Alyssa
Poczuła się trochę tak, jakby
ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Zauważyła, że
Nicholas nieznacznie uniósł brwi, posyłając w jej stronę pytające spojrzenia, jednak zignorowała je, tak jak i fakt, że telefon nieznacznie zatrząsnął
jej się w rękach. Uparcie milczała, przez kilka następnych sekund musząc
walczyć o to, żeby jakkolwiek uporządkować myśli i w przypływie
frustracji już na stępie nie powiedzieć czegoś, co jak nic wytrąciłoby z równowagi
nie tylko ją, ale przede wszystkim Dianę.
Dlaczego
poczuła się aż do tego stopnia wytrącona z równowagi? Nie chciała okazywać
tak skrajnych emocji, zwłaszcza przed kobietą, która już dawno straciła w jej
oczach. Prawda była taka, że od chwili przemiany o swoim dawnym życiu
myślała bardzo sporadycznie, a w ostatnim czasie zdążyła oswoić się z myślą
o tym, że to ostatecznie odeszło w zapomnienie. Teraz była tutaj, za
prawdziwą rodzinę uważając Sorentich, którzy w zaledwie kilka miesięcy
okazali jej więcej ciepła i życzliwości, aniżeli przybrana matka przez
całe lata. To wydawało się ironiczne, ale na swój sposób ułatwiało sprawę, bo
przynajmniej nie cierpiała z powodu tego, że mogłaby więcej nie zobaczyć
Diany. W gruncie rzeczy traktowała to jako jedyny pozytyw całej tej
sytuacji, chociaż prawdziwy przełom w tej kwestii nastąpił już w chwili,
w której zdecydowała się wyjechać na studia.
Przełknęła z trudem,
próbując nad sobą zapanować i oczyścić gardło. Sądziła, że ma to za sobą, a jednak
dźwięk znajomego głosu nie tylko wystarczył, by skutecznie ją zdezorientować,
ale również wzbudzić emocje, których zdecydowanie nie powinna była czuć. To
była Diana – ktoś obcy, pozbawiony znaczenia i absolutnie nic dla niej nie
znaczący. To było oczywiste, że prędzej czy później musiałaby z nią porozmawiać,
niemniej kobieta ignorowała ją przez tak długi okres czasu, że Alyssa zdążyła
zwątpić w to, czy w ogóle do jakiejkolwiek konfrontacji miało dojść.
Tak czy inaczej, w obliczu problemów, które miała, ta rozmowa wydawała się
błaha i nic nieznacząca, a jednak…
I dlaczego
teraz?
Dlaczego
akurat teraz i…?
– Dzień
dobry, Diano – rzuciła z przesadną wręcz uprzejmością, ostrożnie
dobierając słowa. – Bądź taka uprzejma i daj mi sekundę. To nie jest
najlepsze miejsce na rozmowę –
dodała, a do jej głosu wkradła się odrobina przekory. Och, jakby
kiedykolwiek potrafiły rozmawiać…
Po drugiej
stronie panowała cisza, jednak to było do przewidzenia. Milczenie na swój
sposób było Alyssy na rękę, poza tym poczuła cień satysfakcji na myśl o tym,
że być może udało jej się zbić kobietę z pantałyku. Potrzebowała czasu,
zaś jedynym, czego tak naprawdę pragnęła, było to, żeby zabrzmieć jak
najspokojniej; nie chciała okazywać słabości, a wręcz przeciwnie –
zachowywać się jak ktoś, kto ma się doskonale i wcale nie przejmuje się
tym, że kobieta, która powinna być dla niej wsparciem, w rzeczywistości
mogłaby wcale nie istnieć.
Teraz miała
Eleonorę – prawdziwą opiekunkę i kogoś, kto rozumiał. To jej wystarczyło,
ale…
No cóż, to
wcale nie było aż takie proste.
Poczuła na
sobie przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu Nicholasa, więc uniosła rękę,
dając mu do zrozumienia, że potrzebuje chwili dla siebie. Nie zaprotestował,
kiedy poderwała się na równe nogi i bez słowa wyjaśnienia pomaszerowała w stronę
zaplecza, gdzie – jak podejrzewała – musiały mieścić się toalety. Przynajmniej
lokal nie miał problemów z zasięgiem, dzięki czemu mogła bez przeszkód
oprzeć się o ścianę w ciasnym, niedługim korytarzyku i na powrót
przycisnąć telefon do ucha.
– O co
chodzi? – zapytała i chociaż za wszelką cenę usiłowała zabrzmieć
obojętnie, do jej głosu wkradła się wyraźna niechęć.
– Jak
zwykle uprzejma do bólu… – To był sarkazm, oczywiście, Alyssa jednak zmusiła
się do tego, żeby udawać, iż taki ton nie robi na niej najmniejszego nawet
wrażenia. – Taka uprzejma, że od dobrych kilku miesięcy nie raczyłaś nawet
odbierać moich telefonów, nie wspominając o jakiejkolwiek próbie kontaktu
ze swojej strony.
– Miałam
problemy z komórką – odpowiedziała natychmiast, co zresztą nie było
kłamstwem. Co prawda zniszczenie telefonu przez Carlosa stanowiło zaledwie
wierzchołek góry lodowej problemów, które dręczyły ją w ostatnim czasie,
ale nic więcej nie mogła i zdecydowanie nie zamierzała Dianie zdradzić. –
Poza tym zawsze mi się wydawało, że cholernie cię drażnię – dodała pod wpływem
impulsu, zanim zdążyłaby ugryźć się w język.
Po drugiej
stronie zapanowała wymowna cisza, która wydała jej się bardziej treściwa niż
cokolwiek innego. Po pierwsze, wcześniej przeklinała bardzo sporadycznie, a już
zwłaszcza podczas rozmów z Dianą, nie mając problemów z tym, żeby
utrzymać nerwy na wodzy. A po drugie, nigdy dotąd nie pozwoliła sobie na
to, żeby wprost kobiecie cokolwiek zarzucić, nawet jeśli miała na to ochotę.
Coś zmieniło się w ostatnim czasie, a Alyssa coraz częściej była
świadoma cech, które nie należały do niej – pewności siebie i swego
rodzaju charyzmy; tym dziwniejsze było to, że czuła się z tym dobrze,
prawie jakby po długich latach poszukiwań i błądzenia w ciemnościach
nareszcie doznała olśnienia, odnająć… siebie.
Ariana, uświadomiła sobie. Chcę tego czy nie, ona naprawdę gdzieś tam
jest.
To nie było
pytanie, zresztą nawet gdyby po raz kolejny spróbowała je sobie zadać,
najpewniej i tak nie otrzymałaby odpowiedzi, jednak na dłuższą metę nie
miało to dla niej znaczenia. Zmieniała się, ale już nie próbowała się przed tym
bronić, coraz bardziej świadoma istniejącej w jej wnętrzu drugiej natury.
Wciąż nie miała pojęcia, jak w pełni dotrzeć do Ariany, chociaż na swój
sposób chyba właśnie tego oczekiwał od niej Carlos, ale to nie miało znaczenia.
Czuła, że kiedy nadejdzie odpowiedni moment, odpowiedzi pojawią się same,
niemniej do tego czasu…
– W istocie.
– Głos Diany sprowadził ją na ziemię. Jej potwierdzenie zaskoczyło ją bardziej
niż cokolwiek innego, chociaż od zawsze czuła, jaka jest prawda. Niemniej
spodziewała się… czegokolwiek – gry pozorów, która choć w niewielkim
stopniu mogłaby okazać się pocieszeniem. – Ale nie po to dzwonię. Nie ma sensu,
żebym rozwodziła się nad twoją nieodpowiedzialnością, córko marnotrawna –
stwierdziła obojętnym tonem kobieta, a Alyssa bez trudu była w stanie
sobie wyobrazić, jak ta wywraca jadeitowymi oczami, najpewniej jak zwykle
zimnymi i bez wyrazu. To był inny rodzaj zieleni niż ten, który należał do
Mary, poza tym zawsze kojarzył się jej jak najgorzej. – Niemniej dobrze byłoby
wiedzieć, że rzuciłaś studia i zniknęłaś, aczkolwiek…
– Na studia
poszłam, bo chciałam, poza tym już dawno jestem samodzielna. Nie sądziłam, że
marzysz o tym, żebym zwierzała ci się ze swoich decyzji – przerwała jej ze
zniecierpliwieniem.
Słuchanie
narzekań Diany zawsze przychodziło jej z trudem, jednak nigdy dotąd
porozumienie się z kobietą nie wymagało od niej aż tyle energii. Czuła się
rozbita i rozdrażniona, zaś konieczność ciągnięcia tej rozmowy zaczynała
stanowić wyzwanie, którego nie potrafiła podjąć – nie tym razem, a już
zwłaszcza nie po tym, co się wydarzyło. Być może miało to związek z przemiana
oraz tym, że jakaś jej cząstka nauczyła się wypierać niechciane wspomnienie;
ludzkie życie, które stopniowo zacierało się, przestając mieć jakiekolwiek
znaczenie. Teraz było jej dobrze, poza tym dzięki Mary zachowała ze swojej
dotychczasowej egzystencji wszystko to, co zawsze uważała za najważniejsze.
No cóż,
Diany tam nie było. W zasadzie taki stan rzeczy nie powinien wydawać się
dziwny żadnej z nich, tym bardziej, że nigdy tak naprawdę nie tworzyły
rodziny – nie w znaczeniu, które Alyssa uważała za wartościowe.
– Po co
dzwonisz? – zapytała zniecierpliwionym tonem, decydując się przerwać kolejną
chwilę ciszy. – Żyję, co sama możesz usłyszeć i co najpewniej jest
niezwykle rozczarowujące. Tak, rzuciłam studia. Tak, robię to, co akurat mi
odpowiada, ale na to pozwalam sobie już od dawna i jakoś do tej pory nie
miałaś nic przeciwko. Coś jeszcze, czy po prostu chcesz doprowadzić mnie do
szału. Zresztą… Cóż, chłopak na mnie czeka – dodała, dochodząc do wniosku, że
najwyższa pora na to, żeby z góry postawić sprawę jasno.
– Nigdy nie
życzyłam ci śmierci, więc nie dramatyzuj – westchnęła Diana. Jej głos na powrót
stał się chłodny i obojętny, na swój sposób obcy, zupełnie jakby należał
do kogoś nieznajomego. Zawsze tak było? Nie miała pewności, ale jakie to tak
naprawdę miało znaczenie? – Dzwonię, bo Jimie za tobą tęskni – oznajmiła i zabrzmiało
to wyjątkowo… łagodnie.
Alyssa
zastygła w bezruchu, dziwnie oszołomiona i na swój sposób bezbronna.
Mogła wściekać się na Dianę, trzymać ją na dystans i powtarzać, że ta nie
ma dla niej znaczenia, ale…
– Jimie? –
powtórzyła tępo, tak cicho, że ledwo była w stanie się usłyszeć własny głos.
– Słyszałaś
– westchnęła w odpowiedzi Diana. Wydawała się zmęczona, zupełnie jakby
konieczność prowadzenia tej rozmowy wymagała od niej o wiele więcej niż od
Alyssy. Być może tak było, jednak Ali nawet nie próbowała się nad tym
zastanawiać. – O ile woda sodowa nie uderzyła ci do tego stopnia, żebyś
dostała sklerozy…
– Do rzeczy
– ponagliła. – Co z nim? Coś się stało czy…? – zaczęła, a do jej
tronu wkradła się nutka paniki, chociaż za wszelką cenę starała się nad sobą
panować.
Kolejne
westchnienie, odrobinę udręczone, a może po prostu znudzone – nie miała
pewności.
– Skądże
znowu. Nie wiem czy powinnam się cieszyć z takiej reakcji, czy może dojść
do wniosku, że wyjątkowo źle nam życzysz… Zresztą nieważne – stwierdziła Diana.
– Dzwonię, bo twój brat – oznajmiła
zniecierpliwionym tonem – jest przejęty tym, gdzie się podziewasz. Nie wiem, co
z tym zrobisz, ale gdybyś była zainteresowana, to jestem skłonna wysłać go
do Seattle. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, skoro
najwyraźniej szlajasz się z kim popadnie, aczkolwiek…
– Potrafię
zająć się piętnastolatkiem – warknęła, nie mogąc się powstrzymać.
Była w stanie
wyobrazić sobie wymowne, może nawet odrobinę rozbawione spojrzenie przybranej
matki. „Szczerze wątpię” – najpewniej by sugerowało, to zresztą musiała znaczyć
chwila ciszy, która na powrót zapanowała pomiędzy nimi.
Niepotrzebnie się odezwałam, przeszło
jej przez myśl. Nie wyobrażała sobie co prawda, żeby pomysł przyjazdu Jimiego
do Seattle, czy też raczej ciągnięcia go aż do Home, był szczególnie dobrym
pomysłem, ale z drugiej strony… To był Jimie! Jedyna pozytywnie nastawiona
do niej duszyczka, którą zawsze była przy niej, kiedy jeszcze mieszkała z Dianą.
Sama zainteresowana chyba nie rozumiała, dlaczego jej syn mógł być taki otwarty
wobec dziewczyny, której okazywała niechęć, jednak – co z koli zawsze
wprawiało w konsternację Alyssę – nie broniła im budowania poprawnych
relacji. Teraz z kolei to…
W tamtej
chwili raz jeszcze zapragnęła zapytać o to, co się stało – poważnie, bez
frustracji, a przy tym na tyle stanowczo, by mieć szansę się czegoś
dowiedzieć. Nie wierzyła w to, że Diana tak po prostu mogłaby do niej
zadzwonić, niezależnie od tego, jak uciążliwy i uparty nie byłby Jimie. Co
prawda kłócąc się najpewniej ostatecznie odwiodła przybraną matkę od pomysłu
powierzenia brata, ale to i tak wydawało jej się zastanawiające.
Tym
większym zaskoczeniem było dla niej to, że Diana odezwała się niemalże pogodnym
tonem:
– W takim
razie… Świetnie! – rzuciła i po jej tonie trudno było stwierdzić czy się
zgrywała, czy może była wyjątkowo poważna. – Omówię jeszcze tę kwestię z Jimiem,
a ty… Ty zacznij odbierać telefony.
– Poważnie?
– wyrwało jej się.
Diana
prychnęła.
– Mam
wątpliwości… Ale w porządku, niech wam obojgu będzie – oznajmiła w taki
sposób, jakby to Alyssy właśnie szła na rękę, a nie odwrotnie. – Może
lepiej będzie, jeśli resztę już omówicie między sobą z Jimiem – dodała, a Ali
mimowolnie pomyślała, że to najrozsądniejsza rzecz, jaką usłyszała od Diany w ciągu
całego roku – niemniej zapamiętaj sobie, że jeśli coś mu się stanie albo
zawiedziesz… – Urwała, ale przekaz wydawał się dość oczywisty. – Zawsze ufałam
ci, przynajmniej w kwestii jego bezpieczeństwa. Nie zaprzepaść tego –
powiedziała cicho, niemal łagodnie, a jednak coś w jej słowach
wystarczyło, żeby skutecznie przyprawić dziewczynę o dreszcze.
Zaraz po
tym się rozłączyła – tak po prostu, nawet nie dając Alyssy okazji na to, żeby
wprost wyraziła swoje zdanie. Nagle po prostu w słuchawce rozległo się krótkie
piśnięcie, a potem zapanowała nieprzenikniona cisza, przerywana jedynie
szmerami rozmów z głównej sali kawiarni oraz szumem padającego na zewnątrz
deszczu.
Poruszając
się trochę jak w transie, dziewczyna z wolna opuściła telefon, prawie
nieświadoma własnych ruchów. Nieco oszołomione spojrzenie wbiła w przestrzeń,
dziwnie zdezorientowana i niezdolna do tego, żeby jednoznacznie określić,
co takiego w tamtej chwili czuła. Wciąż nie pojmowała tego, co właśnie
miało miejsce – tej dziwnej rozmowy oraz napięcia, które prawie na pewno
wychwyciła w głosie Diany, a które stało się dla niej czymś
oczywistym dopiero w chwili, w której raz jeszcze przeanalizowała
wszystko to, co powiedziała jej kobieta.
Dlaczego?, tłukło jej się w głowie i zapragnęła
w pośpiechu wybrać znajomy numer, chcąc wprost o to zapytać, ale nie
miała złudzeń co do tego, jak by się to skończyło. Wiedziała jedynie, że coś
jest nie tak…
A może to
po prostu ona była przewrażliwiona, jednak i to nie byłoby niczym dziwnym.
– W porządku?
Aż podskoczyła
jak oparzona, całkowicie wytrącona z równowagi brzmieniem znajomego głosu.
Natychmiast poderwała głowę, by spojrzeć w błękitne, zatroskane tęczówki
stojącego kilka metrów dalej Nicholasa. Nie zauważyła, kiedy się pojawił, a tym
bardziej tego, że zaczął ją obserwować. Z powodzeniem mógł stać tam cało
wieczność albo zaledwie kwadrans – nie miała pewności, to zresztą wydało jej
się najmniej istotne w tamtej chwili.
Nawet nie
zorientowała się, kiedy coś w niej pękło, a ona najzwyczajniej w świecie
straciła nad sobą kontrolę. Niewiele myśląc ruszyła w jego stronę, bez
chwili wahania wyciągając rozłożone ramiona w jego stronę. Uniósł brwi,
ale nawet słowem nie skomentował jej reakcji, najzwyczajniej w świecie
pozwalając na to, żeby wpadła mu w ramiona. Dopiero w chwili, w której
znalazła się w jego objęciach, w pełni dotarło do niej, że dotykanie
Nicholasa nie jest najrozsądniejsze, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się
ostatnim razem, ale…
A potem z ulgą
przekonała się, że tym razem nie wydarzyło się nic.
Nicholas
milczał, co było miłą odmianą po tym, jak bezpośredni i niemalże irytujący
okazał się podczas rozmowy. Po prostu przygarnął ją do siebie, a Alyssa
jak na zawołanie poczuła się bezpiecznie – tak swojsko, zupełnie jakby po
długich poszukiwaniach znalazła się w miejscu do którego od samego
początku należała. Jego ramiona były upragnionym azylem, zaś sam Nicholas
wydawał się stanowić swego rodzaju ostoję spokoju, której tak bardzo
potrzebowała. To wydało jej się niezwykłe i nieoczekiwane zarazem, jednak
nie miała nic przeciwko takiemu stanowi rzeczy.
– Mógłbyś,
proszę, odwieźć mnie do domu? – poprosiła cicho, starannie dobierając słowa. –
Nie najlepiej się czuję – przyznała, co w gruncie rzeczy wcale nie było
kłamstwem.
– Złe
wieści? – zasugerował delikatnie.
Wzruszyła
ramionami, wdzięczna za to, że przynajmniej nie próbował wnikać w szczegóły.
– Raczej
wyjątkowo nieprzyjemna rozmówczyni – odpowiedziała lakonicznie. – Nic nad czym
chciałbym się rozwodzić.
Krótko
skinął głową, milczący i uważnie w nią wpatrzony. Jego palce z zaskakującą
wręcz czułością musnęły jej policzek, więc z wolna uniosła głowę, żeby móc
spojrzeć mu w oczy. Jasne tęczówki wydawały się lśnić, co w jakiś
niepojęty dla niej sposób sprawiło, że poczuła się o wiele lepiej.
– Nie ma sprawy,
maleńka.
Carlos
Nie był pewien ile czasu
zajęło mu to, żeby uwolnić się od Eleonory. W porządku, zawsze był
dupkiem, a przynajmniej taką opinię słyszał niemal na każdym kroku, a jednak
rozczarowanie własnej bratowej wydawało się Carlosowi czymś nie do pojęcia. Nie
miał pojęcia, co takiego było w tej kobiecie, niemniej gdyby miał wskazać
personifikację dobroci na ten rok, bez wątpienia wybór padłby na nią. W efekcie
nawet w przypływie frustracji nie potrafił posłać jej do diabła, nawet
jeśli wciąż nie do końca wierzył w to, że ta nieszczęsna istotka mogłaby
pokusić się o to, żeby poprosić go o pomoc przy sprzątaniu.
Mary
siedziała gdzieś w salonie, rozgadana, przesadnie wręcz entuzjastyczna i pozytywnie
nastawiona do całego świata, pomijając jego samego. Lubił ją drażnić i to
chyba ze wzajemnością, co zwłaszcza od chwili wyjścia Alyssy stanowiło swego
rodzaju odskocznię. Na litość Boską, dlaczego prowadzała się ze śmiertelnikiem?
Niech się dziewczę bawi, jasne, ale nie sądził, żeby zapatrzona w jego
świętoszkowatego braciszka księżniczka planowała po prostu napić się krwi.
Coś było
nie tak. Cholera wiedziała co, ale to wydawało mu się równie oczywiste, co i dodanie
dwa do dwóch.
Nie
pojmował frustracji, którą odczuwał na myśl o tym, że Alyssa mogłaby być z innym
mężczyzną – nawet człowiekiem – ale starał się nad tym nie zastanawiać. Miał
ważniejsze sprawy, a przynajmniej to wmawiał sobie przez kilka następnych
godzin, spędzonych na udawaniu, że
przesiadywanie w sypialni ma większy sens i jest aż nadto produktywne.
Wcale się
nie przejął tym, że już od dali usłyszał zmierzający w stronę domu
samochód. Wcale a wcale.
Wcale też
nie poderwał się na równe nogi, materializując przy oknie, skąd dyskretnie
obserwował ścieżkę przed posiadłością Sorentichaż do chwili, w której w zasięgu
jego wzroku pojawił się znajomy już samochód.
Alyssa
wydawała się przygnębiona i jakby nieobecna, uważnie wpatrując się jakiś
bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Milczała, zresztą tak jak i jej
towarzysz, co w jakiś niepojęty sposób sprawiło mu przyjemność. Co tam, nieudana randka, skarbie?,
pomyślał z przekąsem, wymownie wywracając oczami.
Miał zamiar
wycofać się, kiedy auto ostatecznie stanęło. Alyssa zrobiła taki ruch, jakby
zamierzała wysiąść, jednak powstrzymał ją ten chłopak – Nicholas, czy jak mu
tam było… – nagle ujmując dziewczynę za ramię. Niemalże łagodnie przyciągnął ją
do siebie, a ta poddała mu się ze spokojem, nie protestując również wtedy,
kiedy ten jak gdyby nigdy nic ujął jej twarz w dłonie. Zaraz po tym oboje
przywarli do siebie, aż Carlos sam nie był pewien, które pierwsze zdecydowało
się na pocałunek – tak po prostu, z wyczuciem i taką pasją, jakby
robili to wielokrotnie wcześniej. To wydało mu się tak intymne, że jak na
zawołanie poczuł się jak intruz, natychmiast odskakując od okna i mając
niejasną dla siebie samego ochotę, żeby w przypływie frustracji
roztrzaskać na kawałeczki pierwszą rzecz, która tylko wpadłaby mu w ręce.
A niech to szlag!
Jego własna
reakcja wydała mu się zagadkowa, zresztą prawie natychmiast udało mu się nad
sobą zapanować. Jakie to miało znaczenie? Jakie to miało, kurwa, znaczenie, że
Alyssa mogłaby się z kimkolwiek całować? Była wolna, zagubiona i zdezorientowana
– nie wiedziała, co robi, zresztą dziewczyny w tym wieku raczej słynęły z tego,
że zmieniały partnerów jak rękawiczki. Co więcej, to był człowiek, a ona
nie była głupia – a przynajmniej tak zawsze mu się wydawało.
W porządku.
Wszystko było w najzupełniejszym porządku, aczkolwiek…
Łagodny
dźwięk komórki przerwał panującą ciszę, tym samym sprowadzając go na ziemię.
Nieco gwałtowniejszym niż zwykle ruchem wyjął telefon z kieszeni kurtki, chcąc
jak najszybciej sprawdzić treść nowej wiadomości. Już w chwili w której
na wyświetlaczu zauważył znajome imię.
Dalej było
już tylko lepiej, a jemu jakimś cudem udało się wysilić na pełen
satysfakcji uśmiech – i to nawet pomimo… wyjątkowego rodzaju uprzejmości,
która zresztą była do przewidzenia:
Mam go – w następnym dam ci adres, ale…
Nie szalej, durniu! Megan kazała ci
Nie szalej, durniu! Megan kazała ci
przekazać, żebyś
się pierdolił. To w jej
języku „miłego
dnia”.
N.
Ehm, bez komentarza. Rozdział w końcu jest i to się liczy, nie? Kolejny wkrótce, mam nadzieję, chociaż kto wie jak to będzie ze mną i moim „leniem”. Zabawne, ale ostatnio łatwiej zebrać mi się do tłumaczeń niż sprawdzenia wiszącego mi na dysku gotowca :DDziękuję za cierpliwość, obecność i komentarze. Na tę chwilę do napisania!

Na sam początek – wkradli Ci się Cullenowie w drugim akapicie. ;)
OdpowiedzUsuńDobra... nie lubię Diany – tak już po prostu i raczej wątpię, że mi się to zmieni, choć nie wiem dlaczego wydaje się być taką... suką. No ale... Raczej wątpię, żeby Alyssa dała jej jakieś powody ku temu, żeby się tak zachowywać... Chociaż... mój móżdżek podpowiada jakąś teorię wprost z brazylijskiego scenariusza, ale pozwól, że to zostawię dla siebie. ^^
I w sumie dobrze, że Ali nie przytakiwała jej i nie udawała uprzejmej czy coś, choć w moim odczuciu mogła w ogóle nie odbierać od niej telefonu, bo w sumie po co? I dlaczego w sumie to Jimie sam nie zadzwonił? No skoro ma piętnaście lat i znając dzisiejsze realia, to i tak pewnie siedzi cały czas z nosem w telefonie, chyba że się mylę...
Poza tym mam jakieś takie dziwne odczucie, jakby Diana chciała się go po prostu pozbyć. No i samej Ali też coś w tym nie pasuje, więc jesteśmy już dwie. :)
Zaskoczyłaś mnie tym, że Ali przytuliła się do Nicholasa. Serio, akurat tego i w tym momencie się bym po niej nie spodziewała. I podejrzewam, że gdyby nie to, że teraz już nie jest do końca sobą, to w życiu by tak nie zrobiła. No ale w sumie, to dobrze, prawda?
Część z Carlosem... wiesz, ze go uwielbiam, nie? No przecież, że wiesz. Podkreślam to niemal na każdym kroku. :D Powtarzam, że on czuje mięte przez rumianek do Ali, a ona mu takie coś... ehhh... choć teraz mnie ciekawi, jak to wyszło z jej perspektywy. I śmiechłam przy smsie. :D Taki miły akcent na zakończenie pełnego napięcia i jakiegoś takiego dziwnego nostalgicznego smutku (?). Zaczynam bredzić, a jeszcze za chwilę wierszem zacznę gadać. :P
W ogóle cieszę się, że wrzuciłam nowy rozdział. :3 A już w ogóle jestem dumna, że go przeczytałam teraz, a nie po kilku tygodniach – może motywacja mi wraca? ^^
Oby i Tobie chęć i energia wróciła. :)
O, dzięki za ten błąd - poprawione. Zabawne, że ani Word, ani wyszukiwarka w przeglądarce tego nie wyłapywała; po prostu było i za nic nie dało się wyszukać ¯\_(ツ)_/¯
UsuńNessa.