Wzięli samochód. Alex z zaskoczeniem
przekonał się, że odkrycie podziemnego garażu wydało mu się całkiem naturalne. W zasadzie…
Czemu nie? Po wylądowaniu w świecie pełnym wampirów, aniołów i cholera
wie czego jeszcze, widok drogich aut nie zrobił na nim takiego wrażenia. Myśl,
by zostać sam na sam z Carlosem, tym bardziej nie.
Nie odezwał
się nawet słowem, kiedy jego towarzysz zdecydował się odpalić silnik w… co
najmniej niekonwencjonalny sposób. Alex dobrze znał tę sztuczkę; dwa kabelki,
krótkie spięcie – tylko tyle, by obejść konieczność posiadania kluczyków. Wtedy
też zrozumiał, że nikt nie wiedział o ich małej wyprawie, ale zdecydował
się tego nie komentować.
– Ja
prowadzę – zasugerował jedynie po wpływem impulsu.
Spodziewał
się odmowy, najpewniej okraszonej jakimś złośliwym komentarzem, jednak nic
podobnego nie miało miejsca. Carlos jedynie wzruszył ramionami, po czym jak
gdyby nigdy nic przesunął się na bok, by ustąpić mu miejsca za kierownicą.
Alexowi
wciąż towarzyszyły wątpliwości, gdy wyprowadzał samochód z garażu. Znów
uderzyła go wszechobecna biel padającego śniegu. Zimowy krajobraz wydawał się
nienaturalny, zwłaszcza że do świadomości policjanta wciąż wdzierała się tylko
jedna myśl: Na Boga, zaraz będziemy mieli lato! Nawet to, co powiedziała
mu Megan, niczego nie ułatwiało. Wtedy nie zażądał szczegółów, ale dalsze
udawanie, że wciąż przebywali w Waszyngtonie, nie miało sensu.
Kątem oka
spojrzał na Carlosa, ale ten pogrążony był we własnych myślach. Przynajmniej
takie wrażenie sprawiał, bez większego zainteresowania spoglądając w przednią
szybę. Mimo wszystko Alexowi wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się,
że jego towarzyszysz był zdenerwowany. Ba! Że chodziło o coś więcej!
Napięte mięśnie i spojrzenie – przenikliwe, pozornie tylko obojętne –
mówiło samo za siebie.
Zaskoczyła
go pewność, z jaką wysnuwał kolejne wnioski. To był jeden z tych
momentów, w których po prostu wiedział, jakkolwiek absurdalne by się to
nie wydawało. Z drugiej strony, na tym właśnie polegała jego praca.
Alexande Malone był dobry w tym, co robił, nawet jeśli sam nie do końca w to
wierzył. Wyniki co prawda mówiły same za siebie, ale…
Skupił się
na drodze, próbując trzymać niechciane myśli na dystans. Padający śnieg okazał
się wystarczająco dobrym motywatorem, tak jak i perspektywa poślizgu albo
wypadnięcia z drogi. Trasa – przynajmniej na pierwszy rzut oka –
prowadziła w tylko jednym kierunku, nie pozostawiając Alexowi innego
wyboru, poza ruszeniem dość stromą, ledwo widoczną drogą. Teren łagodnie
opadał, choć mężczyzna i tak nie był pewien ukształtowania powierzchni.
Nieznośna jasność i padający śnieg utrudniały orientację, co – jak nagle
sobie uświadomił – pozostawało pod każdym względem wygodne. Na pewno wiele
ułatwiało tym, którzy z jakiegoś powodu pragnęli pozostać niezauważeni.
– Gdzie
jesteśmy? – zaryzykował, pierwszy raz od kwadransa przerywając przeciągające
się milczenie.
– Odpal
GPS.
Carlos
brzmiał na znudzonego. Nie trudnił się tym, żeby oderwać wzrok od
przemykającego za oknem krajobrazu. Nie zrobił tego nawet wtedy, gdy dotychczas
otwartą przestrzeń zastąpiły drzewa.
Spojrzenie
Alexa momentalnie powędrowało na wygaszony ekran, umocowany tuż przed nim. Och,
tak, oczywiście. Nie żeby spodziewał się jakiejś konkretniejszej odpowiedzi,
ale…
Nerwowo
zacisnął dłonie na kierownicy. Potrzebował kilku kolejnych minut, by jednak
zdecydować się włączyć GPS, w napięciu czekając aż ten rozwieje wszelakie
wątpliwości. W gruncie rzeczy wcale nie chciał tego wiedzieć, zwłaszcza że
spokój Carlosa wydał mu się podejrzany. To miejsce tym bardziej, bynajmniej nie
dlatego, że wyglądało jakkolwiek nierzeczywiście. Przynajmniej zakładał, że
wciąż byli… gdziekolwiek – nie w jakimś Hadesie, Edenie czy jakiejś innej
mitycznej krainie. W końcu czego innego mógł spodziewać się po wampirach?
– Och… –
wyrwało mu się.
Zasięg był
słaby, ale udało mu się złapać sygnał. Znacznik i mapa na ekranie mówiły
same za siebie, choć Alex nie od razu w pełni przyjął do świadomości
informacje, które mu podsunęły. Przynajmniej w końcu pojął, co kryło się
za ukształtowaniem terenu i padającym śniegiem, ale i tak ogarnęły go
wątpliwości.
– Megan
potrafi przenosić się między miejscami, które zna – wyjaśnił Carlos, choć jeden
raz decydując się na udzielnie konkretnej odpowiedzi. Mimo wszystko Alex nie
potrafił tego docenić. Tego, że znów czuł się tak, jakby wampir czytał mu w myślach,
również. – Odległość nie ma znaczenia, więc…
– Więc
Alaska. – Alexander z niedowierzaniem potrząsnął głową. – I mówisz o tym
tak spokojnie?
– Nie
przepadasz za mroźnym klimatem, glino? – rzucił z przekąsem wampir.
Alex
zacisnął usta. Nie odpowiedział, uświadamiając sobie, że to nie miało sensu.
Nie, skoro rozmawiał z kimś takim jak Carlos.
Kogo ja
pytam…
Oderwał
wzrok od ekranu, na powrót koncentrując się na drodze. Cisza wróciła, ciężka i ostateczna.
Mętlik w głowie dawał się Alexowi we znaki, choć nie aż tak bardzo, jak
mógłby się tego spodziewać. Nawet to, że wylądował na zaśnieżonej, górskiej
drodze sam na sam z wampirem nie okazało się aż tak bardzo niepokojącą
perspektywą, jak sugerował zdrowy rozsądek.
Prawda była
taka, że po odkryciu prawdy o Alyssy, nic nie brzmiało zbyt absurdalnie.
To przynajmniej sobie wmawiał, póki nie uświadomił sobie najważniejszego:
musiał się napić. Nie miał pojęcia jak w takim razie mieli wrócić, ale to
już nie było ważne.
– Tia…
Daleko to twoje miasto?
Doczekał
się wyłącznie wymuszonego uśmiechu. Chcąc nie chcąc zdał się na GPS, przez
resztę drogi ograniczając się do sporadycznego spoglądania na ekran. Udało mu
się „wyłączyć”, choć nie sądził, że będzie do tego zdolny, jednak nabyte przez
lata doświadczenie okazało się nieocenione. Chociaż przez chwilę czuł się jak
na służbie, skupiony na pracy i szukaniu tego, co mógłby uznać za
poszlaki. Gdyby w takich momentach pozwalał sobie na nadmierną
emocjonalność, dawno by już oszalał.
Opady
śniegu ustąpiły. Kiedy wyjechali z lasu, okolica okazała się o wiele
bardziej przystępna i nie aż tak biała. Alex poczuł się tak, jakby nagle
przekroczył granicę jakiegoś innego wymiaru, zwłaszcza gdy biel ustąpiła
miejsca zieleni. Miał wrażenie, że temperatura wzrosła, choć to równie dobrze
mogło być tylko wrażenie. Pogoda w górach zmienia się błyskawicznie,
pomyślał, ale wcale nie był tego taki pewien. W obliczu nadnaturalnego
zagrożenia nawet zwykłe zjawiska wydały mu się podejrzane.
Mimo
wszystko nie dostrzegł niczego niepokojącego, kiedy dotarli do miasta. Minął
tablicę, nie zaprzątając sobie głowy zapamiętaniem nazwy. Bardziej
zainteresowały go wyniszczone przez czas domki i kamieniczki, na które
składało się pobliskie miasteczko. Miał wrażenie, że było niewiele większe od
Home, w którym podczas ucieczki zatrzymała się Alyssa. Kilka sklepów,
kawiarenka i bar, który okazał się ich głównym celem. Zaparkował przed
zaskakująco nowym, dobrze oświetlonym lokalem, ostatecznie dochodząc do
wniosku, że było mu wszystko jedno.
Skrzywił
się, kiedy Carlos w niedelikatny sposób zatrzasnął drzwiczki po swojej
stronie. Wysiadł, nim jeszcze samochód porządnie się zatrzymał, zupełnie jakby
się za nim paliło. Alex odprowadził go wzrokiem, kiedy szybkim krokiem ruszył
ku wejściu do baru, nawet przez moment nie wahając się przed wejściem do
środka. Chcąc nie chcąc ruszył za nim, w ostatniej chwili powstrzymując
się przed odruchowym sprawdzeniem, czy kluczyki nie zostały w stacyjce.
Nie
powinieneś tego robić.
Odpędził tę
myśl równie szybko, co i pozostałe. Nie pierwszy raz miał wrażenie, że
towarzyszy mu rozdrażniony, niemalże matczyny ton Mary. Wiedział, że ani ona,
ani Alyssa nie byłyby zachwycone, gdyby zobaczyły go w tym miejscu. Na
obie wzmianka o alkoholu działały jak czerwona płachta na byka, co prawda
nie bez powodu, ale…
Cholera,
był dorosły. A tamten etap miał już za sobą.
To
przynajmniej sobie powtarzał, wchodząc do dusznej, przesyconej potem i alkoholem
sali. Lokal okazał się zaskakująco obszerny i czysty, co jedynie
utwierdziło Alexa w przekonaniu, że
powstał niedawno. Wewnątrz przesiadywało już sporo osób, być może
stałych bywalców, ale to nie wydało mu się dziwne. Zwłaszcza w małych
miejscowościach takie miejsca zwykle bywały jedną z niewielu form
rozrywki. Inna sprawa, że zdążył już się przekonać, że prędzej czy później
każdy potrzebował procentów – chwili wytchnienia, rozluźnienia albo…
zapomnienia.
Wypatrzył
Carlosa przy barze, czarującego stojącą po drugiej stronie lady kobietę.
Wywrócił oczami, po czym z wolna ruszył ku wampirowi, wciąż uważnie go
obserwując. Nie słyszał, co takiego mówił wampir, ale po twarzy obsługującej go
barmanki dało się poznać, że była zafascynowana. Nie żeby to w ogóle było
trudne; Alex zdążył zaobserwować, że nieśmiertelni pozostawali pod każdym
względem czarujący. Mógł się założyć, że dokładnie z taką samą miną
rozmawiał z Megan, nawet mimo świadomości, że ta z równym powodzeniem
mogłaby urwać mu łeb.
Kobieta za
barem mogła mieć co najwyżej trzydzieści lat. Nosiła się dość skromnie, choć –
co nie uszło uwadze policjanta – prowokacyjnie zostawiła rozpięty górny guzik
obcisłej bluzeczki. Farbowane blond włosy sięgały jej do ramion, raz po raz
muskając barki, kiedy potrząsnęła głową w odpowiedzi na jakieś pytanie, które
zadał jej Carlos.
– Nie,
zapamiętałabym kogoś takiego – usłyszał Alex, gdy w końcu znalazł się na
tyle blisko, by zrozumieć poszczególne słowa. – Mogę pomóc jakoś inaczej?
– Po prostu
nam coś nalej – rzucił z rezygnacją wampir, odganiając ją machnięciem
ręki.
Alex rzucił
mu pytające spojrzenie, ale i tym razem nie doczekał się żadnej konkretnej
odpowiedzi. Miał wrażenie, że ominęło go coś konkretnego, ale zdecydował się
tego nie komentować. Kątem oka obserwował barmankę, krzątającą się przy półkach
z alkoholem i szykującą dwie pełne szklanki.
– Nie
przyjechałeś się tu napić, prawda? – zapytał wprost, ale Carlos nawet na niego
nie spojrzał.
– Zaczynasz
zadawać niewygodne pytania, glino.
Ciałem mężczyzny
wstrząsnął zimny dreszcz. Nie miał pojęcia, czy Carlos był w stanie usłyszeć
trzepoczące się w piersi serce, ale nie chciał się nad tym zastanawiać. Co
ja tu robię, do diabła, jęknął w duchu, nagle zaczynając żałować… w zasadzie
wszystkiego. Nie potrafił co prawda mieć do siebie pretensji o to, że nie
porzucił Alyssy, ale wspólny wypad do miasta z jej niby znajomym,
zdecydowanie nie brzmiał na najrozsądniejsze posunięcie na świecie.
Wiedział
jedno: niezależnie od wszystkiego nie potrafił zaufać Carlosowi. Wątpliwości
powracały raz za razem, zaczynając od momentu, w którym Alex pierwszy raz stanął
oko w oko z wampirem, mierząc do niego z pistoletu. Nie
wiedział, co by się stało, gdyby wtedy jednak pociągnął za spust. Tym bardziej
nie miał pewności co do tego, czy dobrze zrobił, że koniec końców pozwolił
odebrać sobie broń.
Takich
rzeczy się nie zapomina.
Zerknął z obawą
na Carlosa, ale ten myślami wydawał się być gdzieś daleko. Nawet nie
zareagował, kiedy Alex ostrożnie opuścił swoje miejsce, pod wpływem impulsu
podrywając się na równe nogi.
– Wychodzi
pan? – usłyszał za plecami głos barmanki.
Kobieta
wróciła z dwoma pełnymi szklankami. Alexander mógł tylko zgadywać, co
znajdowało się w środku. Coś ścisnęło go w żołądku, ale nie miało to
żadnego związku z przesycającą powietrze mieszanką alkoholi.
– Muszę… na
chwilę wyjść – odparł wymijająco.
Barmanka
wzruszyła ramionami. Carlos nawet nie drgnął, co Alex mimo wszystko przyjął z ulgą.
Próbując zachowywać się tak naturalnie, jak tylko było to możliwe, popędził ku
wyjściu, głęboko nabierając powietrza. Na zewnątrz wciąż panował chłód, choć
zimno nie okazało się tak uciążliwe jak wcześniej, gdy podążali przez
zaśnieżoną okolicę.
Alaska…
Cholerna Alaska. Tak po prostu…
Sięgnął do
kieszeni, ale nie znalazł telefonu. W zasadzie nie sądził, by używanie
komórki w czymkolwiek mu pomogło. Gdzie miał zadzwonić? Do Alyssy? Mary?
Żadna z tych opcji nie brzmiała na rozsądną. Z drugiej strony, to
Alex wciąż podświadomie pragnął chronić obie przyjaciółki, nawet mimo tego, co
się wydarzyło.
Zwłaszcza
po tym, poprawił się machinalnie. Przed oczami wciąż miał przerażone
spojrzenie Mary i krew, która zalała ziemię i całe jej cało – ciepłą,
świeżą, wciąż pulsującą, w miarę jak z kobiety uchodziło życie. Alexander
widywał martwych ludzi – w tej pracy nie dało się z tym nie zetknąć –
ale nie samą śmierć. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak niedoświadczony w gruncie
rzeczy był. Upór poprowadził go wystarczająco wysoko, by mógł określać swoją
pozycję mianem sukcesu, ale to niczego nie zmieniało.
Gdzieś w jego
pamięci wciąż majaczyło wspomnienie martwego ciała Jessiki. Blade, pozbawione
ciepła i tak bardzo nieprzypominające siostry, którą kochał. „Pusta
skorupa” – pamiętał, że tak brzmiała pierwsza myśl, która pojawiła się w jego
umyśle, kiedy ją zobaczył. Wtedy złożył tak wiele obietnic, które ostatecznie
nigdy nie doczekały się pokrycia. Co z tego, że zabrnął tak daleko, skoro wciąż
nie znalazł tego, kto jej to zrobił? Skoro…?
Obiecał, że
będzie chronił Alyssę i Mary. To też mu nie wyszło.
W gruncie
rzeczy zaczynał mieć wątpliwości co do tego, czy wciąż mógł mówić o przyjaźni
z Alyssą. Coś się zmieniło, a on nie potrafił tego zatrzymać.
Zacisnął
dłonie w pięści. Obie wsunął do kieszeni, ignorując ból zbyt napiętych
mięśni. Ruszył przed siebie, niespokojnie krążąc, byleby tylko nie tkwić w miejscu.
Niewiele pomogło, ale ruch dawał mu przynajmniej namiastkę wrażenia, że coś
robił. Na pewno był lepszy niż przesiadywanie w barze z wampirem,
który najwyraźniej wziął sobie za punkt honoru, żeby się upić.
Alex nie
chciał myśleć o Carlosie. Sęk w tym, że to okazało się równie trudne,
co i zaakceptowanie, że utknął – na Alasce, pośród tych istot i… wszystkim
tym, co brzmiało aż tak niedorzecznie. Sorenti stanowił zaledwie namiastkę
faktycznego problemu, choć Alexandrowi łatwo było sobie wyobrazić, że wampir
spróbuje zrobić coś nierozsądnego. Z drugiej strony, jeśli faktycznie miał
o coś żal i zamierzał go zabić, mógł tego dokonać ze sto razy, kiedy
przesiadywali razem w samochodzie.
Ewentualnie
potrzebuje szofera, zadrwił. Nie żeby sądził, że Carlos przejmował się
potencjalną jazdą po pijaku.
Zastygł w bezruchu,
wciąż poirytowany. Uświadomił sobie, że drży, wciąż zaciskając dłonie w pięści.
Spoglądał w przestrzeń, oddychając szybko i płytko, aż nazbyt świadom
stojącego tuż za jego plecami baru. Kątem oka dostrzegł zaparkowany samochód,
ale prawie natychmiast odwrócił wzrok. Co prawda korciło go, żeby zostawić
Carlosa i spróbować wrócić do posiadłości (o ile tak mógł nazwać tymczasową
kryjówkę), ale prawie natychmiast odrzucił od siebie taką wątpliwość. Jak
odpalenie silnika w równie niekonwencjonalny sposób, co na początku,
pozostawało dziecinnie proste, tak zostawienie wampira tutaj wydawało się…
niewłaściwe. I to nie tylko dlatego, że ten mógłby się mścić.
Walczył o nią…
Walczył, prawda?
Alexander
westchnął. Przez chwilę wciąż to widział – wykrzywioną twarz Carlosa, jego wściekłość,
kiedy nie doczekał się pomocy. Sposób, w jaki
pochylał się nad Mary, raz po raz uciskając jej klatkę piersiową. Z taką
desperacją Alex mógłby walczyć o Jessie, a może i niekoniecznie,
skoro poddał się już w chwili, w której zobaczył jej martwe ciało. Nie
przyszłoby mu do głowy, by próbować ożywić trupa.
Dlaczego…?
Odwrócił się
bez pośpiechu, z zamiarem powrotu do baru. Nie czuł się lepiej, mętlik w głowie
wciąż dawał mu się we znaki, ale udało mu się odsunąć te myśli gdzieś na dalszy
plan. Potrzebował czasu. I alkoholu, choć to wciąż nie brzmiało na aż tak
dobry pomysł, jak chwilę wcześniej.
A potem przystanął,
przez chwilę czując się tak, jakby zderzył się z niewidzialną ścianą.
Serce podeszło mu do gardła, rozpaczliwie tłukąc się w piersi; oczy
rozszerzyły się w geście niedowierzania.
Bar zniknął.
Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. Wciąż dało
się dostrzec wyniszczone przez czas domki i bloki, ale żaden z nich
nie wyglądał przyjaźnie. Ulica pogrążyła się w ciemnościach i wtedy do
Alexandra dotarło, że w pobliżu nie było ani jednej zapalonej latarni.
Mrok wydawał się gęstnieć wokół niego, ciężki i nienaturalny. Temperatura
spadła o kilka znaczących stopni, aż Alex zwątpił w to, czy
przypadkiem zaraz nie zacznie padać śnieg.
Zaklął w duchu.
Sięgnął do paska, ale już w trakcie tego ruchu przypomniał sobie, że
przecież nie miał przy sobie broni. Nie żeby pistolet mógł mi pomóc… Prawda?,
pomyślał i ta myśl przyszła mu w zupełności naturalnie, jakby to,
czego doświadczał, było najnormalniejszym w świecie doświadczeniem.
Opuścił ramiona, napiął mięśnie, po czym z wolna przesunął się naprzód, w pełni
skupiony na każdym kolejnym ruchu. Działał niczym automat, zamiast na zbędnych
myślach, koncentrując się na tym, co najważniejsze. Moment na zadawanie pytań
miał pojawić się dopiero później. Przez chwilę czuł się prawie jak w tych
momentach śledztwa, kiedy wszystkim, na czym należało się skupić, stawało się
działanie. Wszystko inne zeszło gdzieś na dalszy plan, on zaś musiał pozostać
czujny.
Samochód
wciąż stał na swoim miejscu. Alex raz jeszcze powiódł wzrokiem dookoła, nim
zdecydował się ostrożnie ruszyć ku aut. Poruszał się szybko, ale ostrożnie, z rozwagą
stawiając kolejne kroki. Raz po raz wodził wzrokiem dookoła, przeczesując
wzrokiem ciemność. Oczy zdążyły przywyknąć do mroku, ale nawet wtedy dostrzeżenie
szczegółów okazało się trudniejsze, niż mógłby podejrzewać. Coś było nie tak i nie
miał co do tego wątpliwości.
Właśnie
wtedy poczuł uderzenie w plecy. Cios zaskoczył go, skutecznie wytrącając z równowagi.
Z impetem wylądował na masce samochodu, przetoczył się po niej i zaległ
na ziemi, ledwo chwytając oddech. Pociemniało mu przed oczami, choć ledwo to
zarejestrował. Nad sobą miał niebo – atramentowe, bez choćby śladu gwiazd czy
księżyca.
– Co do…? –
wyrwało mu się.
Natychmiast
spróbował się podnieść, ale nie miał po temu okazji. Kolejny cios nadszedł
znikąd, silny i niespodziewany. Tym razem całkiem zabrakło mu tchu, kiedy
coś z siłą uderzyło go w bok. Zwinął się, czując niczym zaszczute
zwierzę. Znów spróbował dostrzec coś w ciemnościach, ale to okazało się
równie bezsensowne, co i zniknięcie baru. Nie dostrzegł niczego, co
świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności. Choćby śladu wroga, którego
powinien się obawiać.
Przetoczył
się, ciężko opadając na kolana. Płuca paliły, żebra protestowały, ale nie
pozwolił sobie na słabość. Spróbował dźwignąć się na nogi, ale ledwo spróbował,
coś – albo ktoś, choć ciężko było mu myśleć w ten sposób – znów powaliło
go na ziemię.
Zaklął,
choć i to przyszło mu z trudem. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech,
niewiele głośniejszy od szumu wiatru. Ten z równym powodzeniem mógł okazać
się snem – zwykłym złudzeniem, które…
Ale
wyobraźnia nie zabijała.
Liczył się
ze śmiercią. Spodziewał się wielu rzeczy, od źle poprowadzonej akcji po (jak w ostatnim
czasie) rozszarpania przez demona. Tyle że w żadnej z tych wizji nie
czuł się bezradny, a tym bardziej nie wyobrażał sobie żałosnego zwijania
się na bruku.
Zacisnął
zęby. Znów spróbował się podnieść, wyczekują kolejnego ciosu. Jakaś jego
cząstka miała ochotę zacząć krzyczeć, spróbować zawołać Carlosa, ale momentalnie
odrzucił taką możliwość. Baru nie było. Zresztą… Kto wie? Może właśnie takie
imię nosił jego oprawca. Alexowi bardzo łatwo przyszło wzięcie takiego scenariusza
pod uwagę.
Znów wydało
mu się, że słyszy śmiech – odległy i niepokojący. Rozbrzmiewał w jego
głowie, podczas gdy – jak nagle sobie uświadomił – gdzieś w pobliżu
rozległy się ledwo słyszalne kroki.
Ktoś tu
był. Czaił się i polował…
Poproś, a może
będę na tyle miła, żeby ci pomóc.
Ta myśl nie
należała do niego. Była niczym rozbrzmiewający w jego głowie śmiech. Wtedy
też Alex pierwszy raz pomyślał, że ten mógłby należeć do kobiety. Cokolwiek to
znaczyło.
Jess…?
Ale ta myśl
była niedorzeczna. Wszystko takie było.
Teraz
liczyło się to, żeby spróbować uciec.
Kroki
wydały się głośniejsze. Nie zastanawiając się dłużej, Alexander wysilił mięśnie
i poderwał się na równe nogi.
Pobiegł.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz