Mary
Siedziała w bezruchu, w milczeniu
wpatrując się w mężczyznę. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, przez
dłuższą chwilę niepewna jak zareagować na to niespodziewane wyzwanie.
„Moje
rodzeństwo i ja umarliśmy z mojego powodu” – te słowa brzmiały co
najmniej nienaturalnie w ustach kogoś takiego jak Michael. Czuła, że to
okropne, ale prawda była taka, że dużo naturalniej przyjęłaby je, gdyby jednak
usłyszała coś podobnego od Carlosa. W tej sytuacji pozostało jej wyłącznie
milczeć, choć i przeciągająca cisza zaczynała być męcząca.
Co więcej, z jakiegoś
powodu nie mogła zmusić się do tego, by na niego nie patrzeć. Było w tym
mężczyźnie coś takiego, co niezmiennie sprawiało, że czuła się spokojna – i to
nawet teraz, gdy Michael Sorenti przechodził przez coś, przez co był tak bardzo
rozbity. Jego spojrzenie, nawet uśmiech i spokój, z jakim
wypowiedział te słowa…
– Wybacz. –
Wampir westchnął przeciągle. Do jego głosu wkradła się nieco zmieszana,
przepraszająca nuta. – Nie powinienem zaczynać tego tematu. Zwłaszcza przy
tobie.
Mary
wyprostowała się niczym struna. Zamrugała nieco nieprzytomnie, bezskutecznie
próbując doprowadzić się do porządku.
– Nie… Nie
– zreflektowała się pośpiesznie. Jej głos zabrzmiał dziwnie, bardziej piskliwy i drżący
niż zazwyczaj. – Mogę słuchać. To znaczy… O ile chcesz mówić..
Zacisnęła
usta, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że mówiła od rzeczy. Momentalnie zwątpiła w to,
jak zareagować – zachęcić do zwierzeń czy może… wręcz przeciwnie. Dobry Boże,
kto w ogóle chciałby mówić o czymś takim? Z drugiej strony,
skoro sam zaczął temat, być może powinna…?
Coś w przenikliwym
spojrzeniu oczu nieśmiertelnego wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić Mary z równowagi.
To, że na ustach Michaela pojawił się nieco niepewny uśmiech, ani trochę nie
pomogło jej w stwierdzeniu, czego powinna się po nim spodziewać.
– Ach…
Spięłaś się przeze mnie – stwierdził, wyraźnie zmartwiony taką perspektywą. Przez
jego twarz przemknął cień. – Szczerze mówiąc, w tym momencie sam nie wiem,
czego chcę. Może szukam sobie… odskoczni – dodał po chwili zastanowienia.
Odskoczni!
Mary uniosła brwi, co najmniej skonsternowana takim doborem słów – a zwłaszcza
ich eufemistycznym wydźwiękiem. Jakoś nie wątpiła, że było to niedopowiedzeniem
stulecia. Cholera, jak żeby inaczej po wszystkim, co miało miejsce w tak
krótkim czasie? Nie była wampirzycą, a tym bardziej nie mogła pochwalić
się kilkoma wiekami doświadczenia na koncie, ale jakoś nie wątpiła, że
Michaelowi łatwiej było opowiadać o potencjalnej śmierci swojego
rodzeństwa i własnej, aniżeli mierzyć się z nieobecnością Eleonory.
Nie żeby to ją dziwiło. Pewnie gdyby miała partnera i ten został w pełni
przejęty przez krwiożerczego demona, też wolałaby pomówić o czymś mniej
niepokojącym.
Skoro dla
niego było to zwierzanie się z przeszłości, to czemu nie…?
Mimo
wszystko poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Świetnie, o tym marzyła!
Z drugiej strony, to wciąż wydawało się lepszą perspektywą niż
rozpamiętywanie tego, co zaprzątało jej własny umysł.
– Chyba rozumiem
– mruknęła, w tamtej chwili niepewna czy zwracała się do niego, czy może
próbowała przekonać samą siebie.
Chociaż nie
chciała, jej dłoń samoistnie powędrowała z powrotem do gardła. Skóra pod
palcami wydawała się nienaturalnie gładka – dziwnie normalna, choć przecież…
nie powinna taka być. Mary wzdrygnęła się na samą myśl, po czym zacisnęła palce.
Serce dziewczyny bardziej gwałtownie zatrzepotało się w piersi.
Czuła, że
Michael uważnie ją obserwuje. Chociaż podświadomie wyczekiwała jakiegokolwiek
komentarza z jego strony – w tym również pocieszenia, które i tak
prowadziłoby donikąd – nic podobnego nie miało miejsca.
– Zabawne, ale
kiedy żyjesz długo, łatwiej oswoić się z niektórymi rzeczami. Ze śmiercią również,
zwłaszcza gdy odkryjesz różne jej oblicza – powiedział w zamian. Nie
musiała pytać, by zorientować się, że mówił o wampiryzmie. – Kluczem do
przemiany jest wymiana krwi.
Tym razem
nie powstrzymała się przed spojrzeniem mu w oczy.
– To
spotkało Alyssę?
Spróbowała
to sobie wyobrazić, ale nie była w stanie. Gdzieś w głowie miała te
wszystkie głupie filmy i książki, które widywała na przestrzeni lat. Wiele
z nich sugerowało, że chodziło o ugryzienie. Wpadasz na wampira,
przeżywasz spotkanie, ugryzienie i – bach! – sam stajesz się stworzeniem
nocy. Jakoś łatwiej było jej wyobrazić sobie Carlosa właśnie w takim
wydaniu: jako rozszalałe zwierzę, które wysuwa kły i wgryza się w gardło
niewinnej dziewczyny, by podarować jej wieczne życie w mroku.
Zacisnęła
usta. Z drugiej strony, on też potrafił być czarujący. Jej myśli wirowały,
zmierzając w kierunkach, które okazały się co najmniej nienaturalne po
wszystkim, co wcześniej zaprzątało jej głowę. Przez chwilę znów wirowała w ramionach
Carlosa, porażona lekkością, z jaką prowadził ją w tańcu. Wydawał się
wtedy tak rozluźniony i ludzki, zresztą jak i później, gdy u jego
boku wracała do akademika po nocnej zmianie. W tamtej chwili niedowierzała,
że to drugie miało miejsce właściwie dopiero co…
A teraz
była tutaj, gawędząc z Michaelem o śmierci i próbując pogodzić
się z myślą, że sama dopiero co się o nią otarła.
– Mary?
Wszystko gra? – doszło do niej jakby z oddali.
Zamrugała, jednocześnie
podrywając głowę. Tym razem Michael patrzył na nią z wyraźnym niepokojem,
co utwierdziło ją w przekonaniu, że zachowywała się dziwnie. Co więcej,
tyle wystarczyło, by pojęła, że mężczyzna od dłuższej chwili musiał próbować zwrócić
na siebie uwagę.
– Ja… Jasne.
– Zaśmiała się nerwowo. Nie musiała pytać, by wiedzieć, że nie uwierzył, że
wszystko było w porządku. – To znaczy…
Nie
dokończyła. Tak naprawdę nie musiała, zwłaszcza że Michael już właściwie nie
słuchał. Serce podeszło jej aż do gardła, kiedy nagle zmaterializował się tuż
przed nią, bezceremonialnie ujmując ją za obie ręce. Jego dotyk był silny,
pewny i na swój sposób kojący, choć nie sądziła, że w tej sytuacji to
w ogóle możliwe.
– Już nie
pamiętam, co znaczy gubić się w tym świecie – przyznał, ostrożnie dobierając
słowa. – Ale dobrze wiem, co to za uczucie, gdy samemu sobie starasz się wytłumaczyć
dlaczego żyjesz. Nie wmówisz mi, że z czymś takim ot tak da się przejść do
porządku dziennego.
Jasne, że
tak! Tyle że ja nie mam czasu, by próbować się oswoić!, zaoponowała, ale
żadnego z tych słów ostatecznie nie padło. Uścisk w gardle przybrał
na sile i była już tylko w stanie patrzeć na kucającego przed nią,
zaciskającego dłonie na jej nadgarstkach wampira.
Przez
moment czuła się tak, jakby mierzyli się na spojrzenia. To było dziwne, tak jak
i atmosfera, która nagle wywiązała się między nimi. On rozumie, dotarło
do Mary, ale ta świadomość jedynie wzbudziła w niej jeszcze silniejsze
wątpliwości. Coś w tej bliskości ją przeraziło – myśl, że mogłaby znaleźć
zrozumienie w kimś innym niż Alyssa, kogo dotychczas postrzegała jako
opanowaną ostoję spokoju. Czy przechodząc przez coś podobnego, w ogóle
dało się dojść do takiego stanu – swoistej perfekcji w panowaniu nad
emocjami? Jak, skoro sama miała ochotę miotać się i krzyczeć z frustracji?
Chyba że Michael udawał, ale jaki w tym wypadku był ratunek dla niej,
skoro nawet on oszukiwałby samego siebie?
Skrzywiła
się, gdy obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Zamrugała, żałując, że
nie była w stanie otrzeć twarzy i oczu, by upewnić się, że na domiar
złego znów nie pozwoliła sobie na łzy. Była w stanie co najwyżej trwać w bezruchu,
spazmatycznie chwytając oddech i bezskutecznie usiłując zapanować nad
czymś niezrozumiałym, co zaczęło narastać w jej wnętrzu. Czuła jakby się
dusiła, a współczujące spojrzenie lśniących oczu kucającego przy niej
mężczyzny niczego nie ułatwiało.
I właśnie
wtedy usłyszeli wrzask.
Mary zamarła,
przez ułamek sekundy czując się tak, jakby ktoś wpuścił do jej krwiobiegu
lodowatą wodę. Wyprostowała się w tym samym momencie, co i Michael, ale
prawie tego nie zarejestrowała. Nie od razu również zwróciła uwagę na to, że
mężczyzna poluzował uścisk wokół jej nadgarstków, w końcu ją puszczając.
Co prawda bezwiednie zacisnęła palce na dopiero co oswobodzonym przegubie, ale
to działo się równie poza nią.
Ten głos…
Znała go. Co więcej, mimo pierwotnych obaw, zdecydowanie nie należał do niej.
– Zostań tu
– polecił spiętym tonem Michael.
Wystarczyła
chwila, by zniknął jej z oczu. Drzwi zatrzasnęły się na długo po tym, jak
już zniknął na korytarzu, błyskawicznie pokonując kolejne metry.
Prychnęła,
znów bliska wybuchu histerycznego śmiechu. Żartował sobie? Co w ogóle faceci
mieli z tą nadmierną opiekuńczością i skłonnością do rozstawiania kobiet
po kątach? Pomińmy, że dopiero co nadgorliwość kosztowała cię życie.
Zacisnęła
usta. Gdyby to było takie proste! Nie wyobrażała sobie spokojnego siedzenia –
nie w tym miejscu i z założonymi rękami. Nie chodziło nawet o perspektywę
dalszego siedzenia w pokoju czy samotności. Mary cała sobą czuła, że
zabrnęła o wiele za daleko, by ot tak zdołać się zdystansować.
Jej ciało
wydawało się reagować automatycznie, nie dając kobiecie okazji na podjęcie
decyzji. Zanim zdążyła się zastanowić, ruszyła w ślad za Michaelem, na drżących
nogach dopadając do drzwi, a po chwili wypadając na korytarz. Bezradnie
powiodła wzrokiem dookoła, niepewna w którą stronę się udać. Jak przez mgłę
pamiętała moment, w którym szła w kierunku pokoju, by wkrótce po tym
pogrążyć się we śnie. Wpływ Alyssy nie pomagał w rejestrowaniu szczegółów,
przez co – w pełni już przytomna i świadoma tego, co działo się wokół
niej – Mary czuła się jakby wylądowała na jakiejś obcej planecie.
Wahanie
było zaledwie chwilowe. Wszystko zmieniło się w chwili, w której jej
uszu dobiegły kolejne krzyki – to i wyraźne poruszenie. Tylko tyle potrzebowała,
by zwrócić się w odpowiednią stronę i popędzić przed siebie.
Wtedy też
głosy stały się wyraźniejsze, a Mary udało się rozróżnić poszczególne
słowa.
– Mickey,
puść mnie. Nakopię mu do tyłka i będzie po problemie! – oznajmił Carlos.
Poczuła, że
kamień spada jej z serca. Skoro miał siłę, by miotać się na prawo i lewo,
wyzywać i wyraźnie rwać do zabicia kogoś, nie było z nim aż tak źle.
Cokolwiek powinna sądzić o stanie, w jakim zastała go o przebudzeniu,
najwyraźniej miał się dobrze – na tyle, na ile było to możliwe, skoro w jego
głosie pobrzmiewał nie tyle gniew, co wręcz czysta furia.
Nieprzyjemny
dreszcz wstrząsnął całym ciałem Mary. Zawahała się, ale nie wycofała, mimo
wątpliwości decydując podejść bliżej. Zagniewany Carlos nie wróżył niczego
dobrego, ale z drugiej strony…
– Daj
spokój – doszedł ją pojednawszy głos Michaela. Nie była pewna czy to dobrze, że
próbował się wtrącać. – Najważniejsze, że…
– Powiedziałem
już: puść mnie! – wszedł mu w słowo brat. – Noel, do cholery! Uroczyście
przysięgam, że jesteś martwy!
– Uroczyście
stwierdzam, że już jestem martwy – padło w odpowiedzi. Mężczyzna brzmiał
co najmniej pogodnie, jakby kolejne bluzgi i groźby wcale nie były
przeznaczone dla niego. – Masz prawo się denerwować i tylko dlatego ci
wybaczę. Zresztą w tej sytuacji prędzej połamiesz ręce sobie niż mnie.
Te słowa
zdecydowanie nie przypadły Carlosowi do gustu. Mary niemalże mogła wyobrazić
sobie, jak jego twarz wykrzywia grymas, a w oczach pojawia niepokojący błysk.
Znów pomyślała o tamtym poranku, kiedy kończyła zmianę. Co prawda wtedy
wampir wprost nie okazał zdenerwowania, ale sposób, w jaki potraktował jej
niechcianego, pijanego adoratora, mówił sam za siebie. Och, zresztą sama dobrze
wiedziała, że Carlos Sorenti potrafił przyprawić o dreszcze. To, że bez
wahania mógłby zabić, rozumiała od pierwszego spotkania.
A jednak
Noel wcale nie brzmiał jak ktoś, kto drżał o swoje życie. W tym
świecie są istoty gorsze niż zdenerwowany wampir, pomyślała mimochodem, nie
po raz pierwszy tego dnia mając ochotę histerycznie się roześmiać.
Oczywiście.
Jej zaś myślenie o takich rzeczach przychodziło coraz bardziej naturalnie.
Usłyszała
westchnienie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że dźwięk wydał się
najpewniej z piersi Michaela. To i czyjeś kroki – być może Carlosa,
jeśli brat faktycznie zdecydował się go puścić. W pośpiechu dopadła do
końca korytarza, po czym z wolna wychyliła się zza zakrętu, by w półmroku
w końcu dostrzec trzy znajome sylwetki.
Noel stał
przyparty do ściany, jakby od niechcenia spoglądając na zaciskającego palce na
przodzie jego koszuli mężczyznę. Jego twarz nie wyrażała żądnych konkretnych
emocji – wyłącznie niezmącony spokój, bardziej porażający niż ten, który Mary
tak często wyczuwała u Michaela. Sam zainteresowany stał tuż obok, po
prostu biernie obserwując sytuację z niepewną miną i skrzyżowanymi na
piersi ramionami. Miała wrażenie, że w pewnym momencie jego spojrzenie na
krótką chwilę powędrowało ku miejsca, w którym stała, a przez twarz
przemknął cień, ale to stało się zbyt szybko, by nabrała pewności.
Jej uwaga momentalnie
skupiła się na Carlosie. Widziała zaledwie jego plecy, ale to nie miało
znaczenia. Choć trzymał się na nogach, im dłużej mu się przypatrywała, tym
pewniejsza była, że wychodziło mu to wyłącznie dzięki adrenalinie. Z zaskoczeniem
odkryła, że drżał – od nadmiaru emocji albo wysiłku; trudno jej było
jednoznacznie stwierdzić.
Napięte
mięśnie odznaczały się pod koszulą. Zmierzwione włosy wydawały się sterczeć we
wszystkie możliwe strony. Nie była w stanie dostrzec jego twarzy, ale i bez
tego czuła się tak, jakby mogła czytać w nim jak w otwartej księdze –
dostrzec wszystkie te skrajne emocje, nad którymi ledwo panował. To nie byłby
pierwszy raz, kiedy wpadał w gniew, wydając się chętnym, by roznieść
wszystko, co tylko znalazłoby się na jego drodze, a jednak… coś było nie
tak. Marty wyczuwała zmianę, której za żadne skarby nie potrafiła sprecyzować
ani pojąć.
Cisza dzwoniła
w jej uszach. Przez chwilę wydawało się, że w korytarzu królowała
wyłącznie ona – a także dwa oddechy, z czego jeden nienaturalnie
przyśpieszony. Carlos dyszał tak ciężko, jakby właśnie przyszło mu przebiec
maraton i to bez wcześniejszego przygotowania.
– To była
twoja decyzja. Mówiłem, że nie mam pojęcia, co się stanie – oznajmił Noel, jako
pierwszy przerywając milczenie. Jego głos był spokojny, ale Mary wyraźnie
wyczuła w nim surową nutę, której nie słyszała we wcześniejszych słowach
nieśmiertelnego. Coś sprawiło, że momentalnie poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Zdecydowałeś. Oto konsekwencje.
– Ale…
– Naprawdę
chcesz ze mną o tym dyskutować? Zdecydowałeś – powtórzył z naciskiem Noel,
spoglądając przyjacielowi w oczy. Carlos zamilkł, przez dłuższą chwilę zdolny
wyłącznie stać i bezmyślnie wpatrywać się w nieśmiertelnego. – Oboje
żyjecie. To wszystko, co mogę ci w tej chwili zaoferować… Jak już się
uspokoisz i będziesz miał ochotę mi podziękować, wiesz gdzie mnie znaleźć.
Wraz z tymi
słowami Noel po prostu bezceremonialnie odsunął przeciwnika z drogi, po
czym jakby od niechcenia ruszył w swoją stronę. Mary z opóźnieniem
uprzytomniła sobie, że mężczyzna zbliżył się do niej. Zesztywniała, przez
moment czując się jak przyłapane na gorącym uczynku dziecko. Instynktownie
spróbowała usunąć się na bok, by pozwolić mężczyźnie przejść, ale ten
najwyraźniej miał inne plany.
– Dobrze cię
widzieć – stwierdził, przystając u jej bok. Mary zesztywniała, kiedy tak
po prostu wyciągnął dłoń i pogładził ją po policzku. Jego dotyk lekki i przyjemny.
– Zbrodnią byłoby pozwolić, by niewinną
duszę pochłonęła śmierć.
– Ehm…
Dzięki?
Tylko na
tyle było ją stać. Stała spięta i oszołomiona, bezskutecznie próbując stwierdzić,
co tak naprawdę chodziło Noelowi po głowie. Nie znała go, jak przez mgłę pamiętając
wcześniejsze spotkanie. Był niczym cień – znała jego imię, ale nic ponadto. Tak
naprawdę pozostawało jej tylko wierzyć w to, że skoro wydawał się dość
przyjaźnie nastawiony do Alyssy, również wobec niej miał dobre intencje.
– Wybacz. –
Nie potrafiła nawet stwierdzić za co przepraszał: za dobór słów czy to, że
wzbudził w niej wątpliwości. Na pewno nie za dotyk, bowiem jeszcze przez
chwilę trzymał dłoń na jej twarzy, zupełnie jakby było to czymś
najnormalniejszym na świecie. Jego oczy okazały się intensywnie niebeskie,
niczym nieskazitelne niebo w środku lata. – Gdybyś czegoś potrzebowała,
możeś śmiało prosić. Przyjaciółka Ariany jest ważna również dla mnie. No i… –
Zamilkł, a jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało ku miejsca, w którym
stał Carlos. Ostatecznie Noel ograniczył się do potrząśnięcia głową. – Tak.
Dobrze widzieć cię całą i zdrową, Mary.
Ograniczyła
się do niepewnego skinięcia. Nie była w stanie wykrztusić z siebie
nawet słowa, zdolna co najwyżej obserwować tego mężczyznę, kiedy ostatecznie
zostawił ją i oddalił się w swoją stronę. Nawet gdy już zniknął jej z oczu,
była w stanie co najwyżej tkwić w miejscu i spoglądać w ślad
za nim. Wciąż czułą się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją po głowie;
to, co działo się wokół niej, nie ułatwiało.
– On tak po
prostu… – doszło ją jakby z oddali. Głos Carlosa był cichy, on sam zaś
brzmiał tak, jakby cedził kolejne słowa. Nie od razu Mary zdecydowała się
odwrócić w jego stronę. – Nieważne.
Wciąż stał
zwrócony plecami do wszystkich. Zauważyła, że opierał się o ścianę, dłonie
nerwowo zaciskając w pięści. Nadal drżał, nieuspokojony nawet mimo
odejścia Noela. W zasadzie wrażenie było takie, jakby ignorancja
przyjaciela jedynie bardziej wytrąciła Carlosa z równowagi.
Mary
zawahała się, w milczeniu spoglądając to na niego, to znów na bezradnie
obserwującego brata Michaela. Nie widząc już sensu w udawaniu, że wcale
nie stała kilka metrów dalej, z wolna podeszła bliżej. Z jakiegoś
powodu to, że Carlos nawet nie drgnął, zaniepokoiło ją bardziej, niż gdyby zaczął
ją obserwować.
– Coś jest
nie tak? – zapytała wprost, sama niepewna do kogo powinna zwrócić się z tym
pytaniem.
Michael
wyglądał na chętnego, by jej odpowiedzieć, ale nie miał po temu okazji. Przeszkodziło
mu pełne niedowierzania prychnięcie, które wyrwało się z gardła młodszego z Sorentich.
– Czy coś
jest nie tak? – powtórzył, nie kryjąc złośliwości. – Ależ skąd! Wszystko w kurewskim
porządku.
– Carlos…
Nawet nie
spojrzał na brata. W końcu odsunął się od ściany, zwracając twarzą do
zebranych. Serce Mary zatrzymało się na ułamek sekundy – i to tylko po to,
by po chwili wrócić do względnie normalnego rytmu. Przez krótką chwilę miała
niejasne wrażenie, że zobaczy coś, czego nie powinna, ale nic podobnego nie
miało miejsca. Carlos wyglądał jak zwykle – może i zmęczony, a już na
pewno wzburzony, ale…
Ich
spojrzenia spotkały się na zaledwie ułamek sekundy. Prawie natychmiast odwrócił
wzrok, jakby patrzenie jej w oczy sprawiało mu wręcz fizyczny ból.
– W jednym
miał rację – mruknął i choć spuścił z tonu, jego słowa wciąż
przyprawiały o dreszcze. – Dobrze, że nie umarłaś.
Nie dodał
niczego więcej. W zamian również odszedł, niemalże biegiem ruszając w przeciwnym
kierunku niż ten, który wybrał Noel. Mary znów mogła co najwyżej podziwiać plecy
oddalającego się mężczyzny, ogarnięta przy tym coraz silniejszym przeczuciem,
że umykało jej coś istotnego. Bezradnie spojrzała na Michaela, ale ten tkwił w miejscu,
sprawiając wrażenie rozdartego między chęcią ruszenia za bratem, a natychmiastowej
ucieczki.
– Co go
ugryzło? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać. – Nie, serio. Co znów się
dzieje?
Twarz
wampira wykrzywił grymas.
– Uratował
cię. Tego się trzymajmy – zaproponował, ale Mary nie zamierzała ot tak
odpuścić.
– Pójdę za
nim – zagroziła i tyle wystarczyło, by przekonać Michaela do współpracy.
W poddańczym
geście uniósł obie ręce ku górze. Już nie wyglądał na aż tak chętnego do
rozmowy – nie tak jak wtedy, gdy razem siedzieli w pokoju, mówiąc o przeszłości.
– Nie wiem,
co zrobił. Ani Carlos, ani Noel – zastrzegł pośpiesznie. – To chyba układ,
który rozumieją tylko oni… Ważne, że cię uratowali.
– Ale?
Bo
przecież zawsze musi być jakieś „ale”…
Istniało
również tym razem.
– Nie
zauważyłaś, prawda? – Michael westchnął bezgłośnie. – Nie wiem, co się stało –
podjął niechętnie – ale Carlos nieźle namieszał. Och, a poza tym znów jest
człowiekiem.
Dobry wieczór? Zostawię to tutaj, bo w końcu się doczekałam – napisałam wprost to, co próbowałam zasugerować od samego początku. Ludzki Carlos, który nieświadomie oddał wampiryzm za życie Mary, to coś na co czekałam bardzo długo. :3Dziękuję ślicznie za obecność. Tak więc zostawiam to tutaj i do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz