Alexander
O jasna cholera, to ma być
taras?!
Zmrużył
oczy w jasnym blasku. Machinalnie osłonił twarz ramieniem, próbując jak
najszybciej przywyknąć do nieoczekiwanej jasności. W słonecznym blasku
było coś kojącego, zwłaszcza teraz, gdy całym sobą czuł, że już nigdy więcej
nie znacznie postrzegać dnia i nocy w ten sam sposób.
Zamrugał.
Pierwszy szok minął, w końcu pozwalając mu rozejrzeć się po zaskakująco
okazałej, zdecydowanie nie przypominającej typowego tarasu przestrzeni. W tamtej
chwili Alex nabrał pewności co do jednego: nigdy nie należało ufać wampirom. I to
nawet tym, które podobno miały dobre zamiary. Najwyraźniej ich rozumienie
świata różniło się od ludzkiego i to pod każdym względem.
Adekwatniejszym
od tarasu wydawało mu się określenie tego miejsca ogrodem… Albo szklarnią, bo
mimo zaskakującej przestrzeni i jasności, miejsce okazało się ograniczone.
Szklane ściany tworzyły coś na kształt zbiegającej się gdzieś w samym
centrum kopuły. Zaskoczyła go wszechobecna zieleń i widok roślin, których w większości
nie potrafił nazwać. Nie żeby w ogóle znał się na kwiatach, ale i tak
miał pewność, że wonne kwiaty nie przypominały tych, które widywał w kwiaciarniach
albo które przeciętna gospodyni domowa mogłaby hodować w doniczce.
Wydawały się zbyt egzotyczne.
Dookoła
panowała duchota, ale to mu nie przeszkadzało. Mimo wszystko zsunął z ramion
kurtkę, w zamyśleniu wodząc wzrokiem dookoła. Bez pośpiechu ruszył przed
siebie, ostrożnie stawiając kolejne kroki po żwirowej, chrzęszczącej przy
każdym ruchu ścieżce. Dookoła panowała cisza i tylko to pozwoliło mu
nabrać pewności, że nie znajdował się w lesie czy jakimś rajskim ogrodzie.
Słodycz
kwiatów miała w sobie coś przytłaczającego. Zakręciło mu się w głowie,
ale nie miał pewności dlaczego – przez nadmiar wrażeń czy jednak zbyt
intensywne bodźce.
Zamknął
oczy, próbując się uspokoić. Możliwe, że tak było lepiej. W miejscu takie
jak to mógł przynajmniej spróbować się wyciszyć. Nie byłby zaskoczony, gdyby
okazało się, że ten mężczyzna – Noel, czy jak tam zwracała się do niego Alyssa
– właśnie tego oczekiwał, sugerując spacer na „taras”.
Wszystko
wydawało się zbyt nagłe i nienaturalne. Alex czuł się jak we śnie i to
aż nadto gwałtownym. W jednej chwili tkwił w koszmarze, próbując
przyswoić sobie rzeczy, których żaden normalny człowiek nie uznałby za
prawdopodobne, a w następnej… tkwił tutaj. I, cholera, nie miał pojęcia
czy to dobrze, czy może wstęp do czegoś gorszego. Dla kogoś, od kogo wymagano
zdrowego rozsądku, to zdecydowanie nie było proste.
Zdrowy
rozsądek, tak… Zwłaszcza gdy zamierzasz się na wampira z bronią.
Wciąż nie
dowierzał temu, co zaszło w akademiku. Tak naprawdę do samego końca nie
przyjmował do wiadomości, że w istocie miałby do czynienia z wampirami.
Łatwiej było udawać, że oszalał albo był zdesperowany, za wszelką cenę szukając
wymówek do uznania, że „nowa rodzina” Alyssy była co najmniej podejrzana.
Niemalże czekał na konfrontację, z łatwością mogąc wyobrazić sobie, jak
przyjaciółka najzwyczajniej w świecie go wyśmiewa. Wolałby, żeby do tego
doszło, a jednak świat już dawno temu stanął na głowie i nic nie
wskazywało na to, by zamierzał wrócić na właściwe tory.
Alex miał
wrażenie, że balansował gdzieś na granicy szaleństwa od dawien dawna. Praca w policji
miała to do siebie, że nie należała do najłatwiejszych. Chciał czy nie, na
życzenie dostrzegał rzeczy, o których lepiej byłoby się nie dowiedzieć.
Ludzie bywali okrutni – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Z każdym
dniem dostrzegał to coraz wyraźniej, choć żadna ze spraw, z którymi
przychodziło mu się mierzyć, nie była aż tak szokująca jak śmierć siostry. W gruncie
rzeczy wszystko prędzej czy później sprowadzało się do Jessicki i szukania
sprawiedliwości, która nigdy nie nadeszła. Gdy do tego wszystkiego czuł, że
ktokolwiek mógłby zagrażać Mary i Alyssy…
Przez lata
widział wiele. Cierpliwie szukał, póki nie zabrnął do rejonów, o których
rozsądny człowiek zdecydowanie by nie pomyślał. Było tak wiele rzeczy, których
nie powiedział tym dwóm…
Zacisnął
usta. Kojący czy nie, panujący w ogrodzie spokój jedynie pobudzał do
myślenia, a to zdecydowanie nie było mu na rękę. W tamtej chwili
pożałował, że nie miał przy sobie paczki fajek albo – jeszcze lepiej! –
kieliszka z czymś mocniejszym. To był jeden z tych momentów, w którym
każdy nałóg wydawał się zdrowszy i mniej szkodliwy od dalszego
zadręczania.
Jego kroki
wydawały się nienaturalnie głośne, kiedy w końcu ruszył się z miejsca.
Żwir chrzęścił pod stopami, cichnąc dopiero w momencie, w którym
Alexander przystanął w pobliżu jednej z przeszklonych ścian szklarni.
Dopiero wtedy zwrócił uwagę na dość istotny, co najmniej zaskakujący szczegół i to
wystarczyło, żeby na moment wytrącić mężczyznę z równowagi.
Śnieg.
Wszechobecna
biel kontrastowała z zielenią otaczających go roślin. Na zewnątrz świat
okazał się diametralnie inny – pozbawiony kolorów i zimny. Alex zamrugał,
przez moment czując się tak, jakby ktoś zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Na
litość Boską, zaraz będziemy mieli lato!, zaoponował w duchu, choć w całym
tym szaleństwie pogoda wydawała się najmniejszym problemem. Mimo to podszedł
bliżej, w zamyśleniu dotykając szkła i wzdrygając się, kiedy poczuł
bijący z zewnątrz chłód. Obserwował wirujące leniwie płatki, próbując
uporządkować coś, co już na pierwszy rzut oka nie miało żadnego sensu.
– Nie
jesteśmy już w Waszyngtonie.
Wzdrygnął
się i natychmiast odwrócił, w ostatniej chwili powstrzymując
instynktowne pragnienie, żeby sięgnąć po broń. Z opóźnieniem uświadomił
sobie, że kabura i tak była pusta po tym jak Carlos z łatwością
rozbroił go jeszcze w akademiku. Nie żeby broń w ogóle miała
zadziałać na którąkolwiek z obecnych w budynku istot, ale mimo
wszystko…
Kobieta –
Megan, o ile się nie mylił – uśmiechnęła się łagodnie, jednak wcale go tym
nie uspokoiło. Zarówno w jej spojrzeniu, jak i sposobie, w jaki
się poruszało, kojarzyło mu się z polującym drapieżnikiem.
– Wybacz.
Nie przywykłam do ludzi pod jednym dachem – podjęła jak gdyby nigdy nic
wampirzyca. Niedbałym ruchem odgarnęła kosmyk czarnych włosów, które opadły jej
na twarz. Alex z opóźnieniem uprzytomnił sobie, że właściwie nie odrywał
wzroku od pełnych ust, w pamięci wciąż mając parę kryjących się tuż za
nimi, wyostrzonych kłów. – Wracając do tematu… To nie Waszyngton.
–
Zauważyłem – wymamrotał, w porę biorąc się w garść.
Megan
skinęła głową. Mógł tylko zgadywać, co tak naprawdę działo się w jej
głowie. Wyglądała na spokojną i zdecydowaną, a to zdecydowanie nie
wróżyło dobrze. Tak przynajmniej sądził Alexander, nie mogąc pozbyć się
wrażenia, że w istocie miał do czynienia z dzikim zwierzęciem, jasno
wyznaczającym granice swojego terytorium.
Parsknęła i to
wystarczyło, by pojął, że podczas gdy sam miał problem z rozróżnieniem jej
intencji, ona mogła dostrzec o wiele więcej, niż mógłby sobie tego życzyć.
Och, poza
tym prawie na pewno siedziała mu w głowie.
– Nie mogłam
postąpić inaczej. Tu jest bezpiecznie, przynajmniej na razie – stwierdziła
kobieta, wzruszając ramionami. – Spotkanie Ariany z ojcem skończyłoby się
tragicznie.
– Z ojcem…
– Wiesz o kim
mówię.
Nie
zaprzeczył, choć miał na to ochotę. Temat był równie wrażliwy, co i próby
zaczęcia zwracania się do przyjaciółki inaczej niż Alyssa. Umysł Alexa
najzwyczajniej w świecie odmawiał przyjęcia do wiadomości wszystkich
nowych faktów i to niezależnie od tego, w co już przyszło mu wierzyć.
Wampiry i demony? Proszę bardzo! Ale sam książę ciemności, podający się za
ojca rzekomo odrodzonej księżniczki? Po stokroć nie!
Megan
zmierzyła go dziwnym, wymownym spojrzeniem. Kilka sekund wystarczyło, by poczuł
się jeszcze bardziej nieswojo, momentalnie pragnąć zniknąć jej z oczu.
Zauważył, że rozchyliła usta, ale ostatecznie nie odważała się nawet słowem.
Jakby tego było mało, tym razem nie dostrzegł kłów, choć do samego końca ich
wypatrywał.
– Gdybyś
czegoś potrzebował, proś śmiało. Cały dom jest do waszej dyspozycji – oznajmiła,
jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. Wyprostowała się, po czym wymownie
rozejrzała dookoła. – Uwielbiam ten ogród.
– Twój…
przyjaciel mówił o „tarasie” – poprawił ją machinalnie.
– Bo kiedyś
był tutaj taras – oznajmiła, krzyżując ramiona na piersiach. – To ja uparłam
się na ogród. W tych warunkach nie miałam co liczyć, a jak się nie
ma, co się lubi…
– Więc skąd
ten mroźny klimat? – zapytał, nie mogąc się powstrzymać.
Megan
zdecydowanie nie kojarzyła mu się z osobą, która lubiła słońce. W zasadzie
obserwowanie jej na tle tych wszystkich kwiatów, było co najmniej dziwne.
Wyglądała mu raczej na uosobienie zimy – śmiertelnie blada, zwłaszcza w zestawieniu
jej skóry z czarnymi, gęstymi włosami. Nawet spojrzenie miało w sobie
coś, co momentalnie przyprawiało o dreszcze, o wiele skuteczniej niż
panująca na zewnątrz zawierucha.
– Kiedy
szuka się schronienia, nie ma co wybrzydzać – odparła wymijająco wampirzyca. –
Oczywiście to nie tak, że stąd nie ma wyjścia. W pobliżu jest nawet
miasto, gdyby cię to interesowało, aczkolwiek… wychodzenie to zły pomysł. Nie w pojedynkę.
Zamrugał, z zaskoczeniem
uświadamiając sobie, że go przejrzała. Co prawda słowem nie wspomniał o szukaniu
wyjścia, ale jakaś jego cząstka właśnie tego potrzebowała. Myśl o tym, że
mieliby tutaj utknąć, była co najmniej niepokojąca, niezależnie od powodów,
które doprowadziły ich do tego miejsca. Właśnie wtedy z całą mocą dotarło
do niego, że zaczynał czuć się klaustrofobicznie, przytłoczony nie tyle
zamknięciem, co nadmiarem wątpliwości i myśli, których wolałby jak
najszybciej się pozbyć.
Tym razem
nie próbował odpowiadać, ale i Megan nie wydawała się palić do ciągnięcia
dyskusji. Spojrzał na nią z powątpiewaniem, w – miał nadzieję –
dyskretny sposób, próbując stwierdzić, dlaczego w ogóle przyszła. Nie
rozmawiali i tak naprawdę nie chciał tego zmieniać. Jej obecność wręcz
sprawiała, że zaczynał czuć się jak intruz, choć uczucie to w żadnym
stopniu nie wydało mu się problematyczne. Miał dość powodów, żeby tu być.
Wbił wzrok w śnieg
na zewnątrz, wciąż zamyślony. Myśl o tym, że gdzieś w pobliżu mogło
znajdować się jakiekolwiek miasto, była pocieszająca i abstrakcyjna
zarazem. Na pierwszy rzut oka po drugiej stronie królowała wyłącznie biel.
Śnieg przysłaniał wszystko, choć gdy Alexander przyjrzał się dokładniej, zdołał
dostrzec majaczące w oddali, przypominające drzewa kształty. Gdziekolwiek
się znajdowali, zdecydowanie nie przebywali w miejscu, w którym
często pojawiali się ludzie. Był tego bardziej niż pewny, łatwo mogąc wyobrazić
sobie jakiś okazały, rzucający się w oczy dwór na pustkowiu.
Niezbyt
dobre miejsce na kryjówkę…
Ale wcale
nie był tego taki pewien. Może w istocie najciemniej było pod latarnią… A może
przed tymi, których powinni się obawiać, nie było ucieczki.
Nie miał
pewności, która z tych perspektyw wzbudzała w nim silniejszy
niepokój.
– A tak
w ogóle, to kim…? – zaczął i zaraz urwał, z opóźnieniem
uprzytomniając sobie, że został w ogrodzie sam. Megan zniknęła, oddalając
się równie nagle i bezszelestnie, co wcześnie się pojawiła. Alex potarł skronie,
czując nadciągający ból głowy. – No, jasne…
Powinien
się uspokoić, ale samotność okazała się gorsza od wątpliwości, które wzbudzała w nim
Megan. Obcowanie ze swoimi myślami było ostatnim, czego potrzebował. Znów
pożałował, że nie miał przy sobie niczego, co mogłoby choć trochę rozproszyć
jego uwagę. Do diabła, musiał zapalić. Albo jednak się napić, najlepiej raz a porządnie,
zanim…
– To chodź.
Nie miał
czasu, by choćby spróbować przetrawić to, że jednak nie był sam. Ledwo poderwał
głowę, natrafił na przenikliwe spojrzenie skupionych, ciemnych oczu. Carlos wyglądał
co najmniej marnie, blady i wymęczony. Alexander mimowolnie się spiął, w pamięci
aż za dobrze mając drapieżny uśmiech i bijącą od wampira niechęć, ale mimo
wszystko nie poczuł się bliskością mężczyzny zaniepokojony.
– Niby
gdzie? – zapytał bez przekonania.
Przez twarz
Carlosa przemknął cień. Wampir wyprostował się i podszedł bliżej, wydając
się nie zastanawiać nad tym, co robił i dokąd zmierzał. Nie wyglądał na
zainteresowanego ogrodem, kwiatami czy czymkolwiek innym. W zasadzie patrząc
na jego minę, Alex miał wrażenie, że stojący przed nim nieśmiertelny co
najwyżej marzył o rozniesieniu pierwszej rzeczy, która wpadłaby mu w ręce…
Albo osoby.
Nawet się
nie cofnął, choć przez moment miał na to ochotę. A to niby instynkt
samozachowawczy Mary wyjechał na wakacje…
–
Gdziekolwiek. Nie wiem, muszę stąd wyjść. – Carlos zacisnął usta. – Picie to
też jakaś opcja.
– Skąd ty…?
– Mówiłeś
do siebie – zniecierpliwił się Carlos. – Zresztą nieważne. Idziesz czy nie?
Alex
spojrzał na niego z powątpiewaniem, co najmniej skonsternowany. Nie tego
się spodziewał. W zasadzie Carlos brzmiał na zdesperowanego i to
nawet bardziej niż wtedy, gdy rzucił się ratować Mary. Sam ten moment również
przypominał sen – surrealistyczny koszmar, którego mimo usilnych starań nie
potrafił wyrzucić z pamięci. Pamiętał to i własną bezsilność, podczas
gdy Carlos… Cóż, zachowywał się jak desperat.
Te
wspomnienia bolały, tak jak i poczucie, że podczas gdy wampir zawzięcie
walczył o życie Mary, on sam po prostu się poddał. To nie on powinien z taką
zawziętością robić wszystko, byleby przywrócić dziewczynie życie. Nie on znał
Mary od lat, nie on traktował ją jak siostrę, a jednak…
– Jak sobie
chcesz – doszedł go rozdrażniony głos Carlosa.
Tyle
wystarczyło, by sprowadzić Alexa na ziemię. Uświadomił sobie, że przez dłuższą
chwilę trwał w całkowitym bezruchu, bezmyślnie spoglądając przed siebie.
Zanim odzyskał głos i ruszył się z miejsca, Carlos zdążył już zwrócić
się do niego plecami i szybkim krokiem podążyć z powrotem ku wyjściu.
– Czekaj! –
zreflektował się pośpiesznie Alex. – Na początek może przestańcie mi to robić,
co? Czuje się nieswojo – wyrzucił z siebie na wydechu.
Mężczyzna
przystanął tylko po to, by rzucić Alexandrowi wymowne, zdystansowane
spojrzenie.
– Niby co?
– Siedzieć
mi w głowie! – jęknął i prawie natychmiast pożałował tych słów. Wypowiedzenie
ich na głos sprawiło, że zabrzmiały jeszcze gorzej niż gdy po prostu
podejrzewał, że ktokolwiek mógłby reagować na jego myśli. – To… frustrujące.
Och,
żeby tylko!
Przez twarz
Carlosa przemknął cień. Momentalnie odwrócił wzrok.
– Nie
przesadzaj – mruknął bez większego zainteresowania. – Powiedziałem już, że mówiłeś
do siebie. Nie interesuje mnie, co dzieje się w twojej głowie.
– Ale…
– Nie siedzę
ci w głowie! – powtórzył z naciskiem Carlos, nagle podnosząc głos.
Alex cofnął się, co najmniej zaskoczony wybuchem.
Przez
chwilę oboje trwali w ciszy, on uważnie mierząc towarzysza wzrokiem. Znów uderzył
go to, że Carlos wyglądał na zmęczonego. Już wcześniej nie wyglądał dobrze,
jakkolwiek dziwne by się to nie wydawało w przypadku kogoś, kto okazyjnie
popijał krew. Nie żeby ktoś wydawał się tym wyjątkowo przejęty, ale to i tak
dało Alexowi do myślenia. Cokolwiek wydarzyło się, gdy Mary odzyskała
przytomność, musiało mieć z tym jakiś związek.
Nie
rozumiał. Poniekąd wcale nie chciał, czując, że łącząc fakty jedynie bardziej
skomplikowałby to, co już i tak go przerastało. W ciszy czekał na
rozwój sytuacji, próbując ignorować przenikliwe spojrzenie wyraźnie
poirytowanego Carlosa. Słyszał jego przyśpieszony oddech – kolejne wdechy, gdy
mężczyzna raz po raz zasysał powietrze przez zaciśnięte zęby. Rozsądek
podpowiadał, że drażnienie kogoś, kto pewnie niejednemu człowiekowi w przeszłości
przetrącił kark, nie było dobry pomysłem, ale z drugiej strony… Alex wcale
nie czuł się zagrożony.
Carlos
zacisnął pięści – tylko na chwilę, bo prawie natychmiast zwiesił ramiona, nagle
się rozluźniając. Zupełnie jakby w ułamku sekundy opuściły go siły.
– Czy
wszystko… w porządku? – zaryzykował Alexander.
To pytanie
przyszło mu w pełni naturalne, choć i tak wydawało się ryzykowne.
Wysilił się na spokojny, ostrożny ton głosu, starannie ważąc kolejne słowa. W ten
sposób czasem był zmuszony rozmawiać z osobami, które wciąż pozostawały
pod wpływem silnych emocji. Czuł się przy tym tak, jakby stąpał po cienkim lodzie,
niemalże spodziewając się, że ten nagle się załamie. Sęk w tym, że reakcja
zszokowanego wieścią o śmierci bliskiej osoby człowieka czy uzbrojonego
przestępcy wciąż wydawała się łatwiejsza do przewidzenia, niż próba stwierdzenia,
co w następnej chwili zrobi poirytowany wampir.
Spodziewał
się wielu rzeczy, ale nie tego, że Carlos po prostu się roześmieje. To był
gorzki, pozbawiony oznak wesołości śmiech – zwykłe parsknięcie, które w jakiś
pokrętny sposób sprawiło, że Alex naprawdę zaczął się martwić.
– Ta, jasne.
– Carlos nawet na niego nie spojrzał. Z uporem wpatrywał się w bliżej
nieokreślony punkt przestrzeni. – Jest świetnie. Przecudownie… Idziesz czy nie?
Tym razem
Alex powstrzymał się od komentarza i pytań. Właśnie słyszę, prychnął
w duchu, przez chwilę czekając na jakąkolwiek oznakę tego, że Carlos miał
szansę wychwycić tę myśl, ale nic podobnego nie miało miejsca. W gruncie
rzeczy to, czy mówił prawdę, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Pełne
wątpliwości, w pośpiechu ruszył za Carlosem. Dopiero wtedy mężczyzna
zdecydował się na niego spojrzeć, ale po wyrazie jego twarzy trudno było
stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Alex zwątpił w to, czy wampir w ogóle
zastanawiał się nad tym, kogo i dlaczego prosił o towarzystwo. Czuł
za to, że zostawienie Carlosa samego było co najmniej marnym pomysłem.
Dla
Alyssy… Bo najwyraźniej się o niego troszczy.
– Poczekaj
chwilę. Dokąd w ogóle się wybierasz, co? Megan twierdziła, że lepiej stąd
nie wychodzić i…
– Megan nie
chce być ze mną pod jednym dachem, jeśli zaraz się nie uspokoję – przerwał zniecierpliwionym
tonem Carlos. – Pomyślałem, że też będziesz chciał stąd wyjść. Ja bym chciał na
twoim miejscu.
– I dalej
upierasz się, że nie siedzisz mi w głowie?
– Nie
prowokuj mnie – obruszył się wampir. – Właśnie dlatego nie robię dobrych rzeczy,
wiesz? Każdy dobry uczynek prędzej czy później zawsze zostanie ukarany.
– Urżnąć się
w barze wcale nie brzmi jak dobry uczynek – mruknął przez przekonania
Alex.
Carlos
prychnął.
–
Oczywiście, że nie jak dobry uczynek – przyznał, wznosząc oczy ku górze. – Za
to jak sposób na życie jak najbardziej.
W tamtej
chwili sam zapragnął się roześmiać, co najmniej zaskoczony takim tonem
rozumowania. Nawet gdyby chciał zaprzeczyć, nie potrafił. Prawda była taka, że naprawdę
chciał w to wierzyć.
– Ale wciąż
mówimy o alkoholu, prawda? – Skrzyżował ramiona na piersi, próbując choć
sprawiać wrażenie kogoś, kto wcale nie czuł się przerażony perspektywą zostania
sam na sam z wampirem. Gdyby do tego wszystkiego przynajmniej miał przy
sobie broń… – Jeśli nagle skoczysz na polowanie, przysięgam, że znajdę sposób
na to, żeby cię zastrzelić – zapowiedział.
Mężczyzna
spojrzał na niego tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Zmrużył oczy, ale
nie wyglądał ani na rozeźlonego, ani tym bardziej rozbawionego. Było w jego
wyrazie twarzy coś, czego Alex w żaden sposób nie potrafił zinterpretować,
choć utwierdziło go w przekonaniu, że z Carlosem było gorzej niż mógłby
przypuszczać.
– Nie
przejmuj się. To akurat mi nie grozi – oznajmił, po raz kolejny uciekając
wzrokiem gdzieś w bok. – Nie każ mi żałować, że poprosiłem o towarzystwo.
Och, poprosiłeś?
Tę uwagę
Alexander również zostawił dla siebie. W gruncie rzeczy sam się nad tym zastanawiał
– nad „prośbą”, skoro Carlos w ten sposób upierał się to nazywać. Tym
bardziej nie rozumiał, dlaczego ot tak zgodził się towarzyszyć komuś, kogo
łatwo potrafił wyobrazić sobie jako własnego kata. Z drugiej strony, może
po tym jak zgodził się wpuścić tego wampira do radiowozu, mógł pozwolić sobie również
na dotrzymanie mu towarzystwa w innych warunkach.
No i była
jeszcze Mary. Chciał tego czy nie, zawdzięczał Carlosowi więcej niż chciał przyznać.
Nie ufał mu, oczywiście, ale w obecnej sytuacji nie mógł pozwolić sobie na
to, żeby narzekać.
W milczeniu
opuścili ogród. Alex chcąc nie chcąc pozwolił poprowadzić się labiryntem
korzystał wprost do wyjścia, próbując zdusić w sobie wątpliwości związane z perspektywą
wyjścia na zewnątrz.
Przez całą
drogę starał się ignorować raz po raz powracające ostrzeżenia Megan.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz