Nicholas
Alyssa dosłownie przelewała mu
się w rękach. Zanim doniósł ją do sypialni, zdążyła całkiem odpłynąć, nie
dając praktycznie żadnych oznak życia. W pośpiechu położył ją na łóżku, po
czym zamarł, z niepokojem obserwując unosząc się w zdecydowanie zbyt
wielkich odstępach czasu klatkę piersiową. Przynajmniej poparzenia na jej
skórze zaczynały się goić, ale regeneracja zdecydowanie nie przebiegała tak
wprawnie, jak w przypadku przeciętnego wampira. Wiedział po sobie, bo skóra
na dłoniach, którą nieopatrznie naraził na kontakt ze słońcem, gdy wciągał
dziewczynę do mieszkania, wróciła do normy zanim w ogóle gdziekolwiek
zabrał Ali.
Zaklął pod
nosem. Dłonie zacisnął w pięści, przez moment mając ochotę zmusić ją, by
znów się z niego napiła, ale ostatecznie tego nie zrobił. Czuł, że nie
zadziałałoby, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim mógłby
tego oczekiwać. Coś było nie tak, zaczynając od tego, że w ogóle tutaj
była. Czy naprawdę była aż tak nieostrożna, by biegać po dworze na chwilę przed
świstem? Z drugiej strony, kiedy wpadła do domu, wydawała się zszokowana i przerażona,
w niczym nie przypominając mu Ariany, którą pamiętał. W tamtej chwili
przed sobą zdecydowanie miał Alyssę – niedoświadczoną, zagubioną i absolutnie
nieświadomą, co takiego się z nią działo.
– Ali…
Alyssa, do cholery – rzucił spiętym tonem, próbując ją ocucić. Nawet nie
jęknęła, co jedynie bardziej go zaniepokoiło. Miał wrażenie, że umierała na
jego oczach, a to przecież nie powinno mieć miejsca, skoro była
nieśmiertelna. Do cholery, była wampirem! – Ariano!
– spróbował raz jeszcze coraz bardziej zdesperowany.
Miał
wrażenie, że za moment dokona cudu, wychodząc z siebie i stając obok.
Znów nią potrząsnął i kamień spadł mu z serca, kiedy nagle
zaczerpnęła powietrza – bardzo niepewnie, jakby oddychanie sprawiało jej
trudność, ale jednak. Na moment otworzyła oczy, tylko po to, by po chwili znów
je zamknąć.
Zaraz po
tym nagle poderwała się o pionu, by w następnej sekundzie zwymiotować
krwią.
Nicholas
zamarł, porażony nie tylko słodkim zapachem, ale przede wszystkim tym, co się
działo. Widział wiele rzeczy, ale zdecydowanie nie coś takiego. Co więcej, nie
miał pojęcia, co powinien zrobić, ani w pamięci swojej obecnej formy, ani
we wspomnieniach ze wszystkich poprzednich żyć, nie będąc w stanie
przypomnieć sobie, by zachowywała się w ten sposób. Nie potrafił nawet
stwierdzić, co powinien z nią zrobić, chociaż w ramach ucieczki z rodzinnego
domu, zdarzało mu się studiować również medycynę. Sęk w tym, że Alyssa nie
była człowiekiem, a w żadnej dostępnej publikacji nie miał raczej
znaleźć informacji o sposobie, w jaki należało się obchodzić z najnowszym
wcieleniem córki Lucyfera.
Aj, kobieto…, westchnął w duchu.
Odrzucił na bok kołdrę, ignorując to, że biały materiał zabarwił się
czerwienią. Dla pewności przytrzymał przelewającą mu się w rękach dziewczynę,
odgarniając klejące się do bladych policzków loki na bok. W tamtej chwili
bardziej niż wcześniej żałował, że to nie ona przypomniała sobie jako pierwsza.
Odnalazła go, ale dlaczego? I jakim kosztem, skoro teraz była w takim
stanie?
– Nicholas…
– usłyszał, a może raczej wyczytał z ruchu jej warg. Spojrzała na
niego mało przytomnie, wyraźnie mając problem z tym, by skupić wzrok na
jego twarzy. – Przepraszam. Ja…
– Co ci
jest? – zapytał, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. Ujął jej twarz w dłonie,
zmuszając do tego, by spojrzała mu w oczy. Miał tylko nadzieję, że znów
jej nie zemdli, bo teraz mogła co najwyżej zwymiotować na niego. – Co ci
strzeliło do głowy? Przychodzić tutaj o świcie…
Teraz mógł
pozwolić sobie na chwilową frustrację. Nieważne jak bardzo nie cieszyłby się z jej
widoku i tego, że przyszła właśnie do niego, nie pojmował jak mogła aż tak
ryzykować. Gdyby do tego wszystkiego nie robiła mu takiego numeru, mógłby
udawać, że wszystko w porządku, ale w obecnej sytuacji to
zdecydowanie nie wchodziło w grę.
– Ja nie…
nie powinnam… – wymamrotała, a wampir prychnął, nie mogąc się powstrzymać.
– No,
raczej! – Potrząsnął z niedowierzaniem głową. Miał ochotę jej przyłożyć,
ot tak dla zasady. Za to, że ryzykowała i najwyraźniej zamierzała przyprawić
go o zawał serca. – Zdecydowanie nie powinnaś.
– Nie… o to
chodzi… – zaoponowała. Wzdrygnęła się, a przez jej twarz przemknął cień,
aż zaczął obawiać się, że znowu zbierało jej się na wymioty. – Ja nigdy… nie
spalałam się i…
– O czym
ty mówisz?!
Nie odpowiedziała,
nagle po prostu tracąc siłę. Ledwo powstrzymał cisnącą mu się na usta wiązankę,
po chwili wahania bardziej stanowczo przygarniając na wpół przytomną dziewczynę
do siebie. Czekał, chociaż sam nie miał pewności na co, bezskuteczne próbując
uporządkować to, co mówiła.
Nie spalała
się? Niby w jaki sposób powinien to rozumieć? Była wampirem, a przynajmniej
wszystko na to wskazywało. Te istoty z założenia płonęły w świetle
dnia, o czym zresztą miała okazję się przekonać. Nie sądził, żeby Sorenti
pominęli tak istotny szczegół, skoro zdecydowali się przygarnąć ją pod swój
dach. Jak mogliby chcieć utrzymać przy życiu młodą wampirzycę, jeśli nie
powiedzieliby jej, że o świcie mogła co najwyżej zmienić się w kupkę
popiołów, gdyby w porę nie znalazła dla siebie schronienia?
A jednak
Alyssa wydawała się zszokowana. Cokolwiek mówiła, najwyraźniej naprawdę w to
wierzyła. Nie okłamywałaby go, zwłaszcza w takiej sytuacji i stanie,
który zdecydowanie nie sprzyjał logicznemu myśleniu. Być może majaczyła, ale
coś w jej słowach i tak nie dawało mu spokoju. Wszystko, co jej
dotyczyło, było dziwne, zaś Nicholas nie miał pojęcia, jak powinien się w tym
wszystkim odnaleźć.
– Ali…
Ariano – poprawił się. Gorączkowo szeptał jej wprost do ucha, sam niepewien do
której z nich tak naprawdę powinien się zwracać. – Powiedz mi, co mam
robić. Jak ci pomóc, kochana?
Nie chciał
powiedzieć tego ostatniego, ale jakie to właściwie miało znaczenie? Kolejne
słowa padały same, tym bardziej że i tak zdecydowanie zbyt długo musiał
się powstrzymywać. Grał przed nią tyle czasu, że był już zmęczony dalszym
udawaniem. Teraz na dodatek odchodził z jej powodu od zmysłu, więc tym
bardziej czuł się usprawiedliwiony.
Odpowiedziała
mu przenikliwa cisza. Przez moment był świadom wyłącznie jej urywanego, ledwo
słyszalnego oddechu i trzepiącego się szaleńczo w piersi serca.
Swojego, nie jej, bo w przypadku Alyssy zaczynał mieć wątpliwości, czy
wciąż była żywa. Przez moment czuł się tak, jakby kolejny raz trzymał w ramionach
trupa, co bynajmniej nie miało związku z tym, jak ludzie zazwyczaj
postrzegali wampiryzm. Próbował sobie przypomnieć, czy to możliwe, by słońce mogło
zostawić trwałe ślady na świeżo przemienionych nieśmiertelnych i doprowadzić
do śmierci inaczej, niż przez spalenie, ale nic podobnego nie przychodziło mu
do głowy. Już nic nie wydawało się takie, jakie powinno, ale po dłuższej chwili
wahania doszedł do wniosku, że to było do przewidzenia. Zresztą czego się
spodziewał w przypadku Ariany?
Zaklął pod
nosem, nawet nie próbując się powstrzymywać. Z wahaniem nachylił się nad
dziewczyną, wpatrując w jej bladą twarz. Wyciągnął rękę, by odgarnąć klejące
się do spoconych policzków włosy. Niemalże gorączkowo zastanawiał się nad tym,
co powinien zrobić, ale w głowie miał wyłącznie pustkę. Gdyby była człowiekiem,
nie zawahałby się, ale w tej sytuacji…
– Trzy
ugryzienia… – wyszeptała nagle. Mówiła cicho i tak nieskładnie, że
początkowo ledwo ją rozumiał. – Trzy…
Miał
wrażenie, że bredziła od rzeczy. Majaczyła, chociaż to w przypadku wampira
zdecydowanie nie było normalne. Tak przynajmniej pomyślał w pierwszym
odruchu, w żaden sposób nie potrafiąc określić, co powinien począć z nią
i jak zareagować na niepewne słowa, które padały z jej ust. Nie miał
nawet pewności, kogo tak naprawdę miał przed sobą – Alyssę czy Arianę – a to
zdecydowanie niczego nie ułatwiało. W końcu podczas gdy jedna mogła mu
pomóc, druga równie dobrze mogła doprowadzić do grobu ich oboje.
Ale ona
wydawała się tak słaba i ludzka…
Znów
podsunął jej nadgarstek. Wampira krew wydawała się jedynym sensownym rozwiązaniem,
zwłaszcza gdy w grę wchodziły jakiekolwiek urazy albo choroba. Ta druga i tak
brzmiała irracjonalnie w przypadku kogoś, kto był nieśmiertelny. Wampiry nie
chorowały, a przynajmniej nie tak jak ludzie. Nicholas nie przypominał
sobie, by przez całe swoje życie natrafił na jakiś inny, bardziej skomplikowany
przypadek, chociaż to niekoniecznie musiało o czymkolwiek świadczyć. Ten
świat był tak skomplikowany i zmienny, że równie dobrze coś istotnego
mogło mu umykać.
Poderwał
się na równe nogi, ledwo nabrał pewności, że Alyssa nie zamierzała z nim współpracować.
Nerwowo zacisnął dłonie w pięści, przez krótką chwilę mając wielką ochotę
na dziewczynę warknąć. „Pij, do cholery! Musisz się ze mnie napić!” – cisnęło
mu się na usta, ale ostatecznie nie odezwał się nawet słowem. W zamian
wypadł z sypialni tylko po to, by biegiem dostać się do kuchni i zabrać
stamtąd długi, dobrze naostrzony nóż.
W zasadzie
do samego końca nie był pewien, co nim kierowało. To było niczym impuls,
któremu ot tak postanowił się poddać. Przystanął w progu, przez krótką
chwilę obserwując bladą twarz Alyssy i niemalże spodziewając się tego, że
dziewczyna za moment otworzy oczy. Poniekąd chciał, żeby do tego doszło – by
znów na niego spojrzała, na dodatek teraz, kiedy tkwił w progu, w palcach
niepewnie obracając nóż. Sęk w tym, że mimo upływu czasu nie wydarzyło się
nic, co świadczyłoby, że Alyssa wciąż była przytomna. Leżała w poplamionej
krwią pościeli, blada i nienaturalnie spokojna, wyglądając ni mniej, ni więcej
na kogoś, kto był martwy.
Nicholas w pośpiechu
odrzucił od siebie tę myśl. Z wolna podszedł bliżej, już nawet nie zastanawiając
się nad tym czy to, co zamierzał zrobić, było chociaż odrobinę sensowne.
Początkowo planował naciąć nadgarstek w nadziei, że zapach krwi wystarczy,
by zachęcić wampirzycę do picia, ale w ostatniej chwili zrezygnował z tego
pomysłu. W zamian ostrożnie uniósł ostrze, przyciskając je do gardła, a po
chwili zdecydowanym ruchem przesuwając nożem po skórze.
Właściwie
nie zwrócił uwagi na ból. Był do niego przyzwyczajony, tak jak i do
zapachu posoki. Jego własna zresztą bardziej przyprawiała go o mdłości, niż
wzbudzała głód. Sądził, że to było sensowne, bo wampiry raczej nie miały w zwyczaju
spijać swojej własnej krwi. Jakby to miało
jakiekolwiek znaczenie, pomyślał mimochodem, przez dłuższą chwilę świadom
wyłącznie ciepłej, lepkiej cieczy, która spłynęła po jego skórze, szybko nasiąkając
w koszulę. Zignorował to, zresztą tak jak i fakt, że posoka poplamiła
już i tak pokrwawioną pościel. W pośpiechu odłożył nóż na bok, po
czym wziął w ramiona wciąż przelewającą mu się w rękach, niezdolną
utrzymać się w pionie Alyssę. Oddychała płytko i powoli, ale kiedy ułożył
ją w swoich ramionach tak, by jej usta znalazły się tuż przy krwawiącej ranie
na jego gardle, wyraźnie się ożywiła. Gwałtownie zaczerpnęła tchu, nagle
prostując się w jego ramionach niczym struna.
– C-co…? –
wyrwało jej się, ale nie była w stanie dokończyć.
Wystarczył
zalewie ułamek sekundy, by z jękiem przywarła wargami do nacięcia. Piła
gwałtowniej i bardziej łapczywie niż na początku, gdy karmił ją zaraz po
tym, jak zdołał zabrać wampirzycę ze słońca. W pierwszym odruchu Nicholas
zapragnął ją odsunąć, instynktownie próbując się bronić, ale stanowczo zdusił w sobie
tę potrzebę. To on decydował. Dziewczyna zresztą wydawała się wciąż tak słaba i bezbronna,
że z łatwością mógłby nad nią zapanować, gdyby pojawiła się taka potrzeba.
Wplótł
palce w jej włosy, jednocześnie bardziej stanowczo przygarniając do
siebie. Zamknął oczy, próbując się uspokoić i rozluźnić, całkowicie
obojętny na to, że wraz z upływem krwi zaczęło zrobić mu się słabo. Już wcześniej
oddał jej sporo, teraz zaś powoli zbliżał się do granicy, ale nie zamierzał przerywać.
Co prawda już lata temu nauczył się, jak wiele mógł sobie pozwolić, by było to dla
niego bezpieczne, jednak w obecnej sytuacji zdecydowanie nie kierował się
zdrowym rozsądkiem. Prawda była taka, że wampira nie dał się ot tak zabić, wysysając
z niego krew. Podejrzewał, że prędzej czy później miał zacząć żałować, że
pozwolił Alyssy wypić za dużo, ale nie dbał o to.
Nie miał
pewności, jak długo to trwało. Wiedział jedynie, że tulił ją do siebie,
delikatnie kołysząc i pilnując, by nie próbowała się odsuwać. Zresztą
wątpił, żeby była w stanie i w ogóle zdawała sobie sprawę z tego,
co działo się wokół niej. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, zdana wyłącznie
na głód i instynkt, bo te w pełni przejęły nad nią kontrolę. Usiadła
na nim okrakiem, bardziej stanowczo przywierając do odsłoniętego gardła. Czuł,
że wysunęła kły, w pośpiechu wbijając je w szyję. Nigdy wcześniej nie
pozwolił nikomu na aż taką bezpośredniość, zwłaszcza że żaden wampir tak po
prostu nie dzielił się swoja krwią. Co więcej, nikomu ot tak nie pozwolił pić
prosto z żyły – to było zbyt intymne i znaczące. Inna sprawa, że
gdyby ktoś ukąsił go w ten sposób podczas walki i wbrew jego woli, to
byłoby niczym największa ujma na honorze.
Oczywiście z Alyssą
było inaczej. Jeśli nie jej, kogo innego miałby dopuścić tak blisko? W końcu
mógł trzymać ją w ramionach, ofiarowując wszystko to, co miał. Wróciła do
niego, nawet jeśli do końca nie zdawała sobie z tego sprawy. Jakby tego
było mało, potrzebowała go. Miał wrażenie, że trzymała się go niemalże jak
ostatniej deski ratunku, tak kurczowo, jakby od tego zależało jej życie. Kto wie,
może właśnie tak było? Już i tak miał wrażenie, że kolejny raz mu umykała –
że tracił ją, chociaż tak bardzo pragnął ten proces zatrzymać. Skoro to oznaczało
konieczność otwarcia sobie dla niej żył, nie zamierzał narzekać, zwłaszcza że cena
wydawała się dość niewielka i mało znacząca.
Przyjemność
pojawiła się dopiero później, będąc ni mniej, ni więcej, ale efektem ubocznym.
Dobrowolne oddawanie krwi zawsze niosło ze sobą rozluźnienie i swego rodzaju
ulgę. Z drugiej strony, być może w tamtej chwili chodziło wyłącznie o bliskość
Alyssy i to, że ta wciąż była żywa. Co prawa wciąż ją obejmował, gotów
przysiąc, że wyłącznie dzięki niemu utrzymywała się w pionie, ale to nie
było ważne. Liczyło się, że żyła, a Nicholas miał poczucie, że jednak był w stanie
cokolwiek zdziałać. Wszystko wydawało się lepsze od bierności i bezradnego
przyglądania się, jak dziewczyna, która była mu pisana, męczy się z czymś,
czego żadne z nich nie rozumiało.
Samaelu…?
Zesztywniał,
słysząc w głowie nieco drżący, niepewny głos. To była cicha myśl, która zdecydowanie
nie należała do niego. Serce zabiło mu szybciej, zaraz też kolejny raz
przesunął palcami po jej włosach, ostrożnie przenosząc dłoń niżej. Dotykał jej,
podczas gdy ona piła, nagle połączona z nim bardziej, niż z kimkolwiek
innym. Czuł jej obecność wyraźnie, nie tylko dzięki temu, że wciąż trwała w jego
objęciach. To było coś więcej – rodzaj połączenia tak intymnego, że przez moment
zawirowało mu w głowie. W tamtej chwili należała do niego, chociaż nie
od razu zrozumiał, co to oznaczało. Wiedział jedynie, że taki stan rzeczy jak
najbardziej mu opowiadał. Kimkolwiek by nie była – Arianą czy Alyssą – chciał
ją mieć przy sobie. Jego dusza wyrywała się do niej, zresztą ze wzajemnością,
bo jak inaczej znalazłaby się akurat tutaj? Odnalazła go i najwyraźniej
była tego coraz bardziej świadoma, nawet jeśli jej głos i zachowanie
zdradzały niepewności.
Usłyszał
ciche westchnienie, a chwilę później Alyssa ciężko osunęła się w jego
ramionach. Poczuł, że ostrożnie przesunęła językiem po rozcięciu, próbując zamknąć
ranę, ale praktycznie nie zwrócił na to uwagi. Utrata krwi zrobiła swoje, przez
co kolejne bodźce dochodziły do niego z opóźnieniem, odległe i trudne
do zinterpretowania. Przez dłuższą chwilę koncentrował się wyłącznie na
wtulonej w jego tors, oddychającej ciężko kobiecie. Czuł, że drżała, nagle
przypominając mu niespokojne dziecko, które za wszelką cenę próbował odzyskać
spokój, szukając poczucia bezpieczeństwa w ramionach swojego opiekuna. Z wahaniem
musnął wargami jej czoło, przynajmniej na razie nie będąc w stanie
pozwolić sobie na nic więcej. Był zmęczony, zresztą tak jak i Alyssa,
która dosłownie przysypiała mu w ramionach, kolejny raz wydając się
balansować gdzieś na granicy utraty przytomności.
Zawirowało
mu w głowie, ale prawie nie zwrócił na to uwagi. Ciężko opadł na materac,
wciąż trzymając w ramionach wtuloną w niego dziewczynę. Musiał
walczyć o to, by nie odpłynąć, raz po raz powtarzając sobie, że powinien
nad nią czuwać. Była zbyt chwiejna i krucha, by mógł pozwolić sobie na
uratę czujności, zwłaszcza że dopiero co sam martwił się o to, że jednak
mogłaby umrzeć. Czuł się za nią odpowiedzialny, chociaż dopiero po kilku kolejnych
sekundach uprzytomnił sobie, że to było coś więcej – obowiązek, który
nieświadomie na siebie wziął w chwili, w której skosztowała jego
krwi.
Zrozumienie
pojawiło się nagle, dosłownie wytrącając Nicholasa z równowagi.
Niemożliwe…, pomyślał, ale wszystko w nim
aż krzyczało, że było inaczej – i że to, co z założenia nie powinno mieć
miejsca, jednak się działo.
Słyszał o więzi
między wampirem a jego stwórcą. Sęk w tym, że to nie on przemienił
Alyssę, a ona przemianę miała już za sobą. Tak przynajmniej sądził, póki
nie uprzytomnił sobie, że czuje wyraźną więź z wtuloną w niego dziewczyną.
To było tak silne i charakterystyczne, że pomimo tego, iż nigdy wcześniej
nie stworzył wampira, nie miał wątpliwości, że właśnie ją naznaczył. Jego krew
krążyła w jej organizmie, nie tylko ją wzmacniając, ale przypieczętowując
coś, co od samego początku było jej pisane.
„Trzy
ugryzienia”. Czyż nie coś takiego mu powiedziała? Nie miał pojęcia, co to oznacza,
ale to mogło zaczekać. W tamtej chwili już nic innego nie miało znaczenia,
a jedynie bezpieczeństwo wtulonej w niego Alyssy. Trzymał ją mocno,
wręcz kurczowo, gotów przysiąc, że gdyby tylko poluzował uścisk, wydarzyłoby
się coś bardzo złego. Za wszelką cenę próbował ją chronić, obojętny na to, czy
miało to jakikolwiek sens. Jeśli faktycznie przyjął na siebie odpowiedzialność
za jej bezpieczeństwo, tym lepiej. Zresztą czy nie robił tego od stuleci, w miarę
jak oboje odnajdywali się raz po raz – znów i znów, z każdym kolejnym
wcieleniem, które przychodziło im przeżyć?
– Śpij,
kochana – wyszeptał tak cicho, że równie dobrze mógł ograniczyć się do zdawkowego
poruszenia wargami. Mimo wszystko miał pewność, że usłyszała. – Wszystko będzie
w porządku. Sama zobaczysz… W końcu wróciłaś o domu.
Coś w tych
słowach sprawiło, że poczuł nieopisaną wręcz ulgę. Trzymał ją w ramionach i to
było dobre, choć przez moment dając Nicholasowi poczucie, że wszystko wróciło
na swoje miejsce. Pamiętała czy nie, to pozostawało sprawą drugorzędną –
problemem, który prędzej czy później mieli rozwiązać. Nie pierwszy raz, prawda?
Najważniejsze było to, że Ariana i Samael się odnaleźli, reszta zaś miała
się ułożyć z czasem. Co prawda jakaś cząstka podpowiadała Nicholasowi, że
mieli go bardzo niewiele, ale zignorował tę niepokojącą myśl, zbytnio
wymęczony, by się z nią mierzyć.
Oddech
Alyssy zwolnił, spokojniejszy i bardziej miarowy. Już przynajmniej nie
miał poczucia, że dziewczyna mogłaby w każdej chwili umrzeć, ale i tak
się o nią martwił. Była tak bardzo krucha i delikatna, a jednak…
Chwilę
jeszcze walczył ze sobą, z uporem próbując czuwać, ale nie dał rady.
Wkrótce po tym wszystko ostatecznie zniknęło, kiedy oboje zapadli w niezbyt
spokojny sen.
Dobry wieczór! Przychodzę o Was z kolejnym przełomowym rozdziałem. W kolejnym w końcu będę mogła opisać coś, na co długo czekałam, chociaż absolutnie nie jestem na to gotowa. Zakończenie tej księgi zbliża się wielkimi krokami, a ja nie mam pojęcia, co tutaj się dzieje i jak powinnam się z tym czuć.Co mogłabym dodać? Dziękuję za obecność, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Jak widać na blogu pojawił się nowy szablon, z którego jestem całkiem zadowolona. Och, no i w przypływie weny niedawno stworzyłam serię okładek do całej serii, więc zainteresowanych zapraszam tutaj: KLIK.Z mojej strony to wszystko. Swoją drogą, w przyszłym miesiącu wypadają drugie urodziny tego bloga… Kiedy to zleciało, co?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz