24.09.2017

Rozdział XLVIII

ALYSSA
Poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Zauważyła, że Nicholas nieznacznie uniósł brwi, posyłając w jej stronę pytające pojrzenia, jednak zignorowała je, tak jak i fakt, że telefon nieznacznie zatrząsnął jej się w rękach. Uparcie milczała, przez kilka następnych sekund musząc walczyć o to, żeby jakkolwiek uporządkować myśli i w przypływie frustracji już na stępie nie powiedzieć czegoś, co jak nic wytrąciłoby z równowagi nie tylko ją, ale przede wszystkim Dianę.
Dlaczego poczuła się aż do tego stopnia wytrącona z równowagi? Nie chciała okazywać tak skrajnych emocji, zwłaszcza przed kobietą, która już dawno straciła w jej oczach. Prawda była taka, że od chwili przemiany o swoim dawnym życiu myślała bardzo sporadycznie, a w ostatnim czasie zdążyła oswoić się z myślą o tym, że to ostatecznie odeszło w zapomnienie. Teraz była tutaj, za prawdziwą rodzinę uważając Sorentich, którzy w zaledwie kilka miesięcy okazali jej więcej ciepła i życzliwości, aniżeli przybrana matka przez całe lata. To wydawało się ironiczne, ale na swój sposób ułatwiało sprawę, bo przynajmniej nie cierpiała z powodu tego, że mogłaby więcej nie zobaczyć Diany. W gruncie rzeczy traktowała to jako jedyny pozytyw całej tej sytuacji, chociaż prawdziwy przełom w tej kwestii nastąpił już w chwili, w której zdecydowała się wyjechać na studia.
Przełknęła z trudem, próbując nad sobą zapanować i oczyścić gardło. Sądziła, że ma to za sobą, a jednak dźwięk znajomego głosu nie tylko wystarczył, by skutecznie ją zdezorientować, ale również wzbudzić emocje, których zdecydowanie nie powinna była czuć. To była Diana – ktoś obcy, pozbawiony znaczenia i absolutnie nic dla niej nie znaczący. To było oczywiste, że prędzej czy później musiałaby z nią porozmawiać, niemniej kobieta ignorowała ją przez tak długi okres czasu, że Alyssa zdążyła zwątpić w to, czy w ogóle do jakiejkolwiek konfrontacji miało dojść. Tak czy inaczej, w obliczu problemów, które miała, ta rozmowa wydawała się błaha i nic nieznacząca, a jednak…
I dlaczego teraz?
Dlaczego akurat teraz i…?
– Dzień dobry, Diano – rzuciła z przesadną wręcz uprzejmością, ostrożnie dobierając słowa. – Bądź taka uprzejma i daj mi sekundę. To nie jest najlepsze miejsce na rozmowę – dodała, a do jej głosu wkradła się odrobina przekory. Och, jakby kiedykolwiek potrafiły rozmawiać…
Po drugiej stronie panowała cisza, jednak to było do przewidzenia. Milczenie na swój sposób było Alyssy na rękę, poza tym poczuła cień satysfakcji na myśl o tym, że być może udało jej się zbić kobietę z pantałyku. Potrzebowała czasu, zaś jedynym, czego tak naprawdę pragnęła, było to, żeby zabrzmieć jak najspokojniej; nie chciała okazywać słabości, a wręcz przeciwnie – zachowywać się jak ktoś, kto ma się doskonale i wcale nie przejmuje się tym, że kobieta, która powinna być dla niej wsparciem, w rzeczywistości mogłaby wcale nie istnieć.
Teraz miała Eleonorę – prawdziwą opiekunkę i kogoś, kto rozumiał. To jej wystarczyło, ale…
No cóż, to wcale nie było aż takie proste.
Poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu Nicholasa, więc uniosła rękę, dając mu do zrozumienia, że potrzebuje chwili dla siebie. Nie zaprotestował, kiedy poderwała się na równe nogi i bez słowa wyjaśnienia pomaszerowała w stronę zaplecza, gdzie – jak podejrzewała – musiały mieścić się toalety. Przynajmniej lokal nie miał problemów z zasięgiem, dzięki czemu mogła bez przeszkód oprzeć się o ścianę w ciasnym, niedługim korytarzyku i na powrót przycisnąć telefon do ucha.
– O co chodzi? – zapytała i chociaż za wszelką cenę usiłowała zabrzmieć obojętnie, do jej głosu wkradła się wyraźna niechęć.
– Jak zwykle uprzejma do bólu… – To był sarkazm, oczywiście, Alyssa jednak zmusiła się do tego, żeby udawać, iż taki ton nie robi na niej najmniejszego nawet wrażenia. – Taka uprzejma, że od dobrych kilku miesięcy nie raczyłaś nawet odbierać moich telefonów, nie wspominając o jakiejkolwiek próbie kontaktu ze swojej strony.
– Miałam problemy z komórką – odpowiedziała natychmiast, co zresztą nie było kłamstwem. Co prawda zniszczenie telefonu przez Carlosa stanowiło zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, które dręczyły ją w ostatnim czasie, ale nic więcej nie mogła i zdecydowanie nie zamierzała Dianie zdradzić. – Poza tym zawsze mi się wydawało, że cholernie cię drażnię – dodała pod wpływem impulsu, zanim zdążyłaby ugryźć się w język.
Po drugiej stronie zapanowała wymowna cisza, która wydała jej się bardziej treściwa niż cokolwiek innego. Po pierwsze, wcześniej przeklinała bardzo sporadycznie, a już zwłaszcza podczas rozmów z Dianą, nie mając problemów z tym, żeby utrzymać nerwy na wodzy. A po drugie, nigdy dotąd nie pozwoliła sobie na to, żeby wprost kobiecie cokolwiek zarzucić, nawet jeśli miała na to ochotę. Coś zmieniło się w ostatnim czasie, a Alyssa coraz częściej była świadoma cech, które nie należały do niej – pewności siebie i swego rodzaju charyzmy; tym dziwniejsze było to, że czuła się z tym dobrze, prawie jakby po długich latach poszukiwań i błądzenia w ciemnościach nareszcie doznała olśnienia, odnająć… siebie.
Ariana, uświadomiła sobie. Chcę tego czy nie, ona naprawdę gdzieś tam jest.
To nie było pytanie, zresztą nawet gdyby po raz kolejny spróbowała je sobie zadać, najpewniej i tak nie otrzymałaby odpowiedzi, jednak na dłuższą metę nie miało to dla niej znaczenia. Zmieniała się, ale już nie próbowała się przed tym bronić, coraz bardziej świadoma istniejącej w jej wnętrzu drugiej natury. Wciąż nie miała pojęcia, jak w pełni dotrzeć do Ariany, chociaż na swój sposób chyba właśnie tego oczekiwał od niej Carlos, ale to nie miało znaczenia. Czuła, że kiedy nadejdzie odpowiedni moment, odpowiedzi pojawią się same, niemniej do tego czasu…
– W istocie. – Głos Diany sprowadził ją na ziemię. Jej potwierdzenie zaskoczyło ją bardziej niż cokolwiek innego, chociaż od zawsze czuła, jaka jest prawda. Niemniej spodziewała się… czegokolwiek – gry pozorów, która choć w niewielkim stopniu mogłaby okazać się pocieszeniem. – Ale nie po to dzwonię. Nie ma sensu, żebym rozwodziła się nad twoją nieodpowiedzialnością, córko marnotrawna – stwierdziła obojętnym tonem kobieta, a Alyssa bez trudu była w stanie sobie wyobrazić, jak ta wywraca jadeitowymi oczami, najpewniej jak zwykle zimnymi i bez wyrazu. To był inny rodzaj zieleni niż ten, który należał do Mary, poza tym zawsze kojarzył się jej jak najgorzej. – Niemniej dobrze byłoby wiedzieć, że rzuciłaś studia i zniknęłaś, aczkolwiek…
– Na studia poszłam, bo chciałam, poza tym już dawno jestem samodzielna. Nie sądziłam, że marzysz o tym, żebym zwierzała ci się ze swoich decyzji – przerwała jej ze zniecierpliwieniem.
Słuchanie narzekań Diany zawsze przychodziło jej z trudem, jednak nigdy dotąd porozumienie się z kobietą nie wymagało od niej aż tyle energii. Czuła się rozbita i rozdrażniona, zaś konieczność ciągnięcia tej rozmowy zaczynała stanowić wyzwanie, którego nie potrafiła podjąć – nie tym razem, a już zwłaszcza nie po tym, co się wydarzyło. Być może miało to związek z przemiana oraz tym, że jakaś jej cząstka nauczyła się wypierać niechciane wspomnienie; ludzkie życie, które stopniowo zacierało się, przestając mieć jakiekolwiek znaczenie. Teraz było jej dobrze, poza tym dzięki Mary zachowała ze swojej dotychczasowej egzystencji wszystko to, co zawsze uważała za najważniejsze.
No cóż, Diany tam nie było. W zasadzie taki stan rzeczy nie powinien wydawać się dziwny żadnej z nich, tym bardziej, że nigdy tak naprawdę nie tworzyły rodziny – nie w znaczeniu, które Alyssa uważała za wartościowe.
– Po co dzwonisz? – zapytała zniecierpliwionym tonem, decydując się przerwać kolejną chwilę ciszy. – Żyję, co sama możesz usłyszeć i co najpewniej jest niezwykle rozczarowujące. Tak, rzuciłam studia. Tak, robię to, co akurat mi odpowiada, ale na to pozwalam sobie już od dawna i jakoś do tej pory nie miałaś nic przeciwko. Coś jeszcze, czy po prostu chcesz doprowadzić mnie do szału. Zresztą… Cóż, chłopak na mnie czeka – dodała, dochodząc do wniosku, że najwyższa pora na to, żeby z góry postawić sprawę jasno.
– Nigdy nie życzyłam ci śmierci, więc nie dramatyzuj – westchnęła Diana. Jej głos na powrót stał się chłodny i obojętny, na swój sposób obcy, zupełnie jakby należał do kogoś nieznajomego. Zawsze tak było? Nie miała pewności, ale jakie to tak naprawdę miało znaczenie? – Dzwonię, bo Jimie za tobą tęskni – oznajmiła i zabrzmiało to wyjątkowo… łagodnie.
Alyssa zastygła w bezruchu, dziwnie oszołomiona i na swój sposób bezbronna. Mogła wściekać się na Dianę, trzymać ją na dystans i powtarzać, że ta nie ma dla niej znaczenia, ale…
– Jimie? – powtórzyła tępo, tak cicho, że ledwo była w stanie się usłyszeć własny głos.
– Słyszałaś – westchnęła w odpowiedzi Diana. Wydawała się zmęczona, zupełnie jakby konieczność prowadzenia tej rozmowy wymagała od niej o wiele więcej niż od Alyssy. Być może tak było, jednak Ali nawet nie próbowała się nad tym zastanawiać. – O ile woda sodowa nie uderzyła ci do tego stopnia, żebyś dostała sklerozy…
– Do rzeczy – ponagliła. – Co z nim? Coś się stało czy…? – zaczęła, a do jej tronu wkradła się nutka paniki, chociaż za wszelką cenę starała się nad sobą panować.
Kolejne westchnienie, odrobinę udręczone, a może po prostu znudzone – nie miała pewności.
– Skądże znowu. Nie wiem czy powinnam się cieszyć z takiej reakcji, czy może dojść do wniosku, że wyjątkowo źle nam życzysz… Zresztą nieważne – stwierdziła Diana. – Dzwonię, bo twój brat – oznajmiła zniecierpliwionym tonem – jest przejęty tym, gdzie się podziewasz. Nie wiem, co z tym zrobisz, ale gdybyś była zainteresowana, to jestem skłonna wysłać go do Seattle. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, skoro najwyraźniej szlajasz się z kim popadnie, aczkolwiek…
– Potrafię zająć się piętnastolatkiem – warknęła, nie mogąc się powstrzymać.
Była w stanie wyobrazić sobie wymowne, może nawet odrobinę rozbawione spojrzenie przybranej matki. „Szczerze wątpię” – najpewniej by sugerowało, to zresztą musiała znaczyć chwila ciszy, która na powrót zapanowała pomiędzy nimi.
Niepotrzebnie się odezwałam, przeszło jej przez myśl. Nie wyobrażała sobie co prawda, żeby pomysł przyjazdu Jimiego do Seattle, czy też raczej ciągnięcia go aż do Home, był szczególnie dobrym pomysłem, ale z drugiej strony… To był Jimie! Jedyna pozytywnie nastawiona do niej duszyczka, którą zawsze była przy niej, kiedy jeszcze mieszkała z Dianą. Sama zainteresowana chyba nie rozumiała, dlaczego jej syn mógł być taki otwarty wobec dziewczyny, której okazywała niechęć, jednak – co z koli zawsze wprawiało w konsternację Alyssę – nie broniła im budowania poprawnych relacji. Teraz z kolei to…
W tamtej chwili raz jeszcze zapragnęła zapytać o to, co się stało – poważnie, bez frustracji, a przy tym na tyle stanowczo, by mieć szansę się czegoś dowiedzieć. Nie wierzyła w to, że Diana tak po prostu mogłaby do niej zadzwonić, niezależnie od tego, jak uciążliwy i uparty nie byłby Jimie. Co prawda kłócąc się najpewniej ostatecznie odwiodła przybraną matkę od pomysłu powierzenia brata, ale to i tak wydawało jej się zastanawiające.
Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że Diana odezwała się niemalże pogodnym tonem:
– W takim razie… Świetnie! – rzuciła i po jej tonie trudno było stwierdzić czy się zgrywała, czy może była wyjątkowo poważna. – Omówię jeszcze tę kwestię z Jimiem, a ty… Ty zacznij odbierać telefony.
– Poważnie? – wyrwało jej się.
Diana prychnęła.
– Mam wątpliwości… Ale w porządku, niech wam obojgu będzie – oznajmiła w taki sposób, jakby to Alyssy właśnie szła na rękę, a nie odwrotnie. – Może lepiej będzie, jeśli resztę już omówicie między sobą z Jimiem – dodała, a Ali mimowolnie pomyślała, że to najrozsądniejsza rzecz, jaką usłyszała od Diany w ciągu całego roku – niemniej zapamiętaj sobie, że jeśli coś mu się stanie albo zawiedziesz… – Urwała, ale przekaz wydawał się dość oczywisty. – Zawsze ufałam ci, przynajmniej w kwestii jego bezpieczeństwa. Nie zaprzepaść tego – powiedziała cicho, niemal łagodnie, a jednak coś w jej słowach wystarczyło, żeby skutecznie przyprawić dziewczynę o dreszcze.
Zaraz po tym się rozłączyła – tak po prostu, nawet nie dając Alyssy okazji na to, żeby wprost wyraziła swoje zdanie. Nagle po prostu w słuchawce rozległo się krótkie piśnięcie, a potem zapanowała nieprzenikniona cisza, przerywana jedynie szmerami rozmów z głównej sali kawiarni oraz szumem padającego na zewnątrz deszczu.
Poruszając się trochę jak w transie, dziewczyna z wolna opuściła telefon, prawie nieświadoma własnych ruchów. Nieco oszołomione spojrzenie wbiła w przestrzeń, dziwnie zdezorientowana i niezdolna do tego, żeby jednoznacznie określić, co takiego w tamtej chwili czuła. Wciąż nie pojmowała tego, co właśnie miało miejsce – tej dziwnej rozmowy oraz napięcia, które prawie na pewno wychwyciła w głosie Diany, a które stało się dla niej czymś oczywistym dopiero w chwili, w której raz jeszcze przeanalizowała wszystko to, co powiedziała jej kobieta.
Dlaczego?, tłukło jej się w głowie i zapragnęła w pośpiechu wybrać znajomy numer, chcąc wprost o to zapytać, ale nie miała złudzeń co do tego, jak by się to skończyło. Wiedziała jedynie, że coś jest nie tak…
A może to po prostu ona była przewrażliwiona, jednak i to nie byłoby niczym dziwnym.
– W porządku?
Aż podskoczyła jak oparzona, całkowicie wytrącona z równowagi brzmieniem znajomego głosu. Natychmiast poderwała głowę, by spojrzeć w błękitne, zatroskane tęczówki stojącego kilka metrów dalej Nicholasa. Nie zauważyła, kiedy się pojawił, a tym bardziej tego, że zaczął ją obserwować. Z powodzeniem mógł stać tam cało wieczność albo zaledwie kwadrans – nie miała pewności, to zresztą wydało jej się najmniej istotne w tamtej chwili.
Nawet nie zorientowała się, kiedy coś w niej pękło, a ona najzwyczajniej w świecie straciła nad sobą kontrolę. Niewiele myśląc ruszyła w jego stronę, bez chwili wahania wyciągając rozłożone ramiona w jego stronę. Uniósł brwi, ale nawet słowem nie skomentował jej reakcji, najzwyczajniej w świecie pozwalając na to, żeby wpadła mu w ramiona. Dopiero w chwili, w której znalazła się w jego objęciach, w pełni dotarło do niej, że dotykanie Nicholasa nie jest najrozsądniejsze, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się ostatnim razem, ale…
A potem z ulgą przekonała się, że tym razem nie wydarzyło się nic.
Nicholas milczał, co było miłą odmianą po tym, jak bezpośredni i niemalże irytujący okazał się podczas rozmowy. Po prostu przygarnął ją do siebie, a Alyssa jak na zawołanie poczuła się bezpiecznie – tak swojsko, zupełnie jakby po długich poszukiwaniach znalazła się w miejscu do którego od samego początku należała. Jego ramiona były upragnionym azylem, zaś sam Nicholas wydawał się stanowić swego rodzaju ostoję spokoju, której tak bardzo potrzebowała. To wydało jej się niezwykłe i nieoczekiwane zarazem, jednak nie miała nic przeciwko takiemu stanowi rzeczy.
– Mógłbyś, proszę, odwieźć mnie do domu? – poprosiła cicho, starannie dobierając słowa. – Nie najlepiej się czuję – przyznała, co w gruncie rzeczy wcale nie było kłamstwem.
– Złe wieści? – zasugerował delikatnie.
Wzruszyła ramionami, wdzięczna za to, że przynajmniej nie próbował wnikać w szczegóły.
– Raczej wyjątkowo nieprzyjemna rozmówczyni – odpowiedziała lakonicznie. – Nic nad czym chciałbym się rozwodzić.
Krótko skinął głową, milczący i uważnie w nią wpatrzony. Jego palce z zaskakującą wręcz czułością musnęły jej policzek, więc z wolna uniosła głowę, żeby móc spojrzeć mu w oczy. Jasne tęczówki wydawały się lśnić, co w jakiś niepojęty dla niej sposób sprawiło, że poczuła się o wiele lepiej.
– Nie ma sprawy, maleńka.
CARLOS
Nie był pewien ile czasu zajęło mu to, żeby uwolnić się od Eleonory. W porządku, zawsze był dupkiem, a przynajmniej taką opinię słyszał niemal na każdym kroku, a jednak rozczarowanie własnej bratowej wydawało się Carlosowi czymś nie do pojęcia. Nie miał pojęcia, co takiego było w tej kobiecie, niemniej gdyby miał wskazać personifikację dobroci na ten rok, bez wątpienia wybór padłby na nią. W efekcie nawet w przypływie frustracji nie potrafił posłać jej do diabła, nawet jeśli wciąż nie do końca wierzył w to, że ta nieszczęsna istotka mogłaby pokusić się o to, żeby poprosić go o pomoc przy sprzątaniu.
Mary siedziała gdzieś w salonie, rozgadana, przesadnie wręcz entuzjastyczna i pozytywnie nastawiona do całego świata, pomijając jego samego. Lubił ją drażnić i to chyba ze wzajemnością, co zwłaszcza od chwili wyjścia Alyssy stanowiło swego rodzaju odskocznię. Na litość Boską, dlaczego prowadzała się ze śmiertelnikiem? Niech się dziewczę bawi, jasne, ale nie sądził, żeby zapatrzona w jego świętoszkowatego braciszka księżniczka planowała po prostu napić się krwi.
Coś było nie tak. Cholera wiedziała co, ale to wydawało mu się równie oczywiste, co i dodanie dwa do dwóch.
Nie pojmował frustracji, którą odczuwał na myśl o tym, że Alyssa mogłaby być z innym mężczyzną – nawet człowiekiem – ale starał się nad tym nie zastanawiać. Miał ważniejsze sprawy, a przynajmniej to wmawiał sobie przez kilka następnych godzin, spędzonych na udawaniu, że przesiadywanie w sypialni ma większy sens i jest aż nadto produktywne.
Wcale się nie przejął tym, że już od dali usłyszał zmierzający w stronę domu samochód. Wcale a wcale.
Wcale też nie poderwał się na równe nogi, materializując przy oknie, skąd dyskretnie obserwował ścieżkę przed posiadłością Sorentichaż do chwili, w której w zasięgu jego wzroku pojawił się znajomy już samochód.
Alyssa wydawała się przygnębiona i jakby nieobecna, uważnie wpatrując się jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Milczała, zresztą tak jak i jej towarzysz, co w jakiś niepojęty sposób sprawiło mu przyjemność. Co tam, nieudana randka, skarbie?, pomyślał z przekąsem, wymownie wywracając oczami.
Miał zamiar wycofać się, kiedy auto ostatecznie stanęło. Alyssa zrobiła taki ruch, jakby zamierzała wysiąść, jednak powstrzymał ją ten chłopak – Nicholas, czy jak mu tam było… – nagle ujmując dziewczynę za ramię. Niemalże łagodnie przyciągnął ją do siebie, a ta poddała mu się ze spokojem, nie protestując również wtedy, kiedy ten jak gdyby nigdy nic ujął jej twarz w dłonie. Zaraz po tym oboje przywarli do siebie, aż Carlos sam nie był pewien, które pierwsze zdecydowało się na pocałunek – tak po prostu, z wyczuciem i taką pasją, jakby robili to wielokrotnie wcześniej. To wydało mu się tak intymne, że jak na zawołanie poczuł się jak intruz, natychmiast odskakując od okna i mając niejasną dla siebie samego ochotę, żeby w przypływie frustracji roztrzaskać na kawałeczki pierwszą rzecz, która tylko wpadłaby mu w ręce.
A niech to szlag!
Jego własna reakcja wydała mu się zagadkowa, zresztą prawie natychmiast udało mu się nad sobą zapanować. Jakie to miało znaczenie? Jakie to miało, kurwa, znaczenie, że Alyssa mogłaby się z kimkolwiek całować? Była wolna, zagubiona i zdezorientowana – nie wiedziała, co robi, zresztą dziewczyny w tym wieku raczej słynęły z tego, że zmieniały partnerów jak rękawiczki. Co więcej, to był człowiek, a ona nie była głupia – a przynajmniej tak zawsze mu się wydawało.
W porządku. Wszystko było w najzupełniejszym porządku, aczkolwiek…
Łagodny dźwięk komórki przerwał panującą ciszę, tym samym sprowadzając go na ziemię. Nieco gwałtowniejszym niż zwykle ruchem wyjął telefon z kieszeni kurtki, chcąc jak najszybciej sprawdzić treść nowej wiadomości. Już w chwili w której na wyświetlaczu zauważył znajome imię.
Dalej było już tylko lepiej, a jemu jakimś cudem udało się wysilić na pełen satysfakcji uśmiech – i to nawet pomimo… wyjątkowego rodzaju uprzejmości, która zresztą była do przewidzenia:

Mam go – w następnym dam ci adres, ale…
Nie szalej, durniu! 
Megan kazała ci
przekazać, żebyś się pierdolił. To w jej
zyku „miłego dnia”.

N.

Ehm, bez komentarza. Rozdział w końcu jest i to się liczy, nie? Kolejny wkrótce, mam nadzieję, chociaż kto wie jak to będzie ze mną i moim „leniem”. Zabawne, ale ostatnio łatwiej zebrać mi się do tłumaczeń niż sprawdzenia wiszącego mi na dysku gotowca :D
Dziękuję za cierpliwość, obecność i komentarze. Na tę chwilę do napisania!

2 komentarze:

  1. Na sam początek – wkradli Ci się Cullenowie w drugim akapicie. ;)
    Dobra... nie lubię Diany – tak już po prostu i raczej wątpię, że mi się to zmieni, choć nie wiem dlaczego wydaje się być taką... suką. No ale... Raczej wątpię, żeby Alyssa dała jej jakieś powody ku temu, żeby się tak zachowywać... Chociaż... mój móżdżek podpowiada jakąś teorię wprost z brazylijskiego scenariusza, ale pozwól, że to zostawię dla siebie. ^^
    I w sumie dobrze, że Ali nie przytakiwała jej i nie udawała uprzejmej czy coś, choć w moim odczuciu mogła w ogóle nie odbierać od niej telefonu, bo w sumie po co? I dlaczego w sumie to Jimie sam nie zadzwonił? No skoro ma piętnaście lat i znając dzisiejsze realia, to i tak pewnie siedzi cały czas z nosem w telefonie, chyba że się mylę...
    Poza tym mam jakieś takie dziwne odczucie, jakby Diana chciała się go po prostu pozbyć. No i samej Ali też coś w tym nie pasuje, więc jesteśmy już dwie. :)
    Zaskoczyłaś mnie tym, że Ali przytuliła się do Nicholasa. Serio, akurat tego i w tym momencie się bym po niej nie spodziewała. I podejrzewam, że gdyby nie to, że teraz już nie jest do końca sobą, to w życiu by tak nie zrobiła. No ale w sumie, to dobrze, prawda?
    Część z Carlosem... wiesz, ze go uwielbiam, nie? No przecież, że wiesz. Podkreślam to niemal na każdym kroku. :D Powtarzam, że on czuje mięte przez rumianek do Ali, a ona mu takie coś... ehhh... choć teraz mnie ciekawi, jak to wyszło z jej perspektywy. I śmiechłam przy smsie. :D Taki miły akcent na zakończenie pełnego napięcia i jakiegoś takiego dziwnego nostalgicznego smutku (?). Zaczynam bredzić, a jeszcze za chwilę wierszem zacznę gadać. :P
    W ogóle cieszę się, że wrzuciłam nowy rozdział. :3 A już w ogóle jestem dumna, że go przeczytałam teraz, a nie po kilku tygodniach – może motywacja mi wraca? ^^
    Oby i Tobie chęć i energia wróciła. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki za ten błąd - poprawione. Zabawne, że ani Word, ani wyszukiwarka w przeglądarce tego nie wyłapywała; po prostu było i za nic nie dało się wyszukać ¯\_(ツ)_/¯

      Nessa.

      Usuń