29 lipca 2020

Rozdział VIII

Alexander

Wzięli samochód. Alex z zaskoczeniem przekonał się, że odkrycie podziemnego garażu wydało mu się całkiem naturalne. W zasadzie… Czemu nie? Po wylądowaniu w świecie pełnym wampirów, aniołów i cholera wie czego jeszcze, widok drogich aut nie zrobił na nim takiego wrażenia. Myśl, by zostać sam na sam z Carlosem, tym bardziej nie.

Nie odezwał się nawet słowem, kiedy jego towarzysz zdecydował się odpalić silnik w… co najmniej niekonwencjonalny sposób. Alex dobrze znał tę sztuczkę; dwa kabelki, krótkie spięcie – tylko tyle, by obejść konieczność posiadania kluczyków. Wtedy też zrozumiał, że nikt nie wiedział o ich małej wyprawie, ale zdecydował się tego nie komentować.

– Ja prowadzę – zasugerował jedynie po wpływem impulsu.

Spodziewał się odmowy, najpewniej okraszonej jakimś złośliwym komentarzem, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Carlos jedynie wzruszył ramionami, po czym jak gdyby nigdy nic przesunął się na bok, by ustąpić mu miejsca za kierownicą.

Alexowi wciąż towarzyszyły wątpliwości, gdy wyprowadzał samochód z garażu. Znów uderzyła go wszechobecna biel padającego śniegu. Zimowy krajobraz wydawał się nienaturalny, zwłaszcza że do świadomości policjanta wciąż wdzierała się tylko jedna myśl: Na Boga, zaraz będziemy mieli lato! Nawet to, co powiedziała mu Megan, niczego nie ułatwiało. Wtedy nie zażądał szczegółów, ale dalsze udawanie, że wciąż przebywali w Waszyngtonie, nie miało sensu.

Kątem oka spojrzał na Carlosa, ale ten pogrążony był we własnych myślach. Przynajmniej takie wrażenie sprawiał, bez większego zainteresowania spoglądając w przednią szybę. Mimo wszystko Alexowi wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się, że jego towarzyszysz był zdenerwowany. Ba! Że chodziło o coś więcej! Napięte mięśnie i spojrzenie – przenikliwe, pozornie tylko obojętne – mówiło samo za siebie.

Zaskoczyła go pewność, z jaką wysnuwał kolejne wnioski. To był jeden z tych momentów, w których po prostu wiedział, jakkolwiek absurdalne by się to nie wydawało. Z drugiej strony, na tym właśnie polegała jego praca. Alexande Malone był dobry w tym, co robił, nawet jeśli sam nie do końca w to wierzył. Wyniki co prawda mówiły same za siebie, ale…

Skupił się na drodze, próbując trzymać niechciane myśli na dystans. Padający śnieg okazał się wystarczająco dobrym motywatorem, tak jak i perspektywa poślizgu albo wypadnięcia z drogi. Trasa – przynajmniej na pierwszy rzut oka – prowadziła w tylko jednym kierunku, nie pozostawiając Alexowi innego wyboru, poza ruszeniem dość stromą, ledwo widoczną drogą. Teren łagodnie opadał, choć mężczyzna i tak nie był pewien ukształtowania powierzchni. Nieznośna jasność i padający śnieg utrudniały orientację, co – jak nagle sobie uświadomił – pozostawało pod każdym względem wygodne. Na pewno wiele ułatwiało tym, którzy z jakiegoś powodu pragnęli pozostać niezauważeni.

– Gdzie jesteśmy? – zaryzykował, pierwszy raz od kwadransa przerywając przeciągające się milczenie.

– Odpal GPS.

Carlos brzmiał na znudzonego. Nie trudnił się tym, żeby oderwać wzrok od przemykającego za oknem krajobrazu. Nie zrobił tego nawet wtedy, gdy dotychczas otwartą przestrzeń zastąpiły drzewa.

Spojrzenie Alexa momentalnie powędrowało na wygaszony ekran, umocowany tuż przed nim. Och, tak, oczywiście. Nie żeby spodziewał się jakiejś konkretniejszej odpowiedzi, ale…

Nerwowo zacisnął dłonie na kierownicy. Potrzebował kilku kolejnych minut, by jednak zdecydować się włączyć GPS, w napięciu czekając aż ten rozwieje wszelakie wątpliwości. W gruncie rzeczy wcale nie chciał tego wiedzieć, zwłaszcza że spokój Carlosa wydał mu się podejrzany. To miejsce tym bardziej, bynajmniej nie dlatego, że wyglądało jakkolwiek nierzeczywiście. Przynajmniej zakładał, że wciąż byli… gdziekolwiek – nie w jakimś Hadesie, Edenie czy jakiejś innej mitycznej krainie. W końcu czego innego mógł spodziewać się po wampirach?

– Och… – wyrwało mu się.

Zasięg był słaby, ale udało mu się złapać sygnał. Znacznik i mapa na ekranie mówiły same za siebie, choć Alex nie od razu w pełni przyjął do świadomości informacje, które mu podsunęły. Przynajmniej w końcu pojął, co kryło się za ukształtowaniem terenu i padającym śniegiem, ale i tak ogarnęły go wątpliwości.

– Megan potrafi przenosić się między miejscami, które zna – wyjaśnił Carlos, choć jeden raz decydując się na udzielnie konkretnej odpowiedzi. Mimo wszystko Alex nie potrafił tego docenić. Tego, że znów czuł się tak, jakby wampir czytał mu w myślach, również. – Odległość nie ma znaczenia, więc…

– Więc Alaska. – Alexander z niedowierzaniem potrząsnął głową. – I mówisz o tym tak spokojnie?

– Nie przepadasz za mroźnym klimatem, glino? – rzucił z przekąsem wampir.

Alex zacisnął usta. Nie odpowiedział, uświadamiając sobie, że to nie miało sensu. Nie, skoro rozmawiał z kimś takim jak Carlos.

Kogo ja pytam…

Oderwał wzrok od ekranu, na powrót koncentrując się na drodze. Cisza wróciła, ciężka i ostateczna. Mętlik w głowie dawał się Alexowi we znaki, choć nie aż tak bardzo, jak mógłby się tego spodziewać. Nawet to, że wylądował na zaśnieżonej, górskiej drodze sam na sam z wampirem nie okazało się aż tak bardzo niepokojącą perspektywą, jak sugerował zdrowy rozsądek.

Prawda była taka, że po odkryciu prawdy o Alyssy, nic nie brzmiało zbyt absurdalnie. To przynajmniej sobie wmawiał, póki nie uświadomił sobie najważniejszego: musiał się napić. Nie miał pojęcia jak w takim razie mieli wrócić, ale to już nie było ważne.

– Tia… Daleko to twoje miasto?

Doczekał się wyłącznie wymuszonego uśmiechu. Chcąc nie chcąc zdał się na GPS, przez resztę drogi ograniczając się do sporadycznego spoglądania na ekran. Udało mu się „wyłączyć”, choć nie sądził, że będzie do tego zdolny, jednak nabyte przez lata doświadczenie okazało się nieocenione. Chociaż przez chwilę czuł się jak na służbie, skupiony na pracy i szukaniu tego, co mógłby uznać za poszlaki. Gdyby w takich momentach pozwalał sobie na nadmierną emocjonalność, dawno by już oszalał.

Opady śniegu ustąpiły. Kiedy wyjechali z lasu, okolica okazała się o wiele bardziej przystępna i nie aż tak biała. Alex poczuł się tak, jakby nagle przekroczył granicę jakiegoś innego wymiaru, zwłaszcza gdy biel ustąpiła miejsca zieleni. Miał wrażenie, że temperatura wzrosła, choć to równie dobrze mogło być tylko wrażenie. Pogoda w górach zmienia się błyskawicznie, pomyślał, ale wcale nie był tego taki pewien. W obliczu nadnaturalnego zagrożenia nawet zwykłe zjawiska wydały mu się podejrzane.

Mimo wszystko nie dostrzegł niczego niepokojącego, kiedy dotarli do miasta. Minął tablicę, nie zaprzątając sobie głowy zapamiętaniem nazwy. Bardziej zainteresowały go wyniszczone przez czas domki i kamieniczki, na które składało się pobliskie miasteczko. Miał wrażenie, że było niewiele większe od Home, w którym podczas ucieczki zatrzymała się Alyssa. Kilka sklepów, kawiarenka i bar, który okazał się ich głównym celem. Zaparkował przed zaskakująco nowym, dobrze oświetlonym lokalem, ostatecznie dochodząc do wniosku, że było mu wszystko jedno.

Skrzywił się, kiedy Carlos w niedelikatny sposób zatrzasnął drzwiczki po swojej stronie. Wysiadł, nim jeszcze samochód porządnie się zatrzymał, zupełnie jakby się za nim paliło. Alex odprowadził go wzrokiem, kiedy szybkim krokiem ruszył ku wejściu do baru, nawet przez moment nie wahając się przed wejściem do środka. Chcąc nie chcąc ruszył za nim, w ostatniej chwili powstrzymując się przed odruchowym sprawdzeniem, czy kluczyki nie zostały w stacyjce.

Nie powinieneś tego robić.

Odpędził tę myśl równie szybko, co i pozostałe. Nie pierwszy raz miał wrażenie, że towarzyszy mu rozdrażniony, niemalże matczyny ton Mary. Wiedział, że ani ona, ani Alyssa nie byłyby zachwycone, gdyby zobaczyły go w tym miejscu. Na obie wzmianka o alkoholu działały jak czerwona płachta na byka, co prawda nie bez powodu, ale…

Cholera, był dorosły. A tamten etap miał już za sobą.

To przynajmniej sobie powtarzał, wchodząc do dusznej, przesyconej potem i alkoholem sali. Lokal okazał się zaskakująco obszerny i czysty, co jedynie utwierdziło Alexa w przekonaniu, że  powstał niedawno. Wewnątrz przesiadywało już sporo osób, być może stałych bywalców, ale to nie wydało mu się dziwne. Zwłaszcza w małych miejscowościach takie miejsca zwykle bywały jedną z niewielu form rozrywki. Inna sprawa, że zdążył już się przekonać, że prędzej czy później każdy potrzebował procentów – chwili wytchnienia, rozluźnienia albo… zapomnienia.

Wypatrzył Carlosa przy barze, czarującego stojącą po drugiej stronie lady kobietę. Wywrócił oczami, po czym z wolna ruszył ku wampirowi, wciąż uważnie go obserwując. Nie słyszał, co takiego mówił wampir, ale po twarzy obsługującej go barmanki dało się poznać, że była zafascynowana. Nie żeby to w ogóle było trudne; Alex zdążył zaobserwować, że nieśmiertelni pozostawali pod każdym względem czarujący. Mógł się założyć, że dokładnie z taką samą miną rozmawiał z Megan, nawet mimo świadomości, że ta z równym powodzeniem mogłaby urwać mu łeb.

Kobieta za barem mogła mieć co najwyżej trzydzieści lat. Nosiła się dość skromnie, choć – co nie uszło uwadze policjanta – prowokacyjnie zostawiła rozpięty górny guzik obcisłej bluzeczki. Farbowane blond włosy sięgały jej do ramion, raz po raz muskając barki, kiedy potrząsnęła głową w odpowiedzi na jakieś pytanie, które zadał jej Carlos.

– Nie, zapamiętałabym kogoś takiego – usłyszał Alex, gdy w końcu znalazł się na tyle blisko, by zrozumieć poszczególne słowa. – Mogę pomóc jakoś inaczej?

– Po prostu nam coś nalej – rzucił z rezygnacją wampir, odganiając ją machnięciem ręki.

Alex rzucił mu pytające spojrzenie, ale i tym razem nie doczekał się żadnej konkretnej odpowiedzi. Miał wrażenie, że ominęło go coś konkretnego, ale zdecydował się tego nie komentować. Kątem oka obserwował barmankę, krzątającą się przy półkach z alkoholem i szykującą dwie pełne szklanki.

– Nie przyjechałeś się tu napić, prawda? – zapytał wprost, ale Carlos nawet na niego nie spojrzał.

– Zaczynasz zadawać niewygodne pytania, glino.

Ciałem mężczyzny wstrząsnął zimny dreszcz. Nie miał pojęcia, czy Carlos był w stanie usłyszeć trzepoczące się w piersi serce, ale nie chciał się nad tym zastanawiać. Co ja tu robię, do diabła, jęknął w duchu, nagle zaczynając żałować… w zasadzie wszystkiego. Nie potrafił co prawda mieć do siebie pretensji o to, że nie porzucił Alyssy, ale wspólny wypad do miasta z jej niby znajomym, zdecydowanie nie brzmiał na najrozsądniejsze posunięcie na świecie.

Wiedział jedno: niezależnie od wszystkiego nie potrafił zaufać Carlosowi. Wątpliwości powracały raz za razem, zaczynając od momentu, w którym Alex pierwszy raz stanął oko w oko z wampirem, mierząc do niego z pistoletu. Nie wiedział, co by się stało, gdyby wtedy jednak pociągnął za spust. Tym bardziej nie miał pewności co do tego, czy dobrze zrobił, że koniec końców pozwolił odebrać sobie broń.

Takich rzeczy się nie zapomina.

Zerknął z obawą na Carlosa, ale ten myślami wydawał się być gdzieś daleko. Nawet nie zareagował, kiedy Alex ostrożnie opuścił swoje miejsce, pod wpływem impulsu podrywając się na równe nogi.

– Wychodzi pan? – usłyszał za plecami głos barmanki.

Kobieta wróciła z dwoma pełnymi szklankami. Alexander mógł tylko zgadywać, co znajdowało się w środku. Coś ścisnęło go w żołądku, ale nie miało to żadnego związku z przesycającą powietrze mieszanką alkoholi.

– Muszę… na chwilę wyjść – odparł wymijająco.

Barmanka wzruszyła ramionami. Carlos nawet nie drgnął, co Alex mimo wszystko przyjął z ulgą. Próbując zachowywać się tak naturalnie, jak tylko było to możliwe, popędził ku wyjściu, głęboko nabierając powietrza. Na zewnątrz wciąż panował chłód, choć zimno nie okazało się tak uciążliwe jak wcześniej, gdy podążali przez zaśnieżoną okolicę.

Alaska… Cholerna Alaska. Tak po prostu…

Sięgnął do kieszeni, ale nie znalazł telefonu. W zasadzie nie sądził, by używanie komórki w czymkolwiek mu pomogło. Gdzie miał zadzwonić? Do Alyssy? Mary? Żadna z tych opcji nie brzmiała na rozsądną. Z drugiej strony, to Alex wciąż podświadomie pragnął chronić obie przyjaciółki, nawet mimo tego, co się wydarzyło.

Zwłaszcza po tym, poprawił się machinalnie. Przed oczami wciąż miał przerażone spojrzenie Mary i krew, która zalała ziemię i całe jej cało – ciepłą, świeżą, wciąż pulsującą, w miarę jak z kobiety uchodziło życie. Alexander widywał martwych ludzi – w tej pracy nie dało się z tym nie zetknąć – ale nie samą śmierć. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak niedoświadczony w gruncie rzeczy był. Upór poprowadził go wystarczająco wysoko, by mógł określać swoją pozycję mianem sukcesu, ale to niczego nie zmieniało.

Gdzieś w jego pamięci wciąż majaczyło wspomnienie martwego ciała Jessiki. Blade, pozbawione ciepła i tak bardzo nieprzypominające siostry, którą kochał. „Pusta skorupa” – pamiętał, że tak brzmiała pierwsza myśl, która pojawiła się w jego umyśle, kiedy ją zobaczył. Wtedy złożył tak wiele obietnic, które ostatecznie nigdy nie doczekały się pokrycia. Co z tego, że zabrnął tak daleko, skoro wciąż nie znalazł tego, kto jej to zrobił? Skoro…?

Obiecał, że będzie chronił Alyssę i Mary. To też mu nie wyszło.

W gruncie rzeczy zaczynał mieć wątpliwości co do tego, czy wciąż mógł mówić o przyjaźni z Alyssą. Coś się zmieniło, a on nie potrafił tego zatrzymać.

Zacisnął dłonie w pięści. Obie wsunął do kieszeni, ignorując ból zbyt napiętych mięśni. Ruszył przed siebie, niespokojnie krążąc, byleby tylko nie tkwić w miejscu. Niewiele pomogło, ale ruch dawał mu przynajmniej namiastkę wrażenia, że coś robił. Na pewno był lepszy niż przesiadywanie w barze z wampirem, który najwyraźniej wziął sobie za punkt honoru, żeby się upić.

Alex nie chciał myśleć o Carlosie. Sęk w tym, że to okazało się równie trudne, co i zaakceptowanie, że utknął – na Alasce, pośród tych istot i… wszystkim tym, co brzmiało aż tak niedorzecznie. Sorenti stanowił zaledwie namiastkę faktycznego problemu, choć Alexandrowi łatwo było sobie wyobrazić, że wampir spróbuje zrobić coś nierozsądnego. Z drugiej strony, jeśli faktycznie miał o coś żal i zamierzał go zabić, mógł tego dokonać ze sto razy, kiedy przesiadywali razem w samochodzie.

Ewentualnie potrzebuje szofera, zadrwił. Nie żeby sądził, że Carlos przejmował się potencjalną jazdą po pijaku.

Zastygł w bezruchu, wciąż poirytowany. Uświadomił sobie, że drży, wciąż zaciskając dłonie w pięści. Spoglądał w przestrzeń, oddychając szybko i płytko, aż nazbyt świadom stojącego tuż za jego plecami baru. Kątem oka dostrzegł zaparkowany samochód, ale prawie natychmiast odwrócił wzrok. Co prawda korciło go, żeby zostawić Carlosa i spróbować wrócić do posiadłości (o ile tak mógł nazwać tymczasową kryjówkę), ale prawie natychmiast odrzucił od siebie taką wątpliwość. Jak odpalenie silnika w równie niekonwencjonalny sposób, co na początku, pozostawało dziecinnie proste, tak zostawienie wampira tutaj wydawało się… niewłaściwe. I to nie tylko dlatego, że ten mógłby się mścić.

Walczył o nią… Walczył, prawda?

Alexander westchnął. Przez chwilę wciąż to widział – wykrzywioną twarz Carlosa, jego wściekłość, kiedy nie doczekał  się pomocy. Sposób, w jaki pochylał się nad Mary, raz po raz uciskając jej klatkę piersiową. Z taką desperacją Alex mógłby walczyć o Jessie, a może i niekoniecznie, skoro poddał się już w chwili, w której zobaczył jej martwe ciało. Nie przyszłoby mu do głowy, by próbować ożywić trupa.

Dlaczego…?

Odwrócił się bez pośpiechu, z zamiarem powrotu do baru. Nie czuł się lepiej, mętlik w głowie wciąż dawał mu się we znaki, ale udało mu się odsunąć te myśli gdzieś na dalszy plan. Potrzebował czasu. I alkoholu, choć to wciąż nie brzmiało na aż tak dobry pomysł, jak chwilę wcześniej.

A potem przystanął, przez chwilę czując się tak, jakby zderzył się z niewidzialną ścianą. Serce podeszło mu do gardła, rozpaczliwie tłukąc się w piersi; oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania.

Bar zniknął. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. Wciąż dało się dostrzec wyniszczone przez czas domki i bloki, ale żaden z nich nie wyglądał przyjaźnie. Ulica pogrążyła się w ciemnościach i wtedy do Alexandra dotarło, że w pobliżu nie było ani jednej zapalonej latarni. Mrok wydawał się gęstnieć wokół niego, ciężki i nienaturalny. Temperatura spadła o kilka znaczących stopni, aż Alex zwątpił w to, czy przypadkiem zaraz nie zacznie padać śnieg.

Zaklął w duchu. Sięgnął do paska, ale już w trakcie tego ruchu przypomniał sobie, że przecież nie miał przy sobie broni. Nie żeby pistolet mógł mi pomóc… Prawda?, pomyślał i ta myśl przyszła mu w zupełności naturalnie, jakby to, czego doświadczał, było najnormalniejszym w świecie doświadczeniem. Opuścił ramiona, napiął mięśnie, po czym z wolna przesunął się naprzód, w pełni skupiony na każdym kolejnym ruchu. Działał niczym automat, zamiast na zbędnych myślach, koncentrując się na tym, co najważniejsze. Moment na zadawanie pytań miał pojawić się dopiero później. Przez chwilę czuł się prawie jak w tych momentach śledztwa, kiedy wszystkim, na czym należało się skupić, stawało się działanie. Wszystko inne zeszło gdzieś na dalszy plan, on zaś musiał pozostać czujny.

Samochód wciąż stał na swoim miejscu. Alex raz jeszcze powiódł wzrokiem dookoła, nim zdecydował się ostrożnie ruszyć ku aut. Poruszał się szybko, ale ostrożnie, z rozwagą stawiając kolejne kroki. Raz po raz wodził wzrokiem dookoła, przeczesując wzrokiem ciemność. Oczy zdążyły przywyknąć do mroku, ale nawet wtedy dostrzeżenie szczegółów okazało się trudniejsze, niż mógłby podejrzewać. Coś było nie tak i nie miał co do tego wątpliwości.

Właśnie wtedy poczuł uderzenie w plecy. Cios zaskoczył go, skutecznie wytrącając z równowagi. Z impetem wylądował na masce samochodu, przetoczył się po niej i zaległ na ziemi, ledwo chwytając oddech. Pociemniało mu przed oczami, choć ledwo to zarejestrował. Nad sobą miał niebo – atramentowe, bez choćby śladu gwiazd czy księżyca.

– Co do…? – wyrwało mu się.

Natychmiast spróbował się podnieść, ale nie miał po temu okazji. Kolejny cios nadszedł znikąd, silny i niespodziewany. Tym razem całkiem zabrakło mu tchu, kiedy coś z siłą uderzyło go w bok. Zwinął się, czując niczym zaszczute zwierzę. Znów spróbował dostrzec coś w ciemnościach, ale to okazało się równie bezsensowne, co i zniknięcie baru. Nie dostrzegł niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności. Choćby śladu wroga, którego powinien się obawiać.

Przetoczył się, ciężko opadając na kolana. Płuca paliły, żebra protestowały, ale nie pozwolił sobie na słabość. Spróbował dźwignąć się na nogi, ale ledwo spróbował, coś – albo ktoś, choć ciężko było mu myśleć w ten sposób – znów powaliło go na ziemię.

Zaklął, choć i to przyszło mu z trudem. Wydawało mu się, że usłyszał śmiech, niewiele głośniejszy od szumu wiatru. Ten z równym powodzeniem mógł okazać się snem – zwykłym złudzeniem, które…

Ale wyobraźnia nie zabijała.

Liczył się ze śmiercią. Spodziewał się wielu rzeczy, od źle poprowadzonej akcji po (jak w ostatnim czasie) rozszarpania przez demona. Tyle że w żadnej z tych wizji nie czuł się bezradny, a tym bardziej nie wyobrażał sobie żałosnego zwijania się na bruku.

Zacisnął zęby. Znów spróbował się podnieść, wyczekują kolejnego ciosu. Jakaś jego cząstka miała ochotę zacząć krzyczeć, spróbować zawołać Carlosa, ale momentalnie odrzucił taką możliwość. Baru nie było. Zresztą… Kto wie? Może właśnie takie imię nosił jego oprawca. Alexowi bardzo łatwo przyszło wzięcie takiego scenariusza pod uwagę.

Znów wydało mu się, że słyszy śmiech – odległy i niepokojący. Rozbrzmiewał w jego głowie, podczas gdy – jak nagle sobie uświadomił – gdzieś w pobliżu rozległy się ledwo słyszalne kroki.

Ktoś tu był. Czaił się i polował…

Poproś, a może będę na tyle miła, żeby ci pomóc.

Ta myśl nie należała do niego. Była niczym rozbrzmiewający w jego głowie śmiech. Wtedy też Alex pierwszy raz pomyślał, że ten mógłby należeć do kobiety. Cokolwiek to znaczyło.

Jess…?

Ale ta myśl była niedorzeczna. Wszystko takie było.

Teraz liczyło się to, żeby spróbować uciec.

Kroki wydały się głośniejsze. Nie zastanawiając się dłużej, Alexander wysilił mięśnie i poderwał się na równe nogi.

Pobiegł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz