Carlos
Uparcie milczał, cierpliwie
czekając na rozwód wypadków. Zrozumiała – widział to po wyrazie jej twarzy,
spojrzeniu, a już zwłaszcza po sposobie, w jaki wpatrywała się w niego.
Czuł się podekscytowany, trochę jak dziecko, któremu właśnie powiedziano, że
gwiazdka będzie wcześniej w tym roku, chociaż w jego przypadku to
było coś znacznie więcej. Obserwował i wiedział, że właśnie dzieje się coś
wyjątkowego, choć nadal nie miał pewności, czy narażanie Alyssy aż do tego
stopnia miało jakikolwiek sens. Z drugiej strony, przecież od samego
początku o to chodziło, a on czekał zbyt długo, żeby teraz przejmować
się konsekwencjami. Teraz wszystko nareszcie miało szansę się poukładać, a Carlos
nie zamierzał odmówić sobie możliwości zdobycia czegoś, czego szukał równie
długo, co wcześniej córki Gai i Lucyfera.
Czuł na
sobie zszokowane spojrzenie dziewczyny i pozostałych, ale nie zwracał na
nie najmniejszej uwagi. W skupieniu czekał na reakcję Ali (A może raczej
Ariany?), w duchu odliczając kolejne sekundy. Podobno wampiry były
stworzone do tego, żeby czekać, on jednak miał w zwyczaju niecierpliwić
się ot tak, zwłaszcza w chwilach takich jak ta. Nie, nic nie było takim,
jak mógłby oczekiwać, jednak teraz był skłonny przymknąć na to oko. Nie bez powodu
tyle zwlekał, wypatrując dogodnego moment, w którym Michaela nie będzie w pobliżu.
Co prawda to z Jasonem kłócił się częściej, ten jednak nie miał w zwyczaju
mu matkować, zwykle szybko się zniechęcając. Jeśli ktoś mógł okazać się problematyczny,
to zdecydowanie nadopiekuńczy Mickey.
– O mój
Boże!
Cichy
okrzyk Alyssy okazał się prawdziwym wybawieniem, wyrażając wszystko to, czego Carlos
mógłby oczekiwać. Na jego ustach z wolna pojawił się delikatny, czarujący
uśmiech, zdradzający o wiele więcej, aniżeli początkowo chciał. Wciąż stał
naprzeciwko zaskoczonej nieśmiertelnej, po chwili zabierając dłonie z jej
ramion, by w zamian móc ująć ją za rękę. Stanowczo zacisnął palce wokół
jej własnych, zamykając je w zdecydowanym, ale kontrolowanym uścisku.
Starał się zbytnio jej nie narzucać, nie chcąc, żeby po raz kolejny wpadła w szał
i spróbowała się od niego odsunąć, bo to nie doprowadziłoby do niczego
dobrego. Zdążył przekonać się, że Alyssa bywała nieprzewidywalna, zwłaszcza w tych
najtrudniejszych, najbardziej złożonych sytuacjach, które mimo wszystko zawsze
dotyczyły jego – w mniejszym lub większym stopniu, skoro jako jedyny z takim
uporem odwoływał się do jej przeszłej, dotychczas zapomnianej cząstki duszy.
Miał
wrażenie, że wszystko trwało całą wieczność, choć i do tego jako
nieśmiertelny powinien być przyzwyczajony. Alyssa nagle wzdrygnęła się, po czym
odsunęła od niego, przybierając pozycję kogoś gotowego do ataku. Jej palce
bezwiednie zacisnęły się wokół pustki, a Carlos na moment zwątpił w to,
czy nadal widziała pogrążony w ciszy, wypełniony wampirami salon. Oddech
dziewczyny przyśpieszył, a oczy na ułamek sekundy zaszły mgłą, chociaż tym
razem przynajmniej nie straciła przytomności. Przez dłuższą chwilę sprawiała
wrażenie chętnej do tego, żeby zacząć się rzucać na prawo i lewo,
oszołomiona, być może nawet spanikowana, choć w jej przypadku niczego nie
można było być tak naprawdę pewnym.
– Alyssa? –
zaniepokoiła się Mary, niespokojnie spoglądając na przyjaciółkę. – Hej, Ali, o czym
on bredzi? O czym on…? – zaczęła znowu, jednak Alyssa jedynie energicznie
pokręciła głową.
– Jak długo
wiesz? – zapytała w zamian, skupiając wzrok na milczącym Carlosie.
Coś w jej
tonie i zachowaniu uległo zmianie, tak nagle i gwałtownie, jakby ktoś
nagle wcisnął jakiś przycisk. Stała tuż naprzeciwko niego, piękna i wyprostowana,
panując nad emocjami lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Wyglądała trochę tak,
jakby była w transie, chociaż i to wcale nie musiało być tak proste i oczywiste.
W salonie natychmiast zapanowała cisza, a po spojrzeniach szanownej
rodzinki, Carlos natychmiast zorientował się, że nie on jeden wyczuł zmianę w zachowaniu
Alyssy. Nie potrafił tego sprecyzować albo jakkolwiek opisał, ale wiedział, że
miała miejsce – i że powinien ją wykorzystać.
Otworzył
usta, mając w planach odpowiedzieć. Nie odezwał się od razu, w zamian
staranie ważąc słowa, by te zabrzmiały jak najbardziej sensownie i poważnie.
Być może to nie miało sensu – przynajmniej na pierwszy rzut oka – ale
momentalnie poczuł się tak, jakby stanął przed królową: potężną, piękną i niebezpieczną.
W tamtej chwili nie widział niewinnego dziecka, które wzbudzało w nim
tak wiele skrajnych emocji, ale kobietę z doświadczeniem wielokrotnie
przekraczającym jego własnym. Nie myślał o Alyssy, o tym jak bardzo
irytowało ją jego zachowanie i jak doprowadzało do szału samo tylko
wspomnienie tego, jak mizdrzyła się z tamtym gościem w samochodzie.
To wszystko zeszło na dalszy plan, bo już nie miał przed sobą zagubionej,
dopiero co przemienionej dziewczynki.
Miał za to
Arianę – i to w zupełności mu wystarczyło.
– Jakiś czas
– przyznał z pewnym opóźnieniem. Nieprawdopodobne, ale naprawdę obawiał
się, że mogłaby się na niego zdenerwować. – Potrzebowałem czasu na sprawdzenie
wszystkiego, co będzie potrzebne. Musiałem się upewnić, żeby nie tracić czasu.
– I upewniłeś
się? – ciągnęła, a jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Wydała mu
się równie zafascynowana, co i przerażona, wydając się toczyć z sobą
samą rodzaj wewnętrznej walki, której rezultatów wciąż żadne z nich nie
mogło być pewne. – Pamiętam go… Miecz archanioła. Tak mi się wydaje – dodała i chociaż
nadal brzmiała w ten nienaturalny, władczy sposób, Carlos uświadomił
sobie, że Alyssa wciąż gdzieś tam była.
– Co
takiego pamiętasz, księżniczko?
Jego głos
zabrzmiał łagodnie, niemal czule, co nie zdarzało mu się często. W pokoju
panowała nieprzenikniona cisza, co było mu na rękę, tym bardziej że wciąż
spodziewał się protestów ze strony pozostałych. Podejrzewał, że gdyby był tutaj
Michael, próbowałby dyskutować zarówno z nim, jak i z dziewczyną,
co zresztą było powodem dla którego wolał poczekać do jego wyjazdu. Reszta
wampirów milczała, co uznał za miłą odmianę, chociaż i to wydało mu się
naturalne. Tylko głupiec nie wyczułby, że cisza jest najistotniejsze, Alyssa
zresztą roztaczała wokół siebie dość specyficzną aurę, której w tamtej
chwili wszyscy byli świadomi.
Dziewczyna
wypuściła powietrze ze świstem, po czym z jękiem chwyciła się za głowę.
Przez moment trwała w bezruchu, lekko pochylona i z twarzą
ukrytą w dłoniach, przez co wyglądała niczym niezwykle smutny, pogrążony w żalu
upadły anioł. Ciemne włosy opadły jej na twarz, przysłaniając blade policzki i mocno
kontrastując z jej skóra, przez co wydała się Carlosowi jeszcze bardziej
delikatna i eteryczna. Była piękna, czemu zresztą nigdy nie próbował
zaprzeczać i co już raz zdołało go zachwycić do tego stopnia, by pokusił
się o złożenie na jej ustach pocałunku. Wciąż wyrzucał sobie tę chwilę
słabości, nie wspominając o tym, jak od tamtego czasu reagowali na siebie
nawzajem, jednak to w tamtej chwili nie miało znaczenia. I tak nie
mógł pozwolić sobie na podejście do niej, dotknięcie jej twarzy, a tym
bardziej jakąkolwiek próbę pocieszenia jej, kiedy była w takim stanie.
Istniały sprawy ważne i ważniejsze, a on zbyt długo czekał na
możliwość przeprowadzenia tej rozmowy.
– Wszystko…
A może nic – usłyszał jej wymijającą odpowiedź i musiał wręcz
powstrzymywać się przed sfrustrowanym jękiem, który cisnął mu się na usta. –
Opowiedz mi… Nam wszystkim – dodała, wraz z tymi słowami wymownie
rozglądając się po pogrążonym w ciszy salonie.
– Ja tobie,
księżniczko? – westchnął. Już drugi raz użył przezwiska, które dotychczas
wydawało się doprowadzać ją do szału, a jednak nic nie wskazywało na to,
żeby miała się na niego z tego powodu zdenerwować. Nie miał pojęcia czy to
dobrze, czy też nie, zresztą określanie jej mianem na które zasłużyła, już od
samego początku było silniejsze od niego. – W porządku. Jak sobie życzysz,
ale…
– Ali, czy
wszystko w porządku? – wszedł mu w słowo Jason. Carlos zacisnął usta,
w duchu modląc się o cierpliwość, choć nawet nie zdziwiło go to, że
właśnie on przerwał ciszę jako pierwszy. – Dziwnie się zachowujesz.
Dziewczyna
uniosła głowę, żeby móc na niego spojrzeć. Jej oczy wydawały się lśnić w niezdrowy
sposób, zdradzając całą mieszankę nieopisanych, trudnych do zinterpretowania
emocji, które nawet na moment nie dawały jej spokoju. Coś w jej spojrzeniu
musiało wpłynąć nawet na Jasona, bo ten nie dodał niczego więcej, co zwłaszcza w jego
przypadku zdecydowanie nie było normą.
– Nie
jestem pewna, ale nie ma powodu, dla którego powinniście się mną przejmować.
Fizycznie jestem cała – oznajmiła z powagą, prostując się. Opuściła ręce,
pozwalając im swobodnie opaść wzdłuż ciała, kiedy zdecydowała się wyprostować.
– Możemy, proszę, posłuchać Carlosa? Niech mówi – dodała, ale mimo wszystko nie
zabrzmiało to jak niewinna prośba – raczej jak ładnie zakamuflowany rozkaz.
I do tego wszystkiego wydajesz się być po
mojej stronie, Ali?, pomyślał zaskoczony, jednak nie zamierzał tracić czasu
na niepotrzebne rozwodzenie się nad czymś, co i tak nie miało większego
znaczenia. Skoro dawała mu okazję do rozmowy, zamierzał ją wykorzystać – i to
najlepiej od razu, zanim jakiś inny, wścibski wampir zdecydowałby się wejść mu w słowo.
– Już się
robi – zapewnił pośpiesznie. Kiedy zaczął mówić, zwracał się bezpośrednio do
niej, nie po raz pierwszy decydując się zignorować wszystkich wokół, traktując
ich niemalże jak nic nieznaczące powietrze. – Kiedy opowiadałem ci o Arianie…
Nie pozwoliłaś mi dodać, że według podań, córka Lucyfera odwróciła się od
swojego ojca. Nikt tak naprawdę nie wie dlaczego, chociaż może niedługo sama
będziesz w stanie mi wytłumaczyć, co takiego miało miejsce całe wieki
temu. Historie za to mówią, że córka samej Ciemności mogła z równym
powodzeniem przynieść mu chwałę, co i ostateczny upadek. – Zamilkł i zawahał
się na moment. – Nie da się ot tak zgładzić kogoś, kto otrzymał
nieśmiertelność. Można zabić ciało, ale nie duszę, co zresztą wyjaśnia dlaczego
Lucyfer i jemu podobni przeżyli te wszystkie lata, zmieniając formy i nie
zwracając na siebie uwagi. To także tłumaczy dlatego ty stoisz tutaj przede
mną, chociaż kwestia wspomnień… Ale wszystko w swoim czasie – dodał,
decydując się nie drążyć tematu, który mógłby okazać się dla niej kłopotliwy. –
Istnieje legenda o mieczu archanioła, który pozostawiła po sobie sama Gaja
i który podobno jest w stanie unicestwić nawet samego Lucyfera,
tylko…
– Tylko? –
ponagliła go dziewczyna, chociaż po jej tonie poznał, że dobrze wiedziała, co
takiego usłyszy. Była blada, ale zdeterminowana, rozdarta pomiędzy pragnieniami
siebie samej, a wciąż obecnej Ariany.
– Tylko nie
każdy jest w stanie się nim posługiwać. To miecz archanioła, więc z założenia…
– zaczął, jednak i tym razem ktoś zdecydował się mu przerwać:
– Więc
tylko skrzydlaty gość w spódnicy będzie w stanie go użyć, tak? –
wtrąciła cierpko Nadia. Spojrzał na wampirzycę z niedowierzaniem,
mimowolnie zaczynając zastanawiać się nad tym, czy ten za każdym razem musiała wprawiać
go albo w konsternację, albo coś z pogranicza irytacji i gniewu. Skrzydlaty
gość w spódnicy? Poważnie? – To akurat byłoby logiczne… Tylko to,
gdyby ktoś chciał znać moją opinię.
Wzniósł
oczy ku niebu, w duchu modląc się o cierpliwość, chociaż już dawno
ustalił, że tej najzwyczajniej w świecie mu brakowało. To chyba nawet nie
było szczególnie dziwne, tym bardziej, że ta konkretna kobieta miała w sobie
coś, co od pierwszego spotkania skutecznie wyprowadzało Carlosa z równowagi.
Nie miał pojęcia, co stanowiło najistotniejszą z przyczyn, to zresztą
wydawało się najmniej istotne. Liczyło się przede wszystkim to, że Nadia go
drażniła.
Och, nie
ukrywajmy – cała jego kochana rodzinka również.
– Nieważne
– oznajmił już na głos, zachowując powagę tylko i wyłącznie przez wzgląd
na Alyssę i siebie samego. Zbyt długo czekał, by dłużej tracić czas
irytowaniem się na kogoś, kogo nawet nie był w stanie wykopać z pokoju.
Cóż, przynajmniej teoretycznie wolał powstrzymać się przed atakiem na kobietę,
nawet jeśli ta wydawała się skłonna, by przyłożyć mu bez choćby cienia wahania.
– Tak, coś w tym jest. A ona –
skinął na Ali – jest córką archanioła. A może nawet dwóch, gdyby uprzeć
się wierzyć w to, co zostało napisane w piśmie.
Nie czuł
się dobrze z tym, że po raz kolejny musiał odwoływać się do Biblii i tego,
co przez tyle lat próbował wpajać wszystkim wokół kościół, ale to w tamtej
chwili wydawało się najmniej istotne. Jeśli to było ich jedynym źródłem wiedzy,
musiało wystarczyć, zresztą w przeszłości Mistery… Cóż, Misty wydawała się
być wyjątkowo tego pewna, kiedy jeszcze żyła – a on ufał jej niezależnie
od wszystkich i wszystkiego.
– Być może
– odezwała się cicho Alyssa – ale dalej nie powiedziałeś najważniejszego…
Chociażby tego, że miecz archanioła sam w sobie jest bezużyteczny.
– Jednak
pamiętasz więcej niż raczysz przyznać – zarzucił jej, zanim zdążył ugryźć się w język.
Przez twarz
dziewczyny przemknął cień, ta zresztą nawet nie próbowała tego ukryć. W ułamek
sekundy później zmaterializowała się tuż przed nim, wyraźnie wzburzona i sprawiająca
wrażenie chętnej tego, żeby zacisnąć palce na jego gardle. Zaskoczyła go, choć
nie po raz pierwszy widział, jak traciła nad sobą kontrolę, pozwalając sobie na
coś, co w innym wypadku bez wątpienia nie miałoby miejsca. Wystarczyło, że
wspomniał momenty, kiedy spoglądała na niego niemalże nienawistnie, sprawiając
wrażenie kogoś niebezpiecznego, złaknionego krwi i chętnego w każdej
chwili zaatakować.
– Śmiesz mi
jeszcze cokolwiek zarzucać? – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – To przez
ciebie jestem tutaj i czuję się jak dziecko we mgle. Błądzę, walczę o odzyskanie
kontroli nad własnym życiem i wciąż próbuję zrozumieć, co dzieje się wokół
mnie. To, co wiem albo nie, to tylko i wyłącznie moja sprawa, tym bardziej
że ty też nigdy na bieżąco nie dzieliłeś się ze mną tym, co wiesz, Carlos –
warknęła i chociaż coś w jej słowach go zaniepokoiło, zmusił się do
zachowania spokoju i niemalże całkowitej obojętności.
– Jak sobie
życzysz – odparował z nie mniejszym chłodem w głosie. – Tak, to nie
wszystko. Tak się składa, że nie pozwoliliście mi do tego dojść.
Alyssa/Ariana
skrzywiła się, bynajmniej nieusatysfakcjonowana jego tonem i odpowiedzią.
– Gdzie? –
wyrzuciła z siebie na wydechu, na moment zapominając o wcześniejszych
zarzutach. Carlos mimowolnie pomyślał o tym, że zachowywała się trochę
tak, jakby była nie do końca świadoma własnych czynów, chociaż zarzucenie jej
czegokolwiek zdecydowanie nie wchodziło w grę. – Powiedziałeś mi, że go
znalazłeś.
– A ty,
że jest bezużyteczny – przypomniał uprzejmie.
Być może
igrał z ogniem, ale nie potrafił się powstrzymać. Byli do siebie tak
bardzo podobni, zwłaszcza kiedy ona zachowywała się w ten sposób – tak
władczo, pewnie i niemalże bezczelnie. Kiedy na dodatek w ułamek
sekundy później zamachnęła się i spróbowała wymierzyć mu policzek,
początkowo zamarł, obserwując ją w niemalże skonsternowany sposób.
Zareagował dosłownie w ostatniej chwili, jakby od niechcenia chwytając ją
za nadgarstek, a już w następnej sekundzie niezbyt delikatnie
wykręcając jej dłoń za plecy.
– Nie
próbuj tego więcej, księżniczko – rzucił cierpko. Bardziej stanowczo
przyciągnął ją do siebie, obojętny na to, że natychmiast spróbowała mu się wyrwać.
– Dobrze ci radzę, bo…
– O Boże,
co ja chciałam zrobić, Carlos? – weszła mu w słowo i to wystarczyło,
żeby zamilkła.
Kątem oka
wyczuł ruch, kiedy Jason przemieścił się, najpewniej po raz kolejny planując
się wtrącić, jednak coś w pytaniu dziewczyny wystarczyło, żeby i on
zastygł w miejscu, czekając na rozwój wydarzeń. Zauważył również Eleonorę,
która wpatrywała się w nich oboje rozszerzonymi, przestraszonymi oczami,
po raz kolejny wprawiając Carlosa w oszołomienie tym, jak bardzo niewinna
się wydawała. Mógł spodziewać się po bracie tak ułożonej żony, jednak nie
zmieniało to faktu, że czasami sam nie miał pewności, jak powinien się przy tej
kobiecie zachowywać. Skoro nawet on miał wątpliwości, co przecież nie zdarzało
mu się często, jeśli w ogóle, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
Alyssa
wzięła kilka głębszych, odrobinę drżących wdechów, wyraźnie próbując nad sobą
zapanować. Chwilę później w końcu odwróciła się w jego stronę,
chociaż początkowo nie miał pewności, czy powinien jej na to pozwolić. Wydało
mu się, że lekko chwiała się na nogach, mając wyraźny problem z tym, żeby
utrzymać się w pionie i najpewniej będąc w stanie dokonać tego
tylko i wyłącznie dlatego, że nadal trzymał ją w ramionach. Ta
bliskość wzbudziła w nim całą mieszankę skrajnych uczuć, a Carlos nie
po raz pierwszy poczuł się dobrze z tym, że mógłby mieć do niej
bezpośredni dostęp – dotykać, czuć bijące od dziewczyny ciepło, być może nawet
móc…
Och, nie –
na pewno nie znowu i nie w tych warunkach. Co więcej, zdecydowanie
nie przy Mary, która zamarła zaledwie kilka kroków dalej, dosłownie
przeszywając go spojrzeniem tych kocich, intensywnie zielonych oczu, najpewniej
obawiając się tego, że z czystej złośliwości mógłby pokusić się o przegryzienie
Alyssy tętnicy.
Przeniósł
dłonie na ramiona dziewczyny, pomagając jej odzyskać pion. Wciąż czuł ciepło
jej ciała, kiedy zaś delikatnie przygarnął ją do siebie, nawet nie próbowała
protestować, czym po raz kolejny go zaskoczyła. Jej dłoni wylądowały na jego
torsie, kiedy zaś spojrzała mu w oczy, nagle wydała mu się drobna, bardzo
krucha i zagubiona – a przy tym przerażona bardziej niż kiedykolwiek
wcześniej.
– Nie
denerwujcie mnie – powiedziała cichym, zdławionym tonem. W niejakim
oszołomieniu przekonał się, że brzmiała trochę tak, jakby w każdej chwili
mogła się popłakać. – Po prostu tego nie róbcie, bo wtedy nie ręczę za siebie.
– Prędzej
połamałabyś sobie ręce, niż zrobiła mi krzywdę – odpowiedział niemalże
pobłażliwym tonem, próbując choć trochę rozluźnić atmosferę.
Było coś
mrocznego w spojrzeniu, które mu posłała.
– Nie masz
pojęcia do czego mogę być zdolna – oznajmiła z powagą, a wampir z zaskoczeniem
przekonał się, że naprawdę udało jej się go zaniepokoić. – Ja też wolałabym
tego nie wiedzieć.
W tamtej
chwili przez dłuższą chwilę miał ochotę zarówno odsunąć ją od siebie, jak i zamknąć
w silnym, zdecydowanym uścisku, tak, by nareszcie poczuła się bezpiecznie.
Chciał jakkolwiek na nią wpłynąć – poprawić nastrój, uspokoić albo… dokonać
czegokolwiek innego – jednak ostatecznie nie zrobił niczego, po prostu tkwiąc w miejscu
i w pozbawiony jakichkolwiek emocji sposób lustrując jej twarz
wzrokiem.
– Teraz
jesteś sobą i to się liczy. Ja z kolei nie po to zacząłem tę rozmowę,
żeby oberwać w twarz i odłożyć wszystko na później – oznajmił,
rzucając jej znaczące spojrzenie. Jego głos zabrzmiał spokojnie, na swój sposób
zaczepnie, chociaż szczerze wątpił w to, by Ali miała ochotę na
jakiekolwiek dyskusje. – Miecz archanioła… Powinniśmy skupić się na mieczu
archanioła – powtórzył z naciskiem, chociaż dobrze wiedział, że ona nie
miała na to najmniejszej nawet ochoty.
Liczył się z tym,
że doczeka się protestów z jej strony albo że Alyssa nagle opamięta się na
tyle, by oswobodzić się z jego uścisku i uciec. Tym większym
zaskoczeniem było dla niego to, że niemalże posłusznie skinęła głową, wciąż
zamyślona i skoncentrowana na czymś, czego tylko mógł się domyślać. Chwilę
później zdecydowanie spojrzała mu w oczy, decydując się wytrącić go
z równowagi jeszcze bardziej, kiedy z powagą zadała najistotniejsze
pytanie, które mógłby spodziewać się usłyszeć:
– Gdzie?
Już raz
padło, zupełnie innym, bardziej wątpliwym tonem. Tym razem wydawała się
wykończona i lekko zaniepokojona, coś jednak podpowiedziało mu, że pomimo
tego pozostawała w pełni zdecydowana. Nie spodziewał się tego, ale
z drugiej strony… jakie to właściwie miało w obecnej sytuacji
znaczenie.
– To trochę
ironiczne, bo oficjalnie mieszkasz tam z mężem… Nie taka była oficjalna
wersja? – zapytał, a Alyssa drgnęła, nagle zaniepokojona. On sam
zastanawiał się nad tym, jakie szanse istniały na przypadek, że to akurat ona
wspomniała o tym mieście, cudownie nieświadoma tego, co mogli tam znaleźć.
– Co powiesz na małą wycieczkę do Nowego Jorku, księżniczko?
Dobry wieczór :3 Kolejny rozdzialik poprawiony na szybko, będący wstępem do akcji, na którą czekałam. Zasadniczo mamy tu sam trzon opowiadania, bo właśnie wszedł wątek, który z założenia ma być motywem przewodnim dla całej trylogii. Co prawda wciąż nie zdradziłam wszystkiego, ale… na początek wystarczy, prawda? ;>Dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Przypominam, że opowiadanie dostępne jest również na platformie Wattpad, wiec jeśli komuś wygodniej czytać w takiej formie, to zapraszam: KLIK. Z mojej strony to na chwilę obecną wszystko, więc do napisania!

Idziemy po miecz! Idziemy po miecz! Idzieeeemy pooooo mieeeecz! :D
OdpowiedzUsuńDobra opanowałam się trochę i... co tu się działo?! Palpitacji serca dostałam, dziewczyno! A jaki czarujący i jednocześnie rozmarzony uśmiech pojawił się na moich ustach, to się możesz tylko domyślać. :3
Alyssa albo Ariana... nie mam pojęcia, która zaszczyciła nas swoją obecnością tak do końca. A może to były one obie naraz? Choć bardziej skłaniam się ku Arianie, przynajmniej tak to wyglądało, bo zdecydowanie nie zachowywała się jak świeżo przemieniona studentka dziennikarstwa, tylko istnie córka samego Lucyfera – dumna, pewna siebie, wojownicza, nieznosząca sprzeciwu – aż mam ciarki. I... odniosłam właśnie wrażenie, że te stwierdzenia opisują kobiecą wersję Carlosa. xD Cóż... podejrzewam, że on będzie miał spore problemy na dogadanie się z Arianą w swej pełnej odsłonie, bo są zbyt podobni do siebie, a takie charakterki zazwyczaj ze sobą rywalizują. A niestety powątpiewam, że Carlos dałby sobie radę z dzieckiem Lucyfera, które ma po swojej stronie całą naturę. Jednak tli się we mnie nadzieja, że dopóki jest nasza Ali, to raczej większa krzywda nie powinna mu się stać, chociaż...
Końcowe akapity urocze. :3 W ogóle to jak Carlos myśli o Ali – samo to świadczy, że mimo wszystko w nim są jeszcze uczucia pozytywne, a nie tylko złość, chęć zemsty i nienawiść do wszystkich i wszystkiego wokół. Pokusiłabym się, że chwilami (bardzo, baaaaardzo rzadkimi) wobec Alyssy ma odruchy wręcz ludzkie. Odniosłam wrażenie, że jakaś część w nim pragnie iść do przodu, ale on sam na to sobie nie pozwala.
Pytanie z poprzedniego komentarza cofam – już wiem czyj miecz znalazł Sorenti. ^^