Alyssa
Uniosła głowę, przez moment
mając wrażenie, że czas się zatrzymał, a wszystko choć na moment wrócił do
normy. Bez trudu zauważyła Jimiego, który szybkim krokiem zmierzał w jej
stronę. Była przygotowana na to, że chłopak najpewniej zmienił się od czasu, w którym
widziała go po raz ostatni, tym bardziej że nastolatkowie mieli to do siebie,
że rozwijali się błyskawicznie. W zasadzie za każdym razem, kiedy widziała
przybranego brata, różnice wydawały się diametralne, a ona czasami nie
mogła nadążyć za tym, że chłopak, którego kiedyś była w stanie nosić na
rękach, teraz coraz bardziej przypominał nie tyle dzieciaka, co na swój sposób
mężczyznę.
Miał ciemne
włosy, wiecznie zmierzwione i absolutnie oporne na jakąkolwiek próbę
ułożenia ich w jakikolwiek sensowny sposób. Zawsze był wysoki, chociaż
sama nie była pewna, kiedy właściwie wystrzelił w górę na tyle, by zdążyć
ją przerosnąć. Aż uniosła brwi ku górze, nie po raz pierwszy porażona tym, jak
bardzo szczupły był – prawie jak wieszak, a gdyby go nie znała,
pomyślałaby nawet, że się głodził, choć w rzeczywistości było wręcz
przeciwnie. Jego twarz również się zmieniła, chociaż nadal była dostrzec
śladowe dziecięce rysy, które pamiętała. Jedynym, co pozostawało zawsze takie
samo i co byłaby w stanie rozpoznać w każdej możliwej sytuacji,
były jego oczy – lśniące, jasnoniebieskie i przyciągające uwagę.
Jimie –
James właściwe, chociaż przywykła do tego, żeby skracać jego imię – gwałtownie
przystanął, spoglądając wprost w jej stronę. Przeszło jej przez myśl, że z pokaźnych
rozmiarów torbą, którą przerzucił przez ramię, wyglądał trochę tak, jakby miał
złamać się na pół, choć najpewniej wyśmiałby ją, gdyby zasugerowała, że się
przedźwiga. Czasami nie rozumiała płci przeciwnej, zwłaszcza w ostatnim
czasie, a jej brat nie był pod tym względem wyjątkiem. Dorastał, co
widziała zwłaszcza teraz, wręcz oszołomiona tym, jak wiele może zmienić się w ciągu
zaledwie kilku miesięcy. Nie pojmowała smutku i tęsknoty, które jak na
zawołanie ją ogarnęły, w niemalże bolesny sposób uświadamiając, że jednak
coś straciła – to ludzkie życie, które na swój sposób ceniła, nawet jeśli przez
jakiś czas sama pragnęła się od niego odciąć. Czegokolwiek by nie zrobiła, to
była jej przeszłość, ale też ludzie, którzy w mniejszym lub większym stopniu
znaczyli dla niej naprawdę wiele.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, wciąż oszołomiona. Uświadomiła sobie, że Jimie mógł robić
na niej takie wrażenie przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy widziała go
swoimi „nowymi” oczami. Wyostrzone zmysły potrafiły zmienić wszystko, o czym
przekonywała się niemal na każdym kroku, dopiero ucząc się funkcjonować w świecie,
który otaczał ją od chwili przemiany. Ona również była inna i to wyjaśniło
szok, którego doszukała się w spojrzeniu chłopaka, jednak ostatecznie
żadne z nich nie zdecydowało się na to, żeby komentować wygląd drugiego.
– Hej,
siostra! – rzucił w końcu Jimie i nawet jego głos zabrzmiał inaczej,
bardziej głęboki i zdecydowany, co zauważyła już kiedy rozmawiała z nim
przez telefon, omawiając szczegóły jego przyjazdu.
Otrząsnęła
się, za wszelką cenę próbując wziąć się w garść. Czuła, że musi
przynajmniej spróbować nad sobą zapanować i zacząć zachowywać się
naturalnie, by dodatkowo nie komplikować sytuacji, ale to wcale nie było takie
proste. Patrzyła na Jimiego i miała ochotę, przygarnąć go do siebie, by
więcej nie puszczać – cokolwiek, byleby tylko odzyskać utracona równowagę.
Wtedy wszyscy było prostsze, a ona… No cóż, nie czuła się przy bracie tak,
jakby wyrządzała mu wielką krzywdę, kiedy tylko przebywali w swojej
obecności.
Nie
odezwała się nawet słowem, w zamian bezceremonialnie rzucając mu się na
szyję. Zauważyła, że Jason nieznacznie przesunął się gdzieś za jej plecami i omal
nie wywróciła oczami, niepewna jak powinna rozumieć jego reakcję. Spodziewał
się, że przy pierwszej okazji rzucić się chłopakowi do gardła? Lotnisko było
pełne ludzi, a zapach ich krwi czuła nawet z odległości, ale to
jeszcze nic nie znaczyło. Okazywanie emocji było naturalne, a to, że
nieśmiertelni odbierali wszelakie bodźce przynajmniej dwa razy mocniej, jedynie
utwierdziło jej w przekonaniu, że miała do tego prawo. Kiedy na dodatek
chłopak znalazł się w jej objęciach, przywarła do niego mocno, choć w pierwszym
odruchu zesztywniał, wyraźnie zaskoczony aż taką wylewnością z jej strony.
Jasne, nie był dzieckiem – już nie, nawet jeśli w myślach sądziła, że jest
inaczej – a już na pewno jak każdy chłopak nie przepadał za publicznym
okazywaniem emocji, na dodatek względem siostry, ale nie dbała o to.
– Okej… O rany,
Ali, to dość desperackie nawet jak na ciebie – stwierdził, w końcu będąc w stanie
wykrztusić z siebie chociaż słowo. Na moment odwzajemnił uścisk, lekko
głaskając ją po plecach, choć po jego ruchach poznała, że nie miałby nic
przeciwko temu, żeby zdołała nad sobą zapanować. – Też się stęskniłem – dodał, a ona
westchnęła, mimowolnie się uśmiechając.
– Daj mi
się nacieszyć – zaproponowała, po czym odchrząknęła, żeby oczyścić gardło. Chłopak
spojrzał na nią podejrzliwie, być może podejrzewając, że chciało jej się płakać,
a może nie będąc w stanie pozostać obojętnym wobec zmian, które
zaszły w jej wyglądzie. – Ech, tak… To jest właśnie Jimie – oznajmiła,
decydując się zwrócić do Jamiego.
– James –
poprawił ją pośpiesznie. – To takie dziecinne…
Wywróciła
oczami, mimowolnie uśmiechając się. To było znajome, tak jak i to, że w towarzystwie
kogokolwiek obcego zachowywał się tak, jakby jej obecność w gruncie rzeczy
była mu obojętna.
– Proszę
bardzo, James – sprostowała z przesadnym
wręcz naciskiem na jego imię. Chcąc nie chcąc odsunęła się, pozwalając mu
stanąć swobodnie i obracając się w taki sposób, żeby móc spojrzeć na
swojego towarzysza. – Tak czy inaczej, poznaj Jasona – dokończyła, w duchu
prosząc opatrzność albo to, co było skłonne wysłuchać córki Lucyfera, o odrobinę cierpliwości.
Wampir –
dotychczas milczący i oparty o swoje auto – natychmiast się
wyprostował, machając ręką w geście przywitania. Chociaż w drodze do
Seattle wydawał się milczący i zmartwiony nie tylko sytuacją, ale również
jej zachowaniem, w tamtej chwili wydawał się zmienić o sto
osiemdziesiąt stopni. Nieśmiertelni byli doskonałymi aktorami, poza tym
niemalże zawodowo potrafiły zapanować nad emocjami, a jednak gdyby nie
znała Jasona i nie miała poczucia, że mimo wszystko kontrolował każdy jej
ruch, pomyślałaby, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku, kiedy z olśniewającym
uśmiechem przestąpił naprzód, obrzucając jej brata zaciekawionym spojrzeniem.
– Cześć –
rzucił jak gdyby nigdy nic.
Jimie – James – spojrzał na niego w co
najmniej skonsternowany sposób. Przynajmniej nie zawahał się przed ujęciem
wampira za rękę, ale Alyssa zauważyła, że wzdrygnął się mimowolnie, być może
wyczuwając, że ma do czynienia z kimś co najmniej niebezpiecznym.
Niebieskie oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zmierzył nieśmiertelnego
wzrokiem, wydając się co najmniej oszołomionym jego wyglądem. Ali wiedziała, że
wampiry miały w sobie coś, co wywierało wpływ na śmiertelników, nawet
jeśli ci nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, kogo mieli przed sobie.
Z jej perspektywy Jason nie był zagrożeniem, podejrzewała zresztą, że miał
wystarczające doświadczenie z przebywania z ludźmi, by potrafił kryć
się ze swoją prawdziwą naturą lepiej niż ona sama mogłaby.
Próbowała
zachować spokój i choć trochę się rozluźnić, ale była świadoma, że na
pierwszy rzut oka widać po niej, jak bardzo jest spięta. Jimie nie był głupi,
poza tym znał ją – i właśnie w tym leżał największy problem. Bała
się, co może się wydarzyć, ale jednocześnie nie potrafiła zmusić się do
żałowania tego, że ostatecznie zdecydowała się zaprosić chłopaka do siebie.
Jego obecność była bardziej wyjątkowa niż uświadomienie Mary, że wampiry
istnieją i przekonanie się, że ta wcale nie zamierzała uciec z wrzaskiem…
Przynajmniej na razie. Problem polegał na tym, że James należał całym sobą
należał do życia, które prędzej czy później musiała zostawić za sobą. W pewnym
sensie zrobiła to już wcześniej, w chwili w której wyjechała z „rodzinnego”
domu, ale dopiero teraz ta decyzja okazała się tak naprawdę ostateczna.
– Jesteś
chłopakiem Alyssy? – usłyszała i omal nie zakrztusiła się powietrzem,
kiedy pytanie brata skutecznie sprowadziło ją na ziemię.
– James! –
syknęła, jeden z nielicznych razów decydując się użyć jego pełnego
imienia.
Zesztywniała
cała, czując, że na policzki wstępuje jej niekontrolowany rumieniec – coś, co
zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. Wydawało jej się, czy jako nieśmiertelna
powinna potrafić nad sobą zapanować, niezależnie od sytuacji i tego, co
się działo? I ty mi mówisz, że nie spieprzyłeś sprawy,
Carlos?, pomyślała nie po raz pierwszy, ledwo powstrzymując się przed
poirytowanym warknięciem. A swoją drogą, Nadia w tej chwili
najpewniej dostałaby zawału…
Wciąż czuła się zażenowana, przez co nagły
wybuch śmiechu skutecznie wytrącił ją z równowagi. Spodziewała się wielu
rzeczy, ale na pewno nie tego, że Jason zacznie niekontrolowanie chichotać, przestając
dopiero w chwili, w której rzuciła mu mordercze spojrzenie. Czy
naprawdę wszyscy Sorenti musieli mieć w sobie coś, co wytrącało ją z równowag?!
– Nie –
wykrztusił w końcu Jason, nie przestając się uśmiechać. No patrz, a ostatnio byliśmy zaręczeni!,
pomyślała, ledwo powstrzymując się od wypowiedzenia tych kilku słów na głos. –
Alyssa to moja dobra znajoma… W zasadzie jest dla mnie jak siostra – dodał
wymijającym tonem.
– To
dobrze, bo inaczej musiałbym cię poinformować, co mogłoby się stać, gdybyś ją
skrzywdził – oznajmił z powagą Jimie, a Ali spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Przesadnie poważny piętnastolatek. Cudownie! – To moja siostra, więc…
– Chyba
zrozumiałem – stwierdził sam zainteresowany, a jego oczy zabłysły
figlarnie, kiedy krótko spojrzał w jej stronę.
Wypuściła
powietrze ze świstem, sama nie będąc w stanie uwierzyć w to, co
słyszała. To mogłoby być nawet urocze, gdyby nie odbywało się jej kosztem. Z drugiej
strony, być może odczuwaną przez nią frustrację potęgował fakt, że w ostatnim
czasie zdecydowanie zbyt wiele osób próbowało ingerować w jej życie
uczuciowe.
Nicholasie, przysięgam, że…
Dość!
– Możemy
już jechać? – zniecierpliwiła się. – Mamy do pogadania, a ja nie zamierzam
słuchać o moim wyimaginowanym życiu uczuciowym. Jestem szczęśliwie samotna
– dodała z naciskiem, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Ledwo
wypowiedziała te słowa, coś ścisnęło ją w żołądku, chociaż starała się o tym
nie myśleć. Jej myśli jak na zawołanie powędrowały do Nicholasa i tego, co
wyprawiali w samochodzie. Szlag, dlaczego znowu? Już i tak miała dość
powodów do tego, żeby być na siebie wściekłą za to, że pozwoliła, żeby
jakikolwiek śmiertelnik aż do tego stopnia namieszał jej w głowie, a przecież
zawsze mogło być w gorzej, co zresztą dał jej do zrozumienia Carlos. Nie
była pewna z jakiego powodu nie wspomniał reszcie o niej i Nicku,
o ile oczywiście w istocie coś widział, ale znając tego wampira,
bezpieczniej było założyć, że najzwyczajniej w świecie zamierzał pastwić
się nad nią według własnego uznania.
Nieznacznie
potrząsnęła głową, próbując opędzić się od niechcianych myśli. Jakie to
właściwie miało znaczenie? Obiecała sobie, że nie będzie myślała o Nicholasie,
przynajmniej przez czas pobytu Jimiego w stanie Waszyngton. Tak było
bezpieczniej i chociaż po części wiedziała, że to z jej strony swego
rodzaju próba ucieczki, nie potrafiła zmusić się do tego, żeby postąpić
inaczej. Być może obecność brata i możliwość poświęcania mu każdej chwili
miała okazać się zbawienna, chociaż z drugiej strony…
– Aha,
szczęśliwie samotna. – Jimie spojrzał na nią krytycznie, po czym wywrócił oczami.
Uśmiechał się, stopniowo zaczynając się rozluźniać i chyba zaczynając
oswajać się z myślą o tym, że jego siostra nie tylko wyglądała
niecodziennie, ale przede wszystkim wciąż
była wolna. – Nigdy nie zrozumiem kobiet.
– Nie ty
jeden… – rzucił jakby od niechcenia Jason, a ona prychnęła.
– To ma być
jakaś sugestia? – zapytała z powątpiewaniem, wyjmowanie spoglądając na
brata.
James
jedynie się uśmiechnął.
– Kto wie?
– Jakby od niechcenia przeciągnął się, po czym wrzucił torbę na tylni siedzenie samochodu, gdy tylko Jamie odblokował drzwiczki. – Może nawet będę
miał do ciebie prośbę – dodał zdawkowo.
Spojrzała
na niego pytająco, ale nie wyglądał na chętnego wnikać w szczegóły. W zamian
pośpiesznie wsiadł do samochodu, nie pozostawiając jej nic innego, jak po
prostu obejść auto dookoła, by mogła zająć swoje miejsce. Nie odezwała się
nawet słowem, tylko zajęła miejsce pasażera i zatrzasnęła za sobą
drzwiczki. Silnik odpalił i to w pewnym sensie sprawiło, że poczuła
się lepiej, choć to wciąż nie był stan ukojenia, którego mogłaby oczekiwać. Co
więcej, najwyraźniej zaczynała być przewrażliwiona, o czym przekonała się w chwili,
w której mimowolnie zerknęła w lusterko wsteczne i przekonała
się, że Jimie uważnie ją obserwuje.
Chociaż to
nie miało sensu, w tamtej chwili była gotowa przysiąc, że jego niebieskie
oczy przeszywają ją na wylot – i że to bardzo, ale to bardzo niedobrze…
Skyler
Samochód zniknął jej z oczu,
ale nie zamierzała dalej za nim podążać. Ze spokojem wyszła z cienia,
nakazując kryjącej ją ciemności odejść i ze spokojem czyniąc się na powrót
widoczną. Zabawa mgłą i cieniem była zabawna, tak jak i to, jak
niewiele trzeba było do tego, żeby zwieść zmysły – i to nawet te wyostrzone,
co jedynie dowodziło temu, że wampiry wcale nie były aż tak doskonałe, jak
mogłoby się wydawać. Z drugiej strony, to mogło mieć związek z bliskością
ludzi, których nie brakowało w okolicy lotniska, ale niezależnie od
przyczyny, najważniejsze było to, że była w stanie osiągnąć cel.
Skyler
wywróciła oczami, nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, dlaczego ze
wszystkich stron musieli otaczać ją idioci. Miała wrażenie, że szanowna
Księżniczka i jej towarzysz nie zauważyliby jej nawet wtedy, gdyby stanęła
tuż przed maską ich auta, odtańczyła jakiś dziki taniec radości, machając przy
tym rękami niczym jakaś szalona cheerleaderka i wykrzykując: „Tak się
bawią! Tak się bawią, demony!”.
Och, bycie
bierną naprawdę zaczynało ją męczyć.
Wsparła
dłonie na biodrach, nerwowo podrygując i nie po raz pierwszy zastanawiając
się nad tym, dlaczego cała najgorsza robota jak zwykle spadała na nią. Jakby
tego było mało, raz po raz doświadczała niedoskonałości ciała, które jej
zaoferowano. Coraz częściej dawały jej się we znaki dziwne upodobania
dotychczasowej właścicielki, a pociąg do narkotyków, czy czym tam truła
się ta nieszczęsna młódka, stopniowo doprowadzał ją do szału. Potrzebowała
czegoś lepszego, tym bardziej teraz, kiedy musiała mierzyć się z wampirami
– istotami równie niebezpiecznymi, co i demony, a przy tym o wiele
silniejszymi od ludzi.
Czasami nie
rozumiała, dlaczego musi czekać. Wiedziała przecież o tym, że mają dobrą
kandydatkę, a jednak… Dlaczego to Uzjel dostał dziewczynę do swoich
marnych eksperymentów, skoro to ona miała do wykonania najtrudniejsze zadanie?
Przecież ten szaleniec i tam miał pewnie biedną Tori wykończyć, podczas gdy ona mogłaby przynajmniej
wykorzystać jej ciało do czegoś praktycznego, gdyby Lucyfer tylko zechciał jej
na to pozwolić. Jakby tego było mało, w pamięci wciąż miała słowa Króla
Ciemności, przypominającego jej o tym, że bardzo źle znosił czyjekolwiek
niepowodzenia – i że musiała się postarać. Fakt, że w tamtej chwili
porównał ją właśnie z Uzjelem bolał, chociaż demonica w żadnym
wypadku nie zamierzała przyznać się do słabości.
Wywróciła
oczami. To nie miało znaczenia, z kolei ona zamierzała zrobić wszystko,
byleby spisać się jak najlepiej. To, co stało się ostatnim razem, nie miało
znaczenia i było… zwykłym wypadkiem. Co więcej, podobno nie było tego
złego, czy jak tam brzmiało to idiotyczne ludzkie powiedzonko. Teoretycznie
jako wampirzyca nie byłaby w stanie wykorzystać tego, co dawała jej
krążąca w żyłach krew śmiertelników – a więc przy odrobinie szczęścia
przemienić się w zwierzę, tak jak wtedy, gdy po raz ostatni miała okazję
zbliżyć się do Ariany. Gdyby nie ten cholerny Sorenti, już dawno byłoby po
wszystkim, a gdyby do tego Pan Ciemności był w dobrym nastroju,
pewnie mogłaby cieszyć się bardziej… przystępną postacią – oczywiście taką,
która usatysfakcjonowałaby również jego, bo wyłącznie Skyler miała prawo
sprawiać mu przyjemność.
Poczuła
muśnięcie lodowatego powietrza na odsłoniętych ramionach i zadrżała
mimowolnie, nie tyle z zimna, co z przyjemności. Na jej ustach
pojawił się pozbawiony wesołości, nieco ironiczny uśmieszek, który znamienita
większość ludzkich mężczyzn bez wątpienia uznałaby za piękny. Och, no proszę…, pomyślała z przekąsem,
ale nie wypowiedziała tych słów na głos, w zamian unosząc rękę, by móc
musnąć palcami obojczyk.
– Tak, tak…
– mruknęła pod nosem. Czuła obecność jego
wysłanników, jak zwykle sumiennych i na każde jej skinienie. – Wiem
dobrze. Ja też wyczułam Raziela…
Przez
moment sama nie była pewna czy powinna z tego powodu śmiać się, czy może
zacząć poważnie niepokoić. Obecność któregokolwiek z archaniołów
zdecydowanie nie wróżyła dobrze, zwłaszcza jeśli ci kręcili się przy Arianie.
Jego postać zdecydowanie nie zrobiła na niej wrażenia, ale te cholernie
irytujące duszyczki miały to do siebie, że nawet rękami dziecka potrafiły
dokonywać rzeczy, które mogły okazać się… dość problematyczne, zwłaszcza dla
kogoś takiego jak ona.
Jak długo
miało to jeszcze potrwać? Jak do tej pory powtarzali te same schematy od wieków
– aniołowie i upadli, świetliści i demony… I za każdym razem
wszystko zaczynało się od nowa, chociaż rozwój świata i zmiany w świadomości
ludzi sprawiły, że wciąż musieli się ukrywać. Teraz część upadłych powracała jako ludzkie istoty albo wampiry; zwłaszcza do tych
drugich było im o wiele bliżej, przez wzgląd na nieśmiertelność i możliwości,
które wynikały z przemiany. Chyba tylko szaleniec pokusiłby się o ludzką
powłokę, chociaż z drugiej strony…
Ale to był
Raziel i kręcił się przy samej Arianie, choć ona sama wydawała się nie być
tego świadomą – a więc wciąż niczego nie pamiętała. To wszystko
komplikowało, przynajmniej teoretycznie, a Skyler jakoś nie miała
wątpliwości co do tego, że żadne okoliczności nie okazałyby się dość dobrą
wymówką dla Lucyfera, gdyby nagle poinformowała go o tym, iż nie jest w stanie
spełnić powierzonego jej zadania.
Był jeszcze
Carlos, który mieszał z sobie tylko znanych powodów, w pewnym sensie
błądząc niczym dziecko we mgle. Ta sprawa go nie dotyczyła, choć on sam wydawał
się uważać co innego, poza tym zmierzał w kierunku, który zdecydowanie nie
był właściwy. Skyler dobrze wiedziała, że chodziło o słodką Mistery i o jej
śmierć, aczkolwiek obwinianie innego wampirzego rodu z tego właśnie
powodu…
Ale to bardzo dobrze, moja bezduszna,
usłyszała w głowie bezcielesny szept. Bardzo
dobrze. Niech w to brnie… Mam wrażenie, że może nas wyręczyć, oznajmił
z przekonaniem Lucyfer, a ona westchnęła cicho, całą sobą czując jego
obecność. Nawet jego szept sprawiał jej dziką przyjemność, choć to w najmniejszym
stopniu nie dorównywało cielesnym uciechom, które byli w stanie
zagwarantować sobie wzajemnie.
Wyręczyć?, powtórzyła, a nieśmiertelny
zaśmiał się melodyjnie, bynajmniej nieszczerze.
Zadawanie
pytań zawsze było ryzykowne, ale zarówno to, jak i wiele innych zachowań, które
w innym przypadku mogłyby ściągnąć gniew Ciemności, Skyler zawsze
uchodziły na sucho.
Zrozumiesz z czasem, padło w odpowiedzi.
Głos był spokojny i opanowany, przesycony emocjami, które niejednego
przyprawiłyby o dreszcze. Na dzisiaj
wystarczy, Skyler. Obserwuj rozwój wypadków, a kiedy nadejdzie odpowiednia
pora, zrób wszystko to, co będzie konieczne, byś mogła mnie zadowolić. Nagrodzę
cię za to, moja miła, obiecał, a jej serce zabiło mocniej.
Będzie jak zechcesz, obiecała, po czym
lekko schyliła głowę, choć jej rozmówca nie był w stanie tego zobaczyć,
przynajmniej osobiście.
Skyler
uśmiechnęła się pod nosem, aż nazbyt pewna tego, że prędzej czy później
doprowadzi swoje zadanie do końca. Nagroda była zbyt kusząca, poza tym… Ona nie
zawodziła.
Nigdy.
No i jest ;> Z okazji pięćdziesiątego rozdziału mamy nową postać i kilka informacji, które – mam nadzieję – dają do myślenia. Jakieś wnioski i teorie? Jestem bardzo ciekawa :D Z samego rozdziału za to do tej pory pozostaję zadowolona, choć musiałam poprawić to i owo, żeby miał sens.Kolejny już w przyszłym tygodniu. Ja z kolei zdradzę, że zostało mi zaledwie kilka wpisów, zanim dotrę do momentu, w którym skończyłam pierwszą wersję tej historii. I mogę zapewnić, że będzie ciekawie, a przynajmniej taką mam nadzieję.Jak zwykle dziękuję za obecność i do napisania!

– Nie ty jeden… – rzucił jakby od niechcenia Jimie, a ona prychnęła. – czy tu przypadkiem nie chodziło o Jasona? A i tu też? – Kto wie? – Jakby od niechcenia przeciągnął się, po czym wrzucił torbę na tylnie [tylne] siedzenie samochodu, gdy tylko Jamie odblokował drzwiczki.... I chyba gdzieś jeszcze była, ale nie pamiętam.
OdpowiedzUsuńCo do samego Jimiego – normalny to on na stówę nie jest. Może jakieś medium? Albo anioł? Albo demon? Uuuuu... lubię demony... Wilkołak raczej odpada, bo podejrzewam, że Jason by się zorientował. A może w tym świecie ich w ogóle nie ma... Nie przypominam sobie żadnej wzmianki o tym, żeby jednak istniały. Ale z młodym coś jest na rzeczy – dam sobie rękę uciąć co do tego.
Pięć minut później...
Dobra! Wiem kim jest Jimie! No przynajmniej taki mi się wydaje. I bardzo mnie korci, żeby to tu napisać, ale jeśli mam rację, to nie chcę psuć innym odkrywania tego kim jest chłopak. No ale... Mam ochotę krzyczeć, bo jeśli się okaże, że nie mam racji, to wyprowadziłaś mnie normalnie w maliny.
Dlaczego Tori?! Co ty jej robisz?! Przecież ja ją lubię...
A tak w ogóle czy tak jest, czy mi się tylko wydaje, że na tym gifie Nina ma bardzo dziecięce rysy? ^^
Yep, poprawione. Dzięki ^^
UsuńA co do Jimiego, to podejrzewam, że trafiłaś. Zaraz się dopytam, chociaż z założenia to miało być tak silne zasugerowane, że chyba można się domyślić... ;>