04.03.2018

Rozdział LVIII

ALYSSA
Miecz był w muzeum – co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, a wszystkich ewentualnych obaw wyzbyła się z chwilą, kiedy to poczuła.
Początkowo nawet nie była w pełni świadoma podekscytowania, które ogarnęło ją jeszcze na kilka przecznic przed ulicą, przy której mieścił się upatrzony przez Carlosa budynek. Nie chciała nawet wiedzieć skąd miał adres i te wszystkie informacje, które doprowadziły ich do tego miejsca, ale jedno wydało jej się aż nazbyt oczywiste: musiał planować przyjazd tutaj od dłuższego czasu, być może czekając na odpowiedni moment, żeby ostatecznie ją wtajemniczyć. Krócej mówiąc, wciąż liczył albo na to, że sobie przypomni, jakkolwiek miałaby to zrobić, albo na wyjazd Michaela, który w jego oczach najwyraźniej stanowił osobę problematyczną bardziej od Jasona. W tamtej chwili przeszło jej przez myśl, że wampir przejmował się zdaniem braci w większym stopniu, aniżeli raczył się do tego przyznać, ale naturalnie nie zamierzała mu tego mówić, by nie ryzykować, że mógłby rzucić jej się do gardła.
Eleonora nie była zachwycona tym, co planowali zrobić, chociaż to akurat był dość ładnie brzmiącym eufemizmem. Tak naprawdę jej opiekunka była przerażona, ale nie próbowała protestować, najwyraźniej czując się za ich oboje odpowiedzialna. Alyssa miała wrażenie, że jej obecność niezwykle drażniła Carlosa, który przy pierwszej okazji wysłałby kobietę do domu. Już i tak był sfrustrowany, zwłaszcza kiedy wampirzyca okazała się bliska tego, by odebrać telefon od Jasona – jednoznaczny dowód na to, że wszyscy już zorientowali się, że ich nie ma. Finalnie komórka za sprawą Carlosa wylądowała na ścianie, czym wyraźnie przeraził swoją bratową. Początkowo wydawało się nie robić to na nim wrażenia, ale później, kiedy znacznie spuścił z tonu, wydawał się żałować tego, że zareagował aż tak gwałtownie.
Mieli mało czasu, nie chcąc ryzykować, że którekolwiek z Sorentich mogłoby zorientować się, gdzie byli i wszystko zepsuć, ale Alyssa i tak poczuła się nieźle wytrącona z równowagi, kiedy jej stwórca zdecydował się przejść do rzeczy już w wieczór po przyjeździe. Przez cały dzień był nerwowy, sprawiając wrażenie kogoś, kto z największą przyjemnością rozniósłby cały hotel, w którym się zatrzymali. Słońce stanowiło problem, przynajmniej dla Carlosa i Eleonory, bo ona sama swobodnie mogła poruszać się po okolicy, nie ryzykując zrobienia sobie krzywdy. Tak czy inaczej, wampir wydawał się tylko odliczać minuty do zachodu słońca, jedynie czasami wisząc na telefonie, choć naturalnie nie był skłonny wyjawić tego z kim i o czym rozmawiał.
Kiedy w końcu opuścili hotel, do Alyssy w pełni dotarło to, że czuła się niewiele lepiej – i że również czekała. Ona albo Ariana, która coraz częściej dawała o sobie znać, stanowiąc jej integralną cząstkę. To sprawiało, że tym częściej myślała o córce Lucyfera jak o sobie, co zresztą było prawdą, chociaż zdecydowanie łatwiej przyszło jej zaakceptowanie myśli, że są dwiema oddzielnymi istotami w jednym ciele. Chyba nawet wolałaby, żeby tak to wyglądało, bo prawda wciąż była o wiele bardziej przerażająca, nawet jeśli teraz pozostawała świadoma jednego: Ariana z jakiegoś powodu pragnęła upadku swojego ojca. W efekcie podstawowe pytanie brzmiało: dlaczego?, jednak nie potrafiła albo nie chciała na nie odpowiedzieć.
Kwestia miecza również nie dawała jej spokoju, te uczucia zaś nasiliły się, kiedy Carlos poprowadził ją w labirynt nowojorskich uliczek. Eleonora podążała za nimi, milcząca i spięta, zdając się w pełni na łaskę albo niełaskę swojego obojętnego szwagra. Ali nie miała pewności kiedy i dlaczego stwórca znalazł się przy niej, jak gdyby nigdy nic chwytając ją za rękę, ale nie próbowała protestować, w zamian po prostu pozwalają, żeby ją prowadził. Początkowo taki układ jej odpowiadał, tym bardziej, że nie znała miasta, a Carlos wydawał się wiedzieć dokąd idzie, nawet pomimo tego, że dla pewności prowadził je obie bocznymi przejściami, chcąc uniknąć kontaktu z ludźmi.
Wszystko zmieniło się w chwili, w której to Alyssa wyprostowała się niczym struna i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyrwała do przodu.
Wrażenie było takie, jakby nagle poraził ją prąd. Nawet nie próbowała zastanawiać się nad tym, co i dlaczego robi, po prostu rzucając się do biegu – i to nawet nie ludzkim tempem, ale tym znacznie bardziej spektakularnym, sprawiającym, że dla postronnego obserwatora musiała zamienić się w niewyraźną, różnokolorową smugę. Pędziła przed siebie, obojętna na przekleństwa i nawoływanie Carlosa, który najwyraźniej uznał, że mogła zareagować tak na obecność ludzkiej krwi. Jasne, czuła bliskość śmiertelników – zarówno w mijanych budynkach, jak i gdzieś tam dalej, spacerujących sobie głównymi ulicami metropolii – ci jednak nie robili na niej najmniejszego nawet wrażenia. W tamtej chwili to nie krążąca w ich żyłach osoka ją przyzywała, ale coś zupełnie innego, mniej bolesnego, ale jednak intensywnego. Czuła to całą sobą, skoncentrowana przede wszystkim na dotarciu do celu, gdziekolwiek ten miałby się znajdować i czegokolwiek by nie stanowił.
Zatrzymała się równie gwałtownie, co wcześniej wystrzeliła do przodu. Zdążyła zaledwie poderwać głowę ku górze, chcąc upewnić się, w którym miejscu się znajdowała, kiedy poczuła silne uderzenie w plecy, by w ułamek sekundy później zostać powaloną na ziemię. Zesztywniała, czując przyśpieszony oddech na karku i silne ramiona, które bezceremonialnie zacisnęły się wokół jej klatki piersiowej, zamykając ją w żelaznym uścisku. Przez dłuższą chwilę zmarła w oszołomieniu, walcząc o złapanie oddechu i o to, żeby się oswobodzić. Poczuła gniew, dodatkowo podsycony przez obecność Ariany, której wyraźnie nie spodobało się takie traktowanie. Chciała zetrzeć intruza z powierzchni ziemi, coraz bardziej świadoma wszystkiego, co działo się wokół niej. Kiedy na dodatek odniosła wrażenie, że ziemia tuż pod nią drży…
– Carlos! – doszedł ją jakby z oddali głos Eleonory i to wystarczyło, żeby wszelakie emocje w ułamku sekundy opadły. – Carlos, przestań i zobacz to! – powtórzyła kobieta i tym razem musiała dać do myślenia również szwagrowi, bo Ali poczuła, że jego uścisk stopniowo się rozluźnia.
– Co do…? – zaczął, a potem musiał coś zrozumieć, bo poderwał się na równe nogi tak gwałtownie, że Ali początkowo nie zarejestrowała tego, iż jego ramiona zniknęły.
Wciąż podenerwowana i obolała, również spróbowała podnieść się z ziemi. Carlos zreflektował się i chwycił ją za ramię, stanowczym ruchem podrywając do pionu. Jego dłoń w mniej lub bardziej kontrolowany sposób wylądowała na jej biodrze, ale nie zwróciła na to uwagi, w zamian zwracając uwagę na znajdujący się kilkanaście metrów dalej, wyróżniający na tle zaciemnionej uliczki budynek z czerwonej cegły. Widziała ozdobne pnącza, które leniwie pięły się ku górze, otaczając główne wejście i okna tego, co – jeśli wierzyć starannie wykonanemu napisowi nad wejściem – było ni mniej, ni więcej, ale właśnie muzeum.
– To tutaj? – wychrypiała drżącym od nadmiaru emocji głosem. Nawet nie była w stanie na niego naskoczyć, wciąż nie do końca rozumiejąc to, co właśnie miało miejsce.
– Cholera, tak – zapewnił Carlos. Chociaż spodziewała się takiej odpowiedzi, jej ciałem i tak wstrząsnął gwałtowny dreszcz. – Skąd ty…?
Nawet na niego nie spojrzała, w zamian robiąc zdecydowany krok naprzód. Natychmiast poczuła zaciskające się na jej nadgarstku palce stojącego tuż za nią nieśmiertelnego, dlatego niechętnie okręciła głowę w jego stronę. Carlos wyglądał na podenerwowanego i zdeterminowanego, choć coś w ostrzegawczym spojrzeniu, które zdecydowała się mu rzucić, musiało dodatkowo wzbudzić w nim silny niepokój. Wyraźnie starał się ukryć faktyczne emocje, ale zauważyła, że drgnął niespokojnie, przez moment sprawiając wrażenie chętnego, żeby jednak cofnąć się o krok.
– Puść mnie – nie tyle poprosiła, co wręcz zażądała. Jej głos zabrzmiał dziwnie obco i władczo, w sposób, którego Alyssa nigdy wcześniej nie miała okazji u siebie usłyszeć.
No cóż, ona może nie, ale Ariana…
– Nie, póki nie dowiem się, co chcesz zrobić – oznajmił butnym tonem wampir, aż prosząc się o to, żeby mu przyłożyła.
– Widzisz te pnącza na budynku? Jedno moje słowo, a przysięgam, że zorganizują ci tutaj jesień średniowiecza – warknęła, w tamtej chwili czując, że faktycznie byłaby do tego zdolna.
– Grozisz mi? – zadrwił Carlos, ale coś w jego tonie dało jej do zrozumienia, że aż nazbyt dobrze wyczuwał zagrożenie.
Nie odpowiedziała od razu, dochodząc do wniosku, że jakiekolwiek wnikliwsze wyjaśnienia są zbędne. Oboje wiedzieli swoje, choć naturalnie ten uparty wampir był zbyt dumny, by przyznać się do jakichkolwiek obaw.
– Puść mnie, Carlos – powtórzyła, tym razem siląc się na o wiele łagodniejszy, spokojny ton.
Spojrzał na jej rękę, przez kilka kolejnych sekund wciąż trwając w uścisku i jakby chcąc podkreślić to, że nie pozwoli sobą dyrygować. Dopiero wtedy rozluźnił palce i zabrał dłoń, choć wyraźnie nie był z takiego stanu rzeczy zadowolony. Ramiona założył na torsie, po czym gniewnie zmrużył oczy, obserwując ją z taką wnikliwością i uwagą, że z miejsca poczuła się nieswojo.
– Z kim rozmawiam, co? – wypalił, kiedy już miała się od niego odwrócić. – Z Alyssą czy Arianą, której istnienia tak bardzo się wypierałaś?
Zacisnął usta, przez moment rozważając to, żeby go zignorować albo uprzejmie kazać mu iść do diabła – i to niezależnie od tego, jak bardzo ironiczne by się to nie wydawało. Ostatecznie nie zrobiła tego, w zamian po prostu obojętnie wzruszając ramionami.
– Sam zdecyduj – zaproponowała słodkim tonem.
Mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało jak ledwo hamowane przekleństwo, ale nie zwróciła na to najmniejszej nawet uwagi. Miał problem z tym, że kobieta mogłaby nim rządzić? Cóż, to była jego sprawa, tym bardziej, że sam również ani razu nie zapytał jej o to, czego mogłaby oczekiwać. Dotychczas to on podejmował decyzje, więc tym bardziej nie czuła się do niczego zobowiązana, świadoma tylko i wyłącznie własnych pragnień i tego dziwnego przyciągania, które jak najszybciej kazało jej wejść do budynku.
– Ali?
Gdyby głos należał do Carlosa, najpewniej jednak by na niego warknęła, jednak z Eleonorą sprawy miały się inaczej. Zdążyła zapomnieć, że kobieta już od dłuższego czasu ich obserwowała, dotychczas milcząca i bez wątpienia zaniepokojona tym, że nie miała pewności, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Jej dotychczas błękitne tęczówki pociemniały, zaś sama Eleonora wydała się Alyssy niezwykle spięta i jakby przygaszona. Nie powinni byli jej brać, nawet jeśli sama o tym zadecydowała– była zbyt krucha, ludzka i niedoświadczona, by mogła mieszać się w sprawy, których nawet sama Ali nie potrafiła zrozumieć, a które przecież dotyczyły jej.
– Wszystko jest w porządku – powiedziała ze spokojem, przez moment chyba fatycznie mając wrażenie, że tak jest w istocie. – Miecz jest tam – dodała z pewnością siebie, która zaskoczyła nawet ją samą.
– Skąd wiesz? – zapytał Carlos, ale wyjątkowo nie zabrzmiało to złośliwie. – To tylko moje przypuszczenia. Do tej pory jakoś nie paliłaś się do tego, żeby mi zaufać.
– Wiem, ponieważ go czuję – wypaliła, po raz kolejny wprawiając towarzystw w osłupienie.
Ja, nie ona. To była subtelna różnica, a jednak wydała jej się istotna. Sama nie miała pewności, która z jej natur miała większy udział w podejmowanych w ostatnim czasie decyzjach – Ariana czy może ona sama – ale wcale nie czuła się z tym szczególnie źle. Jeszcze nie tak dawno miała wrażenie, że traci zmysły, ale teraz… Nawet nie potrafiła stwierdzić, kiedy tak naprawdę sprawy uległy zmianie, a ona zaczęła akceptować to, że wszystkie opowiedziane przez Carlosa historie mogłyby być prawdziwe. Ariana po prostu gdzieś tam była, a Alyssa zaczynała oswajać się z tym, że są jednością, coraz częściej zwracając się do swojego przeszłego wcielenia z prośbą o to, żeby to ją poprowadziło.
Nie powiedziała tego wprost Carlosowi, ani nikomu innego, ale czuła, że coś się zmienia. Coś w niej narastało, łącznie ze świadomością tego, kim tak naprawdę była. Co prawda nadal była zagubiona, a momentami zaczynała mieć szczerze dość wątpliwości, jednak coraz częściej czuła się pewna tego, że pewne rzeczy jednak miały miejsce – chociażby to, że coś musiało wydarzyć się w przeszłości, nawet jeśli tego nie pamiętała…
Nawet jeśli wtedy nie powinna istnieć.
Jakkolwiek by nie było, całą sobą czuła obecność czegoś, czego potrzebowała – miecza bądź nie, to już nie miało najmniejszego nawet znaczenia. Chciała wejść do środka i się do tego dostać, dziwnie pewna tego, że nie poniesie żadnych konsekwencji takiej decyzji. Wystarczyło tylko dostać się do muzeum i zrobić swoje; bez znaczenia były kamery albo jakiekolwiek środki ochrony. To, co się tam znajdowało, należało do niej, więc miała do tego prawo, zresztą… Kto tak naprawdę mógłby jej odmówić, skoro już zadecydowała? Wszystko od samego początku zależało od niej, więc teraz tylko musiała przejść do działania, zdając się na instynkt i własne umiejętności.
– Ej, księżniczko, czekaj! – obruszył się Carlos. Był podenerwowany, co zresztą wcale jej nie dziwiło, skoro z jego perspektywy musiała zachowywać się tak, jakby była obłąkana. – Jaki ty masz właściwie plan?
– Nie mam żadnego – przyznała zgodnie z prawdą, a wampir prychnął.
– Więc jak…?
Nie dała mu dokończyć, po prostu ruszając przed siebie. Znowu zaklął i chcąc nie chcąc popędził za nią, tym razem przynajmniej nie próbując się na nią rzucać. Szła szybko i z pewnością siebie, która wprawiłaby w osłupienie niejednego, najmniejszej uwagi nie poświęcając szukaniu kamer albo sprawdzaniu, czy ktoś przypadkiem jej nie zauważy. Jestem niewidzialna… Jestem częścią nocy, przeszło jej przez myśl i choć mogło brzmieć to niepokojąco, wcale nie zaczęła obawiać się tego, co chodziło jej po głowie. Miała wrażenie, że ciemność wokół niej łagodnie pulsuje, a porastające budynek pnącza podrygują jakby czekając na to, co mogła im rozkazać. Znów była świadoma otaczającej jej rzeczywistości – natury, której była częścią i która należała do niej.
Była córką swoich rodziców – Gai i samej Ciemności. Jakim prawem śmiertelnicy mieliby mieć wpływ na to, co robiła?
Nerwowe pomruki Carlosa w końcu umilkły, kiedy nareszcie dotarło do niego to, że być może nie miał powodów do niepokoju. Nawet jeśli wciąż dręczyły go wątpliwości, więcej nie odezwał się nawet słowem, pozwalając żeby bez chwili wahania podeszła do głównych drzwi. Poruszała się trochę jak w transie, pewna siebie i pulsująca mocą, której nie znała, a która wprawiła ją w zachwyt. Kamery niczego nie zarejestrują, pomyślała z przekonaniem i prawie udało jej się uśmiechnąć. Kto tak twierdził? Ariana? Jeśli tak, wszystko faktycznie było w porządku, bo mogła w pełni sobie zaufać – sobie, nie jej, bo przecież były jednością.
Och, sama nie była pewna, dlaczego tak często o tym zapominała.
Z uwagą spojrzała na ciężkie, solidne drzwi z niewątpliwie drogiego drewna. Wrota zdobiły niezwykle szczegółowe, misterne wzory, które zwłaszcza kogoś obdarzonego niezwykle wyczulonym zmysłem wzroku, z miejsca wprawiły w zachwyt. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, po czym z wolna wyciągnęła przed siebie rękę, jakby chcąc dotknąć klamki, jednak to okazało się zbędne. Zamek ustąpił sam, a chwilę później podwoje muzeum stanęły przed nią otworem, umożliwiając jej wejście do przestronnego przedsionka.
Nawet się nie zawahała, bez cienia strachu robiąc krok naprzód. Powinna była czuć się zaniepokojoną, jednak rozglądając się po zaciemnionym wnętrzu, nie wychwyciła niczego, co mogłoby wzbudzić w niej jakiekolwiek skraje uczucia. Chociaż była tutaj po raz pierwszy, wiedziała, co robić, aż nazbyt pewna tego, do czego była zdolna. Również alarm nie robił na niej najmniejszego wrażenia, bo miała pewność, że się nie włączy. Nawet jeśli by się myliła, a w pobliżu znajdował się ktoś, kto mógłby ją przyłapać, to nie miało dla niej żadnego znaczenia. Wręcz współczuła śmiertelnikom, którzy w tamtej chwili stanęliby na jej drodze, bo była gotowa posunąć się dosłownie do wszystkiego, zdolna wręcz zetrzeć z powierzchni ziemi każdego, kto tylko spróbowałby jej przeszkodzić.
Krótko obejrzała się za siebie, by móc ze słodyczą uśmiechnąć się do podążających za nią Carlosa i Eleonory. Ta druga wydawała się przerażona, pierwszy z kolei jedynie zmrużył oczy, wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać, ostatecznie jednak nie odezwał się nawet słowem. Bardzo dobrze, Carlos, pomyślała z uznaniem, niemalże mając ochotę trochę się z nim podroczyć. Nie wyglądał na zachwyconego tym, że ktokolwiek mógłby przejąć kontrolę nad sytuacją, ale sam sobie był winien; skoro chciał, żeby pojechała z nim, teraz musiał się dostosować.
Nigdy nie pozwalaj na to, żeby ktoś tobą rządził…
Bez słowa odwróciła się, by żaden z jej towarzyszy nie zauważył uśmiechu, który z wolna wstąpił na jej usta. Wiedziała, co i dlaczego robi, zresztą możliwość sprawowania władzy sprawiała jej przyjemność. To przysługiwało jej z racji urodzenia i zajmowanej pozycji, nawet jeśli dotychczas nie była tego świadoma. Czasami już niczego nie była pewna, rozdarta pomiędzy dwoma sprzecznymi naturami, które w żaden sposób nie potrafiły dojść między sobą do porozumienia. Wciąż szukała równowagi, czasem ustępując Arianie, by w następnej chwili opamiętać się na tyle, by na powrót stać się niczego nieświadomą, wystraszoną tym, co działo się wokół niej, Alyssą.
Kimkolwiek by nie była, w tamtym momencie dobrze wiedziała, czego tak naprawdę chce. W efekcie bez chwili wahania i choćby cienia strachu ruszyła przed siebie, nawet nie oglądając się na swoje towarzystwo. Nie sprawdzała niczego, nie myśląc o konsekwencjach i wykazując przede wszystkim pewność siebie, która być może kiedyś miała okazać się zgubna, jednak nie dbała o to. Dlaczego miałaby, skoro to od niej zależało wszystko albo…?
Przestała myśleć, kiedy weszła do okazałej, najpewniej głównej sali, wypełnionej przeszklonymi gablotami, ale nawet nie próbowała się im przyglądać. Podświadomie wyczuwała, że to, czego szukała, znajdowało się na samym końcu pomieszczenia, niepozorne i nie od razu wrzucające się w oczy. Jaka ignorancja, pomyślała, choć równie dobrze to przekonanie wcale mogło nie należeć do niej. Nie miała pojęcia, czy dało się przyzwyczaić do obcego głosu w głowie i tak niecodziennego rodzaju wewnętrznego rozdarcia, jak to miało miejsce w jej przypadku, ale z drugiej strony… Właściwie dlaczego nie? Skoro czuła się dwoma osobami na raz, równie dobrze mogła pozwolić sobie na odrobinę więcej czystego szaleństwa, wewnętrzne rozbicie i…
Gwałtownie przystanęła, unosząc głowę i spoglądając na niepozorną, wciśniętą w kąt gablotkę. W zaciemnionym miejscu trudno było rozróżnić poszczególne kształtny, nawet pomimo wyostrzonych zmysłów, jednak Alyssa nie potrzebowała dodatkowych zapewnień. Widziała podłużny, zlewający się z mrokiem kształt, zaraz też podeszła bliżej, czując, że włoski na ramionach i karku stają jej dęba. Był tam – taki sam jak przed laty, równie potężny i wyjątkowy, nawet jeśli podświadomie wyczuwała, że czegoś brakuje… Tego, co było najważniejsze i czego szukała przez te wszystkie wieki.
Szukaliśmy tego razem, poprawiła się machinalnie przykładają palce do warstwy szkła przed sobą. Lekko zmrużyła oczy, żeby lepiej wiedzieć, chociaż gdzieś w pamięci zamajaczyło jej znajome już wspomnienie – czerwona sukienka, blond włosy taniec i… On ze swoimi lśniącymi, niebieskimi oczami. Gdyby tylko do tego wszystkiego była w stanie sobie przypomnieć…
Pochłonięta myślami i wciąż pełna wątpliwości, nie zwróciła najmniejszej uwagi na ruch, który nagle wyczuła gdzieś za plecami. Początkowo była pewna, że to Carlos i Eleonora, dlatego nie poświęciła im najmniejszej nawet uwagi, zbyt podekscytowana i dziwnie rozbita, balansując gdzieś na granicy przeszłości i rzeczywistości. Miała wrażenie, że wystarczy jedna dobrze podjęta decyzja, by nareszcie wszystko zrozumiała, nawet jeśli wydawało się to wręcz nieprawdopodobne po tych wszystkich tygodniach niepewności.
A potem usłyszała tuż za plecami spokojny, kobiecy głos i w ułamku sekundy wszystko uległo zmianie.
– Dobry wieczór, księżniczko.
Przyznam, że czekałam na ten etap. Rozdział sprawdzany z równie wielką przyjemnością, co pisałam go… blisko dwa lata temu. Zadziwiające ile czasu minęło. Co więcej, zostały mi równo dwa rozdziały z zapasu tych, które miałam napisane przed zmianami. Z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej od dawna tęskniłam za możliwością kontynuowania tej historii inaczej niż tylko przez wprowadzanie zmian. Zwłaszcza że do końca księgi już bliżej niż dalej, a to wiąże się z pewnymi… od dawna wyczekiwanymi przeze mnie scenami ;>
Absolutnie nie miałam koncepcji na gif dla tej części, ale z drugiej strony… Kamery niczego nie widziały, prawda? Swoją drogą, ten efekt jest boski.
Dziękuję za obecność i komentarze, bo to wiele dla mnie znaczy. Na koniec dodam jeszcze, że istnieje możliwość zagłosowania na „Light in the Darkness” w ankiecie na rozdział miesiąca na Katalogowo – chętnych zapraszam: KLIK. Ponadto raz jeszcze przypominam, że Alyssę znajdziecie teraz również na Wattpadzie: KLIK :)
Z mojej strony to wszystko, więc do napisania!

1 komentarz:

  1. „...a wszystkich ewentualnych obaw wyczuła się z chwilą, kiedy to poczuła.” – czy tu jest coś nie teges? Bo siedzę, wpatruję się w to zdanie i nie wiem o co chodzi. ;)

    A teraz: DLACZEGO W TAKIM MOMENCIE?!
    To była Skyler, prawda? Bo któż inny by to mógł być... choć? Dobra, nic już nie biorę za pewnik. Ale się jaram! :3 Rozdział cudowny – Alyssa/Ariana co raz bardziej mi się podoba. Ariana jest tak podobna do swojego ojca – w sensie tak mi się wydaje. Zresztą w takich momentach, gdzie rządzi, to wręcz aż bije od niej to, że jej ojcem jest Lucyfer i ja tam wtedy nie widzę żadnej łagodności, którą teoretycznie mogłaby mieć po matce. Z perspektywy tylko tego rozdziału jestem skłonna przyznać, że charakterek to ona ma istnie królewsko piekielny, a tylko panowanie nad naturą jest po Gai i raczej Ariana wykorzystywałaby go do mało pozytywnych celów.
    Carlos się cyka. xD gdzie w przypadku to aż nieprawdopodobne, a jednak. Och, on chyba sam do końca nie zdaje sobie sprawy z tego, co ściągnął nie tylko na siebie, ale na wszystkich, których Alyssa znała, poznała i jeszcze spotka – co akurat na nich to pewnie i tak miałby wywalone, bo to Carlos.
    Liczę na spektakularną walkę w następnym rozdziale, bo jakoś taki mi się wydaje, że Ariana nie przepada za Skyler (o ile to ona) i tak chyba z wzajemnością, choć Sky jest na przegranej pozycji, bo chcąc nie chcąc musi słuchać rozkazów Ariany. Chyba że Lucyfer rozkaże jej, że ma nie słuchać rozkazów jego córki. Tylko czy wpadł już na taki pomysł... Ja osobiście, gdybym była królową piekła (i tutaj pojawia się obłąkańczy śmiech), przewidywałabym takie sytuacje. ^^
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział. :3

    OdpowiedzUsuń