragnęła go
uściskać.
– To stało
się moim problemem w chwili, w której zaczęło dotyczyć Alyssy –
oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Mój brat…
– Carlos to
pierdolony dupek – oznajmiła bez ogródek – ale mimo wszystko zawdzięczam mu
życie. Czegokolwiek by nie zrobił…
Urwała z jękiem.
Mniej więcej wtedy zabrakło jej siły, by dalej ciągnąć tę rozmowę. Dobry Boże (o
ile wciąż miała prawa się do niego zwracać, skoro jej przyjaciółka najwyraźniej
miała lepsze kontakty z tymi „na dole”), gdyby to było takie proste! Co
miała powiedzieć komuś, kto niejako stracił żonę – i to właśnie przez
Carlosa? Cokolwiek stało się Eleonorze, trudno było wciąż myśleć o niej
jak o kochającej, wrażliwej kobiecie, którą poznała Mary. Z drugiej
strony…
Tyle że
niezależnie od głupot i błędów, które popełnił Carlos, była mu coś winna.
Tak przynajmniej zrozumiała słowa Noela, kiedy jeszcze była na tyle przytomna,
by prowadzić z nim jakiekolwiek sensowne rozmowy. Wtedy, w salonie,
gdy… jeszcze nie spała.
Potrząsnęła
głową. Poczuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, więc machinalnie uniosła
dłonie. Na moment ukryła twarz w dłoniach, jednocześnie zwracając do
Michaela plecami. W tamtej chwili nie liczyło się dla niej to, czy
przypadkiem go nie urazi albo czy złamie zasadę, która przy obcowaniu z nieśmiertelnymi
nasuwała się sama: drapieżnika zawsze lepiej było mieć na oku.
Nogi
nieznacznie jej zadrżały, kiedy zrobiła pierwszy krok naprzód. Odeszła zaledwie
kawałek, wracając do sypialni, choć czuła się w niej jak w więzieniu.
Nawet nie sprawdzała, czy jej rozmówca odszedł, czy może wciąż ją obserwował.
Wiedziała jedynie, że pękała jej głowa, a nadmiar bodźców i informacji
sprawiał, że nagle zapragnęła krzyczeć – głośno, tak długo, aż ostatecznie
opadłaby z sił.
Wcześniej
nie dopuszczała do siebie tej myśli, ale Ali zainterweniowała wtedy, gdy
jeszcze wszyscy razem rozmawiali w salonie. Mary pamiętała, że
przyjaciółka w którymś momencie do niej dopadła, patrząc wprost w oczy
i szepcąc… kojące słowa. Sęk w tym, że kobieta szczerze wątpiła, by
kilka frazesów czy łagodny ton głosu wystarczyły, by ją uspokoić. Nie, skoro
wtedy dosłownie rozpadała się na kawałeczki, świadoma tylko jednego: umarła. Do
kurwy nędzy, umarła i koniec pieśni. Carlos jakoś się wtrącił, ale…
Ale umarła.
Poderżnęła sobie gardło. Pamiętała to aż nazbyt dobrze – każdy kolejny ruch,
który wykonała pod wpływem cudzego wpływu, osobiście przeciągając ostrzem po
skórze.
Alyssa
musiała pokusić się o coś więcej, by odesłać Mary do pokoju. Też jej to
zrobiła – wpłynęła na wolną wolę, o ile w szoku, w którym wówczas
trwała kobieta, to pojęcie w ogóle miało racji bytu. Teraz wylądowała
tutaj, oszołomiona, przerażona i…
– Mary.
Aż wzdrygnęła
się, słysząc niepewny głos Michaela tuż przy uchu. Nie zarejestrowała, w którym
momencie ten znalazł się tuż obok niej, a tym bardziej kiedy jego ramiona owinęły
się wokół jej talii. Odwróciła się, błyskawicznie podrywając głowę, by móc spojrzeć
nieśmiertelnemu w twarz. Prawie natychmiast tego pożałowała, niemalże
spodziewając się, że i on pokusi się o wykorzystanie wpływu, ale nic
podobnego nie miało miejsca. Przynajmniej sądziła, że byłaby w stanie
zaprotestować, kiedy Michael poprowadził ją ku łóżku, pozwalając, by ciężko padła
na jego krawędź.
Poczuła się
pewniej, kiedy usiadła, ale i tak zawahała się, gdy wampir przykucnął
naprzeciwko niej, ujmując jej obie dłonie w swoje.
– W porządku?
– zapytał, nie odrywając wzroku od jej twarzy.
Parsknęła pozbawionym
wesołości, wręcz histerycznym śmiechem. Nie sądziła, że będzie w stanie
wydać z siebie tak dziwny, niepokojący dźwięk, ale i też nie
potrafiła się takim stanem szczególnie przejąć. Już i tak czuła się, jakby
traciła zmysły, więc czemu nie?
– Nie wiem.
Ani trochę. – Energicznie potrząsnęła głową. Zdecydowanie się na szczerość przyszło
jej w najzupełniej naturalny sposób, zwłaszcza że tak naprawdę nie miała
żadnego powodu, żeby kłamać. – Ja… Tu nie ma okien – powiedziała w końcu.
Michael
uniósł brwi. Podejrzewała, że na jego miejscu zareagowałaby podobnie, tym
bardziej że ta kwestia pozostawała najmniej błahym problemem. Nawet w szoku
dostrzegała dość innych, o wiele istotniejszych.
A jednak to
właśnie brak okien dręczył ją najbardziej. Jakby od tego, że już nie mogła
dostrzec, co zmieniło się na zewnątrz, zależało wszystko inne. Jeśli ostatni wschód
i zachód słońca miała już za sobą, to…
– O ile
mi wiadomo, znajdujemy się pod ziemią. Tyle powiedział mi Noel – wyjaśnił
Michael, starannie dobierając słowa. – Kwestia bezpieczeństwa.
–
Bezpieczeństwa… No jasne.
Obawiała
się, że rozumie. Kiedyś możliwe rozwiązanie nawet nie przyszłoby jej to do
głowy, ale obcowanie z wampirami skutecznie zmieniało sposób spoglądania
na rzeczywistość. O ile wiedziała, słońce bywało problematyczne.
Delikatnie rzecz ujmując. Dla kogoś, kto pod jego wpływem mógł zamienić się w płonącą
pochodnię, bez wątpienia tak.
Spróbowała
zmusić się do myślenia, by choć trochę zapanować nad emocjami i skupić
uwagę na czymś innym, ale to okazało się trudniejsze, aniżeli mogłaby sobie
życzyć. Mimo wszystko zorientowała się, do czego zmierzał Michael. Nie była
strategiem, ale mogła choć trochę wyobrazić sobie, co oznaczało przetrwanie w świecie,
w którym królowały śmierć i krew. Kiedy w grę wchodził konflikt,
a może wręcz prawdziwa wojna, ograniczenia takie jak te, które fundowało
wampirom światło dnia, mogły okazać się śmiertelną pułapką. Zaszycie się w miejscu,
w którym niezależnie od pory dnia panował mrok, wydawało się sensownym
posunięciem.
Cóż, dla
wampira. Gorzej, gdy jesteś człowiekiem…
– Z tego,
co wiem, piętro wyżej jest taras – usłyszała i coś w tych słowach
sprawiło, że znów zapragnęła się histerycznie roześmiać. – Twój przyjaciel
chyba tam poszedł.
– Alex –
westchnęła Mary, bezwiednie przyciskając obie dłonie do piersi. – Przysięgam,
że jeśli sięgnął po fajki… Nieważne. – Spróbowała się uśmiechnąć, ale czuła, że
wyszło jej to marnie. – Dziękuję. Poradzę sobie.
– Możesz na
nas liczyć – zapewnił natychmiast Michael. – Mimo wszystko.
Skinęła
głową. Przez moment miała ochotę zapytać go o Alyssę, ale w ostatniej
chwili ugryzła się w język. To był jeden z tych razów, kiedy czuła,
że bezpieczniej było milczeć. Co prawda Michael nie zachowywał się jak ktoś, kto
faktycznie byłby w stanie wyrzucić bezbronną dziewczynę za drzwi (o ile
wciąż powinna myśleć o Ali w taki sposób), a tym bardziej
kogokolwiek zabić, ale…
Mary
uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Lubiła go. Naprawdę uważała, że był
sympatyczny, nawet jeśli miał kły. Różnił się od Carlosa czy nawet zazwyczaj miłego,
choć niezwykle porywczego Jasona. Był niczym oaza spokoju, a przynajmniej
tak postrzegała go, kiedy jeszcze wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a Eleonora
znajdowała się u jego boku.
– Może to
nie ma znaczenia, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, co czujesz. Nikt
nie rodzi się wampirem. Tym bardziej nikt nie jest w stanie przygotować
się na to, co kryje się w mroku.
– Mhm… – Na
żadną sensowniejszą odpowiedź nie było ją stać.
Coś
ścisnęło ją w gardle. Miała wrażenie, że nieświadomie sprowokowała
Michaela do mówienia o czymś, o czym żadne z nich niekoniecznie
chciało myśleć, mówić, a co dopiero słuchać.
Nigdy tak
naprawdę nie zastanawiała się jak sprawy miały się z wampirami. Rodzili
się nimi, czy może przeistaczali się tak jak Alyssa? Mimowolnie pomyślała, że
ta kwestia była fascynująca i przerażająca zarazem. Na swój sposób na
pewno, choć z drugiej strony…
– Jason i Carlos
to moi rodzeni bracia – przyznał Michael, rozwiewając wątpliwości Mary zanim te
w pełni zdążyły uformować się w jej umyśle. – Potrzeba wielkiej
tragedii, żeby praktycznie całą rodzinę spotkał taki los, prawda? – dodał, a na
jego ustach w końcu pojawił się szczery, choć zaskakująco gorzki uśmiech.
Nie
pasowało mu to. Takiego wyrazu twarzy spodziewałaby się po Carlosie, może nawet
Jasonie, ale nie tym mężczyźnie. Nie żeby uważała, że na podstawie kilku
obserwacji miała szansę go poznać, zwłaszcza że do tej pory tak naprawdę nie
rozmawiali, ale…
Zacisnęła
usta. Tak naprawdę po przebudzeniu – choć jak przez mgłę, bo niewiele do niej
docierało przez szok i cisnące się do oczu łzy – mimo wszystko zobaczyła
dość. Widziała tego wampira z krwią na rękach. To nic, że wówczas trzymał w ramionach
nieprzytomną Nadię, skoro Mary i tak czuła, że krew mimo wszystko nie
należała do niej. Z jakiegoś powodu była tego absolutnie pewna.
W tym
świecie nie da się przetrwać i zachować niewinności… To próbujesz mi
powiedzieć?
Nie miała
odwagi wypowiedzieć tych słów na głos.
– Dlaczego
czuję, że za moment znów usłyszę o jakimś zidiociałym pomyśle Carlosa? –
wymamrotała, wbijając wzrok w swoje ułożone na kolanach dłonie.
Zaczęła
bawić się palcami, próbując zająć czymś ręce. Nie patrzyła na Michaela, zbytnio
obawiając się, że z jego spojrzenia wyczyta odpowiedź. Czekała, choć nawet
nie potrafiła stwierdzić dlaczego i na co. Cisza doprowadzała ją do szału,
ale zarazem wydawała się zaskakująco bezpieczna. I właściwa. Mary
potrzebowała czegoś, co w całym tym szaleństwie przynajmniej by takie
udawało.
Miała
wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim doczekała się reakcji Michaela. Co
więcej, wcale nie spodziewała się, że mężczyzna parsknie nerwowym śmiechem.
– Mój Boże,
nie… Nie, choć to brzmi jak wygodna wymówka – przyznał po chwili namysłu.
Mary
natychmiast poderwała głowę. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, sama niepewna,
co w takim razie powinna powiedzieć. Nie Carlos? To o niczym nie świadczyło,
ale i tak nie mogła pozbyć się tej myśli. W istocie, zrzucanie winy
na tego wampira było wygodną wymówką. Nie bez powodu, skoro kłopoty prędzej czy
później i tak wydawały się prowadzić do niego.
Poczuła się
dziwnie, kiedy spojrzenia jej i Michaela się spotkały. Po wyrazie jego
twarzy nie była w stanie stwierdzić niczego konkretnego. Wciąż wyglądał
źle, ale w jego oczach na powrót pojawił się błysk – subtelny i jakby
przygaszony, ale jednak. Problem polegał na tym, że Mary nagle zwątpiła czy to
dobrze. Coś w zachowaniu wampira ją niepokoiło, zaś temat, który
poruszyli, nie wydawał się takim, który miał szansę choć trochę poprawić
sytuację.
No i Carlos.
Mimowolnie wciąż o nim myślała, choć wciąż powstrzymywała się przez
zapytaniem wprost o jego stan. Żył, prawda? To sugerowała tamta dziwna dwójka,
która zabrała ich do tego miejsca. Wydawali się wystarczająco troskliwi,
by nie dać wampirowi umrzeć, a skoro tak…
Poza tym co
kryło się pod całą tą gadką o poświęceniu…?
– Nie, to
nie był Carlos. – Michael znów się uśmiechnął, tym razem w wymuszony,
zmęczony sposób. Wciąż patrzył na Mary, jakby badając jej reakcję na kolejne
słowa. Zwłaszcza na te, które padły z jego ust chwilę później: – Moje
rodzeństwo i ja umarliśmy z mojego powodu.
Moja zwyczajowa pora… Miło wrócić z nowym szablonem i rozdziałem, który w którymś momencie żył własnym życiem. Michael w końcu upomniał się o swoich pięć minut, choć wcale tego nie planowałam. Ale podoba mi się i aż nie mogę się doczekać, by zabrać się za szósteczkę.Coś miało pojawić się pod koniec sierpnia, ale wyjazd nad morze popsuł mi plany. Wybaczycie, prawda? Z wakacji trzeba korzystać. ;> Zresztą nowy rozdział powinien pojawić się stosunkowo szybko, może nawet na dniach, bo chwilowo zrobiłam sobie przerwę od „Lost in the Time”, tak z okazji zakończenia kolejnego tomu. Poza tym na blogu pojawił się nowy szablon i chyba go lubię, choć do nowego wyglądu miałam ze trzy podejścia. Cóż.Z mojej strony to wszystko. Na razie zostawiam Was z tym wpisem i byle do następnego!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz