05 września 2019

Rozdział V

Mary
Z jękiem otworzyła oczy. Chwilę leżała w bezruchu, świadoma wyłącznie tłukącego się w piersi serca. Drżącą dłonią odgarnęła z twarzy wilgotne od potu włosy, przy okazji odkrywając, że drżała bardziej niż mogłaby przypuszczać. Coraz bardziej zdezorientowana, poderwała się do siadu, odrzucając na bok białą, pozwijaną kołdrę. 
O Boże. O mój Boże…
Obraz na moment rozmazał jej się przed oczami. Zamrugała, dopiero po chwili decydując się niecierpliwym ruchem otrzeć oczy. Skrzywiła się w odpowiedzi na wilgoć, którą wyczuła pod palcami. Płakała? Nie zorientowała się wcześniej. Nie żeby to w ogóle miało znaczenie, zwłaszcza że obok nie było nikogo, kto mógłby to zauważyć. Była sama od momentu, w którym zamknęła za sobą drzwi tego pokoju. 
Z wodą wypuściła powietrze z płuc, żeby się uspokoić. Niewiele pomogło, ale już przynajmniej nie czuła się tak, jakby serce w każdej chwili mogło wyskoczyć jej z piersi. Oszołomienie z wodą ustąpiło miejsca otępieniu, ale Mary taki stan był na rękę. Towarzyszył jej dość długo, by nie oszalała przez nadmiar emocji i to, co się wydarzyło. Kryła się za tym uczuciem wystarczająco długo, by koniec końców położyć się spać. 
Nerwowo zacisnęła dłonie na pościeli. Była inna niż ta, którą powleczono kołdrę w akademiku; miękka, bardziej gładka i z jakiegoś drogiego materiału. Może aksamit? Albo jedwab? Była kobietą, więc chyba powinna to rozpoznać, jednak w tamtej chwili zdecydowanie nie miała głowy do oceniania materiałów. Chociaż chciała, skupianie się na nic nieznaczących drobiazgach nie pomagało. Jakie znaczenie miało to, w jakiej pościeli spadła albo kolor tapety na ścianach (kremowy – jasny i na swój sposób całkiem przyjemny), skoro…?
Nie chciała kończyć tej myśli. Mimo wszystko nie powstrzymała się przed uniesieniem dłoni do gardła – do gładkiej, nienaruszonej skóry, którą przecież osobiście rozorała tamtym nożem. Zabiła się. Po prysznicu i założeniu świeżych ubrań (ta kobieta, Meg, twierdziła, że należały do niejakiej Victorii, choć pod wpływem zmęczenia Mary mogła coś pomieszać) taki scenariusz jak jej się co najwyżej jako zły sen, ale przecież tak właśnie było. Za sprawą złego demona na oczach wszystkich poderżnęła sobie gardło. 
Nie poczuła niczego, gdy w końcu pozwoliła sobie na dokończenie tej myśli. Po prostu pustka, trochę jakby czytała przypadkowe słowa na skrawku papieru. 
Zabiłam się. Powinnam być martwa. A moja najlepsza przyjaciółką jest córką Lucyfera i dopiero co namieszała mi w głowie. 
Mary skrzywiła się na samą myśl. Zsunęła się z łóżka, w pośpiechu podrywając do pionu i tylko cudem nie potykając o własne nogi. Zaklęła, odzyskała równowagę i – dla pewności przytrzymując szafki nocnej – nerwowo powiodła wzrokiem dookoła. Choć dobrze wiedziała, że znajduje się w obcym, może nawet dalekim od Seattle czy Home miejscu, do samego końca żyła złudną nadzieją, że jednak nagle odkryje, że wylądowała w swoim pokoju. Ba! Że jednak śniła, a wszystko było co najwyżej szalonym snem. Pragnęła otworzyć oczy we własnym łóżku, jak podczas jednej z wielu tych bezsennych nocy, gdy budziła się bez powodu i do świtu czuwała, wsłuchując w spokojny oddech śpiącej na sąsiednim posłaniu Alyssy. 
W tym pokoju nie było drugiego łóżka. W sypialni mieściło się jedno, dość duże, by pomieścić dwie osoby. Samo pomieszczenie było większe niż to, które zajmowała w akademiku, skromne, ale ładnie urządzone. Dopasowane meble miały już swoje lata, ale nie wyglądały tak, jakby miały się rozpaść ze starości. Bynajmniej. Mary nie znała się na antykach, ale obserwując wystrój wnętrza, była gotowa przysiąc, że wiele z otaczających ją przedmiotów mogłoby wylądować w antykwariacie i to za pokaźną sumę. 
Próbując skupić się na względnie neutralnych, bezpiecznych myślach, na zesztywniałych nogach podeszła do okna. Nie miała pojęcia jak długo spała i którą godzina, ale czuła, że odpłynęła na znaczną część dnia. Panujący w pokoju półmrok zaczynał sprawiać, że czuła się klaustrofobicznie, choć nigdy nie miała z tym problemów. Tak czy siak, pospiesznie odsunęła ciężkie zasłony, chcąc wypuścić chociaż odrobinę światła. 
Nic z tego. 
Mary zamarła z palcami wciąż zaciśniętymi na zakonie. Chwilę tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w miejsce, w którym spodziewała się zobaczyć okno – a gdzie zamiast niego znajdowała się gładka, pokryta kremową tapetą ściana. Nawet śladu, że wcześniej znajdowało się tam cokolwiek innego, co później zamurowano. Dla pewności zbadała palcami przestrzeń za zasłoną, ale to niczego nie zmieniło – ściana jak tam była, tak stała nadal. 
Kobieta cofnęła się o krok, bezwiednie raz po raz potrząsając głową. Och nie, nie, nie… Zamrugała, ale również to niczego nie zmieniło. Ucisk w gardle Mary przybrał na sile. Mogłaby znieść wiele rzeczy, ale po wszystkim, co się wydarzyło, coś w widoku ściany wytrąciło ją z równowagi. Z dwojga złotego wolałaby odkryć, że w oknach zamontowano kraty. W końcu czemu nie, prawda? Ostrożność miałaby sens. Może brak okien też jakiś miał. 
Uspokój się. Przecież to nic takiego. Przecież…
Z trudem powstrzymała się od rzucenia się do drzwi, by sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie zamknął ich od zewnątrz. Kto wie, może ta kremową tapetą wcale nie była tapetą, ale wyściełającą ściany gąbką? Z drugiej strony, pokoju w psychiatryku nikt nie wpadłby w ładne meble, a skoro tak…
Serce znów omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Zwłaszcza przy panującej cieszy nawet ten dźwięk zabrzmiał jak nienaturalnie głośny wystrzał. 
– Można? – Rozpoznała uprzejmy, choć dziwnie zdławiony głos Michaela. – Wydawało mi się, że już wstałaś. 
Mary przełknęła z trudem, by oczyścić gardło. Wciąż czuła się tak, jakby coś utknęło w jej przełyku, nie chcąc się wydostać. Korciło ją, żeby nie odpowiadać i poczekać aż wampir zrezygnuje i sobie pójdzie, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. 
– Proszę… Proszę wejść – wykrztusiła z trudem. 
Tak naprawdę nie chciała być sama. Co więcej uwierzyła się w przekonaniu, że postąpiła słusznie już w chwili, w której drzwi otworzyły się, a Michael Sorenti wślizgnął się do pokoju. Mary odwróciła się plecami do ściany, by móc spojrzeć wprost na swojego gościa. Nie miała z mężczyzną zbyt wiele styczności, kiedy przychodziła widywać się z Ali, ale zawsze miała go za uprzejmego. Ktoś, kogo wybrała Eleonora, po prostu nie mógł być zły. Michael zawsze wydawał się życzyć Mary dobrze, nawet jeśli poznanie sekretu jego bliskich przez człowieka nie było mu na rękę. 
W tamtej chwili wampir wyglądał, jakby z dnia na dzień postarzał się o co najmniej dziesięć lat. Mary widziała go wcześniej zaledwie przez chwilę – z nieprzytomną Nadią w ramionach. Już wtedy wyglądał kiepsko, ale w szoku nie zwróciła na to większej uwagi. 
– Jak się ma Nadia? – zapytała, jakimś cudem zdobywając się na zadanie jakiegoś składnego pytania. W głowie wciąż miała mętlik. – Widziałam, że…
Wzruszyła ramionami. Jakby musiała mu to tłumaczyć, skoro osobiście zaniósł wampirzycę do miejsca, które miał wskazać mu Noel. 
Michael spróbował się uśmiechnąć. Tyle wywnioskowała po sposobie, w jaki kąciki jego ust uniosły się ku górze – na krótko iw sposób, który kojarzył się bardziej z grymasem niż wdzięcznością czy ulgą. 
– Trzyma się. Mamy… swoje sposoby – stwierdził wymijająco. 
Tak, oczywiście, że mieli. Mary nie próbowała wnikać w szczegóły, ale i bez tego wiedziała, czego się spodziewać. Krew. Może z woreczka, może… z innego źródła. Z trudem powstrzymała się od uniesieniem dłoni do odsłoniętego gardła – do miejsca, gdzie skóra wcale nie powinna być gładka i nienaruszona. Może…
Ucieka wzrokiem gdzieś w bok. Mimo wszystko czuła, że Michael wciąż ją obserwował. 
– A… A pan? – wykrztusiła, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. – Mam na myśli…
Prawie natychmiast pożałowała tych słów. Powinna wspominać o Eleonorze po wszystkim, co się wydarzyło? Po tym jak ona…? Och, na pewno nie. Tyle że teraz było zbyt późno, żeby się wycofać. Po cieniu, który przemknął przez twarz wampira, momentalnie zorientowała się, że dobrze wiedział, co chodziło jej po głowie.
– Jaki pan? – zapytał po chwili ciszy, która z perspektywy Mary wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Obdarował ją zmęczonym, wymuszonym uśmiechem. – Mów mi Michael. Zdążyłaś praktycznie u nas zamieszkać. No i teraz… – Skrzyżował ramiona na piersi. Nie dokończyć, w zamian wymownie wodząc wzrokiem dookoła. – Wciągnęliśmy cię w coś, co nigdy nie powinno stać się twoim problemem. Przeprosiny wydają się trochę nie na miejscu, skoro i tak niczego nie zmienią, ale to jedyne, co jestem w stanie ci zaoferować, Mary.
Zamrugała, przez moment czując się tak, jakby mówił do niej w jakimś innym języku. Zawahała się, po czym spojrzała wprost w podkrążone, mniej błyszczące niż zazwyczaj. Spędziła z Sorentimi dość czasu, by zauważyć, że Michael wyglądał jak cień samego siebie. I, cholera, tyle wystarczyło, by zapragnęła go uściskać.
– To stało się moim problemem w chwili, w której zaczęło dotyczyć Alyssy – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Mój brat…
– Carlos to pierdolony dupek – oznajmiła bez ogródek – ale mimo wszystko zawdzięczam mu życie. Czegokolwiek by nie zrobił…
Urwała z jękiem. Mniej więcej wtedy zabrakło jej siły, by dalej ciągnąć tę rozmowę. Dobry Boże (o ile wciąż miała prawa się do niego zwracać, skoro jej przyjaciółka najwyraźniej miała lepsze kontakty z tymi „na dole”), gdyby to było takie proste! Co miała powiedzieć komuś, kto niejako stracił żonę – i to właśnie przez Carlosa? Cokolwiek stało się Eleonorze, trudno było wciąż myśleć o niej jak o kochającej, wrażliwej kobiecie, którą poznała Mary. Z drugiej strony…
Tyle że niezależnie od głupot i błędów, które popełnił Carlos, była mu coś winna. Tak przynajmniej zrozumiała słowa Noela, kiedy jeszcze była na tyle przytomna, by prowadzić z nim jakiekolwiek sensowne rozmowy. Wtedy, w salonie, gdy… jeszcze nie spała.
Potrząsnęła głową. Poczuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, więc machinalnie uniosła dłonie. Na moment ukryła twarz w dłoniach, jednocześnie zwracając do Michaela plecami. W tamtej chwili nie liczyło się dla niej to, czy przypadkiem go nie urazi albo czy złamie zasadę, która przy obcowaniu z nieśmiertelnymi nasuwała się sama: drapieżnika zawsze lepiej było mieć na oku.
Nogi nieznacznie jej zadrżały, kiedy zrobiła pierwszy krok naprzód. Odeszła zaledwie kawałek, wracając do sypialni, choć czuła się w niej jak w więzieniu. Nawet nie sprawdzała, czy jej rozmówca odszedł, czy może wciąż ją obserwował. Wiedziała jedynie, że pękała jej głowa, a nadmiar bodźców i informacji sprawiał, że nagle zapragnęła krzyczeć – głośno, tak długo, aż ostatecznie opadłaby z sił.
Wcześniej nie dopuszczała do siebie tej myśli, ale Ali zainterweniowała wtedy, gdy jeszcze wszyscy razem rozmawiali w salonie. Mary pamiętała, że przyjaciółka w którymś momencie do niej dopadła, patrząc wprost w oczy i szepcąc… kojące słowa. Sęk w tym, że kobieta szczerze wątpiła, by kilka frazesów czy łagodny ton głosu wystarczyły, by ją uspokoić. Nie, skoro wtedy dosłownie rozpadała się na kawałeczki, świadoma tylko jednego: umarła. Do kurwy nędzy, umarła i koniec pieśni. Carlos jakoś się wtrącił, ale…
Ale umarła. Poderżnęła sobie gardło. Pamiętała to aż nazbyt dobrze – każdy kolejny ruch, który wykonała pod wpływem cudzego wpływu, osobiście przeciągając ostrzem po skórze.
Alyssa musiała pokusić się o coś więcej, by odesłać Mary do pokoju. Też jej to zrobiła – wpłynęła na wolną wolę, o ile w szoku, w którym wówczas trwała kobieta, to pojęcie w ogóle miało racji bytu. Teraz wylądowała tutaj, oszołomiona, przerażona i…
– Mary.
Aż wzdrygnęła się, słysząc niepewny głos Michaela tuż przy uchu. Nie zarejestrowała, w którym momencie ten znalazł się tuż obok niej, a tym bardziej kiedy jego ramiona owinęły się wokół jej talii. Odwróciła się, błyskawicznie podrywając głowę, by móc spojrzeć nieśmiertelnemu w twarz. Prawie natychmiast tego pożałowała, niemalże spodziewając się, że i on pokusi się o wykorzystanie wpływu, ale nic podobnego nie miało miejsca. Przynajmniej sądziła, że byłaby w stanie zaprotestować, kiedy Michael poprowadził ją ku łóżku, pozwalając, by ciężko padła na jego krawędź.
Poczuła się pewniej, kiedy usiadła, ale i tak zawahała się, gdy wampir przykucnął naprzeciwko niej, ujmując jej obie dłonie w swoje.
– W porządku? – zapytał, nie odrywając wzroku od jej twarzy.
Parsknęła pozbawionym wesołości, wręcz histerycznym śmiechem. Nie sądziła, że będzie w stanie wydać z siebie tak dziwny, niepokojący dźwięk, ale i też nie potrafiła się takim stanem szczególnie przejąć. Już i tak czuła się, jakby traciła zmysły, więc czemu nie?
– Nie wiem. Ani trochę. – Energicznie potrząsnęła głową. Zdecydowanie się na szczerość przyszło jej w najzupełniej naturalny sposób, zwłaszcza że tak naprawdę nie miała żadnego powodu, żeby kłamać. – Ja… Tu nie ma okien – powiedziała w końcu.
Michael uniósł brwi. Podejrzewała, że na jego miejscu zareagowałaby podobnie, tym bardziej że ta kwestia pozostawała najmniej błahym problemem. Nawet w szoku dostrzegała dość innych, o wiele istotniejszych.
A jednak to właśnie brak okien dręczył ją najbardziej. Jakby od tego, że już nie mogła dostrzec, co zmieniło się na zewnątrz, zależało wszystko inne. Jeśli ostatni wschód i zachód słońca miała już za sobą, to…
– O ile mi wiadomo, znajdujemy się pod ziemią. Tyle powiedział mi Noel – wyjaśnił Michael, starannie dobierając słowa. – Kwestia bezpieczeństwa.
– Bezpieczeństwa… No jasne.
Obawiała się, że rozumie. Kiedyś możliwe rozwiązanie nawet nie przyszłoby jej to do głowy, ale obcowanie z wampirami skutecznie zmieniało sposób spoglądania na rzeczywistość. O ile wiedziała, słońce bywało problematyczne. Delikatnie rzecz ujmując. Dla kogoś, kto pod jego wpływem mógł zamienić się w płonącą pochodnię, bez wątpienia tak.
Spróbowała zmusić się do myślenia, by choć trochę zapanować nad emocjami i skupić uwagę na czymś innym, ale to okazało się trudniejsze, aniżeli mogłaby sobie życzyć. Mimo wszystko zorientowała się, do czego zmierzał Michael. Nie była strategiem, ale mogła choć trochę wyobrazić sobie, co oznaczało przetrwanie w świecie, w którym królowały śmierć i krew. Kiedy w grę wchodził konflikt, a może wręcz prawdziwa wojna, ograniczenia takie jak te, które fundowało wampirom światło dnia, mogły okazać się śmiertelną pułapką. Zaszycie się w miejscu, w którym niezależnie od pory dnia panował mrok, wydawało się sensownym posunięciem.
Cóż, dla wampira. Gorzej, gdy jesteś człowiekiem…
– Z tego, co wiem, piętro wyżej jest taras – usłyszała i coś w tych słowach sprawiło, że znów zapragnęła się histerycznie roześmiać. – Twój przyjaciel chyba tam poszedł.
– Alex – westchnęła Mary, bezwiednie przyciskając obie dłonie do piersi. – Przysięgam, że jeśli sięgnął po fajki… Nieważne. – Spróbowała się uśmiechnąć, ale czuła, że wyszło jej to marnie. – Dziękuję. Poradzę sobie.
– Możesz na nas liczyć – zapewnił natychmiast Michael. – Mimo wszystko.
Skinęła głową. Przez moment miała ochotę zapytać go o Alyssę, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. To był jeden z tych razów, kiedy czuła, że bezpieczniej było milczeć. Co prawda Michael nie zachowywał się jak ktoś, kto faktycznie byłby w stanie wyrzucić bezbronną dziewczynę za drzwi (o ile wciąż powinna myśleć o Ali w taki sposób), a tym bardziej kogokolwiek zabić, ale…
Mary uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Lubiła go. Naprawdę uważała, że był sympatyczny, nawet jeśli miał kły. Różnił się od Carlosa czy nawet zazwyczaj miłego, choć niezwykle porywczego Jasona. Był niczym oaza spokoju, a przynajmniej tak postrzegała go, kiedy jeszcze wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a Eleonora znajdowała się u jego boku.
– Może to nie ma znaczenia, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, co czujesz. Nikt nie rodzi się wampirem. Tym bardziej nikt nie jest w stanie przygotować się na to, co kryje się w mroku.
– Mhm… – Na żadną sensowniejszą odpowiedź nie było ją stać.
Coś ścisnęło ją w gardle. Miała wrażenie, że nieświadomie sprowokowała Michaela do mówienia o czymś, o czym żadne z nich niekoniecznie chciało myśleć, mówić, a co dopiero słuchać.
Nigdy tak naprawdę nie zastanawiała się jak sprawy miały się z wampirami. Rodzili się nimi, czy może przeistaczali się tak jak Alyssa? Mimowolnie pomyślała, że ta kwestia była fascynująca i przerażająca zarazem. Na swój sposób na pewno, choć z drugiej strony…
– Jason i Carlos to moi rodzeni bracia – przyznał Michael, rozwiewając wątpliwości Mary zanim te w pełni zdążyły uformować się w jej umyśle. – Potrzeba wielkiej tragedii, żeby praktycznie całą rodzinę spotkał taki los, prawda? – dodał, a na jego ustach w końcu pojawił się szczery, choć zaskakująco gorzki uśmiech.
Nie pasowało mu to. Takiego wyrazu twarzy spodziewałaby się po Carlosie, może nawet Jasonie, ale nie tym mężczyźnie. Nie żeby uważała, że na podstawie kilku obserwacji miała szansę go poznać, zwłaszcza że do tej pory tak naprawdę nie rozmawiali, ale…
Zacisnęła usta. Tak naprawdę po przebudzeniu – choć jak przez mgłę, bo niewiele do niej docierało przez szok i cisnące się do oczu łzy – mimo wszystko zobaczyła dość. Widziała tego wampira z krwią na rękach. To nic, że wówczas trzymał w ramionach nieprzytomną Nadię, skoro Mary i tak czuła, że krew mimo wszystko nie należała do niej. Z jakiegoś powodu była tego absolutnie pewna.
W tym świecie nie da się przetrwać i zachować niewinności… To próbujesz mi powiedzieć?
Nie miała odwagi wypowiedzieć tych słów na głos.
– Dlaczego czuję, że za moment znów usłyszę o jakimś zidiociałym pomyśle Carlosa? – wymamrotała, wbijając wzrok w swoje ułożone na kolanach dłonie.
Zaczęła bawić się palcami, próbując zająć czymś ręce. Nie patrzyła na Michaela, zbytnio obawiając się, że z jego spojrzenia wyczyta odpowiedź. Czekała, choć nawet nie potrafiła stwierdzić dlaczego i na co. Cisza doprowadzała ją do szału, ale zarazem wydawała się zaskakująco bezpieczna. I właściwa. Mary potrzebowała czegoś, co w całym tym szaleństwie przynajmniej by takie udawało.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim doczekała się reakcji Michaela. Co więcej, wcale nie spodziewała się, że mężczyzna parsknie nerwowym śmiechem.
– Mój Boże, nie… Nie, choć to brzmi jak wygodna wymówka – przyznał po chwili namysłu.
Mary natychmiast poderwała głowę. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, sama niepewna, co w takim razie powinna powiedzieć. Nie Carlos? To o niczym nie świadczyło, ale i tak nie mogła pozbyć się tej myśli. W istocie, zrzucanie winy na tego wampira było wygodną wymówką. Nie bez powodu, skoro kłopoty prędzej czy później i tak wydawały się prowadzić do niego.
Poczuła się dziwnie, kiedy spojrzenia jej i Michaela się spotkały. Po wyrazie jego twarzy nie była w stanie stwierdzić niczego konkretnego. Wciąż wyglądał źle, ale w jego oczach na powrót pojawił się błysk – subtelny i jakby przygaszony, ale jednak. Problem polegał na tym, że Mary nagle zwątpiła czy to dobrze. Coś w zachowaniu wampira ją niepokoiło, zaś temat, który poruszyli, nie wydawał się takim, który miał szansę choć trochę poprawić sytuację.
No i Carlos. Mimowolnie wciąż o nim myślała, choć wciąż powstrzymywała się przez zapytaniem wprost o jego stan. Żył, prawda? To sugerowała tamta dziwna dwójka, która zabrała ich do tego miejsca. Wydawali się wystarczająco troskliwi, by nie dać wampirowi umrzeć, a skoro tak…
Poza tym co kryło się pod całą tą gadką o poświęceniu…?
– Nie, to nie był Carlos. – Michael znów się uśmiechnął, tym razem w wymuszony, zmęczony sposób. Wciąż patrzył na Mary, jakby badając jej reakcję na kolejne słowa. Zwłaszcza na te, które padły z jego ust chwilę później: – Moje rodzeństwo i ja umarliśmy z mojego powodu.
Moja zwyczajowa pora… Miło wrócić z nowym szablonem i rozdziałem, który w którymś momencie żył własnym życiem. Michael w końcu upomniał się o swoich pięć minut, choć wcale tego nie planowałam. Ale podoba mi się i aż nie mogę się doczekać, by zabrać się za szósteczkę.
Coś miało pojawić się pod koniec sierpnia, ale wyjazd nad morze popsuł mi plany. Wybaczycie, prawda? Z wakacji trzeba korzystać. ;> Zresztą nowy rozdział powinien pojawić się stosunkowo szybko, może nawet na dniach, bo chwilowo zrobiłam sobie przerwę od „Lost in the Time”, tak z okazji zakończenia kolejnego tomu. Poza tym na blogu pojawił się nowy szablon i chyba go lubię, choć do nowego wyglądu miałam ze trzy podejścia. Cóż.
Z mojej strony to wszystko. Na razie zostawiam Was z tym wpisem i byle do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz