13 kwietnia 2022

Rozdział XVII

Mary

Nie była pewna, co tak naprawdę doprowadziło ją do kampusu. Początkowo nie miała żadnego celu, w gruncie rzeczy nie wiedząc, gdzie indzie mogłaby się podziać. Uczelnia okazała się jedynym znajomym miejscem, zwłaszcza gdy rozpadało się na tyle, by dalsze błąkanie się po mieście bez celu stało się uciążliwe.

Na zewnątrz panowała pustka, ale to ani trochę nie wydał się Mary dziwne. Kiedy spojrzała na zegarek, z ulgą przekonała się, że istnieje duża szansa, że większość studentów przesiaduje na zajęciach. Zdołała dotrzeć do akademika niezauważona i przy pierwszej okazji zamknęła się w pokoju. Z westchnieniem oparła się o drzwi, po czym spojrzała w głąb dwuosobowej sypialni, czując się… dziwnie nieswojo.

Wszystko było nie tak. Nie chodziło o wizytę w szpitalu i słowa Clary, które z takim uporem próbowała wyrzucić z pamięci. To bez znaczenia, pomyślała, ale choć powtarzała to jedno, jedyne zdanie niczym mantrę, wciąż czuła się tak, jakby okłamywała samą siebie. Nie żeby po wszystkim Mary potrafiła stwierdzić, co powinna uznać za prawdę, a co wręcz przeciwnie.

Odgarnęła wilgotne włosy na bok, obojętna na spływające po twarzy krople. Przemoczone ubranie kleiło się do ciała, ale przynajmniej na razie Mary próbowała to ignorować. Co prawda podejrzewała, że za moment przyjdzie jej tego pożałować, zwłaszcza że już zaczynała dygotać z zimna, ale i o tym próbowała nie myśleć. Zresztą po tym, jak zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej ocknęła się ze świadomością, że osobiście poderżnęła sobie gardło…

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

Dość.

Przemknęła przez sypialnie, wymownie spoglądając na znajome wnętrze. Podejrzewała, że Carlos wściekłby się, gdyby wiedział, że tutaj przyszła – w końcu nie zabrał jej ze sobą po to, żeby włóczyła się po uczelni – ale i nim nie potrafiła się przejąć. Och, gdyby przynajmniej wiedziała, co tak naprawdę przywiodło ją do tego miejsca! Musiała odreagować, a kiedy stanie na deszczu stało się zbyt uciążliwe, udała się tam, gdzie miała szansę znaleźć schronienie. Akademik i tak wydawał się lepszą alternatywą od baru, w którym pracowała, zwłaszcza że nie miała żadnego wytłumaczenia dla szefa (byłego szefa…?) na usprawiedliwienie ostatnich opuszczonych zmian.

Jedno by się znalazło…

Potrząsnęła głową. Opadła na łóżko, które dotychczas zajmowała Alyssa, po czym z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała, a przynajmniej próbowała udawać, że wcale nie ma na to ochotę. Zrzucenie wilgoci na pozostałości deszczu okazało się niezwykle wygodną wymówką, nawet jeśli nie miała żadnego niechcianego świadka, którego musiałaby zwodzić. Cóż, poza sobą. Gdyby to jeszcze miało prawo zadziałać…

Przez rozstawione palce spojrzała na porzucone w pokoju ubrania i kosmetyki. Gdzieś w kącie jak nic wciąż znajdowały się posrebrzane kule, które Carlos wyjął z pistoletu Alexa, chociaż na pierwszy rzut oka nie potrafiła ich dostrzec. Pomyślała, że na wszelki wypadek powinna je sprzątnąć, ale nie potrafiła zmusić się do tego, by ruszyć się z miejsca. W jednej chwili opuściły ją siły; zmęczenie przysłoniło wszystko inne, nie pozostawiając dziewczynie innego wyboru, jak tylko trwać w miejscu i bezradnie spoglądać w przestrzeń.

Coś się zmieniło. Nie miała pewności, w którym momencie tak naprawdę, ale czuła to samą sobą. Fakt, że siedziała w niewielkim, dwuosobowym pokoju, który przez minione miesiące pozostawał jedynym domem, który miała – a w którym nagle poczuła się dziwnie obco – wydawał się mówić sam za siebie. Spoglądała na swoje własne rzeczy, ustawione na półce kosmetyki i… nie czuła niczego.

Nie mogła tutaj zostać. Wątpiła, by kiedykolwiek miało być jej dane wrócić na uczelnię i tak po prostu skończyć studia. Nie miało znaczenia, że zaledwie tydzień wcześniej wciąż udawała, że nie działo się nic wartego uwagi, jej przyjaciółka wcale nie była powiązana z Lucyferem, a mama…

Błyskawicznie poderwała się na równe nogi. Choć wciąż zmęczona i otępiała, w pośpiechu przeszła przez sypialnię, nie dbając o to, czy przypadkiem czegoś nie potrąci. Dopadła do niewielkiej toaletki, przy której nie tak dawno temu pomagała Alyssie wyszykować się na nieszczęsną randkę z Dorianem – tę samą, która zmieniła wszystko. W milczeniu oparła się o blat, po czym spojrzała wprost na swoje odbicie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że z lustra spoglądał na nią ktoś całkowicie obcy.

Wyglądała… co najmniej marnie. Zawsze była blada, ale tym razem efektu nie zawdzięczała ani pudrowi, ani żadnemu innemu kosmetykowi. Cóż, gdyby faktycznie się malowała, na pewno nie pozostawiłaby niedopatrzenia w postaci zapuchniętych, czerwonym oczu. Mary zamrugała i otarła twarz, wciąż nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że wilgoć na policzkach wcale nie miała związku z deszczem. No, przynajmniej nie pod każdym względem.

Wilgotne włosy wciąż kleiły się do twarzy, poskręcane i ociekające wodą. Tym razem nie musiała się wysilać, by dostrzec jasne odrosty. W zasadzie nie pamiętała już, kiedy ostatnim razem zdobyła się na coś tak przyziemnego, jak nałożenie świeżej farby albo mocnego makijażu, który propagowała odkąd tylko sięgała pamięcią. W którymś momencie problemy, które dopadły Alyssę, przysłoniły wszystko inne, sprawiając, że również Mary przestała przejmować się sobą.

Odruchowo sięgnęła po kosmetyki, ale ostatecznie nie ujęła żadnego z nich. Dłoń na moment zawisła nad zebranymi w pudełku drobiazgami, po czym cofnęła się, znów lądując na blacie. Czy w ogóle miało znaczenie, jak wyglądała? Gdyby przynajmniej miała na to czas i…

– To nie jest miejsce, w którym się umawialiśmy.

Wrzasnęła. Odwróciła się gwałtownie, biodrem boleśnie uderzając o kant stołu. Klnąc pod nosem i krzywiąc się, z niedowierzaniem spojrzała wprost na przyczajoną w cieniu postać.

Nie miała pojęcia kiedy i jakim cudem Carlos dostał się do pokoju. Była pewna, że zamknęła drzwi. Co więcej, dookoła panowała nieprzenikniona cisza. Mary była pewna, że usłyszałaby, gdyby ktokolwiek skorzystał z głównego wejścia. Nie mogłaby przegapić czegoś takiego, zwłaszcza w wykonaniu człowieka, a jednak…

Och, ale przecież tam był. Spokojnie stał oparty o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i skupionym na niej, przenikliwym spojrzeniem.

– Niech cię szlag – wymamrotała, potrząsając z niedowierzaniem głową. W nieco teatralnym geście przycisnęła dłoń do piersi, aż nazbyt świadoma tłukącego się w piersi serca. – Co tu robisz? – warknęła, krzywiąc się nieznacznie w odpowiedzi na brzmienie własnego głosu. Zawsze był taki piskliwy?

– Mógłbym pytać o to samo. – Brwi Carlosa uniosły się nieznacznie. – Pukałem, gdyby cię to interesowało. Nie spieszyłaś się, więc…

– Nie słyszałam.

Skinął głową, bynajmniej nie sprawiając wrażenia zaskoczonego. Mogła tylko zgadywać, co tak naprawdę sobie myślał. Co więcej, Mary była gotowa przysiąc, że właśnie kłamał jak z nut, przynajmniej w kwestii tego, jak dostał się do pokoju. Z drugiej strony, przecież już nie był nieśmiertelny. Wejście przez okno wydawało się dość prawdopodobne, zwłaszcza że to również pozostawało zamknięte, ale…

– Mary?

Uniosła głowę. W roztargnieniu spojrzała na wpatrzonego w nią mężczyznę, niemalże spodziewając się doszukać w jego spojrzeniu zniecierpliwienia. Nie była pewna, co zaskoczyło ją bardziej – jego brak czy może fakt, że wydawał się… zmartwiony.

Jakie to ma znaczenie?, pomyślała w roztargnieniu. Oparła się o toaletkę, bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku.

Wciąż nie miała pojęcia, co tutaj robił. Nie żeby to w ogóle miało jakiekolwiek znaczenie. Chciała powiedzieć, że nie rozumiała Carlosa – nie tego nowego, z którym dopiero co spędziła noc – ale prawda prezentowała się nieco inaczej.

Jeśli miała być ze sobą szczera, nie rozumiała samej siebie.

– Już się zbieram. Przyszłam tutaj zabrać kilka rzeczy – wyjaśniła wymijająco. Wyprostowała się i ruszyła przez sypialnię, jakby od niechcenia rozglądając po pomieszczeniu. Sypialnia z każdą kolejną sekundą wydawała się dziwnie obca. – No i zaczęło padać, więc…

– Hm, domyślam się.

Przystanęła, po czym jednak zdecydowała się spojrzeć Carlosowi w oczy. Wciąż wydawał się nieznośnie wręcz opanowany.

– Serio? – rzuciła z powątpiewaniem. – Jesteś… zły? – dodała, nie mogąc się powstrzymać.

– Zły? Dlaczego miałbym?

Zabrzmiał szczerze, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. To wydawało się nienaturalne. A może po prostu chciała, żeby dał jej powód do kłótni – dokładnie tak, jak wielokrotnie wcześniej. Może gdyby wytrącił ją z równowagi, nabrałaby pewności, że przynajmniej to jedno pozostało niezmienione.

– Nieważne – mruknęła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.

Nerwowym gestem przeczesała włosy. Wciąż były wilgotne, zresztą tak jak i klejące się do ciała ubranie. Uświadomiła sobie, że stała przed nim wyglądając pod każdym względem źle. Co więcej, nie miała pewności, czy powinna cieszyć się z braku jakiekolwiek komentarza. Jeśli nawet on próbował być miły, mogła spodziewać się najgorszego.

Zebrała kilka porzuconych bluzek, szukając czegoś, w co mogłaby się przebrać. Czuła, że Carlos obserwował każdy jej ruch, ale próbowała o tym nie myśleć. Cisza wydawała się zbyt ostateczna i ciężka, ale Mary nie potrafiła zmusić się do tego, żeby ją przerwać.

– Więc… – usłyszała po dłuższej chwili. Nie zareagowała, udając, że w skupieniu przegląda kolejne ubrania. – Załatwiłaś wszystko?

– Powiedzmy.

Co miała mu powiedzieć? Że zmarnowała czas i uciekła ze szpitala? Nie żeby w ogóle zamierzała się komukolwiek zwierzać, ale…

– Jesteś dziś bardzo rozmowa – zauważył i nawet bez patrzenia wyobraziła sobie, że wywrócił oczami.

– A ty zadajesz za dużo pytań. I właśnie włamałeś mi się do pokoju – rzuciła w odpowiedzi.

– Powiedziałem już, że pukałem – obruszył się Carlos. – To ty mnie zignorowałaś.

– Nie słyszałam.

– Na jedno wychodzi.

Ze świstem wypuściła powietrze. Nie, jednak sprzeczanie się z nim niczego nie ułatwiało. Wciąż czuła się dziwnie, niemal jak dzień wcześniej – jeszcze w bibliotece, gdy balansowała gdzieś na granicy wybuchu. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, po rozmowie z Clarą uczucie przybrało na sile, coraz trudniejsze do zignorowania.

– Nieważne – stwierdziła w końcu. Nie potrafiła określić, czy zwracała się do Carlosa, czy może przede wszystkim do siebie. – Wpadłam tu na chwilę. Lepiej mi powiedz, czy ty załatwiłeś wszystko jak trzeba.

– Mamy miecz, jeśli cię to interesuje. Tak naprawdę czekaliśmy tylko na ciebie – wyjaśnił jakby od niechcenia.

– Więc możemy się zbierać. Myślałam, czy nie zabrać czegoś dla Ali, ale… – Potrząsnęła głową. Spojrzenie na krótką chwilę wbiła w dotychczasowe łóżko przyjaciółki. – Ale wątpię, żeby czegoś potrzebowała. Sama nie wiem, czy cokolwiek z tego mi się przyda.

Wyczuła ruch, kiedy Carlos zdecydował się zbliżyć. Chociaż już nie miała problemów z tym, żeby nadążyć za jego ruchami, mimowolnie wzdrygnęła się, kiedy znalazł się tuż obok. Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że lustrował zebrane na toaletce kosmetyki.

– Po co ci to?

Uniosła brwi. Żartował sobie?

– To chyba oczywiste – obruszyła się. – Znaczy zauważyłam, że jeśli ma się kły, to w pakiecie dostaje się wygląd jak z jakiegoś Vogue czy innego szmatławca, ale…

– Mary…

– … ale my, szaraczki, radzimy sobie inaczej, więc…

– Przecież nie o to mi chodzi.

Natychmiast zamilkła. Spojrzała na Carlosa w roztargnieniu, zwłaszcza że ten nagle zwrócił się ku niej Kiedy do tego wszystkiego wyciągnął dłoń do jej twarzy, mimowolnie zesztywniała, wciąż niepewna, czego powinna się po nim spodziewać.

Palcami jakby od niechcenia musnął policzek Mary, jakby chcąc upewnić się, że w wolnej chwili nie nałożyła na niego pudru. Zaraz po tym wsunął dłoń w wilgotne włosy, odgarniając na bok niesforny kosmyk.

– Masz naturalnie jasne włosy – stwierdził, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.

– Bystry jesteś – zadrwiła.

Tym razem nie miała wątpliwości co do tego, że wywrócił oczami.

– Dalej mi nie powiedziałaś, po co to robisz. Farba to jedno, chociaż mam wrażenie, że naturalne pasują ci bardziej.

– Sugerujesz, że wolałbyś widzieć mnie jako blondynkę? – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać. Och, już mogła to sobie wyobrazić…

– Ty to powiedziałaś – zauważył ze spokojem.

Ale nie zaprotestował. To i cień uśmiechu, który zagościł na jego ustach, zdawały się mówić same za siebie.

Westchnęła. Spuściła wzrok, bynajmniej nie rozbawiona. Chociaż chciała zmienić temat – rzucić jakimś głupim dowcipem o blondynkach – kiedy przyszło co do czego, nie potrafiła sobie żadnego przypomnieć. Zignorowanie pytania, kiedy patrzył na nią w tak poważny sposób, również nie wchodziło w grę.

– Farbuję je odkąd pamiętam – przyznała cicho, raptownie poważniejąc. – Miałam dość ludzi, którzy na mój widok wzdychali i głaskali mnie po głowie, jakbym była małą dziewczynką. Kiedyś bardzo się kręciły, a ja zawsze byłam drobna, więc… No, możesz się domyślić.

Wzruszyła ramionami. Już nie pamiętała, kiedy ostatnim razem spotkała się z taką reakcja, ale tak bardzo przywykła do siebie w czarnych włosach, że powrót do naturalnego koloru przestał wchodzić w grę. Nawet patrzenie na jasne odrosty okazało się dziwne. Nie żeby w ogóle miała głowę do zajmowania się czymś takim, ale mimo wszystko…

Och, dlaczego w ogóle próbowała o tym myśleć? O tym, że właśnie tłumaczyła się przed facetem, co do którego miała wątpliwości, jedynie wszystko komplikowało. Dlaczego w ogóle tkwili w pokoju akademickim, na dodatek w tak dziwnych warunkach, rozmawiając o jej włosach? Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, może mogłaby to zrozumieć, ale w grę przecież wchodził Carlos! Ten sam, który doprowadzał ją do szału i nieopatrznie oddał za nią nieśmiertelność. No i finalnie wylądowała z nim w łóżku, ale to jeszcze nic nie znaczyło.

Nerwowo przygryzła dolną wargę. W tamtej chwili błogosławiła fakt, że miała do czynienia z człowiekiem. Gdyby do tego wszystkiego okazało się, że mógł namieszać jej w głowie albo przeniknąć myśli, tym bardziej by tego nie zniosła.

Tyle że to nadal nie wyjaśniało kilku kwestii.

– Skąd wiedziałeś, że tutaj będę? – zapytała wprost.

Nawet jeśli go zaskoczyła, nie dał niczego po sobie poznać.

– Noel za tobą poszedł – wyjaśnił usłużnie. – Powiedział, że wyleciałaś ze szpitala jak oparzona, więc…

– Och, świetnie. Nasłałeś za mną niańkę?

Spojrzała na niego z niedowierzaniem, wręcz oskarżycielsko. Może i miał swojego powody, ale wcale nie spodobało jej się to, że ktokolwiek mógłby podążać za nią w tajemnicy. Gdyby przynajmniej miała pewność, ile tak naprawdę zobaczył Noel!

Przez twarz Carlosa przemknął cień.

– Przypomnę ci tylko, że nie jesteśmy na wakacjach. A skoro już uparłaś się przyjechać, nie bądź zaskoczona, że zachowujemy ostrożność – obruszył się, nie odrywając od niej wzroku. – Zresztą najwyraźniej słusznie, skoro znajduję cię tutaj.

– Więc jednak jesteś zły.

– Nie łap mnie za słówka – skrzywił się. – Mary, do cholery… Po prostu myślę racjonalnie.

Coś w jego słowach sprawiło, że roześmiała się w pozbawiony wesołości sposób. Spojrzała na Carlosa z niedowierzaniem, wciąż oszołomiona tym, że to akurat on stał przed nią i mówił podobne rzeczy. Po facecie, który większość czasu wydawał się robić to, co było wygodne dla niego, spodziewała się czegoś zupełnie innego.

A jednak był tutaj, nieznośnie opanowany i ludzki. Co więcej zrobił dość, by mogła uznać, że zawdzięczała mu życie. Wciąż tego nie rozumiała, ale…

Czemu? Czemu, do cholery…?!

– Więc ja nie myślę racjonalnie, tak? – wykrztusiła, choć w rzeczywistości chciała zapytać o coś zupełnie innego.

Wiedziała, że poniosło ich minionej nocy. Nie żałowała, choć podejrzewała, że prędzej czy później miało do tego dojść. Odreagowali, zwłaszcza że oboje potrzebowali choćby tylko tego rodzaju odskoczni, nawet jeśli chwila zapomnienia nie rozwiązywała żadnego z problemów. To było w porządku, oczywiście, poza tym do niego ich nie zobowiązywało. Na pewno nie Carlosa, którego już i tak dręczyła o wiele bardziej niż powinna.

Mogła sobie tylko wyobrażać, jak to wyglądało z jego strony. Z sobie tylko znanych powodów oddał nieśmiertelność, choć zdecydowanie nie miał tego w planach. Po wszystkim był świadkiem czegoś, co zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. To, że w ogóle chciał odnaleźć się w roli pocieszyciela, samo w sobie wydawało się do niego nie pasować, a jednak…

– Sądzę, że jednak tak – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.

Wciąż tam stał, wystarczająco blisko, by mogła poczuć bijące od jego ciała ciepło. Nie zauważyła, kiedy wziął ją w ramiona, jak gdyby nigdy nic przygarniając do siebie i całkowicie ignorując fakt, że wciąż była przemoczona. Tym bardziej nie zwróciła uwagi na to, że w którymś momencie zaczęła dygotać – czy to przez nadmiar emocji, czy za sprawą narastającego chłodu.

Wzięła kilka głębszych wdechów, bezskutecznie próbując się uspokoić. Chociaż w pierwszym odruchu zapragnęła się odsunąć, nie potrafiła się do tego zmusić.

– Jednak co? – rzuciła w roztargnieniu. Sama nie była pewna, do czego powinna odnieść jego słowa.

– Nie myślisz racjonalnie – wyjaśnił usłużnie. – W żalu to nic dziwnego.

– W żalu…

Co próbował jej insynuować? Chciała zaprotestować, ale ucisk w gardle skutecznie ją przed tym powstrzymał. W efekcie po prostu stała, pozwalając, żeby ją trzymał i próbując zapanować nad mętlikiem w głowie.

Czuła się inaczej niż w nocy, kiedy poddała się chwili namiętności. Myśląc o tym wstecz, uświadomiła sobie, że tak naprawdę uciekała, zresztą tak jak i on. Nie potrafiła stwierdzić, czy było to jakkolwiek uczciwe; w gruncie rzeczy nie dbała o to, tym bardziej że Carlos również czerpał z tego korzyści. No i byli dorośli, ale…

– Chodź.

Nie dodał niczego więcej. W zamian bezceremonialnie pociągnął Mary ku drzwiom, nie pozostawiając innego wyboru, jak tylko ruszyć za sobą. Przynajmniej w pierwszym odruchu podporządkowała mu się, dopiero po kilku krokach otrząsając na tyle, żeby jednak zdobyć się na reakcje. Zaparła się nogami, zmuszając Carlosa do tego, by jednak na nią spojrzał.

– Dokąd? Tak, zabrałam wszystko. Dobrze, że pytasz – sarknęła, jednak mężczyzna puścił jej słowa mimo uszu.

– Zabiorę cię w jedno miejsce. Dodatkowe dwie godziny nas nie zbawią.

Prawie udało jej się uśmiechnąć. Zbawią, co? Ale ostatecznie nie zdobyła się nawet na to.

– O co ci tak naprawdę chodzi?

Nie odpowiedział od razu. Po prostu spoglądał na nią wyczekująco, zaciskając palce na nadgarstku Mary.

– O nic – powiedział w końcu. Nie ma to jak konkretna odpowiedź!, pomyślała, ale i tę uwagę zachowała dla siebie. – Ale widzę, co robisz. I nie podoba mi się, dokąd to zmierza.

– A co robię? – zniecierpliwiła się.

I tym razem doczekała się ciszy. Chciała go ponaglić, coraz bardziej zniecierpliwiona, ale zrezygnowała w chwili, w której ich spojrzenia się spotkały.

Mogła tylko zgadywać, co kryło się za zachowaniem Carlosa. Nie rozumiała go, tak jak i większości decyzji, które podejmował. Doprowadzał ją do szału, choć w ostatnim czasie dochodziło do tego coraz rzadziej. Och, no i miała przed sobą człowieka – równie kruchego, co i ona, chociaż wciąż nie dopuszczała do siebie tej myśli.

Przede wszystkim jednak miała przed sobą kogoś, kto wydawał się ją rozumieć – i to może lepiej, niż początkowo podejrzewała. W chwili, w której zajrzała mu w oczy, z całą mocą przypomniała sobie, co popchnęło ją w jego ramiona. W nocy nie była tego świadoma, wmawiając sobie, że to ucieczka i wzajemne potrzeby, ale… to nie było tak. Pojęła to nagle, dziwnie oszołomiona tym, że nie zorientowała się wcześniej.

„Co ty wiesz o żalu?” – miała ochotę zapytać, ale i to nagle stało się zbędne. Już nie musiała.

Zrozumienie.

W jakiś pokrętny sposób znalazła właśnie to. I chociaż to wciąż niczego nie tłumaczyło, na dobry początek musiało wystarczyć.

Potrzebuję ich więcej razem. Naprawdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz