Mary
Zawahała się, wymownie
spoglądając w stronę przedpokoju. Czuła, że ominęło ją coś istotnego,
chociaż sama nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Do tej
pory nigdy nie miały z Alyssą przed sobą tajemnic, przynajmniej do chwili przemiany
dziewczyny w wampira, hybryd, czy kim tam właściwie jej przyjaciółka się
stała. Tak czy inaczej, w ostatnim czasie zmieniło się wszystko, ale do Mary
i tak nie docierało, że jej przyjaciółka mogłaby nie wspomnieć jej o tym,
że z kimkolwiek się spotyka – a przecież właśnie na to wskazywały
fragmenty rozmowy, które udało jej się wychwycić, kiedy siedziała w salonie.
W efekcie sama nie była pewna czy bardziej jest zaciekawiona, czy może
urażona tym, że Alyssa mogłaby mieć przed nią jakiekolwiek tajemnice, ale
starała się o tym nie myśleć. Jakby nie patrzeć, mogła to wyjaśnić
później, przy pierwszej możliwej okazji biorąc Ali w krzyżowy ogień pytań.
Cholera, co
właściwie powinna była o tym myśleć? Alyssa nie była sobą, poza tym
zmieniła się i Mary była coraz bardziej tego świadoma. Coś w samej
tej myśli sprawiało, że czuła się jeszcze mniej pewniej wszystkiego, co działo
się wokół niej i choć w niewielkim stopniu wiązało z nieśmiertelnymi.
Chociaż regularnie widywała się z Alyssą, a więc również z jej
nową rodziną, wcale nie czuła się dzięki temu pewniej, zwłaszcza ze
świadomością, że gdyby któreś z Sorentich straciło nad sobą kontrolę,
wtedy mogłaby skończyć jak przekąska. Nie wyobrażała sobie tego, ale nawet Ali
mogła okazać się niebezpieczna, chociaż w ostatnim czasie było
wystarczająco spokojnie, żeby zdołała uwierzyć w to, iż dziewczyna nie
potrafiłaby jej skrzywdzić. Tak naprawdę wyłącznie przy Nadii czuła się spięta,
aż nazbyt świadoma, że kobieta nie przepadała ani za nią, ani Alyssą, co z łatwością
mogłoby doprowadzić do niechcianego… incydentu.
Był jeszcze
Carlos, ale ten pozostawał poza wszelakimi kategoriami, które mogłaby dopasować
do rozdrażnionej Nadii. Po pierwsze, ten z braci pana domu był dupkiem – w każdy
możliwy sposób. A po drugie, specjalnie ją drażnił, najwyraźniej
zamierzając sprawdzić, jak daleko sięgała cierpliwość ludzkiej dziewczyny,
która uparcie wpychała nos tam, gdzie nie powinna. Wiedziała, że za nią nie
przepadał i to ze wzajemnością, w irytujący sposób okazując to, jak
bardzo był uprzedzony do śmiertelników. Przynajmniej takie wrażenie na każdym
kroku miała Mary, ale przy Alyssy nieszczególnie przejmowała się tym, czego
mógłby oczekiwać wampir. Był irytujący i bez wątpienia niebezpieczny, ale
dzięki przyjaciółce czuła się względnie bezpieczna – o ile ta akurat była w pobliżu.
No cóż, do
tego momentu zawsze była.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, kiedy – zaledwie kilka sekund po wyjściu Alyssy – Michael
i Carlos bracia pojawili się w salonie. Nerwowo postukała paznokciami
w obicie kanapy, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy w takim
wypadku nie powinna skorzystać z pierwszej możliwej okazji do tego, żeby się
ewakuować. Przychodziła przede wszystkim przez wzgląd na Ali i chociaż teoretycznie
była tutaj mile widziana, Mary zdawała sobie sprawę z tego, że wszyscy
czuli się dziwnie przez wzgląd na jej ludzką naturę. Teraz był jeszcze Jimie,
więc wampiry tym bardziej nie mogły czuć się swobodnie we własnym domu, chociaż
to akurat było dziewczynie na rękę. Szczerze nienawidziła momentów, kiedy
którykolwiek z mieszkańców nagle materializował się w pokoju,
poruszając się zbyt szybko i cicho, by była w stanie to zauważyć ze
swoimi marnymi zmysłami. Poczucie zagrożenia również wydawało się czymś
normalnym, tym bardziej, że miała do czynienia z nieśmiertelnymi –
doskonałymi pod każdym względem drapieżnikami, w oczach których z łatwością
mogła zacząć jawić się jako potencjalna ofiara na którą warto byłoby zapolować.
Taka perspektywa zdecydowanie nie poprawiała jej nastroju, chociaż przez
ostatnie dni zdążyła przywyknąć do tego uczucia w stopniu wystarczającym,
żeby poczuła się swobodniej.
–
Wiedziałaś? – usłyszała i aż podskoczyła na swoim miejscu, słysząc
niemalże oskarżycielski głos Carlosa. Wampir wpatrywał się w nią
niepokojąco czarnymi oczami, tym samym skutecznie przyprawiając Mary o dreszcze.
Szlag, w jaki sposób rozpoznawało się, czy wampir był głodny…?
– Kochana Mary, czy mogłabyś mi odpowiedzieć
na jedno elementarne pytanie… – zaczęła, przybierając przymilny ton głosu. Stwórca
Alyssy wydął usta, nie kryjąc irytacji, ale nie chciała się tym przejmować.
Zdawała sobie sprawę z tego, że igranie z jego emocjami nie było
rozsądne, jednak nie mogła się powstrzymać, tym bardziej, że okazywanie strachu
i uległości wydawało się najgorszym, co mogłaby zrobić. – Serio, trochę
uprzejmości nigdy nie zaszkodzi, zwłaszcza kiedy próbujesz się z kimś
dogadać.
–
Przynajmniej ty jedna mnie nie denerwuj – obruszył się mężczyzna, potrząsając z niedowierzaniem
głową. – Słodka Mary, tak ci tylko przypomnę, że jesteś co najwyżej prze…
– Carlos! –
upomniał go już chyba z przyzwyczajenia Michael. Zwykle był spokojny i bardzo
ludzki, czym diametralnie różnił się od brata, a przynajmniej takie
sprawiał wrażenie. W zasadzie Mary czasami nie wierzyła w to, że
mogliby być spokrewnieni, a tym bardziej wychowywać się w podobny
sposób. – Nie przejmuj się nim, Mary. Wiesz dobrze, że nie stanie ci się u nas
krzywda – dodał już łagodniejszym tonem.
Słyszała to
regularnie, ale trudno było jej w to wierzyć, zwłaszcza kiedy Carlos
decydował się otworzyć usta. Czasami sama nie była pewna czy bardziej ją
irytował, czy może niepokoił, chociaż niezależnie od wszystkiego starała się
nie okazywać strachu. Miała wrażenie, że na swój sposób intrygowała wampira
tym, jak bardzo wydawała się butna, nawet jeśli bez wątpienia zdawał sobie
sprawę z tego, iż jej spokój w wielu wypadkach pozostawał wyłącznie
grą. Panowanie nad emocjami było istotne, a Mary podświadomie czuła, że
jak długo będzie w stanie przeciwstawiać się Carlosowi, tak długo wszystko
będzie w porządku.
Och, swoją
drogą, nie potrafiłaby inaczej. Niebezpieczny czy nie, potrafił być tak
denerwujący, że nawet mimo poczucia zagrożenia nie byłaby w stanie
zachować się rozsądnie. Jego charakter miał w sobie coś, co niezmiennie ją
prowokowało, chociaż nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny
takich reakcji. Carlos był bezczelny i zdecydowanie zbyt bezpośredni,
zresztą tak jak i ona. Musieli ze sobą walczyć, a Mary gotowa była
przysiąc, że taki stan rzeczy był na rękę zarówno jemu, jak i jej. To było
w nich od chwili pierwszego spotkania – wzajemna konkurencja, wzbudzanie
irytacji i skakanie sobie do gardeł przy każdej możliwej okazji, chociaż
naturalnie to on miał większe pole do popisu, w każdej chwili mogąc w dość
skuteczny sposób ją uciszyć.
– Jasne –
zwróciła się do Michaela, ale kątem oka wciąż obserwowała jego brata. – Nie mam
się kim przejmować, tak swoją drogą. Z kolei wracając do Alyssy… Nie, nie
miałam pojęcia – oznajmiła zgodnie z prawdą, a Carlos prychnął, nie
kryjąc rozdrażnienia. – Kto to jest?
– A to
ci dopiero definicja przyjaźni – mruknął pod nosem, opadając na najbardziej
oddalony od kanapy fotel. Odrzucił głowę do tyłu, wbijając wzrok w sufit i najwyraźniej
bezskutecznie próbując się rozluźnić. Wydawał się podminowany, co było zastanawiające,
tym bardziej, że już od dłuższego czasu w dość osobliwy sposób wydawał się
reagować na wszystko to, co miało związek z Alyssą. – Nikt warty uwagi –
niemalże warknął w odpowiedzi na jej pytanie.
Zmarszczyła
brwi.
– Czy ja
wyczuwam w twoim głosie zazdrość? – wypaliła pod wpływem chwili.
Gdyby wzrok
zabijał, bez wątpienia padłaby martwa na ziemię w chwili, w której
Carlos poderwał głowę, by obrzucić ją lodowatym spojrzeniem. Z ledwością
zmusiła się do tego, żeby siedzieć spokojnie, ale puls i tak jej
przyśpieszył, w zdradziecki sposób informując wampira o tym, że miał
na nią jakikolwiek wpływ. W porządku, może byłaby szalona, gdyby się go
nie bała, ale to i tak nie przypadło jej do gustu. Komu jak komu, ale temu
facetowi zdecydowanie nie chciała dawać żadnych powodów do satysfakcji.
– Nie
rozśmieszaj mnie, Mary – rzucił z wyraźną
rezerwą. Zawsze wypowiadał jej imię w dość specyficzny sposób, przez co
brzmiało niemal równie uroczo, co i „ty idiotko”. W takich chwilach
naprawdę miała ochotę mu podziękować i to
najlepiej w najlepszy z możliwych sposobów: kołkiem w sercu, o ile
ktokolwiek zechciałby jej takowy sprezentować. – Przejmuję się raczej tym, że
Alyssa ma niepokojącą tendencję do zbytniej spouchwałości z ludźmi. Jak
tak dalej pójdzie, wtedy naprawdę…
– Nie
zapędzaj się zbytnio, skoro sam nie masz pojęcia, co się dzieje – zaoponował
natychmiast Michael. – Porozmawiam z nią o tym, kiedy wróci. Byłbym
wdzięczny, gdybyś wszystkiego nie utrudniał, Carlos – dodał, a wampir
spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Ja
utrudniam? – powtórzył, nie kryjąc zaskoczenia. Roześmiał się, ale bez
wesołości, a jego tęczówki jakimś cudem jeszcze bardziej pociemniały. – Jesteś
w stanie mi powiedzieć, czego ten dzieciak od niej chce? Nie? Tak też
myślałem – rzucił z irytacją, nie dając Michaelowi szansy na choćby próbę
odpowiedzi na zadane pytania. – Wybacz, braciszku, ale w kwestii
zachowania bezpieczeństwa chyba jestem lepszy niż ty, zwłaszcza odkąd siedzisz
pod pantofelkiem Eleonory – rzucił z irytacją, wymownie wywracając oczami.
– Dobry przykład masz tam. Obaj wiemy, że też masz wątpliwości.
Mary
skrzywiła się, nie pierwszy raz mając wrażenie, że brunet traktował ją jak
rzecz – na dodatek zbędną, jakby tego było mało. Kpina w jego głosie
sprawiła, że poczuła się jeszcze bardziej poirytowana, chociaż już jakiś czas
temu powinna była przyzwyczaić się do tego, że wampir miał skłonność do tego,
żeby irytować wszystkich przy każdej możliwej okazji. Sam Carlos wyglądał na
usatysfakcjonowanego takim stanem rzeczy, a przynajmniej zawsze jej się
wydawało, że czerpał przyjemność z grania innym na nerwach, jakkolwiek
irracjonalne by się to nie wydawało.
– Wybacz,
że żyję – mruknęła, a on spojrzał nad nią z zaciekawieniem.
– Ciesz się
z tego. Zabrnęłaś tak daleko, że to najpewniej stan przejściowy –
stwierdził, a Mary zesztywniała, przez moment czując się tak, jakby ktoś
uderzył ją w brzuch.
– Carlos…
Wampir
warknął, wymownie spoglądając na wpatrzonego w niego Michaela.
– Wiem, że
mam już swoje lata, ale naprawdę nie musisz co chwilę przypominać mi jak mam na
imię – powiedział, wywracając oczami. – Poza tym stwierdzam fakty. Dziewczyna
wie o wampirach, a to zwykle kończy się śmiercią.
– Nie
dopuścimy do tego – padło w odpowiedzi, ale to tylko sprawiło, że Carlos
roześmiał się w pozbawiony wesołości sposób.
Jego słowa i zachowanie
powinny wzbudzić w Mary niepokój, a jednak wcale nie poczuła się z tym
źle. Co więcej, słuchając jego śmiechu, nie mogła zaprzeczyć, że mimo
pobrzmiewającej w nim złośliwości, miał w sobie coś urzekającego. Sam
Carlos taki był, przystojny i na swój sposób mroczny, co mogłoby być nawet
pociągające, gdyby tak bardzo jej nie denerwował. To była kolejna właściwa
wampirom cecha, o której Mary wiedziała, że potrafiła być niebezpieczna.
Czasami wciąż czuła się oszołomiona ich niezwykłą urodą, sposobem bycia i świadomością
tego, że w gruncie rzeczy pozostawali martwi. Te istoty zostały stworzone
po to, żeby zabijać, a jakże łaskawa natura zapewniła im dość… „narzędzi”,
które umożliwiały im skuteczne omamienie potencjalnej ofiary. Musiałaby być
ślepa i głucha, by zaprzeczyć, że Carlos był przystojny, a jego głos
niezwykły i na swój sposób hipnotyzujący. Śmiech również miał cudowny,
chociaż o wiele lepiej brzmiałby, gdyby do tego był szczery – z tym,
że Mary szczerze wątpiła w to, żeby ktoś tak złośliwy i cyniczny
potrafił zaznać prawdziwej radości.
– Jak sobie
chcesz, bracie – rzucił Carlos, w zamyśleniu spoglądając na Michaela. –
Twój optymizm czasami mnie zadziwia.
– Na razie
zarówno Mary, jak i Alyssa są bezpieczne.
– Serio w to
wierzysz? – Carlos wydawał się co najmniej rozbawiony taką perspektywą. – Jeśli
jeszcze to do ciebie nie dotarło, to nasza księżniczka jest…
– Gdzie
jest Alyssa?
Carlos
natychmiast zamilkł, a po ruchu jego warg Mary zorientowała się, że
bezgłośnie zaklął pod nosem. Sama natychmiast poderwała głowę, by móc spojrzeć w stronę
schodów, wprost na niczego nieświadomego Jimiego. Ze świstem wypuściła
powietrze, próbując się uspokoić i wysilić na uśmiech. W duchu
modliła się o to, żeby chłopak nie słyszał ich rozmowy, tym bardziej, że
Ali najpewniej by kogoś zabiła, gdyby dowiedziała się, że jej bratu grozi
jakiekolwiek niebezpieczeństwo. No cóż, Mary zdecydowanie nie miała nic
przeciwko temu, żeby zobaczyć, jak jej najlepsza przyjaciółka zmusza naturę do
tego, żeby skopała Carlosowi tyłek, ale bezpieczeństwo Jamesa zdecydowanie nie
było ceną, którą warto byłoby za ten widok zapłacić.
– Ali jest…
– zaczęła, jednak uprzedził ją jej niechciany towarzysz, jakby od niechcenia
przeciągając się w fotelu i niemalże pogodnym tonem decydując się
odpowiedzieć:
– W przypływie
zaćmienia umysłowego wybrała się na małe tête-à-tête
z pewnym uroczym nieznajomym.
– Więc
twoim zdaniem on jest uroczy? – zapytała z prowokacyjnym uśmiechem Mary,
kolejny raz ściągając na siebie rozeźlone spojrzenie wampira.
– Lepiej
byłoby dla ciebie, gdybyś w końcu zamilkła – warknął, ale nie zabrzmiał na
szczególnie rozeźlonego.
Jimie
przyglądał się im z zaciekawieniem, zanim ostatecznie zdecydował się
podejść bliżej. Mary poczuła się o wiele pewniej, kiedy chłopak jak gdyby
nigdy nic rozsiadł się tuż obok niej, chyba jako jedyny rozluźniony i nieświadomy
tego, że cokolwiek jest nie tak. Przez myśl przeszło jej, że lepiej dla niego,
iż tak właśnie było, tym bardziej, że sama czasami żałowała tego, jak wiele się
dowiedziała. Nie chciała o tym myśleć, ale była zagrożona i to nie
tylko ze strony darzącego ją wyraźną niechęcią Carlosa.
– Mam
sprawę – oznajmił bez zbędnego owijania w bawełnę James, obrzucając dziewczynę
uważnym spojrzeniem lśniących, niebieskich oczu.
– Do mnie?
– zapytała z powątpiewaniem, wymownie wywracając oczami. – Oboje wiemy, że
kiedy tak zaczynasz, wtedy zwykle masz kłopoty, więc…
– Daj
spokój, Mary. – Chłopak z niedowierzaniem pokręcił głową, po czym wysilił
się na uśmiech. – Mógłbym poprosić Alyssę, ale jakoś sobie tego nie wyobrażam. Zresztą
to moja siostra, a ty jesteś dziewczyną – dodał, czym skutecznie ją
rozbawił.
– Naprawdę?
– rzuciła dramatycznym tonem, wplatając palce w długie ciemne włosy. – Mój
Boże, dziękuję! A już zaczynałam mieć wątpliwości – zadrwiła, ignorując
sceptycznie spojrzenie, którym obdarował ją Carlos. – Ani słowa.
Wampir zbył
ją machnięciem ręki.
– Gdzieżbym
śmiał… – mruknął, ale po tonie jego wypowiedzi poznała, że wciąż doskonale
bawił się jej kosztem.
Nerwowo
przygryzła dolną wargę, dopiero po chwili przypominając sobie, że to dość
niebezpieczne posunięcie, zwłaszcza gdyby przypadkiem upuściła sobie krwi.
Czuła się dziwnie ze świadomością tego, że musi kontrolować każdy swój kolejny,
żeby przypadkiem nie narazić się na atak rozszalałego, wygłodniałego wampira, ale
na dłuższą metę to wcale nie wydawało się aż takie trudne.
Jamie
wymownie spojrzał najpierw na wampira, a później z powrotem na Mary,
ostatecznie decydując powstrzymać się od komentarza.
– Za
tydzień mamy w szkole bal – powiedział, ostrożnie dobierając słowa – i tak
się składa, że zaprosiłem Melissę – oznajmił, a Mary zachichotała.
– Poważnie?
Tę Melissę za która latasz od
przedszkola? – zapytała wprost, a James rzucił jej urażone spojrzenie. –
Tak, zauważyłam. Mamy z Alyssa ubaw od kilku ładnych lat.
– Jakie wy
jesteście milutkie… – Potrząsnął z niedowierzaniem głową, po czym zrobił
taki ruch, jakby chciał się podnieść i jednak uciec. – Mogę nic nie mówić,
jeśli…
– Dobrze,
czekaj! – zreflektowała się pośpiesznie, chwytając go za nadgarstek. – Udziela
mi się złośliwość pewnego cholernie
irytującego cynika – rzuciła, wywracając oczami. – Więc… zaprosiłeś
Melissę. Dała ci kosza? – zapytała, próbując pojąć w czym leżał problem.
Przez twarz
brata Alyssy przemknął cień, a Mary przez moment gotowa była przysiąc, że
niewiele brakowało, żeby się zarumienił. Wyraźnie się spiął, co zresztą wcale
jej nie zdziwiło, bo wiedziała jak trudną kwestią była rozmowa o uczuciach
z chłopakiem, a już zwłaszcza nastolatkiem.
–
Bynajmniej – odpowiedział urażonym tonem. Na moment jego oczy zabłysły,
wyrażając nieopisaną wręcz dumę, jednak prawie natychmiast wszelakie oznaki
entuzjazmu zniknęły. – Twoja wiara we mnie zawsze mnie zadziwiała, Mary –
dodał, a ona uśmiechnęła się słodko.
– Nazwijmy
rzeczy po imieniu: masz randkę – powiedziała ze spokojem. Skrzywił się,
zupełnie jakby takie ujęcie sprawy było czymś złym. – Dalej nie widzę problemu.
Jimie
zawahał się na moment, nagle jeszcze bardziej podenerwowany. Przez kilka
następnych sekund sprawiał wrażenie chętnego, żeby się wycofać albo uciec bez
słowa, a Mary sama nie była pewna, dlaczego ostatecznie tego nie zrobił.
Przez myśl przeszło jej, że być może powinna była znaleźć jakiś sensowny powód,
dla którego powinni wyjść i porozmawiać w bardziej przystępnych
warunkach, nim jednak zdążyła cokolwiek zaproponować, James wypalił:
–
Zaprosiłem dziewczynę, więc będę musiał się z nią bawić. Na balu. Wiesz,
co to oznacza? – zapytał i w końcu zaczęła pojmować, co takiego
niepokoiło go najbardziej.
– Wspólny
taniec? – podsunęła usłużnie.
Znowu się
skrzywił, ale skinął głową.
– Jeśli po
wszystkim mnie nie zabije, wtedy będziemy mogli mówić o sukcesie… A wierz
mi, to nie takie oczywiste, bo nawet nie wiem jak powinienem ją trzymać, żeby nie dała mi po twarzy – rzucił
grobowym tonem. – Miałem zapytać o to Alyssę, ale ty zawsze byłaś w tym
lepsza. No wiesz, w relacjach z facetami – dodał, a Carlos
dostał nagłego ataku kaszlu, bezskutecznie próbując zamaskować wybuch śmiechu. Mary
była gotowa przysiąc, że wyrzucił z siebie coś, co zabrzmiało jak:
„Pewnie, bo księżniczka żyje celibacie”.
– Hm… Źle
się poczułeś? – rzucił jakby od niechcenia Michael, a Mary z zaskoczeniem
przekonała się, że wyjątkowo był względem brata niemalże uszczypliwy. Cóż,
zwłaszcza po uwagach pod adresem Eleonory, mogła się tego spodziewać.
– To
sarkazm? – Wampir również wydal się co najmniej zaskoczony, jednak ostatecznie
przeważyło rozbawienie. Jego uśmiech miał w sobie coś drapieżnego, chociaż
Michael nie wydawał się szczególnie zaniepokojony z tego powodu. – Uważaj,
braciszku, bo zacznę się martwić, że zaczynam mieć na ciebie zły wpływ.
Mary
zignorowała ich, na powrót koncentrując się na Jimiem. Zanim zdążyła zastanowić
się nad tym, co robi, poderwała się na równe nogi i spojrzawszy na
chłopaka wyczekująco, zachęcająco wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Wyobraź
sobie, że jestem Melissą – zaproponowała, bo spojrzał na nią z powątpiewaniem,
zupełnie jakby mówiła do niego w jakimś obcym języku.
– Mam z tobą
tańczyć? – James energicznie pokręcić głową. – Ehm, Mary… To mi nie pomoże.
Wolałbym najpierw zobaczy, jak ty to robisz – dodał, a ona wypuściła
powietrze ze świstem, nagle zaczynając wątpić w to, czy uczenie go w takich
warunkach ma jakikolwiek sens.
– Bardzo
chętnie, ale i tak będę potrzebowała partnera – przypomniała mu,
zakładając ramiona na piersiach. – Szlag, Alyssa będzie miała u mnie dług…
To ona powinna tłumaczyć ci takie rzeczy.
– Carlos
może ci pomóc – odezwał się Michael, a Mary z wrażenia omal się nie
wywróciła. – Jak na mój gust w ostatnim czasie ma zbyt wiele energii.
– Tak, to
zdecydowanie jest sarkazm – rzucił z niedowierzaniem sam zainteresowany. –
Nagle chcesz, żebym spędzał czas z naszą
słodką Mary? – zapytał brata, bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś, kto
ma zamiar gdziekolwiek się ruszyć.
Jeszcze
kiedy mówił, obejrzała się w jego stronę, by móc spiorunować go wzrokiem.
Dlaczego musiał być taki złośliwy? Swoją drogą, czasami zastanawiała się, jakim
cudem przeżył nie tylko całe lata, ale wieki, skoro przy takim sposobie bycia
już dawno powinien był znaleźć się ktoś, kto skróciłby ją o głowę.
– Może po
prostu liczę na to, że dzięki temu się uspokoisz – stwierdził Michael, ale nie
brzmiał na przekonanego. – Co o tym sądzisz, Mary? Nie żebym coś
sugerował, ale… to jeden z jego nielicznych talentów – dodał i coś w jego
słowach ją zaintrygowało.
Kiedy na
powrót spojrzała na Carlosa, przekonała się, że ten podjął decyzję.
Dobry wieczór! Przychodzę do Was z jednym z moich ulubionych rozdziałów, chociaż zdecydowanie bardziej fascynuje mnie to, co stanie się w kolejnym. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu ;>Trochę spóźnione, ale mam nadzieję, że święta były dla wszystkich udane i spokojne. Podejrzewam, że kolejny rozdział już w nowym roku, a konkretnie 1 stycznia, bo mam ochotę zrobić sobie prezent na urodziny. Tak więc od życzeń noworocznych na razie się powstrzymam, w zamian zaś wielkie dziękuję dla wszystkich, którzy po prostu są. To zawsze mnie motywuje.Z mojej strony to tyle i do napisania! ;3

Mary i Carlos <3 Uwielbiam to połączenie, bo nawet gdy oni są wobec siebie złośliwi - ja się relaksuję. Serio, w jakiś przedziwny sposób ta mieszanka działa na mnie kojąco. :3 Och, i domyślam się, że następny rozdział będzie kontynuacją nauki tańca, a to normalnie miód na moje zbolałe serduszko. ^^ Normalnie już mam gęsią skórkę, a co to będzie dalej... O_o
OdpowiedzUsuń