Okolica wydawała się znajoma.
Nie potrafiła co prawda stwierdzić, skąd brało się to przeświadczenie, ale to
pozostawało najmniej istotne. Odległe wspomnienie należące do niej albo cień
z przeszłości ciała… Jakie to w ogóle miało znaczenie?
Chłód jej nie
przeszkadzał. Ciemność tym bardziej, wydając się otaczać i igrać z kroczącą
po śniegu Skyler. Bezszelestnie stawiała kolejne kroki, napawając się tym,
jakie łatwe się to okazało. Wampiry istniały po to, żeby się skradać. I choć
jako demon dysponowała zdolnościami, które przez wieki pozwalały na utrzymanie
się przy życiu (O ile mogła określić to mianem czegoś więcej niż egzystencji…),
ludzka powłoka nigdy nie miała pozwolić na właściwe ich wykorzystanie.
To był
jeden z tych momentów, kiedy pozwoliła sobie niemalże na wdzięczność
względem Lucyfera. Wtedy nabrała pewności, że powinna zrobić wszystko, byleby
po raz kolejny go nie zawieść.
Nogi same
powiodły ją w odpowiednim kierunku. Ruszyła ciemną uliczką, nasłuchując,
choć rozsądek podpowiadał jej, że to dość mało prawdopodobne, by przypadkowy
spacer przyniósł jakiekolwiek korzyści. Mieli szczęście, kiedy udało im się
natknąć na tę małą. Co więcej to właśnie Razjel miał korzyść z tego, że
naiwna dziewczyna sama wpadła im w ręce, nawet jeśli to Skyler powstrzymała
młódkę od ucieczki.
O, tak,
wtedy dopisało im szczęście. I choć osobiście w nie wątpiła,
postanowiła zaryzykować.
Zbyt wiele
wskazywało, że powinna szukać w tym miejscu. Już jakiś czas temu słyszała,
że wcielenia Amy i Asmodeusza pojawiały się w tym miejscu. Uzjel nie
pozwolił jej zbliżyć się do… „gościa”, choć Skyler była pewna, że co najwyżej
kwadrans wystarczyłby, żeby pozyskała od dziewczyny więcej informacji. Skoro
tak, musiała sobie radzić inaczej. Podążanie za plotkami nie brzmiało jak najlepszy
plan na świecie, ale co innego jej pozostało?
Liczyło
się, że wspomniana dwójka aniołów odpowiadała za zniknięcie Ariany. Nie żeby
podejrzewała, że ukryli ją na widoku w mieście, ale…
Właśnie
wtedy wyostrzone zmysły Skyler wychwyciły coś, co uświadomiło jej, że wieczór
jednak zapowiadał się interesująco. Cholera, może jednak istniało coś takiego
jak szczęście.
Demonica
przystanęła, przez moment nasłuchując i starannie analizując podsuwane
przez zmysły impulsy. Znała to poruszenie – niczym zakłócenie, które przenikało
noc, a którego zwykły śmiertelnik nie miałby prawa wyczuć. Tym łatwiej
przyszło jej wyczuć obecność sobie podobnych. Uśmiechnęła się pod nosem,
mimowolnie pobłażliwie kręcąc głową. Jakikolwiek demon wybrał się na łowy,
w porównaniu z nią pozostawał zwykłym amatorem, by nie stwierdzić
wręcz, że dzieckiem.
To może
być ciekawe.
Zadziałała
instynktownie, natychmiast ruszając w ślad za pobratymcem. Choć z łatwością
mogła wykorzystać noc, żeby się ukryć, przy pierwszej okazji wystrzeliła ku
górze, chwyciła gałęzi rosnącego między dwoma budynkami drzewa i z wprawą
wspięła na dach. Wyprostowała się, z wysokości spoglądając na zaśnieżone,
opustoszałe ulice. Przez moment czuła się, jakby patrzyła na jakąś nieznośnie
nudną wioskę z opowieści o świętym Mikołaju. Wywróciła oczami,
mimowolnie myśląc o tym, że w prawdziwym świecie wieczory takie jak
te mogły skończyć się w tylko jeden sposób: rozlewem krwi.
Na to
przynajmniej liczyła. Zbyt wiele razy widziała, jak pozornie nieskazitelna biel
barwi się na czerwono. Tak jak ziemia, którą osobiście splamiła krwią tamtej
dziewczyny.
Dreszcz
przemknął wzdłuż kręgosłupa Skyler na tę myśl. W zamyśleniu spojrzała na
własne dłonie, gładkie i zadbane. Zacisnęła palce, by po chwili znów je
wyprostować. W pamięci wciąż miała moment, w którym wyciągnęła dłoń
przed siebie, wykonując ten jeden, jedyny ruch, który…
Przestań!
Skryler
zamrugała. Poderwała głowę, niespokojnie rozglądając się dookoła, ale w pobliżu
nie dostrzegła choćby śladu cudzej obecności. Demon, którego czuła, znajdował
się gdzieś dalej, zresztą wątpiła, żeby zdawał sobie sprawę z jej
obecności. Wciąż stała na dachu, całkiem sama, a jednak…
– Co, do
diabła…? – wymamrotała w pustkę.
Wciąż
zdezorientowana, cisnęła pytanie w przestrzeń nie tylko na głos, ale
również mentalnie. Nie otrzymała odpowiedzi. Nie żeby ją to zaskoczyło, skoro
tak naprawdę nie było nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić. Wiedziałaby, gdyby On
jej towarzyszył. Co więcej, mogłaby przysiąc, że głos, który na ułamek sekundy
wypełnił jej umysł, należał do kobiety.
Natychmiast
odsunęła od siebie te myśl, uznając ją za nieistotną. Możliwe, że zaczynała
wariować. Prędzej czy później musiało do tego dojść, zresztą nie sądziła, żeby
było w tym coś złego.
Tego
wieczoru i tak miała lepsze rzeczy do roboty, chociażby…
Właśnie
wtedy usłyszała śmiech. W zasadzie dźwięk okazał się czymś
z pogranicza szalonego chichotu i wycia, którego nie miała prawa
wydać żadna ludzka istota. Skyler przekrzywiła głowę, natychmiast kierując
spojrzenie w odpowiednim kierunku. Zaraz po tym – z lekkością,
którego mógłby pozazdrościć jej niejeden nieśmiertelny – bezszelestnie
przeskoczyła z dachu na dach, błyskawicznie pokonując kolejne metry.
Znalezienie
istoty, która z taką łatwością przykuła jej uwagę, okazało się dziecinnie
proste. Demonica przykucnęła na kolejnym dachu, tym razem nieznacznie pochyłym.
Palce zacisnęła na krawędzi, chociaż nie bała się, że spadnie. Włosy opadły jej
na twarz, kiedy nachyliła się, chcąc lepiej widzieć, co działo się na dole.
Skrzywiła
się, kiedy jasne kosmyki musnęły jej policzki. Wciąż się do nich nie
przyzwyczaiła. Niecierpliwym ruchem odgarnęła włosy na bok, mimowolnie myśląc
o tym, że powinna coś z nimi zrobić – obciąć albo przefarbować…
Cokolwiek, byleby przestać widywać w lustrze tę niewinną, udręczoną
blondynkę, która niegdyś musiała być Eleonora.
Gdzieś
wewnątrz poczuła ledwo zauważalny, ale jednak obecny opór. Zesztywniała,
mimowolnie spinając się w odpowiedzi. Znowu. Czuła się nieswojo i nie
potrafiła tego wyjaśnić. Zupełnie jakby…
Ale to było
niemożliwe, prawda? Skyler istniała wystarczająco długo, by mieć co do tego
pewność.
Przestała o tym
myśleć w chwili, w której jej uwagę na powrót przyciągnęło
zamieszanie na dole. Dostrzegła cień, który przemknął tuż pod nią – żałośnie
powolnym, ludzkim tempem. I ty chcesz pozostać przy życiu?,
pomyślała z zażenowaniem, bynajmniej nie zaskoczona, że w odpowiedzi
na próbę ucieczki, bezcielesny demon rzucił się do ataku. Z perspektywy
człowieka musiał przypominać mgłę, ale Skyler doskonale widziała jego faktyczną
formę. Słyszała śmiech, którym zaniosła się istota, usatysfakcjonowana
perspektywą zabawy ze śmiertelnikiem. Gdyby tylko zechciała, mogłaby przy
pierwszej okazji cisnąć nim o ścianę, pogruchotać kości albo jednym ciosem
pozbawić go życia, ale najwyraźniej w planach miała coś innego.
Skyler w zamyśleniu
przekrzywiła głowę. Dzięki wyostrzonym zmysłom dostrzegła ciemne włosy i drobną
sylwetkę – rozmywające się, przypominające cień, ale jednak obecne. Postać raz
po raz to zyskiwała, to znów traciła na wyrazistości, niemniej pozostawała
obecna. Ostrożnie skradała się uliczką, poruszając zbyt subtelnie i szybko,
by śmiertelnik miał prawo ją dostrzec. Nie miał pojęcia, co go trafiło, kiedy
demon z impetem uderzył go w plecy, skutecznie udaremniając ucieczkę.
Kiedy
mężczyzna upadł, Skyler w końcu dostrzegła jego twarz. Jakby tego było
mało, rozpoznała go.
Nachyliła
się, coraz bardziej zafascynowana rozgrywającą się poniżej sceną.
– Och… –
wyrwało jej się.
Więc jednak
dobrze spekulowali, gdzie powinni się udać. Jak inaczej miała wytłumaczyć
obecność jednego z ludzkich przyjaciół nowego wcielenia Ariany? Nie
pamiętała jego imienia, ale to nie miało znaczenia. Wystarczająco dobrze w pamięci
wyryła rysy jego twarzy – ciemne oczy, zmierzwione włosy i te zszokowaną
minę, kiedy jednym ruchem zmusiła tamtą ludzką dziewczynę do poderżnięcia sobie
gardła…
Alexander.
Ma na imię Alexander.
Nie miała
pojęcia, skąd to wie. Nie była nawet pewna, czy gdziekolwiek wcześniej słyszała
jego imię, nawet przypadkiem. Zastygła na dachu, znów czując się nieswojo,
jakby jej ciało żyło własnym życiem. Jakby…
Usłyszała
nieprzyjemny zgrzyt, kiedy zbyt mocno zacisnęła palce na krawędzi dachu,
naruszając jego konstrukcję.
Zrób
coś…
Oczy kobiety
rozszerzyły się w geście niedowierzania. Tym razem wyraźnie usłyszała głos
– błagalny szept, który wypełnił ją całą, wydając się drażnić każdy nerw w ciele.
Na krótką chwilę wszystko inne przestało mieć znaczenie. Miasteczko, dach, dwie
istoty poniżej… Wszystko to zeszło na dalszy plan, wyparte przez ten szept i szok,
który pojawił się wraz z nim.
Skyler
znała ten głos. Ten sam, który prosił ją, zanim…
Ten sam,
który teraz należał do niej.
Wzdrygnęła
się, po czym w pośpiechu wyprostowała, podrywając na równe nogi. Dziwne
wrażenie zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, pozostawiając po
sobie wyłączne dezorientację. Choć wydawało się, że minęła cała wieczność, w rzeczywistości
wszystko sprowadzało się do ułamków sekund – czasu wystarczającego, by demon
poniżej się przemieścił, ale nic ponadto.
Kiedy
Skyler spróbowała odszukać obecne na ulicy postaci, przekonała się, że może
spodziewał się rychłego zakończenia. Nie od razu zauważyła Alexandra, ale po
chwili dostrzegła go klęczącego na ziemi. Nie miał prawa zauważyć bezcielesnej
postaci, która nieśpiesznie kroczyła w jego kierunku, choć po sposobie, w jaki
rozglądał się na boki, kobieta poznała, że demonica najwyraźniej igrała z jego
słuchem.
W końcu
miała okazję, żeby przyjrzeć się śmiertelnikowi. Rozpoznała go, choć w tamtej
chwili z jej perspektywy wyglądał żałośnie. Jakby tego było mało, cuchnął
strachem. Była w stanie to wyczuć nawet z daleka, aż nazbyt świadoma
charakterystycznej, kwaśnej nuty, którą wyczuła w powietrzu. Z rozmysłem
przesunęła językiem po zębach, prowokując kły. Widziała biegnące pod skórą
mężczyzny żyły, ale choć wampirze ciało domagało się krążącej w nich krwi,
Skyler nie zamierzała polować. Nie, to byłoby zbyt proste.
Demon
przesunął się, stopniowo zacieśniając krąg wokół swojej ofiary. Nie musiała się
zastanawiać, by wiedzieć, jaki będzie wynik, tym bardziej że…
Zrób
coś!
Z wrażenia
omal nie straciła równowagi. Tym razem rozkaz okazał się wyraźniejszy niż do
tej pory; rozbrzmiewał w jej głowie, odbijał się echem od każdej komórki
ciała. Skyler zachwiała się, nerwowo zaciskając palce na krawędzi dachu. Przez
moment poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w pierś, skutecznie
pozbawiając tchu. I choć powietrze wcale nie było jej niezbędne do tego,
żeby funkcjonować, tyle wystarczyło, by ją zszokować.
Ten głos…
Ten
błagalny głos, który…
Nie
rozumiała. W gruncie rzeczy wcale nie chciała, zbytnio porażona myślą,
która momentalnie przyszła jej do głowy. Wyjaśnienie, które podsuwał rozsądek,
wydawało się całkowicie bez sensu. Przynajmniej to sobie powtarzała, raz po raz
przekonując samą siebie, że to ułuda – wrażenie albo… ktoś, kto próbował z nią
igrać. Czy było możliwe, żeby Uzjel podążał za nią, próbując dodatkowo oczernić
w oczach Lucyfera? Czy możliwe, żeby…?
Natychmiast
odrzuciła od siebie te myśli. Odepchnęła je stanowczo, choć w pamięci wciąż
miała ten błagalny głos. Poruszając się niczym w transie, poderwała się na
równe nogi i – chcąc zyskać na czasie – spojrzała wprost ku miejscu, w którym
znajdował się niczego nieświadomy Alexander.
Poproś, a może
będę na tyle miła, żeby ci pomóc.
To było
niczym impuls, któremu po prostu uległa. Chciała wierzyć, że decyzja należała
wyłącznie do niej – do nikogo innego. Nie pierwszy raz podążałaby za kaprysami,
których nikomu nie zamierzała tłumaczyć, w tym również sobie samej. Jeśli w pobliżu
faktycznie znajdował się ktoś, kto próbował z nią igrać, tym bardziej nie miała
zamiaru dawać tej istocie satysfakcji. Tylko i wyłącznie ona dyktowała reguły,
a skoro tak…
Wystrzeliła
ku górze, bez wahania rzucając się w noc. Bezszelestnie i z gracją
zeskoczyła z dachu, z lekkością lądując na zaśnieżonej drodze.
Zmaterializowała się tuż za swoim pobratymcem, zdecydowanym ruchem wyciągając
rękę, by pochwycić mglistą sylwetkę.
Gdyby była
człowiekiem, jej palce przeniknęłyby przez nicość. Tyle że Skyler daleka
pozostawała od stania się śmiertelniczką. Wystarczyła chwila, by zacisnęła dłoń
na ramieniu niespodziewającego się ataku bytu. Nieludzka sylwetka na moment
przybrała na ostrości, tylko po to, żeby w następnej sekundzie znów
zamienić się w dym. Demon wyślizgnął się z uścisku Skyler, materializując
w odległości wystarczającej, by nie mogła ot tak go dosięgnąć.
– T-ty…
Głos nie
brzmiał jak ludzi. Przypominał charkot – nieludzkie wycie, które nie miało
żadnego związku z faktycznie wypowiedzianymi słowami – jednak na demonicy
nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wyprostowała się, wciąż trzymając wyciągniętą
przed siebie rękę. Bez pośpiechu opuściła ją, na ułamek sekundy zaciskając dłoń
w pięść.
Czuła, że
ją obserwował… Albo obserwowała. Choć sylwetka wyglądała na damską, w przypadku
bytu trudno było jednoznacznie określić płeć. Jakkolwiek by jednak nie było, Skyler
wyraźnie czuła na sobie spojrzenie tej istoty. Na krótką chwilę zapanowała
wymowna, pełna napięcia cisza, podczas której jej przeciwnik po prostu się w nią
wpatrywał. Wyczuła moment, w którym zrozumiał, kogo miał przed sobą, ale
nawet wtedy nie zawahał się, bynajmniej nie zamierzając odpuścić.
Czemu?,
rozbrzmiało w jej umyśle.
Wzruszyła
ramionami. Uśmiechnęła się drapieżnie, odsłaniając kły. Powoli nachyliła się do
przodu, przybierając sylwetkę gotowego do ataku drapieżnika.
Ponieważ
mogę, odparła z przekonaniem. On jest mój… Wiesz, co to oznacza,
prawda?
Nie
otrzymała odpowiedzi, ale to nie miało znaczenia. W większości wypadków
tyle wystarczyło, żeby postawiła na swoim. Wielu wiedziało o kochanicy samego
Lucyfera; o jego najwierniejszej – tej, z która nie należało
zadzierać. Wykorzystywała swoją pozycję tak wiele razy wcześniej, że również
tym razem przyszło jej to zupełnie naturalnie.
Tyle że tym
razem nie wystarczyło.
Zanim w pełni
to zrozumiała, ciszę nocy znów wypełniło nieludzkie wycie. Przeciwnik uderzył w nią
z całym impetem, z łatwością odrzucając na dobrych kilka metrów.
Skyler na moment zabrakło tchu, kiedy uderzyła plecami o ścianę jednego z budynków,
tylko cudem nie przebijając się na drugą stronę. Miała wrażenie, że świat
zadrżał w posadach, jakby w każdej chwili mógł się rozpaść.
Szarpnęła
się, natychmiast decydując odeprzeć kolejny atak. Wciąż pozostawała silniejsza
od pozbawionego ludzkiej formy demona; wystarczyła zaledwie chwila, by oparła
się mocy jego umysłu, spychając cios na bok, nim raz jeszcze przyparłby ją do
muru. Poderwała się na równe nogi, ignorując ból w żebrach. Kości prawie
natychmiast zrosły się, kiedy wampirze ciało samoistnie zaczęło się regenerować.
Kolejny raz
nie dała się zaskoczyć. Z łatwością uskoczyła, gdy – wraz z kolejnym
nieludzkim warkotem – cień ruszył ku niej. Przemknęła tuż obok, niemalże
materializując się za plecami przeciwnika. Spróbowała pochwycić demona w miejscu,
gdzie powinno znajdować się gardło, ale sylwetka rozpłynęła się, nim Skyler zdążyła
zacisnąć palce w odpowiednim
miejscu. Zaklęła, ale nie zrezygnowała, choć niepowodzenie zmusiło ją do tego,
by znów ratować się ucieczką.
Kto by
pomyślał, że tak się nakręcą, zadrwiła w duchu. Wielu próbowało
przypodobać się Lucyferowi, ale mało kto okazywał się na tyle zdeterminowany
(albo po prostu głupi), by próbować zadzierać również z nią.
Przez
chwilę koncentrowała się na unikach, bez większego wysiłku przewidując kolejne
ataki. Było coś chaotycznego w ruchach demona, co jedynie utwierdziło
nieśmiertelną w przekonaniu, że miała do czynienia z młodziakiem.
Jakie to
żałosne.
Uśmiechnęła
się pod nosem. Och, widziała dość. Dziecinna zabawa w berka naprawdę zaczynała
ją nudzić.
Tym razem
nie czekała, żeby sprawdzić, jak daleko mógłby posunąć się jej przeciwnik. Bez
wahania uprzedziła jego ruchy, zamiast w cień, uderzając w pustkę –
akurat w momencie, w którym demon znów postanowił się przemieścić.
Palce
przeszyły bezcielesną sylwetkę. Demon zamarł, jakby dopiero w tamtej
chwili zrozumiał, że Skyler naprawdę była w stanie go dotknąć – i, jakby
tego było mało, właśnie przeszyła go na wylot. Przez ułamek sekundy dostrzegła
wpatrzone w nią oczy. To i szok, który odmalował się w dotychczas
pozbawionym wyrazu spojrzeniu.
A potem
sylwetka rozpłynęła się w nicości. Na zaśnieżonej, pogrążonej w mroku
uliczce, na powrót zapanował spokój.
W okolicy
nie widać było żadnej żywej duszy, pomijając wciąż spokojnie stojącą Skyler i zastygłego
kilka metrów dalej, wyraźnie oszołomionego mężczyzny.
– No, tak… –
mruknęła, nie odrywając wzroku od swojej wyciągniętej dłoni. Powoli zwiesiła
ramiona, w końcu pozwalając sobie na to, żeby się rozluźnić.
Nie od razu
zwróciła się ku Alexandrowi. Czuła, że ją obserwował, ale choć wampirzy instynkt
stanowczo protestował przed pozwoleniem, by ktokolwiek znajdował się za jej
plecami, Skyler nie zamierzała traktować tego mężczyzny jako zagrożenie. Jeśli
ktoś tu miał kogoś zabić, to zdecydowanie nie on ją.
– To… ty.
Najwyraźniej
nie było go stać na nic więcej. Parsknęła w odpowiedzi na te słowa, po czym
jednak zdecydowała się na niego spojrzeć.
Nie
potrafiła jednoznacznie stwierdzić, jakie targały nim uczucia. To zaskoczenie
wybiło się na pierwszy plan – to albo raczej szok, który wydawał się bardziej
adekwatny po tym, czego przyszło mu doświadczyć. Skyler wciąż wyraźnie czuła strach,
ten jednak okazał się przytłumiony. Wbrew wszystkiemu ludzie również działali
instynktownie. Fakt, że mógłby się bać, ani trochę jej nie zaskoczył. Wręcz
przeciwnie – byłaby rozczarowana, gdyby zareagował inaczej.
Spojrzenie mężczyzny
okazało się zaskakująco świadome. Wiedziała, że starał się śledzić każdy jej
ruch, kiedy zwróciła się ku niemu, okręcając na pięcie, by mogli stanąć twarzą w twarz.
Wzrok Alexandra na moment spoczął na jej dłoniach, jakby próbując wypatrzeć
jakikolwiek rodzaj broni, którą mogłaby się posługiwać. Skyler z rozbawieniem
pomyślała, że zachowywał się trochę jak glina na służbie. Jakby choć trochę
przypominała zwykłego przestępcę, którego mógłby spotkać!
– Nie
brzmisz na szczególnie zadowolonego – rzuciła zaczepnym tonem. Uśmiechnęła się
drapieżnie, ignorując fakt, że Alex skrzywił się w odpowiedzi. – Poznaliście
się? – dodała, ale nie sądziła, by zamierzał odpowiedzieć.
Również
ciało Eleonory nie podsunęło jej żądnych wskazówek. Nie wyczuła niczego – ani
podekscytowania, ani oporu. Błagalne nawoływanie, które dopiero co
prześladowało ją, kiedy jeszcze siedziała na dachu, również zniknęło. Skyler
czuła wyłącznie spokój, ale nie miała pewności, czy to dobrze.
Możliwe, że
ktoś jednak z nią igrał. Kto wie, może młodziak nie był aż taki żałosny,
jak mogłoby się wydawać. Jeśli faktycznie zdołał namieszać jej w głowie,
musiałaby oddać mu sprawiedliwość, chcąc nie chcąc przyznając, że była pod
wrażeniem.
Tyle że to
już nie miało znaczenia, skoro jej nieoczekiwany przeciwnik zniknął. Skoro tak…
– Zabijesz
mnie teraz?
Uniosła
brwi. Usta znów wykrzywiła w uśmiechu.
– Mało kiedy
ktoś pyta z taką bezpośredniością. – Parsknęła, nie mogąc się powstrzymać.
– Nie… Nie tym razem. – Przekrzywiła głowę. – Ale bardzo chętnie z tobą
porozmawiam.
Jakby na
podkreślenie swoich słów, zrobiła krok naprzód. Całą sobą napawała się strachem,
który momentalnie przybrał na sile. Mężczyzna drgnął, ale nie odsunął się, z uporem
tkwiąc w miejscu.
Ariana
popełniała wyjątkowo irytujące błędy. Otaczanie się śmiertelnikami nie było
rozsądne, zwłaszcza że Skyler doskonale wiedziała, jak rozmawiać z nawet
bardziej opornymi, doświadczonymi istotami. Myśl o złamaniu tego człowieka
– zmuszeniu go, by powiedział jej wszystko, co tylko chciała…
Nie!
Poczuła
się, jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Głos znów się pojawił –
wyraźny opór, zbyt silny i prawdziwy, by mogła go zignorować. Skyler
rozszerzyła oczy w geście niedowierzania, w końcu dopuszczając do
siebie myśl, która dręczyła ją od początku: że głos wcale nie miał związku z demonem,
którego pokonała. To było coś innego, o wiele bardziej nierealnego i…
Nie, nie
mogła ot tak przyjąć tego do wiadomości. Jak długo żyła, nigdy wcześniej nic
podobnego nie miało miejsca.
Zacisnęła
dłonie w pięści, tak mocno, że aż zabolało, kiedy ostre paznokcie wbiły
się w skórę. Wyraźnie poczuła, jak lepka krew spływa po skórze. Zacisnęła
palce mocniej, nie dbając o to, że mogłaby połamać sobie palce. Ból na
swój sposób wydawał się dobry, a jednak nawet to nie sprawiło, by Skyler
poczuła się jakkolwiek przytomniejsza.
Wciąż ją
czuła. Tak wyraźnie, jakby znajdowała się gdzieś na wyciągnięcie ręki.
Jakby wciąż jej towarzyszyła.
Nie…
Ostatni raz
spojrzała w twarz obserwującego ją mężczyzny. W następnej sekundzie
zrobiła ostatnią rzecz, o którą by się podejrzewała.
Odwróciła
się na pięcie i uciekła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz