03 października 2019

Rozdział VI

Mary
Siedziała w bezruchu, w milczeniu wpatrując się w mężczyznę. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, przez dłuższą chwilę niepewna jak zareagować na to niespodziewane wyzwanie.
„Moje rodzeństwo i ja umarliśmy z mojego powodu” – te słowa brzmiały co najmniej nienaturalnie w ustach kogoś takiego jak Michael. Czuła, że to okropne, ale prawda była taka, że dużo naturalniej przyjęłaby je, gdyby jednak usłyszała coś podobnego od Carlosa. W tej sytuacji pozostało jej wyłącznie milczeć, choć i przeciągająca cisza zaczynała być męcząca.
Co więcej, z jakiegoś powodu nie mogła zmusić się do tego, by na niego nie patrzeć. Było w tym mężczyźnie coś takiego, co niezmiennie sprawiało, że czuła się spokojna – i to nawet teraz, gdy Michael Sorenti przechodził przez coś, przez co był tak bardzo rozbity. Jego spojrzenie, nawet uśmiech i spokój, z jakim wypowiedział te słowa…
– Wybacz. – Wampir westchnął przeciągle. Do jego głosu wkradła się nieco zmieszana, przepraszająca nuta. – Nie powinienem zaczynać tego tematu. Zwłaszcza przy tobie.
Mary wyprostowała się niczym struna. Zamrugała nieco nieprzytomnie, bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku.
– Nie… Nie – zreflektowała się pośpiesznie. Jej głos zabrzmiał dziwnie, bardziej piskliwy i drżący niż zazwyczaj. – Mogę słuchać. To znaczy… O ile chcesz mówić..
Zacisnęła usta, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że mówiła od rzeczy. Momentalnie zwątpiła w to, jak zareagować – zachęcić do zwierzeń czy może… wręcz przeciwnie. Dobry Boże, kto w ogóle chciałby mówić o czymś takim? Z drugiej strony, skoro sam zaczął temat, być może powinna…?
Coś w przenikliwym spojrzeniu oczu nieśmiertelnego wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Mary z równowagi. To, że na ustach Michaela pojawił się nieco niepewny uśmiech, ani trochę nie pomogło jej w stwierdzeniu, czego powinna się po nim spodziewać.
– Ach… Spięłaś się przeze mnie – stwierdził, wyraźnie zmartwiony taką perspektywą. Przez jego twarz przemknął cień. – Szczerze mówiąc, w tym momencie sam nie wiem, czego chcę. Może szukam sobie… odskoczni – dodał po chwili zastanowienia.
Odskoczni! Mary uniosła brwi, co najmniej skonsternowana takim doborem słów – a zwłaszcza ich eufemistycznym wydźwiękiem. Jakoś nie wątpiła, że było to niedopowiedzeniem stulecia. Cholera, jak żeby inaczej po wszystkim, co miało miejsce w tak krótkim czasie? Nie była wampirzycą, a tym bardziej nie mogła pochwalić się kilkoma wiekami doświadczenia na koncie, ale jakoś nie wątpiła, że Michaelowi łatwiej było opowiadać o potencjalnej śmierci swojego rodzeństwa i własnej, aniżeli mierzyć się z nieobecnością Eleonory. Nie żeby to ją dziwiło. Pewnie gdyby miała partnera i ten został w pełni przejęty przez krwiożerczego demona, też wolałaby pomówić o czymś mniej niepokojącym.
Skoro dla niego było to zwierzanie się z przeszłości, to czemu nie…?
Mimo wszystko poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Świetnie, o tym marzyła! Z drugiej strony, to wciąż wydawało się lepszą perspektywą niż rozpamiętywanie tego, co zaprzątało jej własny umysł.
– Chyba rozumiem – mruknęła, w tamtej chwili niepewna czy zwracała się do niego, czy może próbowała przekonać samą siebie.
Chociaż nie chciała, jej dłoń samoistnie powędrowała z powrotem do gardła. Skóra pod palcami wydawała się nienaturalnie gładka – dziwnie normalna, choć przecież… nie powinna taka być. Mary wzdrygnęła się na samą myśl, po czym zacisnęła palce. Serce dziewczyny bardziej gwałtownie zatrzepotało się w piersi.
Czuła, że Michael uważnie ją obserwuje. Chociaż podświadomie wyczekiwała jakiegokolwiek komentarza z jego strony – w tym również pocieszenia, które i tak prowadziłoby donikąd – nic podobnego nie miało miejsca.
– Zabawne, ale kiedy żyjesz długo, łatwiej oswoić się z niektórymi rzeczami. Ze śmiercią również, zwłaszcza gdy odkryjesz różne jej oblicza – powiedział w zamian. Nie musiała pytać, by zorientować się, że mówił o wampiryzmie. – Kluczem do przemiany jest wymiana krwi.
Tym razem nie powstrzymała się przed spojrzeniem mu w oczy.
– To spotkało Alyssę?
Spróbowała to sobie wyobrazić, ale nie była w stanie. Gdzieś w głowie miała te wszystkie głupie filmy i książki, które widywała na przestrzeni lat. Wiele z nich sugerowało, że chodziło o ugryzienie. Wpadasz na wampira, przeżywasz spotkanie, ugryzienie i – bach! – sam stajesz się stworzeniem nocy. Jakoś łatwiej było jej wyobrazić sobie Carlosa właśnie w takim wydaniu: jako rozszalałe zwierzę, które wysuwa kły i wgryza się w gardło niewinnej dziewczyny, by podarować jej wieczne życie w mroku.
Zacisnęła usta. Z drugiej strony, on też potrafił być czarujący. Jej myśli wirowały, zmierzając w kierunkach, które okazały się co najmniej nienaturalne po wszystkim, co wcześniej zaprzątało jej głowę. Przez chwilę znów wirowała w ramionach Carlosa, porażona lekkością, z jaką prowadził ją w tańcu. Wydawał się wtedy tak rozluźniony i ludzki, zresztą jak i później, gdy u jego boku wracała do akademika po nocnej zmianie. W tamtej chwili niedowierzała, że to drugie miało miejsce właściwie dopiero co…
A teraz była tutaj, gawędząc z Michaelem o śmierci i próbując pogodzić się z myślą, że sama dopiero co się o nią otarła.
– Mary? Wszystko gra? – doszło do niej jakby z oddali.
Zamrugała, jednocześnie podrywając głowę. Tym razem Michael patrzył na nią z wyraźnym niepokojem, co utwierdziło ją w przekonaniu, że zachowywała się dziwnie. Co więcej, tyle wystarczyło, by pojęła, że mężczyzna od dłuższej chwili musiał próbować zwrócić na siebie uwagę.
– Ja… Jasne. – Zaśmiała się nerwowo. Nie musiała pytać, by wiedzieć, że nie uwierzył, że wszystko było w porządku. – To znaczy…
Nie dokończyła. Tak naprawdę nie musiała, zwłaszcza że Michael już właściwie nie słuchał. Serce podeszło jej aż do gardła, kiedy nagle zmaterializował się tuż przed nią, bezceremonialnie ujmując ją za obie ręce. Jego dotyk był silny, pewny i na swój sposób kojący, choć nie sądziła, że w tej sytuacji to w ogóle możliwe.
– Już nie pamiętam, co znaczy gubić się w tym świecie – przyznał, ostrożnie dobierając słowa. – Ale dobrze wiem, co to za uczucie, gdy samemu sobie starasz się wytłumaczyć dlaczego żyjesz. Nie wmówisz mi, że z czymś takim ot tak da się przejść do porządku dziennego.
Jasne, że tak! Tyle że ja nie mam czasu, by próbować się oswoić!, zaoponowała, ale żadnego z tych słów ostatecznie nie padło. Uścisk w gardle przybrał na sile i była już tylko w stanie patrzeć na kucającego przed nią, zaciskającego dłonie na jej nadgarstkach wampira.
Przez moment czuła się tak, jakby mierzyli się na spojrzenia. To było dziwne, tak jak i atmosfera, która nagle wywiązała się między nimi. On rozumie, dotarło do Mary, ale ta świadomość jedynie wzbudziła w niej jeszcze silniejsze wątpliwości. Coś w tej bliskości ją przeraziło – myśl, że mogłaby znaleźć zrozumienie w kimś innym niż Alyssa, kogo dotychczas postrzegała jako opanowaną ostoję spokoju. Czy przechodząc przez coś podobnego, w ogóle dało się dojść do takiego stanu – swoistej perfekcji w panowaniu nad emocjami? Jak, skoro sama miała ochotę miotać się i krzyczeć z frustracji? Chyba że Michael udawał, ale jaki w tym wypadku był ratunek dla niej, skoro nawet on oszukiwałby samego siebie?
Skrzywiła się, gdy obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Zamrugała, żałując, że nie była w stanie otrzeć twarzy i oczu, by upewnić się, że na domiar złego znów nie pozwoliła sobie na łzy. Była w stanie co najwyżej trwać w bezruchu, spazmatycznie chwytając oddech i bezskutecznie usiłując zapanować nad czymś niezrozumiałym, co zaczęło narastać w jej wnętrzu. Czuła jakby się dusiła, a współczujące spojrzenie lśniących oczu kucającego przy niej mężczyzny niczego nie ułatwiało.
I właśnie wtedy usłyszeli wrzask.
Mary zamarła, przez ułamek sekundy czując się tak, jakby ktoś wpuścił do jej krwiobiegu lodowatą wodę. Wyprostowała się w tym samym momencie, co i Michael, ale prawie tego nie zarejestrowała. Nie od razu również zwróciła uwagę na to, że mężczyzna poluzował uścisk wokół jej nadgarstków, w końcu ją puszczając. Co prawda bezwiednie zacisnęła palce na dopiero co oswobodzonym przegubie, ale to działo się równie poza nią.
Ten głos… Znała go. Co więcej, mimo pierwotnych obaw, zdecydowanie nie należał do niej.
– Zostań tu – polecił spiętym tonem Michael.
Wystarczyła chwila, by zniknął jej z oczu. Drzwi zatrzasnęły się na długo po tym, jak już zniknął na korytarzu, błyskawicznie pokonując kolejne metry.
Prychnęła, znów bliska wybuchu histerycznego śmiechu. Żartował sobie? Co w ogóle faceci mieli z tą nadmierną opiekuńczością i skłonnością do rozstawiania kobiet po kątach? Pomińmy, że dopiero co nadgorliwość kosztowała cię życie.
Zacisnęła usta. Gdyby to było takie proste! Nie wyobrażała sobie spokojnego siedzenia – nie w tym miejscu i z założonymi rękami. Nie chodziło nawet o perspektywę dalszego siedzenia w pokoju czy samotności. Mary cała sobą czuła, że zabrnęła o wiele za daleko, by ot tak zdołać się zdystansować.
Jej ciało wydawało się reagować automatycznie, nie dając kobiecie okazji na podjęcie decyzji. Zanim zdążyła się zastanowić, ruszyła w ślad za Michaelem, na drżących nogach dopadając do drzwi, a po chwili wypadając na korytarz. Bezradnie powiodła wzrokiem dookoła, niepewna w którą stronę się udać. Jak przez mgłę pamiętała moment, w którym szła w kierunku pokoju, by wkrótce po tym pogrążyć się we śnie. Wpływ Alyssy nie pomagał w rejestrowaniu szczegółów, przez co – w pełni już przytomna i świadoma tego, co działo się wokół niej – Mary czuła się jakby wylądowała na jakiejś obcej planecie.
Wahanie było zaledwie chwilowe. Wszystko zmieniło się w chwili, w której jej uszu dobiegły kolejne krzyki – to i wyraźne poruszenie. Tylko tyle potrzebowała, by zwrócić się w odpowiednią stronę i popędzić przed siebie.
Wtedy też głosy stały się wyraźniejsze, a Mary udało się rozróżnić poszczególne słowa.
– Mickey, puść mnie. Nakopię mu do tyłka i będzie po problemie! – oznajmił Carlos.
Poczuła, że kamień spada jej z serca. Skoro miał siłę, by miotać się na prawo i lewo, wyzywać i wyraźnie rwać do zabicia kogoś, nie było z nim aż tak źle. Cokolwiek powinna sądzić o stanie, w jakim zastała go o przebudzeniu, najwyraźniej miał się dobrze – na tyle, na ile było to możliwe, skoro w jego głosie pobrzmiewał nie tyle gniew, co wręcz czysta furia.
Nieprzyjemny dreszcz wstrząsnął całym ciałem Mary. Zawahała się, ale nie wycofała, mimo wątpliwości decydując podejść bliżej. Zagniewany Carlos nie wróżył niczego dobrego, ale z drugiej strony…
– Daj spokój – doszedł ją pojednawszy głos Michaela. Nie była pewna czy to dobrze, że próbował się wtrącać. – Najważniejsze, że…
– Powiedziałem już: puść mnie! – wszedł mu w słowo brat. – Noel, do cholery! Uroczyście przysięgam, że jesteś martwy!
– Uroczyście stwierdzam, że już jestem martwy – padło w odpowiedzi. Mężczyzna brzmiał co najmniej pogodnie, jakby kolejne bluzgi i groźby wcale nie były przeznaczone dla niego. – Masz prawo się denerwować i tylko dlatego ci wybaczę. Zresztą w tej sytuacji prędzej połamiesz ręce sobie niż mnie.
Te słowa zdecydowanie nie przypadły Carlosowi do gustu. Mary niemalże mogła wyobrazić sobie, jak jego twarz wykrzywia grymas, a w oczach pojawia niepokojący błysk. Znów pomyślała o tamtym poranku, kiedy kończyła zmianę. Co prawda wtedy wampir wprost nie okazał zdenerwowania, ale sposób, w jaki potraktował jej niechcianego, pijanego adoratora, mówił sam za siebie. Och, zresztą sama dobrze wiedziała, że Carlos Sorenti potrafił przyprawić o dreszcze. To, że bez wahania mógłby zabić, rozumiała od pierwszego spotkania.
A jednak Noel wcale nie brzmiał jak ktoś, kto drżał o swoje życie. W tym świecie są istoty gorsze niż zdenerwowany wampir, pomyślała mimochodem, nie po raz pierwszy tego dnia mając ochotę histerycznie się roześmiać.
Oczywiście. Jej zaś myślenie o takich rzeczach przychodziło coraz bardziej naturalnie.
Usłyszała westchnienie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że dźwięk wydał się najpewniej z piersi Michaela. To i czyjeś kroki – być może Carlosa, jeśli brat faktycznie zdecydował się go puścić. W pośpiechu dopadła do końca korytarza, po czym z wolna wychyliła się zza zakrętu, by w półmroku w końcu dostrzec trzy znajome sylwetki.
Noel stał przyparty do ściany, jakby od niechcenia spoglądając na zaciskającego palce na przodzie jego koszuli mężczyznę. Jego twarz nie wyrażała żądnych konkretnych emocji – wyłącznie niezmącony spokój, bardziej porażający niż ten, który Mary tak często wyczuwała u Michaela. Sam zainteresowany stał tuż obok, po prostu biernie obserwując sytuację z niepewną miną i skrzyżowanymi na piersi ramionami. Miała wrażenie, że w pewnym momencie jego spojrzenie na krótką chwilę powędrowało ku miejsca, w którym stała, a przez twarz przemknął cień, ale to stało się zbyt szybko, by nabrała pewności.
Jej uwaga momentalnie skupiła się na Carlosie. Widziała zaledwie jego plecy, ale to nie miało znaczenia. Choć trzymał się na nogach, im dłużej mu się przypatrywała, tym pewniejsza była, że wychodziło mu to wyłącznie dzięki adrenalinie. Z zaskoczeniem odkryła, że drżał – od nadmiaru emocji albo wysiłku; trudno jej było jednoznacznie stwierdzić.
Napięte mięśnie odznaczały się pod koszulą. Zmierzwione włosy wydawały się sterczeć we wszystkie możliwe strony. Nie była w stanie dostrzec jego twarzy, ale i bez tego czuła się tak, jakby mogła czytać w nim jak w otwartej księdze – dostrzec wszystkie te skrajne emocje, nad którymi ledwo panował. To nie byłby pierwszy raz, kiedy wpadał w gniew, wydając się chętnym, by roznieść wszystko, co tylko znalazłoby się na jego drodze, a jednak… coś było nie tak. Marty wyczuwała zmianę, której za żadne skarby nie potrafiła sprecyzować ani pojąć.
Cisza dzwoniła w jej uszach. Przez chwilę wydawało się, że w korytarzu królowała wyłącznie ona – a także dwa oddechy, z czego jeden nienaturalnie przyśpieszony. Carlos dyszał tak ciężko, jakby właśnie przyszło mu przebiec maraton i to bez wcześniejszego przygotowania.
– To była twoja decyzja. Mówiłem, że nie mam pojęcia, co się stanie – oznajmił Noel, jako pierwszy przerywając milczenie. Jego głos był spokojny, ale Mary wyraźnie wyczuła w nim surową nutę, której nie słyszała we wcześniejszych słowach nieśmiertelnego. Coś sprawiło, że momentalnie poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. – Zdecydowałeś. Oto konsekwencje.
– Ale…
– Naprawdę chcesz ze mną o tym dyskutować? Zdecydowałeś – powtórzył z naciskiem Noel, spoglądając przyjacielowi w oczy. Carlos zamilkł, przez dłuższą chwilę zdolny wyłącznie stać i bezmyślnie wpatrywać się w nieśmiertelnego. – Oboje żyjecie. To wszystko, co mogę ci w tej chwili zaoferować… Jak już się uspokoisz i będziesz miał ochotę mi podziękować, wiesz gdzie mnie znaleźć.
Wraz z tymi słowami Noel po prostu bezceremonialnie odsunął przeciwnika z drogi, po czym jakby od niechcenia ruszył w swoją stronę. Mary z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że mężczyzna zbliżył się do niej. Zesztywniała, przez moment czując się jak przyłapane na gorącym uczynku dziecko. Instynktownie spróbowała usunąć się na bok, by pozwolić mężczyźnie przejść, ale ten najwyraźniej miał inne plany.
– Dobrze cię widzieć – stwierdził, przystając u jej bok. Mary zesztywniała, kiedy tak po prostu wyciągnął dłoń i pogładził ją po policzku. Jego dotyk lekki i przyjemny. –  Zbrodnią byłoby pozwolić, by niewinną duszę pochłonęła śmierć.
– Ehm… Dzięki?
Tylko na tyle było ją stać. Stała spięta i oszołomiona, bezskutecznie próbując stwierdzić, co tak naprawdę chodziło Noelowi po głowie. Nie znała go, jak przez mgłę pamiętając wcześniejsze spotkanie. Był niczym cień – znała jego imię, ale nic ponadto. Tak naprawdę pozostawało jej tylko wierzyć w to, że skoro wydawał się dość przyjaźnie nastawiony do Alyssy, również wobec niej miał dobre intencje.
– Wybacz. – Nie potrafiła nawet stwierdzić za co przepraszał: za dobór słów czy to, że wzbudził w niej wątpliwości. Na pewno nie za dotyk, bowiem jeszcze przez chwilę trzymał dłoń na jej twarzy, zupełnie jakby było to czymś najnormalniejszym na świecie. Jego oczy okazały się intensywnie niebeskie, niczym nieskazitelne niebo w środku lata. – Gdybyś czegoś potrzebowała, możeś śmiało prosić. Przyjaciółka Ariany jest ważna również dla mnie. No i… – Zamilkł, a jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało ku miejsca, w którym stał Carlos. Ostatecznie Noel ograniczył się do potrząśnięcia głową. – Tak. Dobrze widzieć cię całą i zdrową, Mary.
Ograniczyła się do niepewnego skinięcia. Nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa, zdolna co najwyżej obserwować tego mężczyznę, kiedy ostatecznie zostawił ją i oddalił się w swoją stronę. Nawet gdy już zniknął jej z oczu, była w stanie co najwyżej tkwić w miejscu i spoglądać w ślad za nim. Wciąż czułą się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją po głowie; to, co działo się wokół niej, nie ułatwiało.
– On tak po prostu… – doszło ją jakby z oddali. Głos Carlosa był cichy, on sam zaś brzmiał tak, jakby cedził kolejne słowa. Nie od razu Mary zdecydowała się odwrócić w jego stronę. – Nieważne.
Wciąż stał zwrócony plecami do wszystkich. Zauważyła, że opierał się o ścianę, dłonie nerwowo zaciskając w pięści. Nadal drżał, nieuspokojony nawet mimo odejścia Noela. W zasadzie wrażenie było takie, jakby ignorancja przyjaciela jedynie bardziej wytrąciła Carlosa z równowagi.
Mary zawahała się, w milczeniu spoglądając to na niego, to znów na bezradnie obserwującego brata Michaela. Nie widząc już sensu w udawaniu, że wcale nie stała kilka metrów dalej, z wolna podeszła bliżej. Z jakiegoś powodu to, że Carlos nawet nie drgnął, zaniepokoiło ją bardziej, niż gdyby zaczął ją obserwować.
– Coś jest nie tak? – zapytała wprost, sama niepewna do kogo powinna zwrócić się z tym pytaniem.
Michael wyglądał na chętnego, by jej odpowiedzieć, ale nie miał po temu okazji. Przeszkodziło mu pełne niedowierzania prychnięcie, które wyrwało się z gardła młodszego z Sorentich.
– Czy coś jest nie tak? – powtórzył, nie kryjąc złośliwości. – Ależ skąd! Wszystko w kurewskim porządku.
– Carlos…
Nawet nie spojrzał na brata. W końcu odsunął się od ściany, zwracając twarzą do zebranych. Serce Mary zatrzymało się na ułamek sekundy – i to tylko po to, by po chwili wrócić do względnie normalnego rytmu. Przez krótką chwilę miała niejasne wrażenie, że zobaczy coś, czego nie powinna, ale nic podobnego nie miało miejsca. Carlos wyglądał jak zwykle – może i zmęczony, a już na pewno wzburzony, ale…
Ich spojrzenia spotkały się na zaledwie ułamek sekundy. Prawie natychmiast odwrócił wzrok, jakby patrzenie jej w oczy sprawiało mu wręcz fizyczny ból.
– W jednym miał rację – mruknął i choć spuścił z tonu, jego słowa wciąż przyprawiały o dreszcze. – Dobrze, że nie umarłaś.
Nie dodał niczego więcej. W zamian również odszedł, niemalże biegiem ruszając w przeciwnym kierunku niż ten, który wybrał Noel. Mary znów mogła co najwyżej podziwiać plecy oddalającego się mężczyzny, ogarnięta przy tym coraz silniejszym przeczuciem, że umykało jej coś istotnego. Bezradnie spojrzała na Michaela, ale ten tkwił w miejscu, sprawiając wrażenie rozdartego między chęcią ruszenia za bratem, a natychmiastowej ucieczki.
– Co go ugryzło? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać. – Nie, serio. Co znów się dzieje?
Twarz wampira wykrzywił grymas.
– Uratował cię. Tego się trzymajmy – zaproponował, ale Mary nie zamierzała ot tak odpuścić.
– Pójdę za nim – zagroziła i tyle wystarczyło, by przekonać Michaela do współpracy.
W poddańczym geście uniósł obie ręce ku górze. Już nie wyglądał na aż tak chętnego do rozmowy – nie tak jak wtedy, gdy razem siedzieli w pokoju, mówiąc o przeszłości.
– Nie wiem, co zrobił. Ani Carlos, ani Noel – zastrzegł pośpiesznie. – To chyba układ, który rozumieją tylko oni… Ważne, że cię uratowali.
– Ale?
Bo przecież zawsze musi być jakieś „ale”…
Istniało również tym razem.
– Nie zauważyłaś, prawda? – Michael westchnął bezgłośnie. – Nie wiem, co się stało – podjął niechętnie – ale Carlos nieźle namieszał. Och, a poza tym znów jest człowiekiem.
Dobry wieczór? Zostawię to tutaj, bo w końcu się doczekałam – napisałam wprost to, co próbowałam zasugerować od samego początku. Ludzki Carlos, który nieświadomie oddał wampiryzm za życie Mary, to coś na co czekałam bardzo długo. :3
Dziękuję ślicznie za obecność. Tak więc zostawiam to tutaj i do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz