Alyssa
Miecz był w muzeum – co
do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, a wszystkich ewentualnych
obaw wyzbyła się z chwilą, kiedy to poczuła.
Początkowo
nawet nie była w pełni świadoma podekscytowania, które ogarnęło ją jeszcze
na kilka przecznic przed ulicą, przy której mieścił się upatrzony przez Carlosa
budynek. Nie chciała nawet wiedzieć skąd miał adres i te wszystkie
informacje, które doprowadziły ich do tego miejsca, ale jedno wydało jej się aż
nazbyt oczywiste: musiał planować przyjazd tutaj od dłuższego czasu, być może
czekając na odpowiedni moment, żeby ostatecznie ją wtajemniczyć. Krócej mówiąc,
wciąż liczył albo na to, że sobie przypomni, jakkolwiek miałaby to zrobić, albo
na wyjazd Michaela, który w jego oczach najwyraźniej stanowił osobę
problematyczną bardziej od Jasona. W tamtej chwili przeszło jej przez
myśl, że wampir przejmował się zdaniem braci w większym stopniu, aniżeli
raczył się do tego przyznać, ale naturalnie nie zamierzała mu tego mówić, by
nie ryzykować, że mógłby rzucić jej się do gardła.
Eleonora
nie była zachwycona tym, co planowali zrobić, chociaż to akurat był dość ładnie
brzmiącym eufemizmem. Tak naprawdę jej opiekunka była przerażona, ale nie
próbowała protestować, najwyraźniej czując się za ich oboje odpowiedzialna.
Alyssa miała wrażenie, że jej obecność niezwykle drażniła Carlosa, który przy
pierwszej okazji wysłałby kobietę do domu. Już i tak był sfrustrowany,
zwłaszcza kiedy wampirzyca okazała się bliska tego, by odebrać telefon od Jasona
– jednoznaczny dowód na to, że wszyscy już zorientowali się, że ich nie ma.
Finalnie komórka za sprawą Carlosa wylądowała na ścianie, czym wyraźnie
przeraził swoją bratową. Początkowo wydawało się nie robić to na nim wrażenia,
ale później, kiedy znacznie spuścił z tonu, wydawał się żałować tego, że
zareagował aż tak gwałtownie.
Mieli mało
czasu, nie chcąc ryzykować, że którekolwiek z Sorentich mogłoby
zorientować się, gdzie byli i wszystko zepsuć, ale Alyssa i tak
poczuła się nieźle wytrącona z równowagi, kiedy jej stwórca zdecydował się
przejść do rzeczy już w wieczór po przyjeździe. Przez cały dzień był
nerwowy, sprawiając wrażenie kogoś, kto z największą przyjemnością
rozniósłby cały hotel, w którym się zatrzymali. Słońce stanowiło problem,
przynajmniej dla Carlosa i Eleonory, bo ona sama swobodnie mogła poruszać
się po okolicy, nie ryzykując zrobienia sobie krzywdy. Tak czy inaczej, wampir
wydawał się tylko odliczać minuty do zachodu słońca, jedynie czasami wisząc na
telefonie, choć naturalnie nie był skłonny wyjawić tego z kim i o czym
rozmawiał.
Kiedy w końcu
opuścili hotel, do Alyssy w pełni dotarło to, że czuła się niewiele lepiej
– i że również czekała. Ona albo Ariana, która coraz częściej dawała o sobie
znać, stanowiąc jej integralną cząstkę. To sprawiało, że tym częściej myślała o córce
Lucyfera jak o sobie, co zresztą było prawdą, chociaż zdecydowanie łatwiej
przyszło jej zaakceptowanie myśli, że są dwiema oddzielnymi istotami w jednym
ciele. Chyba nawet wolałaby, żeby tak to wyglądało, bo prawda wciąż była o wiele
bardziej przerażająca, nawet jeśli teraz pozostawała świadoma jednego: Ariana z jakiegoś
powodu pragnęła upadku swojego ojca. W efekcie podstawowe pytanie
brzmiało: dlaczego?,
jednak nie potrafiła albo nie chciała na nie odpowiedzieć.
Kwestia
miecza również nie dawała jej spokoju, te uczucia zaś nasiliły się, kiedy
Carlos poprowadził ją w labirynt nowojorskich uliczek. Eleonora podążała
za nimi, milcząca i spięta, zdając się w pełni na łaskę albo niełaskę
swojego obojętnego szwagra. Ali nie miała pewności kiedy i dlaczego stwórca
znalazł się przy niej, jak gdyby nigdy nic chwytając ją za rękę, ale nie
próbowała protestować, w zamian po prostu pozwalają, żeby ją prowadził.
Początkowo taki układ jej odpowiadał, tym bardziej, że nie znała miasta, a Carlos
wydawał się wiedzieć dokąd idzie, nawet pomimo tego, że dla pewności prowadził
je obie bocznymi przejściami, chcąc uniknąć kontaktu z ludźmi.
Wszystko
zmieniło się w chwili, w której to Alyssa wyprostowała się niczym
struna i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyrwała do przodu.
Wrażenie
było takie, jakby nagle poraził ją prąd. Nawet nie próbowała zastanawiać się
nad tym, co i dlaczego robi, po prostu rzucając się do biegu – i to
nawet nie ludzkim tempem, ale tym znacznie bardziej spektakularnym,
sprawiającym, że dla postronnego obserwatora musiała zamienić się w niewyraźną,
różnokolorową smugę. Pędziła przed siebie, obojętna na przekleństwa i nawoływanie
Carlosa, który najwyraźniej uznał, że mogła zareagować tak na obecność ludzkiej
krwi. Jasne, czuła bliskość śmiertelników – zarówno w mijanych budynkach,
jak i gdzieś tam dalej, spacerujących sobie głównymi ulicami metropolii –
ci jednak nie robili na niej najmniejszego nawet wrażenia. W tamtej chwili
to nie krążąca w ich żyłach osoka ją przyzywała, ale coś zupełnie innego,
mniej bolesnego, ale jednak intensywnego. Czuła to całą sobą, skoncentrowana
przede wszystkim na dotarciu do celu, gdziekolwiek ten miałby się znajdować i czegokolwiek
by nie stanowił.
Zatrzymała
się równie gwałtownie, co wcześniej wystrzeliła do przodu. Zdążyła zaledwie
poderwać głowę ku górze, chcąc upewnić się, w którym miejscu się
znajdowała, kiedy poczuła silne uderzenie w plecy, by w ułamek
sekundy później zostać powaloną na ziemię. Zesztywniała, czując przyśpieszony
oddech na karku i silne ramiona, które bezceremonialnie zacisnęły się
wokół jej klatki piersiowej, zamykając ją w żelaznym uścisku. Przez
dłuższą chwilę zmarła w oszołomieniu, walcząc o złapanie oddechu i o to,
żeby się oswobodzić. Poczuła gniew, dodatkowo podsycony przez obecność Ariany,
której wyraźnie nie spodobało się takie traktowanie. Chciała zetrzeć intruza z powierzchni
ziemi, coraz bardziej świadoma wszystkiego, co działo się wokół niej. Kiedy na
dodatek odniosła wrażenie, że ziemia tuż pod nią drży…
– Carlos! –
doszedł ją jakby z oddali głos Eleonory i to wystarczyło, żeby
wszelakie emocje w ułamku sekundy opadły. – Carlos, przestań i zobacz
to! – powtórzyła kobieta i tym razem musiała dać do myślenia również
szwagrowi, bo Ali poczuła, że jego uścisk stopniowo się rozluźnia.
– Co do…? –
zaczął, a potem musiał coś zrozumieć, bo poderwał się na równe nogi tak
gwałtownie, że Ali początkowo nie zarejestrowała tego, iż jego ramiona
zniknęły.
Wciąż
podenerwowana i obolała, również spróbowała podnieść się z ziemi.
Carlos zreflektował się i chwycił ją za ramię, stanowczym ruchem
podrywając do pionu. Jego dłoń w mniej lub bardziej kontrolowany sposób
wylądowała na jej biodrze, ale nie zwróciła na to uwagi, w zamian
zwracając uwagę na znajdujący się kilkanaście metrów dalej, wyróżniający na tle
zaciemnionej uliczki budynek z czerwonej cegły. Widziała ozdobne pnącza,
które leniwie pięły się ku górze, otaczając główne wejście i okna tego, co
– jeśli wierzyć starannie wykonanemu napisowi nad wejściem – było ni mniej, ni
więcej, ale właśnie muzeum.
– To tutaj?
– wychrypiała drżącym od nadmiaru emocji głosem. Nawet nie była w stanie
na niego naskoczyć, wciąż nie do końca rozumiejąc to, co właśnie miało miejsce.
– Cholera,
tak – zapewnił Carlos. Chociaż spodziewała się takiej odpowiedzi, jej ciałem i tak
wstrząsnął gwałtowny dreszcz. – Skąd ty…?
Nawet na
niego nie spojrzała, w zamian robiąc zdecydowany krok naprzód. Natychmiast
poczuła zaciskające się na jej nadgarstku palce stojącego tuż za nią
nieśmiertelnego, dlatego niechętnie okręciła głowę w jego stronę. Carlos
wyglądał na podenerwowanego i zdeterminowanego, choć coś w ostrzegawczym
spojrzeniu, które zdecydowała się mu rzucić, musiało dodatkowo wzbudzić w nim
silny niepokój. Wyraźnie starał się ukryć faktyczne emocje, ale zauważyła, że
drgnął niespokojnie, przez moment sprawiając wrażenie chętnego, żeby jednak
cofnąć się o krok.
– Puść mnie
– nie tyle poprosiła, co wręcz zażądała. Jej głos zabrzmiał dziwnie obco i władczo,
w sposób, którego Alyssa nigdy wcześniej nie miała okazji u siebie
usłyszeć.
No cóż, ona
może nie, ale Ariana…
– Nie, póki
nie dowiem się, co chcesz zrobić – oznajmił butnym tonem wampir, aż prosząc się
o to, żeby mu przyłożyła.
– Widzisz
te pnącza na budynku? Jedno moje słowo, a przysięgam, że zorganizują ci
tutaj jesień średniowiecza – warknęła, w tamtej chwili czując, że
faktycznie byłaby do tego zdolna.
– Grozisz
mi? – zadrwił Carlos, ale coś w jego tonie dało jej do zrozumienia, że aż
nazbyt dobrze wyczuwał zagrożenie.
Nie
odpowiedziała od razu, dochodząc do wniosku, że jakiekolwiek wnikliwsze
wyjaśnienia są zbędne. Oboje wiedzieli swoje, choć naturalnie ten uparty wampir
był zbyt dumny, by przyznać się do jakichkolwiek obaw.
– Puść
mnie, Carlos – powtórzyła, tym razem siląc się na o wiele łagodniejszy,
spokojny ton.
Spojrzał na
jej rękę, przez kilka kolejnych sekund wciąż trwając w uścisku i jakby
chcąc podkreślić to, że nie pozwoli sobą dyrygować. Dopiero wtedy rozluźnił
palce i zabrał dłoń, choć wyraźnie nie był z takiego stanu rzeczy
zadowolony. Ramiona założył na torsie, po czym gniewnie zmrużył oczy,
obserwując ją z taką wnikliwością i uwagą, że z miejsca poczuła
się nieswojo.
– Z kim
rozmawiam, co? – wypalił, kiedy już miała się od niego odwrócić. – Z Alyssą
czy Arianą, której istnienia tak bardzo się wypierałaś?
Zacisnął
usta, przez moment rozważając to, żeby go zignorować albo uprzejmie kazać mu
iść do diabła – i to niezależnie od tego, jak bardzo ironiczne by się to
nie wydawało. Ostatecznie nie zrobiła tego, w zamian po prostu obojętnie
wzruszając ramionami.
– Sam
zdecyduj – zaproponowała słodkim tonem.
Mruknął pod
nosem coś, co zabrzmiało jak ledwo hamowane przekleństwo, ale nie zwróciła na
to najmniejszej nawet uwagi. Miał problem z tym, że kobieta mogłaby nim
rządzić? Cóż, to była jego sprawa, tym bardziej, że sam również ani razu nie
zapytał jej o to, czego mogłaby oczekiwać. Dotychczas to on podejmował
decyzje, więc tym bardziej nie czuła się do niczego zobowiązana, świadoma tylko
i wyłącznie własnych pragnień i tego dziwnego przyciągania, które jak
najszybciej kazało jej wejść do budynku.
– Ali?
Gdyby głos
należał do Carlosa, najpewniej jednak by na niego warknęła, jednak z Eleonorą
sprawy miały się inaczej. Zdążyła zapomnieć, że kobieta już od dłuższego czasu
ich obserwowała, dotychczas milcząca i bez wątpienia zaniepokojona tym, że
nie miała pewności, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Jej dotychczas błękitne
tęczówki pociemniały, zaś sama Eleonora wydała się Alyssy niezwykle spięta i jakby
przygaszona. Nie powinni byli jej brać, nawet jeśli sama o tym
zadecydowała– była zbyt krucha, ludzka i niedoświadczona, by mogła mieszać
się w sprawy, których nawet sama Ali nie potrafiła zrozumieć, a które
przecież dotyczyły jej.
– Wszystko
jest w porządku – powiedziała ze spokojem, przez moment chyba fatycznie
mając wrażenie, że tak jest w istocie. – Miecz jest tam – dodała z pewnością
siebie, która zaskoczyła nawet ją samą.
– Skąd
wiesz? – zapytał Carlos, ale wyjątkowo nie zabrzmiało to złośliwie. – To tylko
moje przypuszczenia. Do tej pory jakoś nie paliłaś się do tego, żeby mi zaufać.
– Wiem,
ponieważ go czuję – wypaliła, po raz kolejny wprawiając towarzystw w osłupienie.
Ja,
nie ona.
To była subtelna różnica, a jednak wydała jej się istotna. Sama nie miała
pewności, która z jej natur miała większy udział w podejmowanych w ostatnim
czasie decyzjach – Ariana czy może ona sama – ale wcale nie czuła się z tym
szczególnie źle. Jeszcze nie tak dawno miała wrażenie, że traci zmysły, ale
teraz… Nawet nie potrafiła stwierdzić, kiedy tak naprawdę sprawy uległy zmianie,
a ona zaczęła akceptować to, że wszystkie opowiedziane przez Carlosa
historie mogłyby być prawdziwe. Ariana po prostu gdzieś tam była, a Alyssa
zaczynała oswajać się z tym, że są jednością, coraz częściej zwracając się
do swojego przeszłego wcielenia z prośbą o to, żeby to ją
poprowadziło.
Nie
powiedziała tego wprost Carlosowi, ani nikomu innego, ale czuła, że coś się
zmienia. Coś w niej narastało, łącznie ze świadomością tego, kim tak
naprawdę była. Co prawda nadal była zagubiona, a momentami zaczynała mieć
szczerze dość wątpliwości, jednak coraz częściej czuła się pewna tego, że pewne
rzeczy jednak miały miejsce – chociażby to, że coś musiało wydarzyć się w przeszłości,
nawet jeśli tego nie pamiętała…
Nawet jeśli
wtedy nie powinna istnieć.
Jakkolwiek
by nie było, całą sobą czuła obecność czegoś, czego potrzebowała –
miecza bądź nie, to już nie miało najmniejszego nawet znaczenia. Chciała wejść
do środka i się do tego dostać, dziwnie pewna tego, że nie poniesie
żadnych konsekwencji takiej decyzji. Wystarczyło tylko dostać się do muzeum i zrobić
swoje; bez znaczenia były kamery albo jakiekolwiek środki ochrony. To, co się
tam znajdowało, należało do niej, więc miała do tego prawo, zresztą… Kto tak
naprawdę mógłby jej odmówić, skoro już zadecydowała? Wszystko od samego
początku zależało od niej, więc teraz tylko musiała przejść do działania,
zdając się na instynkt i własne umiejętności.
– Ej,
księżniczko, czekaj! – obruszył się Carlos. Był podenerwowany, co zresztą wcale
jej nie dziwiło, skoro z jego perspektywy musiała zachowywać się tak,
jakby była obłąkana. – Jaki ty masz właściwie plan?
– Nie mam
żadnego – przyznała zgodnie z prawdą, a wampir prychnął.
– Więc
jak…?
Nie dała mu
dokończyć, po prostu ruszając przed siebie. Znowu zaklął i chcąc nie chcąc
popędził za nią, tym razem przynajmniej nie próbując się na nią rzucać. Szła
szybko i z pewnością siebie, która wprawiłaby w osłupienie
niejednego, najmniejszej uwagi nie poświęcając szukaniu kamer albo sprawdzaniu,
czy ktoś przypadkiem jej nie zauważy. Jestem niewidzialna… Jestem częścią
nocy, przeszło jej przez myśl i choć mogło brzmieć to niepokojąco,
wcale nie zaczęła obawiać się tego, co chodziło jej po głowie. Miała wrażenie,
że ciemność wokół niej łagodnie pulsuje, a porastające budynek pnącza
podrygują jakby czekając na to, co mogła im rozkazać. Znów była świadoma
otaczającej jej rzeczywistości – natury, której była częścią i która
należała do niej.
Była córką
swoich rodziców – Gai i samej Ciemności. Jakim prawem śmiertelnicy mieliby
mieć wpływ na to, co robiła?
Nerwowe
pomruki Carlosa w końcu umilkły, kiedy nareszcie dotarło do niego to, że
być może nie miał powodów do niepokoju. Nawet jeśli wciąż dręczyły go
wątpliwości, więcej nie odezwał się nawet słowem, pozwalając żeby bez chwili
wahania podeszła do głównych drzwi. Poruszała się trochę jak w transie,
pewna siebie i pulsująca mocą, której nie znała, a która wprawiła ją w zachwyt. Kamery
niczego nie zarejestrują, pomyślała z przekonaniem i prawie udało
jej się uśmiechnąć. Kto tak twierdził? Ariana? Jeśli tak, wszystko faktycznie
było w porządku, bo mogła w pełni sobie zaufać – sobie, nie jej,
bo przecież były jednością.
Och, sama
nie była pewna, dlaczego tak często o tym zapominała.
Z uwagą
spojrzała na ciężkie, solidne drzwi z niewątpliwie drogiego drewna. Wrota
zdobiły niezwykle szczegółowe, misterne wzory, które zwłaszcza kogoś
obdarzonego niezwykle wyczulonym zmysłem wzroku, z miejsca wprawiły w zachwyt.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, po czym z wolna wyciągnęła przed
siebie rękę, jakby chcąc dotknąć klamki, jednak to okazało się zbędne. Zamek
ustąpił sam, a chwilę później podwoje muzeum stanęły przed nią otworem,
umożliwiając jej wejście do przestronnego przedsionka.
Nawet się
nie zawahała, bez cienia strachu robiąc krok naprzód. Powinna była czuć się
zaniepokojoną, jednak rozglądając się po zaciemnionym wnętrzu, nie wychwyciła
niczego, co mogłoby wzbudzić w niej jakiekolwiek skraje uczucia. Chociaż
była tutaj po raz pierwszy, wiedziała, co robić, aż nazbyt pewna tego, do czego
była zdolna. Również alarm nie robił na niej najmniejszego wrażenia, bo miała
pewność, że się nie włączy. Nawet jeśli by się myliła, a w pobliżu
znajdował się ktoś, kto mógłby ją przyłapać, to nie miało dla niej żadnego
znaczenia. Wręcz współczuła śmiertelnikom, którzy w tamtej chwili
stanęliby na jej drodze, bo była gotowa posunąć się dosłownie do wszystkiego, zdolna
wręcz zetrzeć z powierzchni ziemi każdego, kto tylko spróbowałby jej
przeszkodzić.
Krótko
obejrzała się za siebie, by móc ze słodyczą uśmiechnąć się do podążających za
nią Carlosa i Eleonory. Ta druga wydawała się przerażona, pierwszy z kolei
jedynie zmrużył oczy, wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać,
ostatecznie jednak nie odezwał się nawet słowem. Bardzo
dobrze, Carlos, pomyślała z uznaniem, niemalże mając ochotę trochę się
z nim podroczyć. Nie wyglądał na zachwyconego tym, że ktokolwiek mógłby
przejąć kontrolę nad sytuacją, ale sam sobie był winien; skoro chciał, żeby
pojechała z nim, teraz musiał się dostosować.
Nigdy
nie pozwalaj na to, żeby ktoś tobą rządził…
Bez słowa
odwróciła się, by żaden z jej towarzyszy nie zauważył uśmiechu, który z wolna
wstąpił na jej usta. Wiedziała, co i dlaczego robi, zresztą możliwość
sprawowania władzy sprawiała jej przyjemność. To przysługiwało jej z racji
urodzenia i zajmowanej pozycji, nawet jeśli dotychczas nie była tego
świadoma. Czasami już niczego nie była pewna, rozdarta pomiędzy dwoma
sprzecznymi naturami, które w żaden sposób nie potrafiły dojść między sobą
do porozumienia. Wciąż szukała równowagi, czasem ustępując Arianie, by w następnej
chwili opamiętać się na tyle, by na powrót stać się niczego nieświadomą,
wystraszoną tym, co działo się wokół niej, Alyssą.
Kimkolwiek
by nie była, w tamtym momencie dobrze wiedziała, czego tak naprawdę chce. W efekcie
bez chwili wahania i choćby cienia strachu ruszyła przed siebie, nawet nie
oglądając się na swoje towarzystwo. Nie sprawdzała niczego, nie myśląc o konsekwencjach
i wykazując przede wszystkim pewność siebie, która być może kiedyś miała
okazać się zgubna, jednak nie dbała o to. Dlaczego miałaby, skoro to od
niej zależało wszystko albo…?
Przestała
myśleć, kiedy weszła do okazałej, najpewniej głównej sali, wypełnionej
przeszklonymi gablotami, ale nawet nie próbowała się im przyglądać.
Podświadomie wyczuwała, że to, czego szukała, znajdowało się na samym końcu
pomieszczenia, niepozorne i nie od razu wrzucające się w oczy. Jaka
ignorancja, pomyślała, choć równie dobrze to przekonanie wcale mogło nie
należeć do niej. Nie miała pojęcia, czy dało się przyzwyczaić do obcego głosu w głowie
i tak niecodziennego rodzaju wewnętrznego rozdarcia, jak to miało miejsce w jej
przypadku, ale z drugiej strony… Właściwie dlaczego nie? Skoro czuła się
dwoma osobami na raz, równie dobrze mogła pozwolić sobie na odrobinę więcej
czystego szaleństwa, wewnętrzne rozbicie i…
Gwałtownie
przystanęła, unosząc głowę i spoglądając na niepozorną, wciśniętą w kąt
gablotkę. W zaciemnionym miejscu trudno było rozróżnić poszczególne
kształtny, nawet pomimo wyostrzonych zmysłów, jednak Alyssa nie potrzebowała
dodatkowych zapewnień. Widziała podłużny, zlewający się z mrokiem kształt,
zaraz też podeszła bliżej, czując, że włoski na ramionach i karku stają
jej dęba. Był tam – taki sam jak przed laty, równie potężny i wyjątkowy,
nawet jeśli podświadomie wyczuwała, że czegoś brakuje… Tego, co było
najważniejsze i czego szukała przez te wszystkie wieki.
Szukaliśmy
tego razem, poprawiła się machinalnie przykładają palce do warstwy szkła
przed sobą. Lekko zmrużyła oczy, żeby lepiej wiedzieć, chociaż gdzieś w pamięci
zamajaczyło jej znajome już wspomnienie – czerwona sukienka, blond włosy taniec
i… On ze swoimi lśniącymi, niebieskimi oczami. Gdyby tylko do tego wszystkiego
była w stanie sobie przypomnieć…
Pochłonięta
myślami i wciąż pełna wątpliwości, nie zwróciła najmniejszej uwagi na
ruch, który nagle wyczuła gdzieś za plecami. Początkowo była pewna, że to
Carlos i Eleonora, dlatego nie poświęciła im najmniejszej nawet uwagi,
zbyt podekscytowana i dziwnie rozbita, balansując gdzieś na granicy
przeszłości i rzeczywistości. Miała wrażenie, że wystarczy jedna dobrze
podjęta decyzja, by nareszcie wszystko zrozumiała, nawet jeśli wydawało się to
wręcz nieprawdopodobne po tych wszystkich tygodniach niepewności.
A potem
usłyszała tuż za plecami spokojny, kobiecy głos i w ułamku sekundy
wszystko uległo zmianie.
– Dobry
wieczór, księżniczko.
Przyznam, że czekałam na ten etap. Rozdział sprawdzany z równie wielką przyjemnością, co pisałam go… blisko dwa lata temu. Zadziwiające ile czasu minęło. Co więcej, zostały mi równo dwa rozdziały z zapasu tych, które miałam napisane przed zmianami. Z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej od dawna tęskniłam za możliwością kontynuowania tej historii inaczej niż tylko przez wprowadzanie zmian. Zwłaszcza że do końca księgi już bliżej niż dalej, a to wiąże się z pewnymi… od dawna wyczekiwanymi przeze mnie scenami ;>Absolutnie nie miałam koncepcji na gif dla tej części, ale z drugiej strony… Kamery niczego nie widziały, prawda? Swoją drogą, ten efekt jest boski.Dziękuję za obecność i komentarze, bo to wiele dla mnie znaczy. Na koniec dodam jeszcze, że istnieje możliwość zagłosowania na „Light in the Darkness” w ankiecie na rozdział miesiąca na Katalogowo – chętnych zapraszam: KLIK. Ponadto raz jeszcze przypominam, że Alyssę znajdziecie teraz również na Wattpadzie: KLIK :)Z mojej strony to wszystko, więc do napisania!

„...a wszystkich ewentualnych obaw wyczuła się z chwilą, kiedy to poczuła.” – czy tu jest coś nie teges? Bo siedzę, wpatruję się w to zdanie i nie wiem o co chodzi. ;)
OdpowiedzUsuńA teraz: DLACZEGO W TAKIM MOMENCIE?!
To była Skyler, prawda? Bo któż inny by to mógł być... choć? Dobra, nic już nie biorę za pewnik. Ale się jaram! :3 Rozdział cudowny – Alyssa/Ariana co raz bardziej mi się podoba. Ariana jest tak podobna do swojego ojca – w sensie tak mi się wydaje. Zresztą w takich momentach, gdzie rządzi, to wręcz aż bije od niej to, że jej ojcem jest Lucyfer i ja tam wtedy nie widzę żadnej łagodności, którą teoretycznie mogłaby mieć po matce. Z perspektywy tylko tego rozdziału jestem skłonna przyznać, że charakterek to ona ma istnie królewsko piekielny, a tylko panowanie nad naturą jest po Gai i raczej Ariana wykorzystywałaby go do mało pozytywnych celów.
Carlos się cyka. xD gdzie w przypadku to aż nieprawdopodobne, a jednak. Och, on chyba sam do końca nie zdaje sobie sprawy z tego, co ściągnął nie tylko na siebie, ale na wszystkich, których Alyssa znała, poznała i jeszcze spotka – co akurat na nich to pewnie i tak miałby wywalone, bo to Carlos.
Liczę na spektakularną walkę w następnym rozdziale, bo jakoś taki mi się wydaje, że Ariana nie przepada za Skyler (o ile to ona) i tak chyba z wzajemnością, choć Sky jest na przegranej pozycji, bo chcąc nie chcąc musi słuchać rozkazów Ariany. Chyba że Lucyfer rozkaże jej, że ma nie słuchać rozkazów jego córki. Tylko czy wpadł już na taki pomysł... Ja osobiście, gdybym była królową piekła (i tutaj pojawia się obłąkańczy śmiech), przewidywałabym takie sytuacje. ^^
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział. :3