16 marca 2022

Rozdział XVI

Carlos

– Uspokoiłeś się na tyle, żeby rozmawiać, czy po prostu wpadłeś coś rozwalić?

Carlos wywrócił oczyma. Oparł się o ścianę, z nikłym uśmieszkiem obserwując krzątającego się po pokoju Noela. Wampir nawet na niego nie patrzył, ale jak nic zareagowałby, gdyby tylko doszedł do wniosku, że coś w sypialni jednak mogłoby ucierpieć. Co prawda większość kolorowych figurek i ozdobny wazon z kwiatami jak nic należały do Megan, ale to nie miało znaczenia. Gdyby źle je potraktował, jak nic obaj mieliby kłopoty.

– Miłe powitanie – ocenił, prostując się. – Też się cieszę, że cię widzę.

– Ja chyba mniej – przyznał z rezerwą Noel, ale przynajmniej przystanął i w końcu się odwrócił. Jego brwi powędrowały ku górze, kiedy uważniej przyjrzał się stojącemu przed nim mężczyźnie. – Czy ja czuję na tobie Mary? – zapytał wprost.

– Milczenie jest złotem. Nie tak to leciało w tych wymyślnych pismach? – rzucił niemal pogodnym tonem. Mimo wszystko nie próbował zaprzeczać. Zresztą czy to była jakaś tajemnica?

– O ile nie zamierzacie sprowadzać na ten świat zbawcy…

Musiał urwać, bo Carlos cisnął w niego pośpiesznie pochwyconą z kanapy poduszką. Oczywiście wampir pochwycił ją bez trudu, ku irytacji Sorentiego. Nie, zdecydowanie nie miał przywyknąć ani do spowolnionych ruchów, ani tym bardziej pozostawiającej wiele do życzenia siły. Człowieczeństwo pozostawało przekleństwem, które jak nic miało doprowadzić go do grobu. I, cholera, chciał z tym coś zrobić tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.

Okej, może nie było aż tak źle. W nocy na pewno nie, szczególnie gdy przypomniał sobie pocałunki, drżące ciało w jego objęciach, a nawet wilgoć jej łez. To i przyjemność płynąca ze wspólnego przebudzenia, kiedy…

Natychmiast odrzucił od siebie tę myśl. Seks zresztą również w tej sytuacji pozostawał sprawą drugorzędną.

– Sprowadziłem Arianę. Nikogo innego nie mam w planach – oznajmił, z niedowierzaniem potrząsając głową.

– Nie widziałem jej, jeśli to masz na myśli. Jeśli zaś chodzi o naszą niedawną rozmowę, to Samael pewnie dalej z nią siedzi. Dogadajcie się i złapcie Meg. – Noel przystanął. Raptownie spoważniał, nagle czymś poruszony. – Mam iść z wami? Bez obrazy, ale sytuacja wygląda marnie. Zresztą jeśli naprawdę znalazłeś coś tak cennego…

– Zdecydowanie to – uciął stanowczo Carlos. – Swoją drogą, po to tutaj jestem. Wczoraj w bibliotece znalazłem coś, co może się przydać… To znaczy Mary znalazła – poprawił, mimowolnie wyobrażając sobie urażony wyraz twarzy dziewczyny. – Muszę przyznać, że zabrzmiało obiecująco.

Noel spojrzał na niego z zaciekawieniem, ale przynajmniej powstrzymał się od zbędnych uwag. Całe szczęście, bo mimo całej sympatii, Carlos nie ręczył za siebie na tyle, by jednak nie spróbować ponownie mu przyłożyć. Co prawda miał dobry nastrój, ale ten momentalnie uleciał, kiedy przypomniał sobie o czekającej go wizycie w Seattle. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie świadomość, że pewna uparta dziewucha jak nic nie zamierzała odpuścić sobie możliwości dołączenia do niego. I chociaż w pewnym stopniu rozumiał, co nią kierowało, rozsądek nie pozwalał mu zapomnieć, dlaczego pomysł sam w sobie prezentował się co najmniej marnie.

Słowa przyjaciela również mu o tym przypominały. Och, cały cholerny świat robił to na każdym kroku. Zignorowanie człowieczeństwa nie wchodziło w grę, nieważne jak bardzo chciał tego sam zainteresowany. Może i wciąż pozostawało mu doświadczenie, a przy odrobinie szczęścia na spokojnie mógł obronić sam siebie, ale nic ponadto. Na pewno nie mógł zagwarantować bezpieczeństwa Mary, nawet jeśli ona sama twierdziła, że w grę wchodziło załatwienie kilka spraw na mieście. Jasne, on też nie wyobrażał sobie ataku Skyler na środku zatłoczonej ulicy, ale mimo wszystko…

– Będę za nią chodził – zaoferował nieoczekiwanie Noel.

Carlos potrzebował kilku kolejnych sekund, by zrozumieć sens jego słów. Niewiele brakowało, by jednak coś rozwalił, kiedy dotarło do niego, że myśli najwyraźniej wymknęły mu się spod kontroli. To stanowiło kolejną frustrująca kwestię i mankament bycia człowiekiem. Chociaż w teorii wiedział, w jaki sposób działały wampirze zmysły, zapanowanie nad mętlikiem w głowie okazało się pod każdym względem problematyczne.

Mimo wszystko musiał przyznać, że propozycja była kusząca. To nie tak, że jakoś szczególnie przejmował się tą dziewczyną, ale skoro już poświęcił o wiele za dużo, żeby uratować jej tyłek…

– Jak anioł stróż? – zadrwił, uśmiechając się gorzko.

Doczekał się promiennego uśmiechu. Noel wyprostował się i w nieco teatralnym geście rozłożył ramiona.

– Oto ja.

– Skrzydła też masz? – rzucił zaczepnym tonem. Zrezygnował, kiedy upadły dosłownie spiorunował go wzrokiem. – Nieważne. A co ze wzmiankami z biblioteki?

– O klejnotach i teorii żywiołów? – Noel wzruszył ramionami. – Nie wiem. Powiem ci więcej, jak już zobaczę ten miecz i to, co przy nim znalazłeś. Te notatki…

– Pusty skrawek papieru. Chyba, nie przyglądałem mu się – poprawił niechętnie Carlos.

– Oczywiście. Dorwałeś kawał ostrza i na tym skończyło się twoje zainteresowanie. Nie spodziewałem się niczego innego.

Puścił te słowa mimo uszu, nawet jeśli po części były prawdziwe. Co prawda w międzyczasie posypało się wszystko inne, zaczynając od konieczności porzucenia Eleonory, po rozpaczliwy telefon Tori, ale wciąż – Carlos wątpił, by nawet w najbardziej sprzyjających warunkach zainteresowało go coś innego. Nie to żeby zamierzał przy pierwszej okazji wymachiwać mieczem albo rzucić się na samego Lucyfera, ale w grę bez wątpienia wchodziła desperacja. To i najbardziej prymitywne z uczuć, jakim okazało się pragnienie zemsty.

Podchwycił łagodnie, niemal zatroskane spojrzenie Noela. Zignorował je, w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok.

Nie, zdecydowanie nie zamierzał poruszać pewnych tematów.

– Po prostu przypilnuj Mary – mruknął, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. – Idę sprawdzić, czy nie szykują nam się kolejne niespodzianki – dodał grobowym tonem.

Och, jak znał swoje szczęście, równie dobrze mógł napatoczyć się na Arianę ze spakowaną walizką. Co prawda w tym temacie liczył na cudownie odnalezionego, czuwającego nad dziewczyną Samaela, ale kto ją tam wiedział. Skoro jedna ludzka gówniara próbowała stawiać na swoim, tym bardziej mógł spodziewać się podobnego pomysłu u córki Lucyfera.

Nie doczekał się odpowiedzi, co przyjął z ulgą. W ciszy wycofał się ku drzwiom, przystając jeszcze na moment, by obejrzeć się na Noela. Ani trochę nie zaskoczyło go, że ten uważnie go obserwował.

– W zasadzie… jest jeszcze jeden temat – przyznał tak cicho, że ledwo sam siebie słyszał. Mimo wszystko wiedział, że wampir był świadom każdego kolejnego słowa. – Moje człowieczeństwo…

– Tak? Co z nim?

Coś w tonie nieśmiertelnego dało Carlosowi do zrozumienia, że najpewniej rozumiał. I że nie miał mu do powiedzenia niczego zadowalającego.

– Nic takiego – odparł wymijająco. – Chociaż nie obraziłbym się, gdybyś… Cóż… – Wzruszył ramionami. – Przyjaźnimy się, prawda?

– Przyjaźnimy. – Noel nawet się nie zawahał. – I właśnie dlatego tego nie zrobię.

– Ale…

Upadły potrząsnął głową.

– Ostrzegałem cię, że nie wiem, co się wydarzy. Mam spróbować cię przemienić? Mógłbym, ale i tutaj niczego ci nie obiecam. Nie wiem, co zaszło tamtego dnia – oznajmił z naciskiem – ale jestem za to pewien, że poświęcenie nie działa chwilowo. Oddałeś nieśmiertelność, Carlos. Dla niej, na własne życzenie. – Przez twarz mężczyzny przemknął cień. – Może się okazać, że przemiana w twoim przypadku nie zadziała i po prostu cię zabije. Albo to Mary udławi się własną krwią, ledwo tylko znów staniesz się wampirem. Tak to działa, bo świat zwykle dąży do równowagi, a my i tak ją zakłóciliśmy… Chcesz spróbować? Bo ja niekoniecznie.

Skrzywił się na te słowa. Zacisnął szczęki, gniewnie mrużąc oczy i ledwo powstrzymując cisnącą mu się na usta wiązankę przekleństw. Prawda była taka, że jednak miał ochotę coś rozwalić, niezależnie od tego, czy w ten sposób mógłby sprowokować Megan. To już i tak nie miało znaczenia.

Raz jeszcze spojrzał na Noela, po czym bez słowa wyszedł, trzaskając drzwiami. Skoro i tak nie mieli o czym rozmawiać…

Niech to szlag, utknął! Na własne życzenie, ale jednak. Nie myślał jasno, kiedy wymusił na upadłym reakcję, ale to pozostawało sprawą drugorzędną. Nie mógł też powiedzieć, że żałował, choć na swój sposób na pewno tak było. Cokolwiek podkusiło go, by spróbować ochronić tę dziewczynę, okazało się dużo bardziej brzemienne w skutkach, aniżeli początkowo sądził.

Bezwiednie zacisnął dłonie w pięści. Mimowolnie pomyślał o Mary, najpewniej wciąż cudownie nieświadomej i pogrążonej we śnie w swoim pokoju. Przyjemne uniesienie, które towarzyszyło mu raptem pół godziny wcześniej, zniknęło bezpowrotnie, pozostawiając po sobie wyłącznie irytację. Bezradność okazała się gorsza niż cokolwiek innego, zwłaszcza że nigdy nie miał w planach doprowadzić do czegoś takiego. Gdyby wiedział…

Wtedy co? Pozwoliłbyś, żeby umarła?

Potrząsnął głową. Zaraz po tym, siląc się na obojętność, zawrócił, kierując się ku sypialni Ariany i Samaela.

Cokolwiek się działo, jedno pozostawało niezmienione: mieli plan.


Mary

Zachmurzone niebo otworzyło się, zmuszając ją do przyspieszenia kroku. Skrzywiła się, naciągnęła kaptur i niemal biegiem pokonała kilka ostatnich metrów, dzielących ją od okazałego gmachu szpitala. Serce Mary zabiło szybciej, podchodząc aż do gardła, kiedy w końcu znalazła się przy głównym wejściu. Nogi na moment odmówiły posłuszeństwa, więc zatrzymała się, stojąc pod zadaszeniem i obserwując zmierzających w swoje strony przechodniów.

Tętniące życiem miasto pod każdym względem pozostawało znajome. Mimo zwyczajowej szarugi i padającego deszczu, ludzie nie siedzieli w domach, przyzwyczajeni do pozostawiającej wiele do życzenia pogody. Stan Waszyngton w całej swej okazałości, pomyślała ponuro i prawie udało jej się uśmiechnąć. Co prawda wcale nie czuła się rozbawiona, zwłaszcza gdy przypomniała sobie cel swoje wizyty, ale za wszelką cenę starała się o tym nie myśleć.

Miała dość czasu, żeby poukładać sobie pewne rzeczy. W zasadzie powinna przywyknąć do myśli o pewnym scenariuszu już dawno, odkąd stało się jasne, że kiedyś przyjdzie jej zmierzyć się z podobnym problemem. A teraz była tutaj, nerwowo spoglądając to na porośnięty zielenią plac przed szpitalem, to znów na górujący nad nią, przeszklony budynek, niezdolna ruszyć się o krok, a co dopiero wejść do środka.

Bądź dzielna, nakazała sobie stanowczo. Z jakiegoś powodu głos rozsądku zabrzmiał niemal jak słowa wypowiedziane przez dawno zmarłą Nanę. W tamtej chwili Mary marzyła, by babcia znalazła się obok i jakoś ją poprowadziła. Och! Żeby znalazł się ktokolwiek, na kogo mogłaby zrzucić przynajmniej część odpowiedzialności.

Wcale nie czuła się dzielna.

Nie zmieniało to jednak faktu, że musiała tam wejść. Po to przyjechała, niejako zmuszając Carlosa do tego, żeby jej uległ. Co prawda nie planowała tego, co zaszło miedzy nimi przy okazji, ale to nie zmieniało najważniejszego – tego, że wciąż miała sprawy do załatwienia. Tego, co stało się w bibliotece i później, ani trochę nie żałowała, choć podejrzewała, że prędzej czy później nadejdzie moment, w którym jednak mogłaby zacząć. Biorąc pod uwagę fakt, że w pokoju obudziła się sama, a Sorenti od tego momentu nie rozmawiał z nią dłużej niż to konieczne, by poinformować o wyjeździe (i że miała czas do dwudziestej, chyba że chciała wracać na własną rękę), najwyraźniej było to nieuniknione.

Dupek.

Ale nawet jego obecność przyjęłaby z radością, nawet mimo dumy, która nakazała jej odmówić jakiegokolwiek towarzystwa. Nie żeby Carlos w ogóle coś proponował, oczywiście.

Główne drzwi rozsunęły się, przepuszczając kogoś z wnętrza budynku. Mary aż się wzdrygnęła, w roztargnieniu spoglądając na wejście. Tkwiła tu zbyt długo, co zdecydowanie nie ułatwiało zadania. Pragnęła po prostu tam wejść, załatwić swoje i ewakuować się z przynajmniej szczątkowym poczuciem, że postąpiła tak, jak należy. Co prawda podejrzewała, że powinna wyglądać jak ktoś, kto właśnie przeżywał żałobę, ale nie potrafiła płakać. Już nie, choć gdyby nie Carlos i cel, który wyznaczyła sobie w bibliotece, minioną noc spędziłaby pogrążona we własnych myślach, walcząc ze łzami i wyrzutami sumienia.

A może nie? Może jeśli traciło się kogoś przez tyle czasu, nie było miejsca na żałobę? Towarzyszyła jej przede wszystkim pustka, choć i ta wydała się Mary dziwna i jakby nieprawdziwa. W rzeczywistości dominowało zupełnie inne uczucie, mimo że wciąż nie miała odwagi go nazwać.

Zacisnęła usta. Starając się zachować obojętny wyraz twarzy, w końcu zrobiła krok naprzód, decydując się wejść do środka. Drzwi rozsunęły się, reagując na ruch i wpuszczając ją do nieznośnie znajomej, wypełnionej ludźmi recepcji. Słyszała głosy, dzwoniący telefon, typowe nawet dla tej godziny zamieszanie. Dobrze wiedziała, że powinna zgłosić się do jednego z okienek, ale ominęła rejestrację szerokim łukiem i pomknęła ku jednego z licznych korytarzy. Dobrze znała drogę, zwłaszcza że w przeszłości pokonywała ją tak wiele razy, że na odpowiedzi oddział mogłaby trafić nawet z zamkniętymi oczami.

Tylko po co? Tam już nikt nie czeka i…

– Mary!

Stłumiła cisnące się na usta przekleństwo. Na krótką chwilę zacisnęła dłonie w pięści, prawie natychmiast luzując uścisk. Poruszając się trochę jak w transie, uniosła głowę i spojrzała wprost na zmierzającą w jej stronę kobietę.

Clara wyraźnie odetchnęła na jej widok. Mary nie była pewna, kiedy widziały się ostatnim razem, ale wciąż czuła się dziwnie, spoglądając na zaledwie dziesięć lat od niej starszą lekarkę. Kiedy poznała ją kilka lat wcześniej, miała sporo wątpliwości względem kogoś, kto ledwo co ukończył studia i chyba tylko cudem w tak wczesnym wieku zdobył wymarzone stanowisko, ale nie próbowała protestować. Prawda była taka, że już dawno zwątpiła w to, czy istniał sposób na to, żeby mogła odzyskać matkę. Ostatnie dwie doby potwierdzały, że słusznie, ale w najmniejszym nawet stopniu nie winiła tej kobiety. Wierzyła, że ta zrobiła wszystko – a może nawet więcej niż mogła.

Mimo wszystko na widok zmierzającej w jej stronę doktor Goldberg, Mary zapragnęła odwrócić się na pięcie czym prędzej ewakuować. Kiedy w zwykle surowych, stalowoszarych oczach doszukała się mieszanki współczucia i troski, odwróciła wzrok. Nie chciała tego. Zwłaszcza nie od niej; nie od kogoś, kogo ceniła przede wszystkim za bezpośredniość. Pragnęła być silna, ale jak miała się na to zdobyć, jeśli nawet Clara zacznie patrzeć na nią w taki sposób.

Przystanęła przy schodach, palce nerwowo zaciskając na poręczy. Nie poruszyła się aż do momentu, w którym ciepłe dłonie zacisnęły się na jej ramionach.

– Co się wtedy stało? Gdzie byłaś? – wyrzuciła na wydechu Clara. Podniosła głos, mimo że wyraźnie próbowała się powstrzymać. – Dzwoniłam do ciebie, ale telefon nie odpowiadał i… Mary! – skrzywiła się, nie doczekawszy natychmiastowej odpowiedzi.

– Wybacz – mruknęła, wzruszając ramionami. – Upuściłam komórkę. Do niczego się nie nadawała, więc…

Nie dodała niczego więcej. Po spojrzeniu kobiety poznała, że to i tak nie miało znaczenia, w gruncie rzeczy brzmiąc jak słaba wymówka, którą przecież było. W końcu nie mogła wspomnieć Clarze ani o faktycznej przyczynie nieobecności, ani niczym innym – zwłaszcza tym, że tak naprawdę sama również powinna być martwa.

Musiała powstrzymać się przed instynktownym sięgnięciem do szyi.

– Przejdźmy do rzeczy, co? – poprosiła, w pośpiechu zmieniając temat.

Własny głos wydał jej się zbyt szorstki i zimny, ale tak było lepiej. Nie miała czasu. Musiała załatwić sprawy, a potem ewakuować tak szybko, jak tylko mogła. Wolała nie sprawdzać, czy Carlos faktycznie mógłby ją zostawić, gdyby się spóźniła.

To wcale nie brzmi tak, jakbym uciekała…

– Chodźmy do mnie – doszedł ją spięty głos Clary. Mary nie potrafiła stwierdzić, czy lekarka powiedziała wcześniej coś więcej. Widziała jedynie, że obserwowała ją niespokojnie, raz po raz potrząsając głową. – Wyglądasz, jakbyś musiała usiąść. No i wciąż musimy porozmawiać, zanim…

– Dzięki za troskę, ale chce załatwić to szybko – zaoponowała, w pośpiechu wyrywając dłoń z uścisku smukłych palców. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że jej reakcja była o wiele gwałtowniejsza, aniżeli pierwotnie planowała. – Pewnie powinnam iść do recepcji, nie? Mamy papiery do podpisania.

Jeszcze kiedy mówiła, zawróciła ku wyjściu. Przynajmniej próbowała, bo po zaledwie dwóch krokach zmuszona była przystanąć, kiedy tuż przed nią dosłownie zmaterializowała się doktor Goldberg. Czarne, sięgające zaledwie do ramion włosy łagodnie zafalowały.

– I to wszystko? Mary… – Przez twarz Clary przemknął cień. – Widzę, co robisz i mi się to nie podoba. Musimy porozmawiać, bo…

– Nie.

Zawahała się. Wiedziała, że powinna powiedzieć coś jeszcze – że ta kobieta zasłużyła na więcej – ale nie potrafiła się na to zdobyć. Zresztą dobrze wiedziała, co usłyszy. Właśnie dlatego zwlekała z wejściem, do samego końca mając nadzieje, że uda jej się uniknąć spotkania z opiekunką matki. Oczywiście, unikanie problemu ani trochę go nie rozwiązywało, ale Mary nie potrafiła należycie się tym przejąć. Nie tym razem.

Odetchnęła, próbując się uspokoić. Cofnęła się o krok, ostrzegawczo spoglądając na stojącą przed nią kobietę. Z wolna wyprostowała się, mimo obaw decydując się spojrzeć Clarze w oczy – w te znajome i zarazem irytująco obce stalowoszare tęczówki.

Dobrze wiedząc, że szybko przyjdzie jej tego pożałować, zmusiła się do tego, żeby odezwać się ponownie.

– Dziękuję za wszystko, co zrobiłaś. Dla mnie, dla mojej mamy… Ja… – Przełknęła z trudem. Nie mogła pozwolić sobie na drżenie głosu, a tym bardziej okazanie słabości. Gdyby pozwoliła sobie na łzy, nie powstrzymałaby się. – I za informację. Wybacz, że pojawiłam się dopiero teraz, ale miałam sporo do zrobienia. W zasadzie to jeszcze dzisiaj wyjeżdżam, więc…

– Wyjeżdżasz? Mary, co do cholery? – wyrwało się Clarze. – A studia? Ty przecież nie…

– Studia to teraz mój najmniejszy problem – mruknęła, przez moment bliska tego, żeby histerycznie się roześmiać. Och, gdybyś tylko wiedziała… – Zresztą tutaj nawet nie chodzi o mamę. To coś, co planowałam od jakiegoś czasu.

W gruncie rzeczy nie kłamała. Co prawda ciężko było mówić o planowaniu czegokolwiek, kiedy miało się do czynienia z istotami nieśmiertelnymi, to jednak pozostawało sprawą drugorzędną. Nie zmieniało to jednak faktu, że od chwili, w której poznała prawdę o Alyssie, Mary nabrała pewności, że zmieniło się wszystko. Normalne funkcjonowanie przestało wchodzić w grę, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.

Westchnęła. Prawie udało jej się uśmiechnąć, kiedy niepewnie spojrzała na wciąż poruszona Clarę.

– Nieważne. Teraz tym bardziej nic mnie tutaj nie trzyma – podjęła, nerwowym gestem przeczesując włosy. Nawinęła jeden z kosmyków na palec, niezdolna ukryć zdenerwowania. Nawet dalsze spoglądanie tej kobiecie w oczy nie wchodziło już w grę. – Chciałabym mieć dla ciebie coś więcej poza wdzięcznością, naprawdę… Wierz mi, że bardzo cię dziękuję. Za wszystko. Po prostu do pewnych rzeczy musiało dojść, prawda? Od dawna się z tym liczyłam.

– Mary…

– Wiem, że zrobiłaś wszystko, co się da. Nie będę powstrzymywać się od dalszych badań, chociaż teraz z pewnością będą trudniejsze. –  Zawahała się na moment. – Ja już nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Jeszcze kiedy mówiła, spróbowała wyminąć Clarę. Tym razem kobieta nie próbowała jej zatrzymywać, ale i tak odezwała się, nim Mary zdążyłaby się oddalić wystarczająco daleko, by mieć szansę tych słów nie usłyszeć.

– Zrobisz, co uważasz, ale proszę… Mary, proszę cię – powtórzyła z naciskiem i choć przez moment zabrzmiała jak Clara, do której dziewczyna zdążyła się przyzwyczaić. Tyle wystarczyło, by przystanęła, na krótką chwilę wytrącona z rytmu. – Namawiałam cię do tego wcześniej, a teraz tym bardziej będę. Nie chciałaś mi za dużo powiedzieć o babci, ale i tak… A teraz twoja mama. Choćby przez wzgląd na nią powinnaś się przebadać. Ja… Mary!

Nie odpowiedziała. W zamian przyspieszyła kroku, niemalże biegiem wracając najpierw do recepcji, a później wprost na królującą na zewnątrz ulewę. Ciężkie krople natychmiast osiadły na jej włosach i ubraniu, ale nie zwróciła na to uwagi.

Formalności jednak musiała załatwić przy innej okazji.

Hmm, także tego. Zostawię to tutaj z nadzieją na jakieś ciekawe teorie. Enjoy! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz