21 marca 2018

Rozdział LIX

Alyssa
Jeszcze zanim zdecydowała się odwrócić, wiedziała, kogo zobaczy za sobą. Skyler stała spokojnie, częściowo skryta w mroku i równie opanowana, co i ostatnim razem, kiedy zaatakowała ją i Alexa w tamtej uliczce. Ciemne włosy kobiety luźno opadały jej na ramiona, oczy błyszczały intensywnie, a smukłe ciało całym sobą komunikowało, że demonica była gotowa dosłownie na wszystko, a tym bardziej nie zamierzała tak po prostu się wycofać.
Alyssa zacisnęła dłonie w pięści, bezwiednie przybierając pozycję kogoś gotowego do ataku. Rozchyliła wargi, w pierwszym odruchu zamierzając pokusić się o gniewne warknięcie, jednak ostatecznie z jej ust nie wyrwał się żaden dźwięk. Teoretycznie miała przewagę, a patrząc na Skyler czuła się tak, jakby miała przed sobą kruchego człowieka – potencjalną ofiarę, którą bardzo łatwo można było zaatakować i pozbawić życia. Co prawda nigdy dotąd świadomie nie zabiła – nie jako Alyssa, bo nie ręczyła za przeszłość Ariany – ale podejrzewała, że w jej przypadku nie byłoby to trudne; w końcu wystarczyło, by w ułamku sekundy przemknęła przez salę muzealną i rozerwała kobiecie gardło, przy okazji docierając do słodkiej, kuszącej krwi.
Nie zrobiła tego, choć sama nie miała pewności dlaczego. Czuła się dziwnie, wciąż pod wpływem swojego przeszłego wcielenia, świadoma obecności córki Lucyfera bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Mogła zrobić dosłownie wszystko, gdyby tylko zechciała i poddała się instynktom drapieżnika, ale… przecież to właśnie one podpowiadały jej, że sprawy wcale nie muszą być takie proste, jak przez cały ten czas tego oczekiwała. Patrzyła na Skyler i wiedziała, że jej niewinność to wyłącznie pozory, a ona w rzeczywistości miała przed sobą niebezpieczną, doświadczoną nieśmiertelną – kochanicę królów i samego Upadłego, choć to wciąż do niej nie docierało. Krucha czy też nie, Skyler bez wątpienia miała dość wiedzy i umiejętności, żeby się obronić, a już na pewno nie była na tyle szalona, by bez przygotowania zaatakować kogoś, kto mógłby ją zabić.
Wciąż o tym myślała, niespokojnie analizując swoją nieciekawą sytuację i możliwości, kiedy tuż za plecami wyczuła subtelny, ledwo zauważalny ruch. Napięła mięśnie i spróbowała się odwrócić, nim jednak zorientowała się, że cokolwiek mogłoby być na rzeczy, wokół niej bez jakiegokolwiek ostrzeżenia owinęła się para silnych ramion. Wyrwał jej się cichy okrzyk, ten jednak prawie natychmiast został zdławiony, kiedy najzwyczajniej w świecie zabrakło jej powietrza. Szarpnęła się raz jeszcze, mimowolnie krzywiąc i mając wrażenie, że uścisk przybiera na sile, intensywnością przypominając już niemalże imadło, które w każdej chwili mogło okazać się zdolne do tego, żeby pogruchotać jej kości, choć ból w takim wypadku wydawał się najmniej istotną kwestią.
Szarpnęła się, w panice próbując oswobodzić się z ramion swojego przeciwnika, uścisk jednak okazał się zbyt silny, by tak po prostu mogła tego dokonać. Czuła, że coraz bardziej zaczyna brakować jej tchu, przez co mimo usilnych starań nie była w stanie zaczerpnąć jakże upragnionego powietrza. Wierzgnęła i chyba nawet zdołała kopnąć intruza, cios jednak nie zrobił na nim aż tak wielkiego wrażenia, by ten w ogóle zechciał ją puścić.
– Tylko bez przesady – odezwała się zniecierpliwionym tonem Skyler. Położyła rękę na biodrze, przechylając się lekko na bok, dzięki czemu zaczęła wyglądać na jeszcze odważniejszą i o wiele bardziej pociągającą. – To księżniczka, mój drogi. Damie należy się szacunek, więc…
– Też tak uważam.
Nowy głos sprawił, że demonica wydała z siebie przeciągły, wyraźnie sfrustrowany syk. Nawet się nie odwróciła, co wydawało się głupie, skoro tuż za nią zmaterializował się wyraźnie rozeźlony Carlos, Skyler jednak zdecydowanie nie była osobą, która tak po prostu pozwala na to, żeby ktoś zrobił jej krzywdę. Poruszyła się dosłownie w ostatnim momencie, nagle przemieszczając się z miejsca na miejsce, dzięki czemu bezpiecznie znalazła się poza zasięgiem rąk wampira.
Jeśli prawdą było to, że demonica jako jedna z nielicznych musiała posuwać się do tego, żeby przejmować cudze ciała, a jej ówczesne należało do człowieka, chyba naprawdę powinna być pod wrażeniem tego, jak daleko sięgały wpływy nieśmiertelnej. Widziała jej ruchy, a także to jak szybka i wprawna była, kiedy przemieszczała się z miejsca na miejsce, choć żadna ludzka istota nie powinna być w stanie rozwinąć takiej prędkości. Alyssa nie miała pojęcia, czy istniał jakikolwiek sposób, by Skyler zranić, ale widząc jak Carlos przybiera pozycję obroną, a w pamięci wciąż mając moment przemiany demonicy w drapieżnika, naprawdę zaczęła się niepokoić.
Usłyszała, że ktoś jęknął i to sprawiło, że pomimo swojego nieciekawego położenia poderwała głowę, spoglądając wprost przed siebie. Eleonora stała przy wejściu, wyraźnie przerażona, choć trudno było jednoznacznie stwierdzić, co wzbudzało w kobiecie bardziej negatywne emocje. Nawet ona w najzupełniej naturalny sposób napięła mięśnie, być może przygotowując się do odpowiedzi na ewentualny atak, tym bardziej, że Skyler i trzymająca Ali istota bez wątpienia nie byli sami. Nie miała pojęcia, jakim cudem mogła wcześniej tego nie zauważyć ani nie wyczuć, ale kiedy pod wpływem impulsu powiodła wzrokiem dookoła, wyraźnie poczuła obecność czegoś, czego nie powinno tam być – istot podobnych do Skyler, choć nie tak silnych i… bez wątpienia jej podlegających? To była straż – istoty oddane jej ojcu, a onegdaj jej samej, kiedy jeszcze miała cokolwiek do powiedzenia, zamiast znajdować się na czarnej liście samej Ciemności? Nie miała pojęcia, to zresztą wydawało się najmniej istotne w sytuacji, w której wszyscy mieli poważne kłopoty.
To Carlos przemieścił się jako pierwszy, dosłownie rzucając na wciąż rozluźnioną, uśmiechającą się cynicznie Skyler. Kobieta nawet się nie zawahała, tym razem bez zbędnych popisów wykonując unik i prawie natychmiast odpowiadając atakiem na atak. Oboje byli szybcy, niebezpieczny i zdeterminowani, więc w zaledwie kilka sekund Alyssa odniosła wrażenie, że ogląda powtórkę tego, co już miała okazję zaobserwować, kiedy broniła Alexandra – dwójka pochłoniętych walką drapieżców, gotowych za wszelką cenę pozabijać siebie nawzajem. Nie miała wątpliwości, że oboje byli siebie warci, dorównując sobie w walce, choć to Skyler miała o wiele większe doświadczenie. Ali już wcześniej wiedziała, że Carlos był dobrym wojownikiem, ale dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niej to, jak niezwykłe musiały być jego fizyczne umiejętności.
Nerwowo rozejrzała się dookoła, aż nazbyt świadoma tego, że musi coś zrobić. Spojrzała na miecz – połyskujący łagodnie nawet w ciemności, wciąż skryty pod kopułą ze szkła. Nie miała możliwości, by się do niego dostać, zresztą szczerze wątpiła, żeby kawałek metalu przydał jej się w walce z nieśmiertelnymi, przynajmniej w tamtej chwili. Nie jest kompletny, pomyślała i to był jeden z tych nielicznych momentów, w których była absolutnie pewna, że ta wiedza pochodzi ni mniej, ni więcej, ale właśnie od Ariany, zupełnie jakby ta stała u jej boku i cierpliwie szeptała na temat tego, co mogło okazać się istotne.
W następnej chwili Alyssa poczuła, że musi i jak najbardziej chce walczyć, tym bardziej, że nigdy nie powinna była dopuścić do sytuacji, w której znalazłaby się na czyjejkolwiek łasce – a już zwłaszcza jakiegokolwiek demona, czy czym tam była obejmująca ją istota. To ona była księżniczką, córką Lucyfera… Krążyła w niej jego krew, więc miała pełne prawo do tego, żeby być traktowaną z należytym szacunkiem, niezależnie od tego z kim miała do czynienia. W takim wypadku mogła i tym bardziej musiała kogoś ukarać, by raz na zawsze udowodnić, że wbrew wszystkiemu nie była słaba – już nie.
Zareagowała w najzupełniej machinalny, niekontrolowany sposób. Poczuła, że ziemia pod jej stopami zaczyna drżeć, reagując na gniew, który nagle wypełnił ją całą – i to do tego stopnia, że odczuwany wcześniej gniew zszedł gdzieś na dalszy plan. Wyczuła, że obejmująca ją postać drgnęła, być może zaniepokojona, jednak nawet to nie skłoniło jej do poluzowania uścisku. Alyssa skrzywiła się, po czym napięła mięśnie, próbując wykrzesać z siebie choć trochę energii. Nie potrafiła tego opisać, ale miała wrażenie, że czerpie moc z ziemi – otaczającej ją ze wszystkich stron, nawet w samym środku miasta, w ciemnym muzeum. W ułamku sekundy przemieściła się, zdecydowanym ruchem najpierw próbując się wyrwać, a potem z całej siły uderzając swojego przeciwnika w brzuch. Tym razem jej starania przyniosły efektu, a Ali poczuła, że intruz cofa się o krok, w mniej lub bardziej świadomy sposób luzując uścisk. Nawet nie czekała na to, by sprawdzić, jakie szkody wyrządziła; wiedziała jedynie, że wszystko wokół wciąż drżało, a ona nareszcie była wolna, mogąc odsunąć się o przynajmniej kilka metrów.
Kiedy okręciła się na pięcie, jej uwagę przykuła postać dotychczas trzymającego ją nieśmiertelnego. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie na widok ciemnowłosego, wpatrzonego w nią mężczyzny, który z miejsca wydał jej się znajomy. To nie miało sensu, bo bez wątpienia spotkała go po raz pierwszy, ale kiedy przyjrzała mu się dokładnie…
Och, jej sen – ten, który miała w noc, w którą Carlos zdecydował się uświadomić jej, że wciąż żyje. Nagle wrócił ze szczegółami, tak żywy i pełen bodźców, że nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie się przed nimi bronić. Przypomniała sobie wszystko, łącznie z zapachem krwi i umierającą powoli, skatowaną kobiet, która…
A on pochylał się wtedy nad tą biedaczką, kajając się przed Lucyferem.
Zrozumienie pojawiło się nagle, a Alyssa aż syknęła, dla pewności cofając się jeszcze o krok i energicznie potrząsając głową.
Uzjelu… – wyrwało jej się i nawet jej własny głos zabrzmiał dziwnie. Wydał jej się obcy i bardzo… pociągający.
Nieśmiertelny rzucił jej olśniewający uśmiech od którego aż zakręciło jej się w głowie. Spodziewała się naprawdę wielu rzeczy, ale na pewni nie tego, że nagle wybuchnie śmiechem.
– Rad jestem, że przypomniałaś sobie moje imię, Ariano – powiedział z szacunkiem, kiwając jej głową. – Przykro mi tylko, że spotykamy się w takich okolicznościach… Twój ojciec zażyczył sobie twojej obecności, księżniczko – dodał, a ona prychnęła.
Mój ojciec? Jakbym wiedziała, kto nim jest, wtedy byłoby naprawdę miło…, pomyślała z irytacją. Jasne, nie poddawała już w wątpliwość tego, że mogłaby być którymś z kolei wcieleniem Ariany, ale to nie zmieniało faktu, że musiała przyjść na świat w bardziej… normalnych okolicznościach. Nie miała pojęcia, co takiego stało się z Gają po tym, jak wydała na świat dziecko, ale to wydawało się najmniej istotne. Oczywistym było za to to, że anielica i Pan Ciemności nie mogli co ileś wieków starać się o wydanie na świat kolejnego dziecka, więc w naturalny sposób musiała mieć jeszcze jednego ojca i…
O Boże, to nawet brzmiało w nierealny, skomplikowany sposób!
Przestała o tym myśleć, cofając się o kolejny krok, kiedy uprzytomniła sobie, że Uzjel z wolna przesunął się w jej stronę. Musiała uciekać, woląc nawet nie zastanawiać się nad tym, w jakim celu Lucyfer mógł chcieć sprowadzić ją przed swoje oblicze. Serce waliło jej jak szalone, w głowie wirowało, a połączenie z ziemią i świadomość mocy powoli zaczęło zanikać, ale i tak czuła się pewniej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Zamiast prowadzić urocze konwersacje, mogłabyś ruszyć ten swój zgrabny tyłeczek do wyjścia, księżniczko! – doszedł ją głos zniecierpliwionego Carlosa.
On i Skyler wciąż walczyli, w przeciwieństwie do niej nawet bez szczególnej mocy potrafiąc wywołać prawdziwe zamieszanie. Miała wrażenie, że byli wszędzie, jawiąc się niczym tornado, które w każdej chwili mogło pochłonąć wszystko i wszystkich. Nie miała pojęcia jakim cudem demonicy w ogóle udało się doskoczyć do wampira, ale kiedy zwracał się do niej, Skyler wykorzystała okazję, by bezceremonialnie cisnąć nim przez salę, przy okazji zmiatając z powierzchni ziemi przeszkloną gablotę, w której znajdował się miecz. Huk był ogłuszający, przynajmniej początkowo; zaraz po tym pomieszczenie wypełniło się rytmicznym dźwiękiem uderzających o ziemię szklanych odłamków – nierzeczywisty, przyprawiający o dreszcze deszcz, który na dłuższą chwilę wprawił Alyssę w konsternację.
Ktoś – być może Eleonora – krzyknął, ale nie zamierzała się nad tym zastanawiać. Carlos prawie natychmiast poderwał się na równe nogi, przez chwilę wyglądając na chętnego, żeby ponownie rzucić się Skyler do gardła, ale ostatecznie tego nie zrobił. Zauważyła, że nerwowym ruchem otarł usta i wtedy wyczuła krew, nim jednak zdążyła stwierdzić, jak bardzo oberwał, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wampir dosłownie skoczył w stronę miecza archanioła, zachowując się przy tym w niemniej zdesperowany sposób, co i w chwili, w której próbował bronić ją w tamtym lesie przed tamtym wampirem. Z jakiegoś powodu poczuła się naprawdę zaniepokojona, kiedy zauważyła, jak palce nieśmiertelnego zaciskają się wokół rękojeści, a on sam unosi ostrze ku górze. W tamtej chwili wydał jej się potężny, zdolny zdziałać dosłownie wszystko i tak bardzo… niepokojący, ale…
I bardzo głupi – to tak swoją.
– Carlos! – syknęła, ale ostrzeżenie nie dotarło w porę.
Uzjel był szybki, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Carlos ponownie wylądował na ziemię, kiedy ciemnowłosy nieśmiertelny zaatakował, skutecznie ścinając go z nóg. Walka rozpoczęła się na nowo, tym razem bardziej zacięta i niemniej spektakularna, co i wtedy, gdy Carlos toczył zawzięty bój ze Skyler. Sama zainteresowana zniknęła gdzieś z zasięgu wzroku, co mogło okazać się co najmniej niebezpieczne. Ali sama już nie była pewna, czego powinna się spodziewać, a tym bardziej które z krążących wokół niej cieni są prawdziwe, o ile którakolwiek z obecnych postaci była czymkolwiek więcej, prócz wytworu jej wyobraźni. Już nic nie było takim, jakim być powinno, a ona wiedziała wyłącznie to, że musiała coś zrobić – a już na pewno, że powinna uciekać.
To Eleonora jako pierwsza wpadła jej w oczy, choć przez cały ten czas wampirzyca wydawała się robić wszystko, byleby zwracać na siebie jak najmniej uwagi. W chwili, w której Alyssa ją zauważyła, kobieta akurat rozglądała się niespokojnie, wyraźnie spanikowana z powodu otaczających ją ze wszystkich stron, przypominających mgłę istot. Ali wyraźnie widziała zmieniające kształt, przypominające dym postacie, które naprzemiennie to przybierały, to znów traciły swój ludzki kształt. Samo doświadczenie wydało jej się przerażające, ale choć trudno było sobie wyobrazić, że którakolwiek z postaci mogłaby pokusić się o zrobienie komuś krzywdy, dziewczyna poczuła, że jak najszybciej powinna rzucić się kobiecie na pomoc.
Właściwe nie przemyślała tego, co ostatecznie zdecydowała się zrobić. Już kiedy walczyła z Uzjelem o to, żeby ten ją puścił, była świadoma energii, która narastała gdzieś w jej wnętrzu. W tamtej chwili wydała jej się jeszcze intensywniejsza, dodatkowo napędzana przez gniew i zranioną dumę – emocje, które bez wątpienia musiały należeć do Ariany, a więc w naturalny sposób również do niej, choć sama nigdy nie pokusiłaby się o podobną reakcję.
Nigdy też nie wpadłaby na to, że ostatecznie zdecyduje się dać upust wszystkiemu, co przez cały ten czas kumulowało się w jej wnętrzu – i to niezależnie od możliwych konsekwencji.
Posadzka po raz kolejny zadrżała, tym razem tak intensywnie, że zaskoczona Alyssa przez dłuższą chwilę sama nie była pewna, jakim cudem udało jej się utrzymać w pionie. Usłyszała dziwny odgłos, który z powodzeniem mógł należeć do upadających, niszczonych eksponatów muzealnych, które – jeden za drugim – spadały ze ścian albo przeznaczonych dla nich półek i podestów. Czuła, że adrenalina krąży po całym jej ciele, gniew narasta, zaś on sama…
A potem wypełniająca ją energia osiągnęła swoje apogeum i wszystko poszło nie tak.
Już i tak wiedziała, że będą mieli kłopoty. Ba! Była niemalże całkowicie pewna, że nawet jeśli alarm i kamery przestały działać, ktoś prędzej czy później zauważy, że coś niepokojącego dzieje się w muzeum i zdecyduje się wezwać policję. Niemalże spodziewała się sceny rodem z filmów kryminalnych, kiedy to uzbrojeni mężczyźni wpadali do obleganego budynku, wykrzykując standardowe formułki i planując zaprowadzić porządek. To byłoby do zniesienia, tym bardziej, że nawet uzbrojeni funkcjonariusze nie mieliby szans z choćby jednym nieśmiertelnym, a co dopiero całą grupką.
Och, tak, tego akurat mogła się spodziewać i chyba po cichu liczyła na to, że to ludzka społeczność ostatecznie przerwie to szaleństwo.
Na pewno nie przewidziała, że w rzeczywistości przyczyni się do tego ona sama.
Początkowo sama nie miała pewności, co oznaczał huk, który nagle zagłuszył wszystko inne, bardziej spektakularny nawet od chaosu, który wywołali Skyler i Carlos. Dopiero w chwili, w której zauważyła jak posadzka pęka, a z sufitu nad jej głową sypie się pył, uprzytomniła sobie, że właśnie posunęła się za daleko – i że moc jednak wymknęła jej się spod kontroli.
– Księżniczko!
Carlos zmaterializował się u jej boku dosłownie bez ostrzeżenia. Zauważyła jedynie błysk długiego, zachwycającego i przerażającego zarazem ostrza, które ściskał w dłoni, nie miała jednak siły i czas na to, żeby zastanawiać się nad tym, jakim cudem udało mu się odzyskać miecz.
Palce wampira nagle owinęły się wokół jej nadgarstka, kiedy bezceremonialnie pociągnął ją za sobą – w kierunku przeciwnym do tego z którego przyszli. Wydawał się pewny tego, co robił, a ona chcąc nie chcąc zdecydowała się mu zaufać, próbując przekonać samą siebie, że wszystko jest w porządku.
– Eleonora… – zaczęła, próbując przekrzyczeć zamieszanie.
Carlos drgnął, ale nawet wtedy się nie zatrzymał.
– Jest za nami – zapewnił, ale już wtedy wiedziała, że to kłamstwo. – Ty jesteś ważniejsza – dodał i nie czekając na jakąkolwiek jej reakcję, bezceremonialnie przerzucił ją sobie przez ramię.
Ostatnim, co udało jej się zauważyć, była olbrzymia, wypełniona chaosem i pyłem sala.
Zaraz po tym sufit ostatecznie się zarwał i nie było już nic.
Skyler
Czerwone krople opadły na popękaną posadzkę – jedna, druga, trzecia…
Dłoń Skyler zadrżała, a chwilę później kobieta uniosła dłoń do twarzy, by móc ucisnąć skrzydełka nosa. Znowu krwawiła – ludzkie ciało buntowało się, coraz trudniej radząc sobie z obecnością demonicy. Poczuła gniew i irytację, nie po raz pierwszy zresztą, ta jednak zniknęła prawie natychmiast, kiedy jej uwagę przykuł delikatny, ledwo zauważalny ruch.
Wyprostowała się, stając na równe nogi i odrzucając ciemne, zmierzwione włosy. Lekko przekrzywiła głowę, uśmiechając się w pozbawiony wesołości sposób i z uwagą rozglądając po zdemolowanej, wypełnionej gruzami i pyłem sali. To drugie przyprawiało ją o odruch wymiotny i drapanie w gardle, ale bez trudu zdołała nad sobą zapanować.
Uzjel rzucił jej wymowne, trudne do zinterpretowania spojrzenie, ostatecznie jedna skoncentrował wzrok na drżącej, wciąż siedzącej na posadzce kobiecie. Jasne włosy częściowo opadły jej na twarz, ale nawet to nie było w stanie powstrzymać Skyler przed spojrzeniem w parę błyszczących niespokojnie, zdradzających czyste przerażenie tęczówkach błękitnookiej wampirzycy.
Och, Carlos, ale z ciebie dupek!, pomyślała i prawie się roześmiała, aż porażona brakiem skrupułów ze strony swojego przeciwnika. Zabrał księżniczkę i miecz, to jasne, ale… w końcu nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Tak uważasz, moja bezduszna?, usłyszała i mimowolnie zadrżała z rozkoszy, kiedy otoczył ją hipnotyzujący, aksamitnie słodki głos Lucyfera. Zawiodłaś mnie…
Po raz ostatni, mój panie, zapewniła pośpieszne, wciąż z uwagą przypatrując się kobiecie. Twoja obietnica…
Otoczył ją jego śmiech – niepokojący, przerażający, pozbawiony radości. To był dźwięk zarazem wywołujący dreszcze, co i niezmiennie przyprawiający ją o szybsze bicie serca. W tamtej chwili go pragnęła, nie po raz pierwszy zresztą.
A on to wiedział.
Pamiętam, moja miła, odpowiedział w końcu i wydał jej się równie zafascynowany, co i ona. Twój pan bywa równie okrutny, co i miłościwy, dodał i w tamtej chwili zrozumiała, że ten jeden błąd jeszcze był w stanie jej wybaczyć.
Ostatni raz.
Z ulgą skinęła głową i w końcu udało jej się uśmiechnąć.
Wracam do Was po dwóch tygodniach całkowitego odcięcia od świata. Z pewnych względów wylądowałam w szpitalu, co wciąż do mnie nie dociera, ale poniekąd okazało się dla mnie przełomowe. Tak czy inaczej, przychodzę do Was z energią, którą nie dysponowałam od dawna, co jest dla mnie istotne, skoro tak bardzo kocham pisać. Co więcej, podczas wolnych dni skończyłam sprawdzać ostatnie dwa rozdziały z zapasu, który miałam. Wkrótce wrócę do pisania na bieżąco, ruszając od momentu, w którym zakończyłam pierwszą wersję tej historii.
Dziękuję za obecność, komentarze i wsparcie. To wiele dla mnie znaczy, zresztą jak zwykle mam wielką nadzieję, że rozdział przypadnie Wam do gustu. A ten cudny gif zawdzięczam Gabi, której bardzo, bardzo dziękuję. I to nie tylko za to <3
Z mojej strony to tyle i do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz