01 kwietnia 2020

Rozdział VII

Alexander
O jasna cholera, to ma być taras?!
Zmrużył oczy w jasnym blasku. Machinalnie osłonił twarz ramieniem, próbując jak najszybciej przywyknąć do nieoczekiwanej jasności. W słonecznym blasku było coś kojącego, zwłaszcza teraz, gdy całym sobą czuł, że już nigdy więcej nie znacznie postrzegać dnia i nocy w ten sam sposób.
Zamrugał. Pierwszy szok minął, w końcu pozwalając mu rozejrzeć się po zaskakująco okazałej, zdecydowanie nie przypominającej typowego tarasu przestrzeni. W tamtej chwili Alex nabrał pewności co do jednego: nigdy nie należało ufać wampirom. I to nawet tym, które podobno miały dobre zamiary. Najwyraźniej ich rozumienie świata różniło się od ludzkiego i to pod każdym względem.
Adekwatniejszym od tarasu wydawało mu się określenie tego miejsca ogrodem… Albo szklarnią, bo mimo zaskakującej przestrzeni i jasności, miejsce okazało się ograniczone. Szklane ściany tworzyły coś na kształt zbiegającej się gdzieś w samym centrum kopuły. Zaskoczyła go wszechobecna zieleń i widok roślin, których w większości nie potrafił nazwać. Nie żeby w ogóle znał się na kwiatach, ale i tak miał pewność, że wonne kwiaty nie przypominały tych, które widywał w kwiaciarniach albo które przeciętna gospodyni domowa mogłaby hodować w doniczce. Wydawały się zbyt egzotyczne.
Dookoła panowała duchota, ale to mu nie przeszkadzało. Mimo wszystko zsunął z ramion kurtkę, w zamyśleniu wodząc wzrokiem dookoła. Bez pośpiechu ruszył przed siebie, ostrożnie stawiając kolejne kroki po żwirowej, chrzęszczącej przy każdym ruchu ścieżce. Dookoła panowała cisza i tylko to pozwoliło mu nabrać pewności, że nie znajdował się w lesie czy jakimś rajskim ogrodzie.
Słodycz kwiatów miała w sobie coś przytłaczającego. Zakręciło mu się w głowie, ale nie miał pewności dlaczego – przez nadmiar wrażeń czy jednak zbyt intensywne bodźce.
Zamknął oczy, próbując się uspokoić. Możliwe, że tak było lepiej. W miejscu takie jak to mógł przynajmniej spróbować się wyciszyć. Nie byłby zaskoczony, gdyby okazało się, że ten mężczyzna – Noel, czy jak tam zwracała się do niego Alyssa – właśnie tego oczekiwał, sugerując spacer na „taras”.
Wszystko wydawało się zbyt nagłe i nienaturalne. Alex czuł się jak we śnie i to aż nadto gwałtownym. W jednej chwili tkwił w koszmarze, próbując przyswoić sobie rzeczy, których żaden normalny człowiek nie uznałby za prawdopodobne, a w następnej… tkwił tutaj. I, cholera, nie miał pojęcia czy to dobrze, czy może wstęp do czegoś gorszego. Dla kogoś, od kogo wymagano zdrowego rozsądku, to zdecydowanie nie było proste.
Zdrowy rozsądek, tak… Zwłaszcza gdy zamierzasz się na wampira z bronią.
Wciąż nie dowierzał temu, co zaszło w akademiku. Tak naprawdę do samego końca nie przyjmował do wiadomości, że w istocie miałby do czynienia z wampirami. Łatwiej było udawać, że oszalał albo był zdesperowany, za wszelką cenę szukając wymówek do uznania, że „nowa rodzina” Alyssy była co najmniej podejrzana. Niemalże czekał na konfrontację, z łatwością mogąc wyobrazić sobie, jak przyjaciółka najzwyczajniej w świecie go wyśmiewa. Wolałby, żeby do tego doszło, a jednak świat już dawno temu stanął na głowie i nic nie wskazywało na to, by zamierzał wrócić na właściwe tory.
Alex miał wrażenie, że balansował gdzieś na granicy szaleństwa od dawien dawna. Praca w policji miała to do siebie, że nie należała do najłatwiejszych. Chciał czy nie, na życzenie dostrzegał rzeczy, o których lepiej byłoby się nie dowiedzieć. Ludzie bywali okrutni – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Z każdym dniem dostrzegał to coraz wyraźniej, choć żadna ze spraw, z którymi przychodziło mu się mierzyć, nie była aż tak szokująca jak śmierć siostry. W gruncie rzeczy wszystko prędzej czy później sprowadzało się do Jessicki i szukania sprawiedliwości, która nigdy nie nadeszła. Gdy do tego wszystkiego czuł, że ktokolwiek mógłby zagrażać Mary i Alyssy…
Przez lata widział wiele. Cierpliwie szukał, póki nie zabrnął do rejonów, o których rozsądny człowiek zdecydowanie by nie pomyślał. Było tak wiele rzeczy, których nie powiedział tym dwóm…
Zacisnął usta. Kojący czy nie, panujący w ogrodzie spokój jedynie pobudzał do myślenia, a to zdecydowanie nie było mu na rękę. W tamtej chwili pożałował, że nie miał przy sobie paczki fajek albo – jeszcze lepiej! – kieliszka z czymś mocniejszym. To był jeden z tych momentów, w którym każdy nałóg wydawał się zdrowszy i mniej szkodliwy od dalszego zadręczania.
Jego kroki wydawały się nienaturalnie głośne, kiedy w końcu ruszył się z miejsca. Żwir chrzęścił pod stopami, cichnąc dopiero w momencie, w którym Alexander przystanął w pobliżu jednej z przeszklonych ścian szklarni. Dopiero wtedy zwrócił uwagę na dość istotny, co najmniej zaskakujący szczegół i to wystarczyło, żeby na moment wytrącić mężczyznę z równowagi.
Śnieg.
Wszechobecna biel kontrastowała z zielenią otaczających go roślin. Na zewnątrz świat okazał się diametralnie inny – pozbawiony kolorów i zimny. Alex zamrugał, przez moment czując się tak, jakby ktoś zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Na litość Boską, zaraz będziemy mieli lato!, zaoponował w duchu, choć w całym tym szaleństwie pogoda wydawała się najmniejszym problemem. Mimo to podszedł bliżej, w zamyśleniu dotykając szkła i wzdrygając się, kiedy poczuł bijący z zewnątrz chłód. Obserwował wirujące leniwie płatki, próbując uporządkować coś, co już na pierwszy rzut oka nie miało żadnego sensu.
– Nie jesteśmy już w Waszyngtonie.
Wzdrygnął się i natychmiast odwrócił, w ostatniej chwili powstrzymując instynktowne pragnienie, żeby sięgnąć po broń. Z opóźnieniem uświadomił sobie, że kabura i tak była pusta po tym jak Carlos z łatwością rozbroił go jeszcze w akademiku. Nie żeby broń w ogóle miała zadziałać na którąkolwiek z obecnych w budynku istot, ale mimo wszystko…
Kobieta – Megan, o ile się nie mylił – uśmiechnęła się łagodnie, jednak wcale go tym nie uspokoiło. Zarówno w jej spojrzeniu, jak i sposobie, w jaki się poruszało, kojarzyło mu się z polującym drapieżnikiem.
– Wybacz. Nie przywykłam do ludzi pod jednym dachem – podjęła jak gdyby nigdy nic wampirzyca. Niedbałym ruchem odgarnęła kosmyk czarnych włosów, które opadły jej na twarz. Alex z opóźnieniem uprzytomnił sobie, że właściwie nie odrywał wzroku od pełnych ust, w pamięci wciąż mając parę kryjących się tuż za nimi, wyostrzonych kłów. – Wracając do tematu… To nie Waszyngton.
– Zauważyłem – wymamrotał, w porę biorąc się w garść.
Megan skinęła głową. Mógł tylko zgadywać, co tak naprawdę działo się w jej głowie. Wyglądała na spokojną i zdecydowaną, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Tak przynajmniej sądził Alexander, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w istocie miał do czynienia z dzikim zwierzęciem, jasno wyznaczającym granice swojego terytorium.
Parsknęła i to wystarczyło, by pojął, że podczas gdy sam miał problem z rozróżnieniem jej intencji, ona mogła dostrzec o wiele więcej, niż mógłby sobie tego życzyć.
Och, poza tym prawie na pewno siedziała mu w głowie.
– Nie mogłam postąpić inaczej. Tu jest bezpiecznie, przynajmniej na razie – stwierdziła kobieta, wzruszając ramionami. – Spotkanie Ariany z ojcem skończyłoby się tragicznie.
– Z ojcem…
– Wiesz o kim mówię.
Nie zaprzeczył, choć miał na to ochotę. Temat był równie wrażliwy, co i próby zaczęcia zwracania się do przyjaciółki inaczej niż Alyssa. Umysł Alexa najzwyczajniej w świecie odmawiał przyjęcia do wiadomości wszystkich nowych faktów i to niezależnie od tego, w co już przyszło mu wierzyć. Wampiry i demony? Proszę bardzo! Ale sam książę ciemności, podający się za ojca rzekomo odrodzonej księżniczki? Po stokroć nie!
Megan zmierzyła go dziwnym, wymownym spojrzeniem. Kilka sekund wystarczyło, by poczuł się jeszcze bardziej nieswojo, momentalnie pragnąć zniknąć jej z oczu. Zauważył, że rozchyliła usta, ale ostatecznie nie odważała się nawet słowem. Jakby tego było mało, tym razem nie dostrzegł kłów, choć do samego końca ich wypatrywał.
– Gdybyś czegoś potrzebował, proś śmiało. Cały dom jest do waszej dyspozycji – oznajmiła, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. Wyprostowała się, po czym wymownie rozejrzała dookoła. – Uwielbiam ten ogród.
– Twój… przyjaciel mówił o „tarasie” – poprawił ją machinalnie.
– Bo kiedyś był tutaj taras – oznajmiła, krzyżując ramiona na piersiach. – To ja uparłam się na ogród. W tych warunkach nie miałam co liczyć, a jak się nie ma, co się lubi…
– Więc skąd ten mroźny klimat? – zapytał, nie mogąc się powstrzymać.
Megan zdecydowanie nie kojarzyła mu się z osobą, która lubiła słońce. W zasadzie obserwowanie jej na tle tych wszystkich kwiatów, było co najmniej dziwne. Wyglądała mu raczej na uosobienie zimy – śmiertelnie blada, zwłaszcza w zestawieniu jej skóry z czarnymi, gęstymi włosami. Nawet spojrzenie miało w sobie coś, co momentalnie przyprawiało o dreszcze, o wiele skuteczniej niż panująca na zewnątrz zawierucha.
– Kiedy szuka się schronienia, nie ma co wybrzydzać – odparła wymijająco wampirzyca. – Oczywiście to nie tak, że stąd nie ma wyjścia. W pobliżu jest nawet miasto, gdyby cię to interesowało, aczkolwiek… wychodzenie to zły pomysł. Nie w pojedynkę.
Zamrugał, z zaskoczeniem uświadamiając sobie, że go przejrzała. Co prawda słowem nie wspomniał o szukaniu wyjścia, ale jakaś jego cząstka właśnie tego potrzebowała. Myśl o tym, że mieliby tutaj utknąć, była co najmniej niepokojąca, niezależnie od powodów, które doprowadziły ich do tego miejsca. Właśnie wtedy z całą mocą dotarło do niego, że zaczynał czuć się klaustrofobicznie, przytłoczony nie tyle zamknięciem, co nadmiarem wątpliwości i myśli, których wolałby jak najszybciej się pozbyć.
Tym razem nie próbował odpowiadać, ale i Megan nie wydawała się palić do ciągnięcia dyskusji. Spojrzał na nią z powątpiewaniem, w – miał nadzieję – dyskretny sposób, próbując stwierdzić, dlaczego w ogóle przyszła. Nie rozmawiali i tak naprawdę nie chciał tego zmieniać. Jej obecność wręcz sprawiała, że zaczynał czuć się jak intruz, choć uczucie to w żadnym stopniu nie wydało mu się problematyczne. Miał dość powodów, żeby tu być.
Wbił wzrok w śnieg na zewnątrz, wciąż zamyślony. Myśl o tym, że gdzieś w pobliżu mogło znajdować się jakiekolwiek miasto, była pocieszająca i abstrakcyjna zarazem. Na pierwszy rzut oka po drugiej stronie królowała wyłącznie biel. Śnieg przysłaniał wszystko, choć gdy Alexander przyjrzał się dokładniej, zdołał dostrzec majaczące w oddali, przypominające drzewa kształty. Gdziekolwiek się znajdowali, zdecydowanie nie przebywali w miejscu, w którym często pojawiali się ludzie. Był tego bardziej niż pewny, łatwo mogąc wyobrazić sobie jakiś okazały, rzucający się w oczy dwór na pustkowiu.
Niezbyt dobre miejsce na kryjówkę…
Ale wcale nie był tego taki pewien. Może w istocie najciemniej było pod latarnią… A może przed tymi, których powinni się obawiać, nie było ucieczki.
Nie miał pewności, która z tych perspektyw wzbudzała w nim silniejszy niepokój.
– A tak w ogóle, to kim…? – zaczął i zaraz urwał, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że został w ogrodzie sam. Megan zniknęła, oddalając się równie nagle i bezszelestnie, co wcześnie się pojawiła. Alex potarł skronie, czując nadciągający ból głowy. – No, jasne…
Powinien się uspokoić, ale samotność okazała się gorsza od wątpliwości, które wzbudzała w nim Megan. Obcowanie ze swoimi myślami było ostatnim, czego potrzebował. Znów pożałował, że nie miał przy sobie niczego, co mogłoby choć trochę rozproszyć jego uwagę. Do diabła, musiał zapalić. Albo jednak się napić, najlepiej raz a porządnie, zanim…
– To chodź.
Nie miał czasu, by choćby spróbować przetrawić to, że jednak nie był sam. Ledwo poderwał głowę, natrafił na przenikliwe spojrzenie skupionych, ciemnych oczu. Carlos wyglądał co najmniej marnie, blady i wymęczony. Alexander mimowolnie się spiął, w pamięci aż za dobrze mając drapieżny uśmiech i bijącą od wampira niechęć, ale mimo wszystko nie poczuł się bliskością mężczyzny zaniepokojony.
– Niby gdzie? – zapytał bez przekonania.
Przez twarz Carlosa przemknął cień. Wampir wyprostował się i podszedł bliżej, wydając się nie zastanawiać nad tym, co robił i dokąd zmierzał. Nie wyglądał na zainteresowanego ogrodem, kwiatami czy czymkolwiek innym. W zasadzie patrząc na jego minę, Alex miał wrażenie, że stojący przed nim nieśmiertelny co najwyżej marzył o rozniesieniu pierwszej rzeczy, która wpadłaby mu w ręce… Albo osoby.
Nawet się nie cofnął, choć przez moment miał na to ochotę. A to niby instynkt samozachowawczy Mary wyjechał na wakacje…
– Gdziekolwiek. Nie wiem, muszę stąd wyjść. – Carlos zacisnął usta. – Picie to też jakaś opcja.
– Skąd ty…?
– Mówiłeś do siebie – zniecierpliwił się Carlos. – Zresztą nieważne. Idziesz czy nie?
Alex spojrzał na niego z powątpiewaniem, co najmniej skonsternowany. Nie tego się spodziewał. W zasadzie Carlos brzmiał na zdesperowanego i to nawet bardziej niż wtedy, gdy rzucił się ratować Mary. Sam ten moment również przypominał sen – surrealistyczny koszmar, którego mimo usilnych starań nie potrafił wyrzucić z pamięci. Pamiętał to i własną bezsilność, podczas gdy Carlos… Cóż, zachowywał się jak desperat.
Te wspomnienia bolały, tak jak i poczucie, że podczas gdy wampir zawzięcie walczył o życie Mary, on sam po prostu się poddał. To nie on powinien z taką zawziętością robić wszystko, byleby przywrócić dziewczynie życie. Nie on znał Mary od lat, nie on traktował ją jak siostrę, a jednak…
– Jak sobie chcesz – doszedł go rozdrażniony głos Carlosa.
Tyle wystarczyło, by sprowadzić Alexa na ziemię. Uświadomił sobie, że przez dłuższą chwilę trwał w całkowitym bezruchu, bezmyślnie spoglądając przed siebie. Zanim odzyskał głos i ruszył się z miejsca, Carlos zdążył już zwrócić się do niego plecami i szybkim krokiem podążyć z powrotem ku wyjściu.
– Czekaj! – zreflektował się pośpiesznie Alex. – Na początek może przestańcie mi to robić, co? Czuje się nieswojo – wyrzucił z siebie na wydechu.
Mężczyzna przystanął tylko po to, by rzucić Alexandrowi wymowne, zdystansowane spojrzenie.
– Niby co?
– Siedzieć mi w głowie! – jęknął i prawie natychmiast pożałował tych słów. Wypowiedzenie ich na głos sprawiło, że zabrzmiały jeszcze gorzej niż gdy po prostu podejrzewał, że ktokolwiek mógłby reagować na jego myśli. – To… frustrujące.
Och, żeby tylko!
Przez twarz Carlosa przemknął cień. Momentalnie odwrócił wzrok.
– Nie przesadzaj – mruknął bez większego zainteresowania. – Powiedziałem już, że mówiłeś do siebie. Nie interesuje mnie, co dzieje się w twojej głowie.
– Ale…
– Nie siedzę ci w głowie! – powtórzył z naciskiem Carlos, nagle podnosząc głos. Alex cofnął się, co najmniej zaskoczony wybuchem.
Przez chwilę oboje trwali w ciszy, on uważnie mierząc towarzysza wzrokiem. Znów uderzył go to, że Carlos wyglądał na zmęczonego. Już wcześniej nie wyglądał dobrze, jakkolwiek dziwne by się to nie wydawało w przypadku kogoś, kto okazyjnie popijał krew. Nie żeby ktoś wydawał się tym wyjątkowo przejęty, ale to i tak dało Alexowi do myślenia. Cokolwiek wydarzyło się, gdy Mary odzyskała przytomność, musiało mieć z tym jakiś związek.
Nie rozumiał. Poniekąd wcale nie chciał, czując, że łącząc fakty jedynie bardziej skomplikowałby to, co już i tak go przerastało. W ciszy czekał na rozwój sytuacji, próbując ignorować przenikliwe spojrzenie wyraźnie poirytowanego Carlosa. Słyszał jego przyśpieszony oddech – kolejne wdechy, gdy mężczyzna raz po raz zasysał powietrze przez zaciśnięte zęby. Rozsądek podpowiadał, że drażnienie kogoś, kto pewnie niejednemu człowiekowi w przeszłości przetrącił kark, nie było dobry pomysłem, ale z drugiej strony… Alex wcale nie czuł się zagrożony.
Carlos zacisnął pięści – tylko na chwilę, bo prawie natychmiast zwiesił ramiona, nagle się rozluźniając. Zupełnie jakby w ułamku sekundy opuściły go siły.
– Czy wszystko… w porządku? – zaryzykował Alexander.
To pytanie przyszło mu w pełni naturalne, choć i tak wydawało się ryzykowne. Wysilił się na spokojny, ostrożny ton głosu, starannie ważąc kolejne słowa. W ten sposób czasem był zmuszony rozmawiać z osobami, które wciąż pozostawały pod wpływem silnych emocji. Czuł się przy tym tak, jakby stąpał po cienkim lodzie, niemalże spodziewając się, że ten nagle się załamie. Sęk w tym, że reakcja zszokowanego wieścią o śmierci bliskiej osoby człowieka czy uzbrojonego przestępcy wciąż wydawała się łatwiejsza do przewidzenia, niż próba stwierdzenia, co w następnej chwili zrobi poirytowany wampir.
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że Carlos po prostu się roześmieje. To był gorzki, pozbawiony oznak wesołości śmiech – zwykłe parsknięcie, które w jakiś pokrętny sposób sprawiło, że Alex naprawdę zaczął się martwić.
– Ta, jasne. – Carlos nawet na niego nie spojrzał. Z uporem wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. – Jest świetnie. Przecudownie… Idziesz czy nie?
Tym razem Alex powstrzymał się od komentarza i pytań. Właśnie słyszę, prychnął w duchu, przez chwilę czekając na jakąkolwiek oznakę tego, że Carlos miał szansę wychwycić tę myśl, ale nic podobnego nie miało miejsca. W gruncie rzeczy to, czy mówił prawdę, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Pełne wątpliwości, w pośpiechu ruszył za Carlosem. Dopiero wtedy mężczyzna zdecydował się na niego spojrzeć, ale po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Alex zwątpił w to, czy wampir w ogóle zastanawiał się nad tym, kogo i dlaczego prosił o towarzystwo. Czuł za to, że zostawienie Carlosa samego było co najmniej marnym pomysłem.
Dla Alyssy… Bo najwyraźniej się o niego troszczy.
– Poczekaj chwilę. Dokąd w ogóle się wybierasz, co? Megan twierdziła, że lepiej stąd nie wychodzić i…
– Megan nie chce być ze mną pod jednym dachem, jeśli zaraz się nie uspokoję – przerwał zniecierpliwionym tonem Carlos. – Pomyślałem, że też będziesz chciał stąd wyjść. Ja bym chciał na twoim miejscu.
– I dalej upierasz się, że nie siedzisz mi w głowie?
– Nie prowokuj mnie – obruszył się wampir. – Właśnie dlatego nie robię dobrych rzeczy, wiesz? Każdy dobry uczynek prędzej czy później zawsze zostanie ukarany.
– Urżnąć się w barze wcale nie brzmi jak dobry uczynek – mruknął przez przekonania Alex.
Carlos prychnął.
– Oczywiście, że nie jak dobry uczynek – przyznał, wznosząc oczy ku górze. – Za to jak sposób na życie jak najbardziej.
W tamtej chwili sam zapragnął się roześmiać, co najmniej zaskoczony takim tonem rozumowania. Nawet gdyby chciał zaprzeczyć, nie potrafił. Prawda była taka, że naprawdę chciał w to wierzyć.
– Ale wciąż mówimy o alkoholu, prawda? – Skrzyżował ramiona na piersi, próbując choć sprawiać wrażenie kogoś, kto wcale nie czuł się przerażony perspektywą zostania sam na sam z wampirem. Gdyby do tego wszystkiego przynajmniej miał przy sobie broń… – Jeśli nagle skoczysz na polowanie, przysięgam, że znajdę sposób na to, żeby cię zastrzelić – zapowiedział.
Mężczyzna spojrzał na niego tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Zmrużył oczy, ale nie wyglądał ani na rozeźlonego, ani tym bardziej rozbawionego. Było w jego wyrazie twarzy coś, czego Alex w żaden sposób nie potrafił zinterpretować, choć utwierdziło go w przekonaniu, że z Carlosem było gorzej niż mógłby przypuszczać.
– Nie przejmuj się. To akurat mi nie grozi – oznajmił, po raz kolejny uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Nie każ mi żałować, że poprosiłem o towarzystwo.
Och, poprosiłeś?
Tę uwagę Alexander również zostawił dla siebie. W gruncie rzeczy sam się nad tym zastanawiał – nad „prośbą”, skoro Carlos w ten sposób upierał się to nazywać. Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego ot tak zgodził się towarzyszyć komuś, kogo łatwo potrafił wyobrazić sobie jako własnego kata. Z drugiej strony, może po tym jak zgodził się wpuścić tego wampira do radiowozu, mógł pozwolić sobie również na dotrzymanie mu towarzystwa w innych warunkach.
No i była jeszcze Mary. Chciał tego czy nie, zawdzięczał Carlosowi więcej niż chciał przyznać. Nie ufał mu, oczywiście, ale w obecnej sytuacji nie mógł pozwolić sobie na to, żeby narzekać.
W milczeniu opuścili ogród. Alex chcąc nie chcąc pozwolił poprowadzić się labiryntem korzystał wprost do wyjścia, próbując zdusić w sobie wątpliwości związane z perspektywą wyjścia na zewnątrz.
Przez całą drogę starał się ignorować raz po raz powracające ostrzeżenia Megan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz