Nie była pewna, co tak naprawdę
doprowadziło ją do kampusu. Początkowo nie miała żadnego celu, w gruncie
rzeczy nie wiedząc, gdzie indzie mogłaby się podziać. Uczelnia
okazała się jedynym znajomym miejscem, zwłaszcza gdy rozpadało się na tyle,
by dalsze błąkanie się po mieście bez celu stało się uciążliwe.
Na zewnątrz
panowała pustka, ale to ani trochę nie wydał się Mary
dziwne. Kiedy spojrzała na zegarek, z ulgą przekonała się, że
istnieje duża szansa, że większość studentów przesiaduje na zajęciach.
Zdołała dotrzeć do akademika niezauważona i przy pierwszej okazji
zamknęła się w pokoju. Z westchnieniem oparła się o drzwi,
po czym spojrzała w głąb dwuosobowej sypialni, czując się… dziwnie
nieswojo.
Wszystko
było nie tak. Nie chodziło o wizytę w szpitalu i słowa
Clary, które z takim uporem próbowała wyrzucić z pamięci. To bez znaczenia,
pomyślała, ale choć powtarzała to jedno, jedyne zdanie niczym mantrę,
wciąż czuła się tak, jakby okłamywała samą siebie. Nie żeby po wszystkim
Mary potrafiła stwierdzić, co powinna uznać za prawdę, a co wręcz
przeciwnie.
Odgarnęła
wilgotne włosy na bok, obojętna na spływające po twarzy krople.
Przemoczone ubranie kleiło się do ciała, ale przynajmniej na razie
Mary próbowała to ignorować. Co prawda podejrzewała, że za moment
przyjdzie jej tego pożałować, zwłaszcza że już zaczynała dygotać z zimna,
ale i o tym próbowała nie myśleć. Zresztą po tym, jak
zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej ocknęła się ze świadomością, że
osobiście poderżnęła sobie gardło…
Wzdrygnęła się
na samo wspomnienie.
Dość.
Przemknęła
przez sypialnie, wymownie spoglądając na znajome wnętrze. Podejrzewała, że
Carlos wściekłby się, gdyby wiedział, że tutaj przyszła – w końcu nie zabrał
jej ze sobą po to, żeby włóczyła się po uczelni – ale i nim
nie potrafiła się przejąć. Och, gdyby przynajmniej wiedziała, co tak naprawdę
przywiodło ją do tego miejsca! Musiała odreagować, a kiedy stanie na deszczu
stało się zbyt uciążliwe, udała się tam, gdzie miała szansę znaleźć
schronienie. Akademik i tak wydawał się lepszą alternatywą od baru,
w którym pracowała, zwłaszcza że nie miała żadnego wytłumaczenia dla
szefa (byłego szefa…?) na usprawiedliwienie ostatnich opuszczonych zmian.
Jedno by się
znalazło…
Potrząsnęła
głową. Opadła na łóżko, które dotychczas zajmowała Alyssa, po czym z jękiem
ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała, a przynajmniej próbowała
udawać, że wcale nie ma na to ochotę. Zrzucenie wilgoci na pozostałości
deszczu okazało się niezwykle wygodną wymówką, nawet jeśli nie miała
żadnego niechcianego świadka, którego musiałaby zwodzić. Cóż, poza sobą. Gdyby
to jeszcze miało prawo zadziałać…
Przez
rozstawione palce spojrzała na porzucone w pokoju ubrania i kosmetyki.
Gdzieś w kącie jak nic wciąż znajdowały się posrebrzane kule, które
Carlos wyjął z pistoletu Alexa, chociaż na pierwszy rzut oka nie potrafiła
ich dostrzec. Pomyślała, że na wszelki wypadek powinna je sprzątnąć,
ale nie potrafiła zmusić się do tego, by ruszyć się z miejsca.
W jednej chwili opuściły ją siły; zmęczenie przysłoniło wszystko inne, nie pozostawiając
dziewczynie innego wyboru, jak tylko trwać w miejscu i bezradnie
spoglądać w przestrzeń.
Coś się
zmieniło. Nie miała pewności, w którym momencie tak naprawdę,
ale czuła to samą sobą. Fakt, że siedziała w niewielkim,
dwuosobowym pokoju, który przez minione miesiące pozostawał jedynym domem,
który miała – a w którym nagle poczuła się dziwnie obco –
wydawał się mówić sam za siebie. Spoglądała na swoje własne
rzeczy, ustawione na półce kosmetyki i… nie czuła niczego.
Nie mogła
tutaj zostać. Wątpiła, by kiedykolwiek miało być jej dane wrócić na uczelnię
i tak po prostu skończyć studia. Nie miało znaczenia, że zaledwie
tydzień wcześniej wciąż udawała, że nie działo się nic wartego uwagi,
jej przyjaciółka wcale nie była powiązana z Lucyferem, a mama…
Błyskawicznie
poderwała się na równe nogi. Choć wciąż zmęczona i otępiała, w pośpiechu
przeszła przez sypialnię, nie dbając o to, czy przypadkiem
czegoś nie potrąci. Dopadła do niewielkiej toaletki, przy której nie
tak dawno temu pomagała Alyssie wyszykować się na nieszczęsną
randkę z Dorianem – tę samą, która zmieniła wszystko. W milczeniu
oparła się o blat, po czym spojrzała wprost na swoje odbicie,
nie mogąc pozbyć się wrażenia, że z lustra spoglądał na nią
ktoś całkowicie obcy.
Wyglądała…
co najmniej marnie. Zawsze była blada, ale tym razem efektu nie zawdzięczała
ani pudrowi, ani żadnemu innemu kosmetykowi. Cóż, gdyby faktycznie się
malowała, na pewno nie pozostawiłaby niedopatrzenia w postaci zapuchniętych,
czerwonym oczu. Mary zamrugała i otarła twarz, wciąż nie chcąc
dopuścić do siebie myśli, że wilgoć na policzkach wcale nie miała
związku z deszczem. No, przynajmniej nie pod każdym względem.
Wilgotne
włosy wciąż kleiły się do twarzy, poskręcane i ociekające wodą. Tym
razem nie musiała się wysilać, by dostrzec jasne odrosty. W zasadzie
nie pamiętała już, kiedy ostatnim razem zdobyła się na coś tak przyziemnego,
jak nałożenie świeżej farby albo mocnego makijażu, który propagowała odkąd
tylko sięgała pamięcią. W którymś momencie problemy, które dopadły
Alyssę, przysłoniły wszystko inne, sprawiając, że również Mary przestała
przejmować się sobą.
Odruchowo
sięgnęła po kosmetyki, ale ostatecznie nie ujęła żadnego z nich.
Dłoń na moment zawisła nad zebranymi w pudełku drobiazgami, po czym
cofnęła się, znów lądując na blacie. Czy w ogóle miało
znaczenie, jak wyglądała? Gdyby przynajmniej miała na to czas i…
– To nie jest
miejsce, w którym się umawialiśmy.
Wrzasnęła.
Odwróciła się gwałtownie, biodrem boleśnie uderzając o kant stołu.
Klnąc pod nosem i krzywiąc się, z niedowierzaniem spojrzała
wprost na przyczajoną w cieniu postać.
Nie miała
pojęcia kiedy i jakim cudem Carlos dostał się do pokoju. Była pewna,
że zamknęła drzwi. Co więcej, dookoła panowała nieprzenikniona cisza. Mary była
pewna, że usłyszałaby, gdyby ktokolwiek skorzystał z głównego wejścia. Nie mogłaby
przegapić czegoś takiego, zwłaszcza w wykonaniu człowieka, a jednak…
Och, ale przecież
tam był. Spokojnie stał oparty o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi
ramionami i skupionym na niej, przenikliwym spojrzeniem.
– Niech cię
szlag – wymamrotała, potrząsając z niedowierzaniem głową. W nieco
teatralnym geście przycisnęła dłoń do piersi, aż nazbyt świadoma tłukącego się
w piersi serca. – Co tu robisz? – warknęła, krzywiąc się nieznacznie
w odpowiedzi na brzmienie własnego głosu. Zawsze był taki piskliwy?
– Mógłbym pytać
o to samo. – Brwi Carlosa uniosły się nieznacznie. – Pukałem, gdyby
cię to interesowało. Nie spieszyłaś się, więc…
– Nie słyszałam.
Skinął
głową, bynajmniej nie sprawiając wrażenia zaskoczonego. Mogła tylko zgadywać,
co tak naprawdę sobie myślał. Co więcej, Mary była gotowa przysiąc, że
właśnie kłamał jak z nut, przynajmniej w kwestii tego, jak dostał się
do pokoju. Z drugiej strony, przecież już nie był nieśmiertelny.
Wejście przez okno wydawało się dość prawdopodobne, zwłaszcza że to również
pozostawało zamknięte, ale…
– Mary?
Uniosła
głowę. W roztargnieniu spojrzała na wpatrzonego w nią mężczyznę,
niemalże spodziewając się doszukać w jego spojrzeniu
zniecierpliwienia. Nie była pewna, co zaskoczyło ją bardziej – jego brak
czy może fakt, że wydawał się… zmartwiony.
Jakie to ma
znaczenie?, pomyślała w roztargnieniu. Oparła się o toaletkę,
bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku.
Wciąż nie miała
pojęcia, co tutaj robił. Nie żeby to w ogóle miało jakiekolwiek
znaczenie. Chciała powiedzieć, że nie rozumiała Carlosa – nie tego
nowego, z którym dopiero co spędziła noc – ale prawda prezentowała się
nieco inaczej.
Jeśli miała
być ze sobą szczera, nie rozumiała samej siebie.
– Już się
zbieram. Przyszłam tutaj zabrać kilka rzeczy – wyjaśniła wymijająco. Wyprostowała się
i ruszyła przez sypialnię, jakby od niechcenia rozglądając po pomieszczeniu.
Sypialnia z każdą kolejną sekundą wydawała się dziwnie obca. – No i zaczęło
padać, więc…
– Hm,
domyślam się.
Przystanęła,
po czym jednak zdecydowała się spojrzeć Carlosowi w oczy. Wciąż
wydawał się nieznośnie wręcz opanowany.
– Serio? –
rzuciła z powątpiewaniem. – Jesteś… zły? – dodała, nie mogąc się
powstrzymać.
– Zły?
Dlaczego miałbym?
Zabrzmiał
szczerze, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. To wydawało się
nienaturalne. A może po prostu chciała, żeby dał jej powód do kłótni
– dokładnie tak, jak wielokrotnie wcześniej. Może gdyby wytrącił ją z równowagi,
nabrałaby pewności, że przynajmniej to jedno pozostało niezmienione.
– Nieważne –
mruknęła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Nerwowym
gestem przeczesała włosy. Wciąż były wilgotne, zresztą tak jak i klejące się
do ciała ubranie. Uświadomiła sobie, że stała przed nim wyglądając pod każdym
względem źle. Co więcej, nie miała pewności, czy powinna cieszyć się
z braku jakiekolwiek komentarza. Jeśli nawet on próbował być miły, mogła spodziewać się
najgorszego.
Zebrała kilka
porzuconych bluzek, szukając czegoś, w co mogłaby się przebrać.
Czuła, że Carlos obserwował każdy jej ruch, ale próbowała o tym
nie myśleć. Cisza wydawała się zbyt ostateczna i ciężka, ale Mary
nie potrafiła zmusić się do tego, żeby ją przerwać.
– Więc… –
usłyszała po dłuższej chwili. Nie zareagowała, udając, że w skupieniu
przegląda kolejne ubrania. – Załatwiłaś wszystko?
– Powiedzmy.
Co miała mu
powiedzieć? Że zmarnowała czas i uciekła ze szpitala? Nie żeby w ogóle
zamierzała się komukolwiek zwierzać, ale…
– Jesteś
dziś bardzo rozmowa – zauważył i nawet bez patrzenia wyobraziła
sobie, że wywrócił oczami.
– A ty zadajesz
za dużo pytań. I właśnie włamałeś mi się do pokoju – rzuciła
w odpowiedzi.
– Powiedziałem
już, że pukałem – obruszył się Carlos. – To ty mnie zignorowałaś.
– Nie słyszałam.
– Na jedno
wychodzi.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Nie, jednak sprzeczanie się z nim niczego nie ułatwiało.
Wciąż czuła się dziwnie, niemal jak dzień wcześniej – jeszcze w bibliotece,
gdy balansowała gdzieś na granicy wybuchu. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle
możliwe, po rozmowie z Clarą uczucie przybrało na sile, coraz trudniejsze
do zignorowania.
– Nieważne –
stwierdziła w końcu. Nie potrafiła określić, czy zwracała się
do Carlosa, czy może przede wszystkim do siebie. – Wpadłam tu na chwilę.
Lepiej mi powiedz, czy ty załatwiłeś wszystko jak trzeba.
– Mamy
miecz, jeśli cię to interesuje. Tak naprawdę czekaliśmy tylko na ciebie
– wyjaśnił jakby od niechcenia.
– Więc możemy się
zbierać. Myślałam, czy nie zabrać czegoś dla Ali, ale… – Potrząsnęła głową.
Spojrzenie na krótką chwilę wbiła w dotychczasowe łóżko przyjaciółki.
– Ale wątpię, żeby czegoś potrzebowała. Sama nie wiem, czy cokolwiek
z tego mi się przyda.
Wyczuła
ruch, kiedy Carlos zdecydował się zbliżyć. Chociaż już nie miała
problemów z tym, żeby nadążyć za jego ruchami, mimowolnie wzdrygnęła się,
kiedy znalazł się tuż obok. Kiedy na niego spojrzała, przekonała się,
że lustrował zebrane na toaletce kosmetyki.
– Po co
ci to?
Uniosła
brwi. Żartował sobie?
– To chyba
oczywiste – obruszyła się. – Znaczy zauważyłam, że jeśli ma się kły, to w pakiecie
dostaje się wygląd jak z jakiegoś Vogue czy innego
szmatławca, ale…
– Mary…
– … ale my,
szaraczki, radzimy sobie inaczej, więc…
– Przecież
nie o to mi chodzi.
Natychmiast
zamilkła. Spojrzała na Carlosa w roztargnieniu, zwłaszcza że ten nagle
zwrócił się ku niej Kiedy do tego wszystkiego wyciągnął dłoń do jej twarzy,
mimowolnie zesztywniała, wciąż niepewna, czego powinna się po nim
spodziewać.
Palcami
jakby od niechcenia musnął policzek Mary, jakby chcąc upewnić się, że w wolnej
chwili nie nałożyła na niego pudru. Zaraz po tym wsunął dłoń w wilgotne
włosy, odgarniając na bok niesforny kosmyk.
– Masz
naturalnie jasne włosy – stwierdził, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.
– Bystry
jesteś – zadrwiła.
Tym razem
nie miała wątpliwości co do tego, że wywrócił oczami.
– Dalej mi
nie powiedziałaś, po co to robisz. Farba to jedno, chociaż
mam wrażenie, że naturalne pasują ci bardziej.
– Sugerujesz,
że wolałbyś widzieć mnie jako blondynkę? – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać.
Och, już mogła to sobie wyobrazić…
– Ty to powiedziałaś
– zauważył ze spokojem.
Ale nie zaprotestował.
To i cień uśmiechu, który zagościł na jego ustach, zdawały się
mówić same za siebie.
Westchnęła.
Spuściła wzrok, bynajmniej nie rozbawiona. Chociaż chciała zmienić temat –
rzucić jakimś głupim dowcipem o blondynkach – kiedy przyszło co do czego,
nie potrafiła sobie żadnego przypomnieć. Zignorowanie pytania, kiedy
patrzył na nią w tak poważny sposób, również nie wchodziło w grę.
– Farbuję
je odkąd pamiętam – przyznała cicho, raptownie poważniejąc. – Miałam dość
ludzi, którzy na mój widok wzdychali i głaskali mnie po głowie, jakbym
była małą dziewczynką. Kiedyś bardzo się kręciły, a ja zawsze byłam drobna,
więc… No, możesz się domyślić.
Wzruszyła
ramionami. Już nie pamiętała, kiedy ostatnim razem spotkała się z taką
reakcja, ale tak bardzo przywykła do siebie w czarnych włosach,
że powrót do naturalnego koloru przestał wchodzić w grę. Nawet
patrzenie na jasne odrosty okazało się dziwne. Nie żeby w ogóle
miała głowę do zajmowania się czymś takim, ale mimo wszystko…
Och,
dlaczego w ogóle próbowała o tym myśleć? O tym, że właśnie
tłumaczyła się przed facetem, co do którego miała wątpliwości,
jedynie wszystko komplikowało. Dlaczego w ogóle tkwili w pokoju
akademickim, na dodatek w tak dziwnych warunkach, rozmawiając o jej włosach?
Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, może mogłaby to zrozumieć, ale w grę
przecież wchodził Carlos! Ten sam, który doprowadzał ją do szału i nieopatrznie
oddał za nią nieśmiertelność. No i finalnie wylądowała z nim w łóżku,
ale to jeszcze nic nie znaczyło.
Nerwowo
przygryzła dolną wargę. W tamtej chwili błogosławiła fakt, że miała do czynienia
z człowiekiem. Gdyby do tego wszystkiego okazało się, że mógł
namieszać jej w głowie albo przeniknąć myśli, tym bardziej by tego
nie zniosła.
Tyle że to nadal
nie wyjaśniało kilku kwestii.
– Skąd
wiedziałeś, że tutaj będę? – zapytała wprost.
Nawet jeśli
go zaskoczyła, nie dał niczego po sobie poznać.
– Noel za tobą
poszedł – wyjaśnił usłużnie. – Powiedział, że wyleciałaś ze szpitala jak
oparzona, więc…
– Och,
świetnie. Nasłałeś za mną niańkę?
Spojrzała
na niego z niedowierzaniem, wręcz oskarżycielsko. Może i miał
swojego powody, ale wcale nie spodobało jej się to, że
ktokolwiek mógłby podążać za nią w tajemnicy. Gdyby przynajmniej
miała pewność, ile tak naprawdę zobaczył Noel!
Przez twarz
Carlosa przemknął cień.
– Przypomnę
ci tylko, że nie jesteśmy na wakacjach. A skoro już uparłaś się
przyjechać, nie bądź zaskoczona, że zachowujemy ostrożność – obruszył
się, nie odrywając od niej wzroku. – Zresztą najwyraźniej słusznie,
skoro znajduję cię tutaj.
– Więc jednak
jesteś zły.
– Nie łap
mnie za słówka – skrzywił się. – Mary, do cholery… Po prostu
myślę racjonalnie.
Coś w jego słowach
sprawiło, że roześmiała się w pozbawiony wesołości sposób. Spojrzała
na Carlosa z niedowierzaniem, wciąż oszołomiona tym, że to akurat
on stał przed nią i mówił podobne rzeczy. Po facecie, który większość
czasu wydawał się robić to, co było wygodne dla niego, spodziewała się
czegoś zupełnie innego.
A jednak
był tutaj, nieznośnie opanowany i ludzki. Co więcej zrobił dość, by mogła
uznać, że zawdzięczała mu życie. Wciąż tego nie rozumiała, ale…
Czemu? Czemu,
do cholery…?!
– Więc ja
nie myślę racjonalnie, tak? – wykrztusiła, choć w rzeczywistości
chciała zapytać o coś zupełnie innego.
Wiedziała,
że poniosło ich minionej nocy. Nie żałowała, choć podejrzewała, że
prędzej czy później miało do tego dojść. Odreagowali, zwłaszcza że
oboje potrzebowali choćby tylko tego rodzaju odskoczni, nawet jeśli chwila
zapomnienia nie rozwiązywała żadnego z problemów. To było w porządku,
oczywiście, poza tym do niego ich nie zobowiązywało. Na pewno
nie Carlosa, którego już i tak dręczyła o wiele bardziej niż
powinna.
Mogła sobie
tylko wyobrażać, jak to wyglądało z jego strony. Z sobie
tylko znanych powodów oddał nieśmiertelność, choć zdecydowanie nie miał
tego w planach. Po wszystkim był świadkiem czegoś, co zdecydowanie
nie powinno mieć miejsca. To, że w ogóle chciał odnaleźć się w roli
pocieszyciela, samo w sobie wydawało się do niego nie pasować,
a jednak…
– Sądzę, że
jednak tak – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Wciąż tam stał,
wystarczająco blisko, by mogła poczuć bijące od jego ciała ciepło.
Nie zauważyła, kiedy wziął ją w ramiona, jak gdyby nigdy nic
przygarniając do siebie i całkowicie ignorując fakt, że wciąż była
przemoczona. Tym bardziej nie zwróciła uwagi na to, że w którymś
momencie zaczęła dygotać – czy to przez nadmiar emocji, czy za sprawą
narastającego chłodu.
Wzięła
kilka głębszych wdechów, bezskutecznie próbując się uspokoić. Chociaż w pierwszym
odruchu zapragnęła się odsunąć, nie potrafiła się do tego
zmusić.
– Jednak
co? – rzuciła w roztargnieniu. Sama nie była pewna, do czego
powinna odnieść jego słowa.
– Nie myślisz
racjonalnie – wyjaśnił usłużnie. – W żalu to nic dziwnego.
– W żalu…
Co próbował
jej insynuować? Chciała zaprotestować, ale ucisk w gardle skutecznie
ją przed tym powstrzymał. W efekcie po prostu stała, pozwalając, żeby
ją trzymał i próbując zapanować nad mętlikiem w głowie.
Czuła się
inaczej niż w nocy, kiedy poddała się chwili namiętności. Myśląc o tym
wstecz, uświadomiła sobie, że tak naprawdę uciekała, zresztą tak jak
i on. Nie potrafiła stwierdzić, czy było to jakkolwiek uczciwe;
w gruncie rzeczy nie dbała o to, tym bardziej że Carlos również
czerpał z tego korzyści. No i byli dorośli, ale…
– Chodź.
Nie dodał
niczego więcej. W zamian bezceremonialnie pociągnął Mary ku drzwiom, nie pozostawiając
innego wyboru, jak tylko ruszyć za sobą. Przynajmniej w pierwszym
odruchu podporządkowała mu się, dopiero po kilku krokach otrząsając na tyle,
żeby jednak zdobyć się na reakcje. Zaparła się nogami, zmuszając
Carlosa do tego, by jednak na nią spojrzał.
– Dokąd? Tak,
zabrałam wszystko. Dobrze, że pytasz – sarknęła, jednak mężczyzna puścił jej słowa
mimo uszu.
– Zabiorę
cię w jedno miejsce. Dodatkowe dwie godziny nas nie zbawią.
Prawie
udało jej się uśmiechnąć. Zbawią, co? Ale ostatecznie nie zdobyła się
nawet na to.
– O co
ci tak naprawdę chodzi?
Nie
odpowiedział od razu. Po prostu spoglądał na nią wyczekująco,
zaciskając palce na nadgarstku Mary.
– O nic
– powiedział w końcu. Nie ma to jak konkretna odpowiedź!,
pomyślała, ale i tę uwagę zachowała dla siebie. – Ale widzę, co
robisz. I nie podoba mi się, dokąd to zmierza.
– A co
robię? – zniecierpliwiła się.
I tym razem
doczekała się ciszy. Chciała go ponaglić, coraz bardziej zniecierpliwiona,
ale zrezygnowała w chwili, w której ich spojrzenia się
spotkały.
Mogła tylko zgadywać,
co kryło się za zachowaniem Carlosa. Nie rozumiała go, tak jak
i większości decyzji, które podejmował. Doprowadzał ją do szału, choć
w ostatnim czasie dochodziło do tego coraz rzadziej. Och, no i miała
przed sobą człowieka – równie kruchego, co i ona, chociaż wciąż nie dopuszczała
do siebie tej myśli.
Przede
wszystkim jednak miała przed sobą kogoś, kto wydawał się ją rozumieć – i
to może lepiej, niż początkowo podejrzewała. W chwili, w której
zajrzała mu w oczy, z całą mocą przypomniała sobie, co popchnęło ją w
jego ramiona. W nocy nie była tego świadoma, wmawiając sobie, że
to ucieczka i wzajemne potrzeby, ale… to nie było tak. Pojęła to nagle,
dziwnie oszołomiona tym, że nie zorientowała się wcześniej.
„Co ty wiesz
o żalu?” – miała ochotę zapytać, ale i to nagle stało się zbędne.
Już nie musiała.
Zrozumienie.
W jakiś
pokrętny sposób znalazła właśnie to. I chociaż to wciąż niczego nie tłumaczyło,
na dobry początek musiało wystarczyć.
Potrzebuję ich więcej razem. Naprawdę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz