28 grudnia 2020

Rozdział IX

 

Skyler

Okolica wydawała się znajoma. Nie potrafiła co prawda stwierdzić, skąd brało się to przeświadczenie, ale to pozostawało najmniej istotne. Odległe wspomnienie należące do niej albo cień z przeszłości ciała… Jakie to w ogóle miało znaczenie?

Chłód jej nie przeszkadzał. Ciemność tym bardziej, wydając się otaczać i igrać z kroczącą po śniegu Skyler. Bezszelestnie stawiała kolejne kroki, napawając się tym, jakie łatwe się to okazało. Wampiry istniały po to, żeby się skradać. I choć jako demon dysponowała zdolnościami, które przez wieki pozwalały na utrzymanie się przy życiu (O ile mogła określić to mianem czegoś więcej niż egzystencji…), ludzka powłoka nigdy nie miała pozwolić na właściwe ich wykorzystanie.

To był jeden z tych momentów, kiedy pozwoliła sobie niemalże na wdzięczność względem Lucyfera. Wtedy nabrała pewności, że powinna zrobić wszystko, byleby po raz kolejny go nie zawieść.

Nogi same powiodły ją w odpowiednim kierunku. Ruszyła ciemną uliczką, nasłuchując, choć rozsądek podpowiadał jej, że to dość mało prawdopodobne, by przypadkowy spacer przyniósł jakiekolwiek korzyści. Mieli szczęście, kiedy udało im się natknąć na tę małą. Co więcej to właśnie Razjel miał korzyść z tego, że naiwna dziewczyna sama wpadła im w ręce, nawet jeśli to Skyler powstrzymała młódkę od ucieczki.

O, tak, wtedy dopisało im szczęście. I choć osobiście w nie wątpiła, postanowiła zaryzykować.

Zbyt wiele wskazywało, że powinna szukać w tym miejscu. Już jakiś czas temu słyszała, że wcielenia Amy i Asmodeusza pojawiały się w tym miejscu. Uzjel nie pozwolił jej zbliżyć się do… „gościa”, choć Skyler była pewna, że co najwyżej kwadrans wystarczyłby, żeby pozyskała od dziewczyny więcej informacji. Skoro tak, musiała sobie radzić inaczej. Podążanie za plotkami nie brzmiało jak najlepszy plan na świecie, ale co innego jej pozostało?

Liczyło się, że wspomniana dwójka aniołów odpowiadała za zniknięcie Ariany. Nie żeby podejrzewała, że ukryli ją na widoku w mieście, ale…

Właśnie wtedy wyostrzone zmysły Skyler wychwyciły coś, co uświadomiło jej, że wieczór jednak zapowiadał się interesująco. Cholera, może jednak istniało coś takiego jak szczęście.

Demonica przystanęła, przez moment nasłuchując i starannie analizując podsuwane przez zmysły impulsy. Znała to poruszenie – niczym zakłócenie, które przenikało noc, a którego zwykły śmiertelnik nie miałby prawa wyczuć. Tym łatwiej przyszło jej wyczuć obecność sobie podobnych. Uśmiechnęła się pod nosem, mimowolnie pobłażliwie kręcąc głową. Jakikolwiek demon wybrał się na łowy, w porównaniu z nią pozostawał zwykłym amatorem, by nie stwierdzić wręcz, że dzieckiem.

To może być ciekawe.

Zadziałała instynktownie, natychmiast ruszając w ślad za pobratymcem. Choć z łatwością mogła wykorzystać noc, żeby się ukryć, przy pierwszej okazji wystrzeliła ku górze, chwyciła gałęzi rosnącego między dwoma budynkami drzewa i z wprawą wspięła na dach. Wyprostowała się, z wysokości spoglądając na zaśnieżone, opustoszałe ulice. Przez moment czuła się, jakby patrzyła na jakąś nieznośnie nudną wioskę z opowieści o świętym Mikołaju. Wywróciła oczami, mimowolnie myśląc o tym, że w prawdziwym świecie wieczory takie jak te mogły skończyć się w tylko jeden sposób: rozlewem krwi.

Na to przynajmniej liczyła. Zbyt wiele razy widziała, jak pozornie nieskazitelna biel barwi się na czerwono. Tak jak ziemia, którą osobiście splamiła krwią tamtej dziewczyny.

Dreszcz przemknął wzdłuż kręgosłupa Skyler na tę myśl. W zamyśleniu spojrzała na własne dłonie, gładkie i zadbane. Zacisnęła palce, by po chwili znów je wyprostować. W pamięci wciąż miała moment, w którym wyciągnęła dłoń przed siebie, wykonując ten jeden, jedyny ruch, który…

Przestań!

Skryler zamrugała. Poderwała głowę, niespokojnie rozglądając się dookoła, ale w pobliżu nie dostrzegła choćby śladu cudzej obecności. Demon, którego czuła, znajdował się gdzieś dalej, zresztą wątpiła, żeby zdawał sobie sprawę z jej obecności. Wciąż stała na dachu, całkiem sama, a jednak…

– Co, do diabła…? – wymamrotała w pustkę.

Wciąż zdezorientowana, cisnęła pytanie w przestrzeń nie tylko na głos, ale również mentalnie. Nie otrzymała odpowiedzi. Nie żeby ją to zaskoczyło, skoro tak naprawdę nie było nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. Wiedziałaby, gdyby On jej towarzyszył. Co więcej, mogłaby przysiąc, że głos, który na ułamek sekundy wypełnił jej umysł, należał do kobiety.

Natychmiast odsunęła od siebie te myśl, uznając ją za nieistotną. Możliwe, że zaczynała wariować. Prędzej czy później musiało do tego dojść, zresztą nie sądziła, żeby było w tym coś złego.

Tego wieczoru i tak miała lepsze rzeczy do roboty, chociażby…

Właśnie wtedy usłyszała śmiech. W zasadzie dźwięk okazał się czymś z pogranicza szalonego chichotu i wycia, którego nie miała prawa wydać żadna ludzka istota. Skyler przekrzywiła głowę, natychmiast kierując spojrzenie w odpowiednim kierunku. Zaraz po tym – z lekkością, którego mógłby pozazdrościć jej niejeden nieśmiertelny – bezszelestnie przeskoczyła z dachu na dach, błyskawicznie pokonując kolejne metry.

Znalezienie istoty, która z taką łatwością przykuła jej uwagę, okazało się dziecinnie proste. Demonica przykucnęła na kolejnym dachu, tym razem nieznacznie pochyłym. Palce zacisnęła na krawędzi, chociaż nie bała się, że spadnie. Włosy opadły jej na twarz, kiedy nachyliła się, chcąc lepiej widzieć, co działo się na dole.

Skrzywiła się, kiedy jasne kosmyki musnęły jej policzki. Wciąż się do nich nie przyzwyczaiła. Niecierpliwym ruchem odgarnęła włosy na bok, mimowolnie myśląc o tym, że powinna coś z nimi zrobić – obciąć albo przefarbować… Cokolwiek, byleby przestać widywać w lustrze tę niewinną, udręczoną blondynkę, która niegdyś musiała być Eleonora.

Gdzieś wewnątrz poczuła ledwo zauważalny, ale jednak obecny opór. Zesztywniała, mimowolnie spinając się w odpowiedzi. Znowu. Czuła się nieswojo i nie potrafiła tego wyjaśnić. Zupełnie jakby…

Ale to było niemożliwe, prawda? Skyler istniała wystarczająco długo, by mieć co do tego pewność.

Przestała o tym myśleć w chwili, w której jej uwagę na powrót przyciągnęło zamieszanie na dole. Dostrzegła cień, który przemknął tuż pod nią – żałośnie powolnym, ludzkim tempem. I ty chcesz pozostać przy życiu?, pomyślała z zażenowaniem, bynajmniej nie zaskoczona, że w odpowiedzi na próbę ucieczki, bezcielesny demon rzucił się do ataku. Z perspektywy człowieka musiał przypominać mgłę, ale Skyler doskonale widziała jego faktyczną formę. Słyszała śmiech, którym zaniosła się istota, usatysfakcjonowana perspektywą zabawy ze śmiertelnikiem. Gdyby tylko zechciała, mogłaby przy pierwszej okazji cisnąć nim o ścianę, pogruchotać kości albo jednym ciosem pozbawić go życia, ale najwyraźniej w planach miała coś innego.

Skyler w zamyśleniu przekrzywiła głowę. Dzięki wyostrzonym zmysłom dostrzegła ciemne włosy i drobną sylwetkę – rozmywające się, przypominające cień, ale jednak obecne. Postać raz po raz to zyskiwała, to znów traciła na wyrazistości, niemniej pozostawała obecna. Ostrożnie skradała się uliczką, poruszając zbyt subtelnie i szybko, by śmiertelnik miał prawo ją dostrzec. Nie miał pojęcia, co go trafiło, kiedy demon z impetem uderzył go w plecy, skutecznie udaremniając ucieczkę.

Kiedy mężczyzna upadł, Skyler w końcu dostrzegła jego twarz. Jakby tego było mało, rozpoznała go.

Nachyliła się, coraz bardziej zafascynowana rozgrywającą się poniżej sceną.

– Och… – wyrwało jej się.

Więc jednak dobrze spekulowali, gdzie powinni się udać. Jak inaczej miała wytłumaczyć obecność jednego z ludzkich przyjaciół nowego wcielenia Ariany? Nie pamiętała jego imienia, ale to nie miało znaczenia. Wystarczająco dobrze w pamięci wyryła rysy jego twarzy – ciemne oczy, zmierzwione włosy i te zszokowaną minę, kiedy jednym ruchem zmusiła tamtą ludzką dziewczynę do poderżnięcia sobie gardła…

Alexander. Ma na imię Alexander.

Nie miała pojęcia, skąd to wie. Nie była nawet pewna, czy gdziekolwiek wcześniej słyszała jego imię, nawet przypadkiem. Zastygła na dachu, znów czując się nieswojo, jakby jej ciało żyło własnym życiem. Jakby…

Usłyszała nieprzyjemny zgrzyt, kiedy zbyt mocno zacisnęła palce na krawędzi dachu, naruszając jego konstrukcję.

Zrób coś…

Oczy kobiety rozszerzyły się w geście niedowierzania. Tym razem wyraźnie usłyszała głos – błagalny szept, który wypełnił ją całą, wydając się drażnić każdy nerw w ciele. Na krótką chwilę wszystko inne przestało mieć znaczenie. Miasteczko, dach, dwie istoty poniżej… Wszystko to zeszło na dalszy plan, wyparte przez ten szept i szok, który pojawił się wraz z nim.

Skyler znała ten głos. Ten sam, który prosił ją, zanim…

Ten sam, który teraz należał do niej.

Wzdrygnęła się, po czym w pośpiechu wyprostowała, podrywając na równe nogi. Dziwne wrażenie zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, pozostawiając po sobie wyłączne dezorientację. Choć wydawało się, że minęła cała wieczność, w rzeczywistości wszystko sprowadzało się do ułamków sekund – czasu wystarczającego, by demon poniżej się przemieścił, ale nic ponadto.

Kiedy Skyler spróbowała odszukać obecne na ulicy postaci, przekonała się, że może spodziewał się rychłego zakończenia. Nie od razu zauważyła Alexandra, ale po chwili dostrzegła go klęczącego na ziemi. Nie miał prawa zauważyć bezcielesnej postaci, która nieśpiesznie kroczyła w jego kierunku, choć po sposobie, w jaki rozglądał się na boki, kobieta poznała, że demonica najwyraźniej igrała z jego słuchem.

W końcu miała okazję, żeby przyjrzeć się śmiertelnikowi. Rozpoznała go, choć w tamtej chwili z jej perspektywy wyglądał żałośnie. Jakby tego było mało, cuchnął strachem. Była w stanie to wyczuć nawet z daleka, aż nazbyt świadoma charakterystycznej, kwaśnej nuty, którą wyczuła w powietrzu. Z rozmysłem przesunęła językiem po zębach, prowokując kły. Widziała biegnące pod skórą mężczyzny żyły, ale choć wampirze ciało domagało się krążącej w nich krwi, Skyler nie zamierzała polować. Nie, to byłoby zbyt proste.

Demon przesunął się, stopniowo zacieśniając krąg wokół swojej ofiary. Nie musiała się zastanawiać, by wiedzieć, jaki będzie wynik, tym bardziej że…

Zrób coś!

Z wrażenia omal nie straciła równowagi. Tym razem rozkaz okazał się wyraźniejszy niż do tej pory; rozbrzmiewał w jej głowie, odbijał się echem od każdej komórki ciała. Skyler zachwiała się, nerwowo zaciskając palce na krawędzi dachu. Przez moment poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w pierś, skutecznie pozbawiając tchu. I choć powietrze wcale nie było jej niezbędne do tego, żeby funkcjonować, tyle wystarczyło, by ją zszokować.

Ten głos…

Ten błagalny głos, który…

Nie rozumiała. W gruncie rzeczy wcale nie chciała, zbytnio porażona myślą, która momentalnie przyszła jej do głowy. Wyjaśnienie, które podsuwał rozsądek, wydawało się całkowicie bez sensu. Przynajmniej to sobie powtarzała, raz po raz przekonując samą siebie, że to ułuda – wrażenie albo… ktoś, kto próbował z nią igrać. Czy było możliwe, żeby Uzjel podążał za nią, próbując dodatkowo oczernić w oczach Lucyfera? Czy możliwe, żeby…?

Natychmiast odrzuciła od siebie te myśli. Odepchnęła je stanowczo, choć w pamięci wciąż miała ten błagalny głos. Poruszając się niczym w transie, poderwała się na równe nogi i – chcąc zyskać na czasie – spojrzała wprost ku miejscu, w którym znajdował się niczego nieświadomy Alexander.

Poproś, a może będę na tyle miła, żeby ci pomóc.

To było niczym impuls, któremu po prostu uległa. Chciała wierzyć, że decyzja należała wyłącznie do niej – do nikogo innego. Nie pierwszy raz podążałaby za kaprysami, których nikomu nie zamierzała tłumaczyć, w tym również sobie samej. Jeśli w pobliżu faktycznie znajdował się ktoś, kto próbował z nią igrać, tym bardziej nie miała zamiaru dawać tej istocie satysfakcji. Tylko i wyłącznie ona dyktowała reguły, a skoro tak…

Wystrzeliła ku górze, bez wahania rzucając się w noc. Bezszelestnie i z gracją zeskoczyła z dachu, z lekkością lądując na zaśnieżonej drodze. Zmaterializowała się tuż za swoim pobratymcem, zdecydowanym ruchem wyciągając rękę, by pochwycić mglistą sylwetkę.

Gdyby była człowiekiem, jej palce przeniknęłyby przez nicość. Tyle że Skyler daleka pozostawała od stania się śmiertelniczką. Wystarczyła chwila, by zacisnęła dłoń na ramieniu niespodziewającego się ataku bytu. Nieludzka sylwetka na moment przybrała na ostrości, tylko po to, żeby w następnej sekundzie znów zamienić się w dym. Demon wyślizgnął się z uścisku Skyler, materializując w odległości wystarczającej, by nie mogła ot tak go dosięgnąć.

– T-ty…

Głos nie brzmiał jak ludzi. Przypominał charkot – nieludzkie wycie, które nie miało żadnego związku z faktycznie wypowiedzianymi słowami – jednak na demonicy nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wyprostowała się, wciąż trzymając wyciągniętą przed siebie rękę. Bez pośpiechu opuściła ją, na ułamek sekundy zaciskając dłoń w pięść.

Czuła, że ją obserwował… Albo obserwowała. Choć sylwetka wyglądała na damską, w przypadku bytu trudno było jednoznacznie określić płeć. Jakkolwiek by jednak nie było, Skyler wyraźnie czuła na sobie spojrzenie tej istoty. Na krótką chwilę zapanowała wymowna, pełna napięcia cisza, podczas której jej przeciwnik po prostu się w nią wpatrywał. Wyczuła moment, w którym zrozumiał, kogo miał przed sobą, ale nawet wtedy nie zawahał się, bynajmniej nie zamierzając odpuścić.

Czemu?, rozbrzmiało w jej umyśle.

Wzruszyła ramionami. Uśmiechnęła się drapieżnie, odsłaniając kły. Powoli nachyliła się do przodu, przybierając sylwetkę gotowego do ataku drapieżnika.

Ponieważ mogę, odparła z przekonaniem. On jest mój… Wiesz, co to oznacza, prawda?

Nie otrzymała odpowiedzi, ale to nie miało znaczenia. W większości wypadków tyle wystarczyło, żeby postawiła na swoim. Wielu wiedziało o kochanicy samego Lucyfera; o jego najwierniejszej – tej, z która nie należało zadzierać. Wykorzystywała swoją pozycję tak wiele razy wcześniej, że również tym razem przyszło jej to zupełnie naturalnie.

Tyle że tym razem nie wystarczyło.

Zanim w pełni to zrozumiała, ciszę nocy znów wypełniło nieludzkie wycie. Przeciwnik uderzył w nią z całym impetem, z łatwością odrzucając na dobrych kilka metrów. Skyler na moment zabrakło tchu, kiedy uderzyła plecami o ścianę jednego z budynków, tylko cudem nie przebijając się na drugą stronę. Miała wrażenie, że świat zadrżał w posadach, jakby w każdej chwili mógł się rozpaść.

Szarpnęła się, natychmiast decydując odeprzeć kolejny atak. Wciąż pozostawała silniejsza od pozbawionego ludzkiej formy demona; wystarczyła zaledwie chwila, by oparła się mocy jego umysłu, spychając cios na bok, nim raz jeszcze przyparłby ją do muru. Poderwała się na równe nogi, ignorując ból w żebrach. Kości prawie natychmiast zrosły się, kiedy wampirze ciało samoistnie zaczęło się regenerować.

Kolejny raz nie dała się zaskoczyć. Z łatwością uskoczyła, gdy – wraz z kolejnym nieludzkim warkotem – cień ruszył ku niej. Przemknęła tuż obok, niemalże materializując się za plecami przeciwnika. Spróbowała pochwycić demona w miejscu, gdzie powinno znajdować się gardło, ale sylwetka rozpłynęła się, nim Skyler zdążyła zacisnąć  palce w odpowiednim miejscu. Zaklęła, ale nie zrezygnowała, choć niepowodzenie zmusiło ją do tego, by znów ratować się ucieczką.

Kto by pomyślał, że tak się nakręcą, zadrwiła w duchu. Wielu próbowało przypodobać się Lucyferowi, ale mało kto okazywał się na tyle zdeterminowany (albo po prostu głupi), by próbować zadzierać również z nią.

Przez chwilę koncentrowała się na unikach, bez większego wysiłku przewidując kolejne ataki. Było coś chaotycznego w ruchach demona, co jedynie utwierdziło nieśmiertelną w przekonaniu, że miała do czynienia z młodziakiem.

Jakie to żałosne.

Uśmiechnęła się pod nosem. Och, widziała dość. Dziecinna zabawa w berka naprawdę zaczynała ją nudzić.

Tym razem nie czekała, żeby sprawdzić, jak daleko mógłby posunąć się jej przeciwnik. Bez wahania uprzedziła jego ruchy, zamiast w cień, uderzając w pustkę – akurat w momencie, w którym demon znów postanowił się przemieścić.

Palce przeszyły bezcielesną sylwetkę. Demon zamarł, jakby dopiero w tamtej chwili zrozumiał, że Skyler naprawdę była w stanie go dotknąć – i, jakby tego było mało, właśnie przeszyła go na wylot. Przez ułamek sekundy dostrzegła wpatrzone w nią oczy. To i szok, który odmalował się w dotychczas pozbawionym wyrazu spojrzeniu.

A potem sylwetka rozpłynęła się w nicości. Na zaśnieżonej, pogrążonej w mroku uliczce, na powrót zapanował spokój.

W okolicy nie widać było żadnej żywej duszy, pomijając wciąż spokojnie stojącą Skyler i zastygłego kilka metrów dalej, wyraźnie oszołomionego mężczyzny.

– No, tak… – mruknęła, nie odrywając wzroku od swojej wyciągniętej dłoni. Powoli zwiesiła ramiona, w końcu pozwalając sobie na to, żeby się rozluźnić.

Nie od razu zwróciła się ku Alexandrowi. Czuła, że ją obserwował, ale choć wampirzy instynkt stanowczo protestował przed pozwoleniem, by ktokolwiek znajdował się za jej plecami, Skyler nie zamierzała traktować tego mężczyzny jako zagrożenie. Jeśli ktoś tu miał kogoś zabić, to zdecydowanie nie on ją.

– To… ty.

Najwyraźniej nie było go stać na nic więcej. Parsknęła w odpowiedzi na te słowa, po czym jednak zdecydowała się na niego spojrzeć.

Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, jakie targały nim uczucia. To zaskoczenie wybiło się na pierwszy plan – to albo raczej szok, który wydawał się bardziej adekwatny po tym, czego przyszło mu doświadczyć. Skyler wciąż wyraźnie czuła strach, ten jednak okazał się przytłumiony. Wbrew wszystkiemu ludzie również działali instynktownie. Fakt, że mógłby się bać, ani trochę jej nie zaskoczył. Wręcz przeciwnie – byłaby rozczarowana, gdyby zareagował inaczej.

Spojrzenie mężczyzny okazało się zaskakująco świadome. Wiedziała, że starał się śledzić każdy jej ruch, kiedy zwróciła się ku niemu, okręcając na pięcie, by mogli stanąć twarzą w twarz. Wzrok Alexandra na moment spoczął na jej dłoniach, jakby próbując wypatrzeć jakikolwiek rodzaj broni, którą mogłaby się posługiwać. Skyler z rozbawieniem pomyślała, że zachowywał się trochę jak glina na służbie. Jakby choć trochę przypominała zwykłego przestępcę, którego mógłby spotkać!

– Nie brzmisz na szczególnie zadowolonego – rzuciła zaczepnym tonem. Uśmiechnęła się drapieżnie, ignorując fakt, że Alex skrzywił się w odpowiedzi. – Poznaliście się? – dodała, ale nie sądziła, by zamierzał odpowiedzieć.

Również ciało Eleonory nie podsunęło jej żądnych wskazówek. Nie wyczuła niczego – ani podekscytowania, ani oporu. Błagalne nawoływanie, które dopiero co prześladowało ją, kiedy jeszcze siedziała na dachu, również zniknęło. Skyler czuła wyłącznie spokój, ale nie miała pewności, czy to dobrze.

Możliwe, że ktoś jednak z nią igrał. Kto wie, może młodziak nie był aż taki żałosny, jak mogłoby się wydawać. Jeśli faktycznie zdołał namieszać jej w głowie, musiałaby oddać mu sprawiedliwość, chcąc nie chcąc przyznając, że była pod wrażeniem.

Tyle że to już nie miało znaczenia, skoro jej nieoczekiwany przeciwnik zniknął. Skoro tak…

– Zabijesz mnie teraz?

Uniosła brwi. Usta znów wykrzywiła w uśmiechu.

– Mało kiedy ktoś pyta z taką bezpośredniością. – Parsknęła, nie mogąc się powstrzymać. – Nie… Nie tym razem. – Przekrzywiła głowę. – Ale bardzo chętnie z tobą porozmawiam.

Jakby na podkreślenie swoich słów, zrobiła krok naprzód. Całą sobą napawała się strachem, który momentalnie przybrał na sile. Mężczyzna drgnął, ale nie odsunął się, z uporem tkwiąc w miejscu.

Ariana popełniała wyjątkowo irytujące błędy. Otaczanie się śmiertelnikami nie było rozsądne, zwłaszcza że Skyler doskonale wiedziała, jak rozmawiać z nawet bardziej opornymi, doświadczonymi istotami. Myśl o złamaniu tego człowieka – zmuszeniu go, by powiedział jej wszystko, co tylko chciała…

Nie!

Poczuła się, jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Głos znów się pojawił – wyraźny opór, zbyt silny i prawdziwy, by mogła go zignorować. Skyler rozszerzyła oczy w geście niedowierzania, w końcu dopuszczając do siebie myśl, która dręczyła ją od początku: że głos wcale nie miał związku z demonem, którego pokonała. To było coś innego, o wiele bardziej nierealnego i…

Nie, nie mogła ot tak przyjąć tego do wiadomości. Jak długo żyła, nigdy wcześniej nic podobnego nie miało miejsca.

Zacisnęła dłonie w pięści, tak mocno, że aż zabolało, kiedy ostre paznokcie wbiły się w skórę. Wyraźnie poczuła, jak lepka krew spływa po skórze. Zacisnęła palce mocniej, nie dbając o to, że mogłaby połamać sobie palce. Ból na swój sposób wydawał się dobry, a jednak nawet to nie sprawiło, by Skyler poczuła się jakkolwiek przytomniejsza.

Wciąż ją czuła. Tak wyraźnie, jakby znajdowała się gdzieś na wyciągnięcie ręki.

Jakby wciąż jej towarzyszyła.

Nie…

Ostatni raz spojrzała w twarz obserwującego ją mężczyzny. W następnej sekundzie zrobiła ostatnią rzecz, o którą by się podejrzewała.

Odwróciła się na pięcie i uciekła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz