– Uspokoiłeś się na tyle,
żeby rozmawiać, czy po prostu wpadłeś coś rozwalić?
Carlos
wywrócił oczyma. Oparł się o ścianę, z nikłym uśmieszkiem
obserwując krzątającego się po pokoju Noela. Wampir nawet na niego
nie patrzył, ale jak nic zareagowałby, gdyby tylko doszedł do wniosku,
że coś w sypialni jednak mogłoby ucierpieć. Co prawda większość kolorowych
figurek i ozdobny wazon z kwiatami jak nic należały do Megan,
ale to nie miało znaczenia. Gdyby źle je potraktował, jak nic obaj mieliby
kłopoty.
– Miłe
powitanie – ocenił, prostując się. – Też się cieszę, że cię widzę.
– Ja chyba
mniej – przyznał z rezerwą Noel, ale przynajmniej przystanął i w końcu się
odwrócił. Jego brwi powędrowały ku górze, kiedy uważniej przyjrzał się
stojącemu przed nim mężczyźnie. – Czy ja czuję na tobie Mary? –
zapytał wprost.
– Milczenie
jest złotem. Nie tak to leciało w tych wymyślnych pismach? –
rzucił niemal pogodnym tonem. Mimo wszystko nie próbował zaprzeczać.
Zresztą czy to była jakaś tajemnica?
– O ile
nie zamierzacie sprowadzać na ten świat zbawcy…
Musiał
urwać, bo Carlos cisnął w niego pośpiesznie pochwyconą z kanapy
poduszką. Oczywiście wampir pochwycił ją bez trudu, ku irytacji
Sorentiego. Nie, zdecydowanie nie miał przywyknąć ani do spowolnionych
ruchów, ani tym bardziej pozostawiającej wiele do życzenia siły.
Człowieczeństwo pozostawało przekleństwem, które jak nic miało doprowadzić go
do grobu. I, cholera, chciał z tym coś zrobić tak szybko, jak
tylko miało być to możliwe.
Okej, może
nie było aż tak źle. W nocy na pewno nie, szczególnie gdy
przypomniał sobie pocałunki, drżące ciało w jego objęciach, a nawet
wilgoć jej łez. To i przyjemność płynąca ze wspólnego
przebudzenia, kiedy…
Natychmiast
odrzucił od siebie tę myśl. Seks zresztą również w tej sytuacji
pozostawał sprawą drugorzędną.
–
Sprowadziłem Arianę. Nikogo innego nie mam w planach – oznajmił, z niedowierzaniem
potrząsając głową.
– Nie widziałem
jej, jeśli to masz na myśli. Jeśli zaś chodzi o naszą
niedawną rozmowę, to Samael pewnie dalej z nią siedzi. Dogadajcie się
i złapcie Meg. – Noel przystanął. Raptownie spoważniał, nagle czymś
poruszony. – Mam iść z wami? Bez obrazy, ale sytuacja wygląda
marnie. Zresztą jeśli naprawdę znalazłeś coś tak cennego…
–
Zdecydowanie to – uciął stanowczo Carlos. – Swoją drogą, po to tutaj
jestem. Wczoraj w bibliotece znalazłem coś, co może się przydać… To znaczy
Mary znalazła – poprawił, mimowolnie wyobrażając sobie urażony wyraz twarzy
dziewczyny. – Muszę przyznać, że zabrzmiało obiecująco.
Noel
spojrzał na niego z zaciekawieniem, ale przynajmniej powstrzymał się
od zbędnych uwag. Całe szczęście, bo mimo całej sympatii, Carlos nie ręczył
za siebie na tyle, by jednak nie spróbować ponownie mu
przyłożyć. Co prawda miał dobry nastrój, ale ten momentalnie uleciał, kiedy
przypomniał sobie o czekającej go wizycie w Seattle. Nie byłoby
w tym niczego złego, gdyby nie świadomość, że pewna uparta dziewucha
jak nic nie zamierzała odpuścić sobie możliwości dołączenia do niego.
I chociaż w pewnym stopniu rozumiał, co nią kierowało, rozsądek nie pozwalał
mu zapomnieć, dlaczego pomysł sam w sobie prezentował się co najmniej
marnie.
Słowa
przyjaciela również mu o tym przypominały. Och, cały cholerny świat robił
to na każdym kroku. Zignorowanie człowieczeństwa nie wchodziło w grę,
nieważne jak bardzo chciał tego sam zainteresowany. Może i wciąż
pozostawało mu doświadczenie, a przy odrobinie szczęścia na spokojnie
mógł obronić sam siebie, ale nic ponadto. Na pewno nie mógł
zagwarantować bezpieczeństwa Mary, nawet jeśli ona sama twierdziła, że w grę
wchodziło załatwienie kilka spraw na mieście. Jasne, on też nie wyobrażał
sobie ataku Skyler na środku zatłoczonej ulicy, ale mimo wszystko…
– Będę za nią
chodził – zaoferował nieoczekiwanie Noel.
Carlos
potrzebował kilku kolejnych sekund, by zrozumieć sens jego słów.
Niewiele brakowało, by jednak coś rozwalił, kiedy dotarło do niego,
że myśli najwyraźniej wymknęły mu się spod kontroli. To stanowiło
kolejną frustrująca kwestię i mankament bycia człowiekiem. Chociaż w teorii
wiedział, w jaki sposób działały wampirze zmysły, zapanowanie nad mętlikiem
w głowie okazało się pod każdym względem problematyczne.
Mimo
wszystko musiał przyznać, że propozycja była kusząca. To nie tak, że jakoś
szczególnie przejmował się tą dziewczyną, ale skoro już poświęcił o wiele
za dużo, żeby uratować jej tyłek…
– Jak anioł
stróż? – zadrwił, uśmiechając się gorzko.
Doczekał się
promiennego uśmiechu. Noel wyprostował się i w nieco teatralnym
geście rozłożył ramiona.
– Oto ja.
– Skrzydła
też masz? – rzucił zaczepnym tonem. Zrezygnował, kiedy upadły dosłownie
spiorunował go wzrokiem. – Nieważne. A co ze wzmiankami z biblioteki?
– O klejnotach
i teorii żywiołów? – Noel wzruszył ramionami. – Nie wiem. Powiem ci więcej,
jak już zobaczę ten miecz i to, co przy nim znalazłeś. Te notatki…
– Pusty
skrawek papieru. Chyba, nie przyglądałem mu się – poprawił niechętnie
Carlos.
– Oczywiście.
Dorwałeś kawał ostrza i na tym skończyło się twoje
zainteresowanie. Nie spodziewałem się niczego innego.
Puścił te
słowa mimo uszu, nawet jeśli po części były prawdziwe. Co prawda w międzyczasie
posypało się wszystko inne, zaczynając od konieczności porzucenia
Eleonory, po rozpaczliwy telefon Tori, ale wciąż – Carlos wątpił, by nawet
w najbardziej sprzyjających warunkach zainteresowało go coś innego. Nie to żeby
zamierzał przy pierwszej okazji wymachiwać mieczem albo rzucić się na samego
Lucyfera, ale w grę bez wątpienia wchodziła desperacja. To i najbardziej
prymitywne z uczuć, jakim okazało się pragnienie zemsty.
Podchwycił
łagodnie, niemal zatroskane spojrzenie Noela. Zignorował je, w pośpiechu
uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Nie,
zdecydowanie nie zamierzał poruszać pewnych tematów.
– Po prostu
przypilnuj Mary – mruknął, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. – Idę sprawdzić,
czy nie szykują nam się kolejne niespodzianki – dodał grobowym tonem.
Och, jak
znał swoje szczęście, równie dobrze mógł napatoczyć się na Arianę ze
spakowaną walizką. Co prawda w tym temacie liczył na cudownie
odnalezionego, czuwającego nad dziewczyną Samaela, ale kto ją tam wiedział.
Skoro jedna ludzka gówniara próbowała stawiać na swoim, tym bardziej mógł
spodziewać się podobnego pomysłu u córki Lucyfera.
Nie
doczekał się odpowiedzi, co przyjął z ulgą. W ciszy wycofał się
ku drzwiom, przystając jeszcze na moment, by obejrzeć się na Noela.
Ani trochę nie zaskoczyło go, że ten uważnie go obserwował.
– W zasadzie…
jest jeszcze jeden temat – przyznał tak cicho, że ledwo sam siebie
słyszał. Mimo wszystko wiedział, że wampir był świadom każdego kolejnego słowa.
– Moje człowieczeństwo…
– Tak? Co z nim?
Coś w tonie
nieśmiertelnego dało Carlosowi do zrozumienia, że najpewniej rozumiał. I że
nie miał mu do powiedzenia niczego zadowalającego.
– Nic
takiego – odparł wymijająco. – Chociaż nie obraziłbym się, gdybyś… Cóż… –
Wzruszył ramionami. – Przyjaźnimy się, prawda?
– Przyjaźnimy.
– Noel nawet się nie zawahał. – I właśnie dlatego tego nie zrobię.
– Ale…
Upadły
potrząsnął głową.
– Ostrzegałem
cię, że nie wiem, co się wydarzy. Mam spróbować cię przemienić?
Mógłbym, ale i tutaj niczego ci nie obiecam. Nie wiem, co
zaszło tamtego dnia – oznajmił z naciskiem – ale jestem za to pewien,
że poświęcenie nie działa chwilowo. Oddałeś nieśmiertelność, Carlos. Dla
niej, na własne życzenie. – Przez twarz mężczyzny przemknął cień. – Może się
okazać, że przemiana w twoim przypadku nie zadziała i po prostu
cię zabije. Albo to Mary udławi się własną krwią, ledwo tylko znów
staniesz się wampirem. Tak to działa, bo świat zwykle dąży do równowagi,
a my i tak ją zakłóciliśmy… Chcesz spróbować? Bo ja niekoniecznie.
Skrzywił się
na te słowa. Zacisnął szczęki, gniewnie mrużąc oczy i ledwo
powstrzymując cisnącą mu się na usta wiązankę przekleństw. Prawda
była taka, że jednak miał ochotę coś rozwalić, niezależnie od tego, czy w
ten sposób mógłby sprowokować Megan. To już i tak nie miało
znaczenia.
Raz jeszcze
spojrzał na Noela, po czym bez słowa wyszedł, trzaskając
drzwiami. Skoro i tak nie mieli o czym rozmawiać…
Niech to szlag,
utknął! Na własne życzenie, ale jednak. Nie myślał jasno, kiedy
wymusił na upadłym reakcję, ale to pozostawało sprawą drugorzędną.
Nie mógł też powiedzieć, że żałował, choć na swój sposób na pewno
tak było. Cokolwiek podkusiło go, by spróbować ochronić tę
dziewczynę, okazało się dużo bardziej brzemienne w skutkach, aniżeli
początkowo sądził.
Bezwiednie
zacisnął dłonie w pięści. Mimowolnie pomyślał o Mary, najpewniej wciąż
cudownie nieświadomej i pogrążonej we śnie w swoim pokoju. Przyjemne
uniesienie, które towarzyszyło mu raptem pół godziny wcześniej, zniknęło
bezpowrotnie, pozostawiając po sobie wyłącznie irytację. Bezradność
okazała się gorsza niż cokolwiek innego, zwłaszcza że nigdy nie miał
w planach doprowadzić do czegoś takiego. Gdyby wiedział…
Wtedy co?
Pozwoliłbyś, żeby umarła?
Potrząsnął
głową. Zaraz po tym, siląc się na obojętność, zawrócił, kierując się
ku sypialni Ariany i Samaela.
Cokolwiek się działo, jedno pozostawało niezmienione:
mieli plan.
Zachmurzone niebo otworzyło
się, zmuszając ją do przyspieszenia kroku. Skrzywiła się, naciągnęła
kaptur i niemal biegiem pokonała kilka ostatnich metrów, dzielących ją od okazałego
gmachu szpitala. Serce Mary zabiło szybciej, podchodząc aż do gardła,
kiedy w końcu znalazła się przy głównym wejściu. Nogi na moment
odmówiły posłuszeństwa, więc zatrzymała się, stojąc pod zadaszeniem i obserwując
zmierzających w swoje strony przechodniów.
Tętniące
życiem miasto pod każdym względem pozostawało znajome. Mimo zwyczajowej
szarugi i padającego deszczu, ludzie nie siedzieli w domach,
przyzwyczajeni do pozostawiającej wiele do życzenia pogody. Stan
Waszyngton w całej swej okazałości, pomyślała ponuro i prawie
udało jej się uśmiechnąć. Co prawda wcale nie czuła się rozbawiona,
zwłaszcza gdy przypomniała sobie cel swoje wizyty, ale za wszelką
cenę starała się o tym nie myśleć.
Miała dość
czasu, żeby poukładać sobie pewne rzeczy. W zasadzie powinna przywyknąć do myśli
o pewnym scenariuszu już dawno, odkąd stało się jasne, że kiedyś
przyjdzie jej zmierzyć się z podobnym problemem. A teraz
była tutaj, nerwowo spoglądając to na porośnięty zielenią plac przed
szpitalem, to znów na górujący nad nią, przeszklony budynek,
niezdolna ruszyć się o krok, a co dopiero wejść do środka.
Bądź dzielna,
nakazała sobie stanowczo. Z jakiegoś powodu głos rozsądku zabrzmiał niemal
jak słowa wypowiedziane przez dawno zmarłą Nanę. W tamtej chwili Mary
marzyła, by babcia znalazła się obok i jakoś ją poprowadziła.
Och! Żeby znalazł się ktokolwiek, na kogo mogłaby zrzucić przynajmniej
część odpowiedzialności.
Wcale nie czuła się
dzielna.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że musiała tam wejść. Po to przyjechała,
niejako zmuszając Carlosa do tego, żeby jej uległ. Co prawda nie planowała
tego, co zaszło miedzy nimi przy okazji, ale to nie zmieniało
najważniejszego – tego, że wciąż miała sprawy do załatwienia. Tego, co
stało się w bibliotece i później, ani trochę nie żałowała,
choć podejrzewała, że prędzej czy później nadejdzie moment, w którym
jednak mogłaby zacząć. Biorąc pod uwagę fakt, że w pokoju obudziła się
sama, a Sorenti od tego momentu nie rozmawiał z nią dłużej
niż to konieczne, by poinformować o wyjeździe (i że miała czas
do dwudziestej, chyba że chciała wracać na własną rękę), najwyraźniej
było to nieuniknione.
Dupek.
Ale nawet
jego obecność przyjęłaby z radością, nawet mimo dumy, która nakazała
jej odmówić jakiegokolwiek towarzystwa. Nie żeby Carlos w ogóle
coś proponował, oczywiście.
Główne
drzwi rozsunęły się, przepuszczając kogoś z wnętrza budynku. Mary aż się
wzdrygnęła, w roztargnieniu spoglądając na wejście. Tkwiła tu zbyt
długo, co zdecydowanie nie ułatwiało zadania. Pragnęła po prostu tam wejść,
załatwić swoje i ewakuować się z przynajmniej szczątkowym
poczuciem, że postąpiła tak, jak należy. Co prawda podejrzewała, że powinna wyglądać
jak ktoś, kto właśnie przeżywał żałobę, ale nie potrafiła płakać. Już nie,
choć gdyby nie Carlos i cel, który wyznaczyła sobie w bibliotece,
minioną noc spędziłaby pogrążona we własnych myślach, walcząc ze łzami i wyrzutami
sumienia.
A może nie?
Może jeśli traciło się kogoś przez tyle czasu, nie było miejsca na żałobę?
Towarzyszyła jej przede wszystkim pustka, choć i ta wydała się Mary
dziwna i jakby nieprawdziwa. W rzeczywistości dominowało zupełnie
inne uczucie, mimo że wciąż nie miała odwagi go nazwać.
Zacisnęła
usta. Starając się zachować obojętny wyraz twarzy, w końcu zrobiła
krok naprzód, decydując się wejść do środka. Drzwi rozsunęły się, reagując
na ruch i wpuszczając ją do nieznośnie znajomej, wypełnionej
ludźmi recepcji. Słyszała głosy, dzwoniący telefon, typowe nawet dla tej
godziny zamieszanie. Dobrze wiedziała, że powinna zgłosić się do jednego
z okienek, ale ominęła rejestrację szerokim łukiem i pomknęła ku
jednego z licznych korytarzy. Dobrze znała drogę, zwłaszcza że w przeszłości
pokonywała ją tak wiele razy, że na odpowiedzi oddział mogłaby trafić
nawet z zamkniętymi oczami.
Tylko po co?
Tam już nikt nie czeka i…
– Mary!
Stłumiła
cisnące się na usta przekleństwo. Na krótką chwilę zacisnęła dłonie
w pięści, prawie natychmiast luzując uścisk. Poruszając się trochę
jak w transie, uniosła głowę i spojrzała wprost na zmierzającą w
jej stronę kobietę.
Clara
wyraźnie odetchnęła na jej widok. Mary nie była pewna, kiedy widziały się
ostatnim razem, ale wciąż czuła się dziwnie, spoglądając na zaledwie
dziesięć lat od niej starszą lekarkę. Kiedy poznała ją kilka lat
wcześniej, miała sporo wątpliwości względem kogoś, kto ledwo co ukończył studia
i chyba tylko cudem w tak wczesnym wieku zdobył wymarzone stanowisko,
ale nie próbowała protestować. Prawda była taka, że już dawno zwątpiła w to,
czy istniał sposób na to, żeby mogła odzyskać matkę. Ostatnie dwie
doby potwierdzały, że słusznie, ale w najmniejszym nawet stopniu nie winiła
tej kobiety. Wierzyła, że ta zrobiła wszystko – a może nawet więcej
niż mogła.
Mimo
wszystko na widok zmierzającej w jej stronę doktor Goldberg, Mary
zapragnęła odwrócić się na pięcie czym prędzej ewakuować. Kiedy w zwykle
surowych, stalowoszarych oczach doszukała się mieszanki współczucia i troski,
odwróciła wzrok. Nie chciała tego. Zwłaszcza nie od niej; nie od kogoś,
kogo ceniła przede wszystkim za bezpośredniość. Pragnęła być silna, ale jak
miała się na to zdobyć, jeśli nawet Clara zacznie patrzeć na nią
w taki sposób.
Przystanęła
przy schodach, palce nerwowo zaciskając na poręczy. Nie poruszyła się
aż do momentu, w którym ciepłe dłonie zacisnęły się na jej ramionach.
– Co się
wtedy stało? Gdzie byłaś? – wyrzuciła na wydechu Clara. Podniosła głos, mimo
że wyraźnie próbowała się powstrzymać. – Dzwoniłam do ciebie, ale telefon
nie odpowiadał i… Mary! – skrzywiła się, nie doczekawszy
natychmiastowej odpowiedzi.
– Wybacz –
mruknęła, wzruszając ramionami. – Upuściłam komórkę. Do niczego się
nie nadawała, więc…
Nie dodała
niczego więcej. Po spojrzeniu kobiety poznała, że to i tak nie miało
znaczenia, w gruncie rzeczy brzmiąc jak słaba wymówka, którą przecież
było. W końcu nie mogła wspomnieć Clarze ani o faktycznej
przyczynie nieobecności, ani niczym innym – zwłaszcza tym, że tak naprawdę
sama również powinna być martwa.
Musiała
powstrzymać się przed instynktownym sięgnięciem do szyi.
– Przejdźmy
do rzeczy, co? – poprosiła, w pośpiechu zmieniając temat.
Własny głos
wydał jej się zbyt szorstki i zimny, ale tak było lepiej. Nie miała
czasu. Musiała załatwić sprawy, a potem ewakuować tak szybko, jak
tylko mogła. Wolała nie sprawdzać, czy Carlos faktycznie mógłby
ją zostawić, gdyby się spóźniła.
To wcale
nie brzmi tak, jakbym uciekała…
– Chodźmy
do mnie – doszedł ją spięty głos Clary. Mary nie potrafiła stwierdzić,
czy lekarka powiedziała wcześniej coś więcej. Widziała jedynie, że
obserwowała ją niespokojnie, raz po raz potrząsając głową. – Wyglądasz,
jakbyś musiała usiąść. No i wciąż musimy porozmawiać, zanim…
– Dzięki za troskę,
ale chce załatwić to szybko – zaoponowała, w pośpiechu wyrywając
dłoń z uścisku smukłych palców. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że
jej reakcja była o wiele gwałtowniejsza, aniżeli pierwotnie
planowała. – Pewnie powinnam iść do recepcji, nie? Mamy papiery do podpisania.
Jeszcze
kiedy mówiła, zawróciła ku wyjściu. Przynajmniej próbowała, bo po zaledwie
dwóch krokach zmuszona była przystanąć, kiedy tuż przed nią dosłownie
zmaterializowała się doktor Goldberg. Czarne, sięgające zaledwie do ramion
włosy łagodnie zafalowały.
– I to wszystko?
Mary… – Przez twarz Clary przemknął cień. – Widzę, co robisz i mi się
to nie podoba. Musimy porozmawiać, bo…
– Nie.
Zawahała
się. Wiedziała, że powinna powiedzieć coś jeszcze – że ta kobieta
zasłużyła na więcej – ale nie potrafiła się na to zdobyć.
Zresztą dobrze wiedziała, co usłyszy. Właśnie dlatego zwlekała z wejściem,
do samego końca mając nadzieje, że uda jej się uniknąć spotkania z opiekunką
matki. Oczywiście, unikanie problemu ani trochę go nie rozwiązywało,
ale Mary nie potrafiła należycie się tym przejąć. Nie tym
razem.
Odetchnęła,
próbując się uspokoić. Cofnęła się o krok, ostrzegawczo
spoglądając na stojącą przed nią kobietę. Z wolna wyprostowała się,
mimo obaw decydując się spojrzeć Clarze w oczy – w te znajome i zarazem
irytująco obce stalowoszare tęczówki.
Dobrze
wiedząc, że szybko przyjdzie jej tego pożałować, zmusiła się do tego,
żeby odezwać się ponownie.
– Dziękuję
za wszystko, co zrobiłaś. Dla mnie, dla mojej mamy… Ja… – Przełknęła z trudem.
Nie mogła pozwolić sobie na drżenie głosu, a tym bardziej
okazanie słabości. Gdyby pozwoliła sobie na łzy, nie powstrzymałaby
się. – I za informację. Wybacz, że pojawiłam się dopiero teraz,
ale miałam sporo do zrobienia. W zasadzie to jeszcze
dzisiaj wyjeżdżam, więc…
–
Wyjeżdżasz? Mary, co do cholery? – wyrwało się Clarze. – A studia?
Ty przecież nie…
– Studia to teraz
mój najmniejszy problem – mruknęła, przez moment bliska tego, żeby
histerycznie się roześmiać. Och, gdybyś tylko wiedziała… – Zresztą
tutaj nawet nie chodzi o mamę. To coś, co planowałam od jakiegoś
czasu.
W gruncie
rzeczy nie kłamała. Co prawda ciężko było mówić o planowaniu
czegokolwiek, kiedy miało się do czynienia z istotami nieśmiertelnymi,
to jednak pozostawało sprawą drugorzędną. Nie zmieniało to jednak
faktu, że od chwili, w której poznała prawdę o Alyssie, Mary nabrała
pewności, że zmieniło się wszystko. Normalne funkcjonowanie przestało
wchodzić w grę, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
Westchnęła.
Prawie udało jej się uśmiechnąć, kiedy niepewnie spojrzała na wciąż poruszona
Clarę.
– Nieważne.
Teraz tym bardziej nic mnie tutaj nie trzyma – podjęła, nerwowym gestem
przeczesując włosy. Nawinęła jeden z kosmyków na palec, niezdolna ukryć
zdenerwowania. Nawet dalsze spoglądanie tej kobiecie w oczy nie wchodziło
już w grę. – Chciałabym mieć dla ciebie coś więcej poza wdzięcznością, naprawdę…
Wierz mi, że bardzo cię dziękuję. Za wszystko. Po prostu do pewnych
rzeczy musiało dojść, prawda? Od dawna się z tym liczyłam.
– Mary…
– Wiem, że
zrobiłaś wszystko, co się da. Nie będę powstrzymywać się od dalszych
badań, chociaż teraz z pewnością będą trudniejsze. – Zawahała się na moment. – Ja już
nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Jeszcze
kiedy mówiła, spróbowała wyminąć Clarę. Tym razem kobieta nie próbowała
jej zatrzymywać, ale i tak odezwała się, nim Mary zdążyłaby się
oddalić wystarczająco daleko, by mieć szansę tych słów nie usłyszeć.
– Zrobisz,
co uważasz, ale proszę… Mary, proszę cię – powtórzyła z naciskiem i choć
przez moment zabrzmiała jak Clara, do której dziewczyna zdążyła się przyzwyczaić.
Tyle wystarczyło, by przystanęła, na krótką chwilę wytrącona z rytmu.
– Namawiałam cię do tego wcześniej, a teraz tym bardziej będę. Nie chciałaś
mi za dużo powiedzieć o babci, ale i tak… A teraz
twoja mama. Choćby przez wzgląd na nią powinnaś się przebadać. Ja…
Mary!
Nie
odpowiedziała. W zamian przyspieszyła kroku, niemalże biegiem wracając najpierw
do recepcji, a później wprost na królującą na zewnątrz
ulewę. Ciężkie krople natychmiast osiadły na jej włosach i ubraniu,
ale nie zwróciła na to uwagi.
Formalności
jednak musiała załatwić przy innej okazji.
Hmm, także tego. Zostawię to tutaj z nadzieją na jakieś ciekawe teorie. Enjoy! :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz