25 czerwca 2018

Rozdział LXVI

Nicholas
Alyssa dosłownie przelewała mu się w rękach. Zanim doniósł ją do sypialni, zdążyła całkiem odpłynąć, nie dając praktycznie żadnych oznak życia. W pośpiechu położył ją na łóżku, po czym zamarł, z niepokojem obserwując unosząc się w zdecydowanie zbyt wielkich odstępach czasu klatkę piersiową. Przynajmniej poparzenia na jej skórze zaczynały się goić, ale regeneracja zdecydowanie nie przebiegała tak wprawnie, jak w przypadku przeciętnego wampira. Wiedział po sobie, bo skóra na dłoniach, którą nieopatrznie naraził na kontakt ze słońcem, gdy wciągał dziewczynę do mieszkania, wróciła do normy zanim w ogóle gdziekolwiek zabrał Ali.
Zaklął pod nosem. Dłonie zacisnął w pięści, przez moment mając ochotę zmusić ją, by znów się z niego napiła, ale ostatecznie tego nie zrobił. Czuł, że nie zadziałałoby, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim mógłby tego oczekiwać. Coś było nie tak, zaczynając od tego, że w ogóle tutaj była. Czy naprawdę była aż tak nieostrożna, by biegać po dworze na chwilę przed świstem? Z drugiej strony, kiedy wpadła do domu, wydawała się zszokowana i przerażona, w niczym nie przypominając mu Ariany, którą pamiętał. W tamtej chwili przed sobą zdecydowanie miał Alyssę – niedoświadczoną, zagubioną i absolutnie nieświadomą, co takiego się z nią działo.
– Ali… Alyssa, do cholery – rzucił spiętym tonem, próbując ją ocucić. Nawet nie jęknęła, co jedynie bardziej go zaniepokoiło. Miał wrażenie, że umierała na jego oczach, a to przecież nie powinno mieć miejsca, skoro była nieśmiertelna. Do cholery, była wampirem! – Ariano! – spróbował raz jeszcze coraz bardziej zdesperowany.
Miał wrażenie, że za moment dokona cudu, wychodząc z siebie i stając obok. Znów nią potrząsnął i kamień spadł mu z serca, kiedy nagle zaczerpnęła powietrza – bardzo niepewnie, jakby oddychanie sprawiało jej trudność, ale jednak. Na moment otworzyła oczy, tylko po to, by po chwili znów je zamknąć.
Zaraz po tym nagle poderwała się o pionu, by w następnej sekundzie zwymiotować krwią.
Nicholas zamarł, porażony nie tylko słodkim zapachem, ale przede wszystkim tym, co się działo. Widział wiele rzeczy, ale zdecydowanie nie coś takiego. Co więcej, nie miał pojęcia, co powinien zrobić, ani w pamięci swojej obecnej formy, ani we wspomnieniach ze wszystkich poprzednich żyć, nie będąc w stanie przypomnieć sobie, by zachowywała się w ten sposób. Nie potrafił nawet stwierdzić, co powinien z nią zrobić, chociaż w ramach ucieczki z rodzinnego domu, zdarzało mu się studiować również medycynę. Sęk w tym, że Alyssa nie była człowiekiem, a w żadnej dostępnej publikacji nie miał raczej znaleźć informacji o sposobie, w jaki należało się obchodzić z najnowszym wcieleniem córki Lucyfera.
Aj, kobieto…, westchnął w duchu. Odrzucił na bok kołdrę, ignorując to, że biały materiał zabarwił się czerwienią. Dla pewności przytrzymał przelewającą mu się w rękach dziewczynę, odgarniając klejące się do bladych policzków loki na bok. W tamtej chwili bardziej niż wcześniej żałował, że to nie ona przypomniała sobie jako pierwsza. Odnalazła go, ale dlaczego? I jakim kosztem, skoro teraz była w takim stanie?
– Nicholas… – usłyszał, a może raczej wyczytał z ruchu jej warg. Spojrzała na niego mało przytomnie, wyraźnie mając problem z tym, by skupić wzrok na jego twarzy. – Przepraszam. Ja…
– Co ci jest? – zapytał, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. Ujął jej twarz w dłonie, zmuszając do tego, by spojrzała mu w oczy. Miał tylko nadzieję, że znów jej nie zemdli, bo teraz mogła co najwyżej zwymiotować na niego. – Co ci strzeliło do głowy? Przychodzić tutaj o świcie…
Teraz mógł pozwolić sobie na chwilową frustrację. Nieważne jak bardzo nie cieszyłby się z jej widoku i tego, że przyszła właśnie do niego, nie pojmował jak mogła aż tak ryzykować. Gdyby do tego wszystkiego nie robiła mu takiego numeru, mógłby udawać, że wszystko w porządku, ale w obecnej sytuacji to zdecydowanie nie wchodziło w grę.
– Ja nie… nie powinnam… – wymamrotała, a wampir prychnął, nie mogąc się powstrzymać.
– No, raczej! – Potrząsnął z niedowierzaniem głową. Miał ochotę jej przyłożyć, ot tak dla zasady. Za to, że ryzykowała i najwyraźniej zamierzała przyprawić go o zawał serca. – Zdecydowanie nie powinnaś.
– Nie… o to chodzi… – zaoponowała. Wzdrygnęła się, a przez jej twarz przemknął cień, aż zaczął obawiać się, że znowu zbierało jej się na wymioty. – Ja nigdy… nie spalałam się i…
– O czym ty mówisz?!
Nie odpowiedziała, nagle po prostu tracąc siłę. Ledwo powstrzymał cisnącą mu się na usta wiązankę, po chwili wahania bardziej stanowczo przygarniając na wpół przytomną dziewczynę do siebie. Czekał, chociaż sam nie miał pewności na co, bezskuteczne próbując uporządkować to, co mówiła.
Nie spalała się? Niby w jaki sposób powinien to rozumieć? Była wampirem, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Te istoty z założenia płonęły w świetle dnia, o czym zresztą miała okazję się przekonać. Nie sądził, żeby Sorenti pominęli tak istotny szczegół, skoro zdecydowali się przygarnąć ją pod swój dach. Jak mogliby chcieć utrzymać przy życiu młodą wampirzycę, jeśli nie powiedzieliby jej, że o świcie mogła co najwyżej zmienić się w kupkę popiołów, gdyby w porę nie znalazła dla siebie schronienia?
A jednak Alyssa wydawała się zszokowana. Cokolwiek mówiła, najwyraźniej naprawdę w to wierzyła. Nie okłamywałaby go, zwłaszcza w takiej sytuacji i stanie, który zdecydowanie nie sprzyjał logicznemu myśleniu. Być może majaczyła, ale coś w jej słowach i tak nie dawało mu spokoju. Wszystko, co jej dotyczyło, było dziwne, zaś Nicholas nie miał pojęcia, jak powinien się w tym wszystkim odnaleźć.
– Ali… Ariano – poprawił się. Gorączkowo szeptał jej wprost do ucha, sam niepewien do której z nich tak naprawdę powinien się zwracać. – Powiedz mi, co mam robić. Jak ci pomóc, kochana?
Nie chciał powiedzieć tego ostatniego, ale jakie to właściwie miało znaczenie? Kolejne słowa padały same, tym bardziej że i tak zdecydowanie zbyt długo musiał się powstrzymywać. Grał przed nią tyle czasu, że był już zmęczony dalszym udawaniem. Teraz na dodatek odchodził z jej powodu od zmysłu, więc tym bardziej czuł się usprawiedliwiony.
Odpowiedziała mu przenikliwa cisza. Przez moment był świadom wyłącznie jej urywanego, ledwo słyszalnego oddechu i trzepiącego się szaleńczo w piersi serca. Swojego, nie jej, bo w przypadku Alyssy zaczynał mieć wątpliwości, czy wciąż była żywa. Przez moment czuł się tak, jakby kolejny raz trzymał w ramionach trupa, co bynajmniej nie miało związku z tym, jak ludzie zazwyczaj postrzegali wampiryzm. Próbował sobie przypomnieć, czy to możliwe, by słońce mogło zostawić trwałe ślady na świeżo przemienionych nieśmiertelnych i doprowadzić do śmierci inaczej, niż przez spalenie, ale nic podobnego nie przychodziło mu do głowy. Już nic nie wydawało się takie, jakie powinno, ale po dłuższej chwili wahania doszedł do wniosku, że to było do przewidzenia. Zresztą czego się spodziewał w przypadku Ariany?
Zaklął pod nosem, nawet nie próbując się powstrzymywać. Z wahaniem nachylił się nad dziewczyną, wpatrując w jej bladą twarz. Wyciągnął rękę, by odgarnąć klejące się do spoconych policzków włosy. Niemalże gorączkowo zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić, ale w głowie miał wyłącznie pustkę. Gdyby była człowiekiem, nie zawahałby się, ale w tej sytuacji…
– Trzy ugryzienia… – wyszeptała nagle. Mówiła cicho i tak nieskładnie, że początkowo ledwo ją rozumiał. – Trzy…
Miał wrażenie, że bredziła od rzeczy. Majaczyła, chociaż to w przypadku wampira zdecydowanie nie było normalne. Tak przynajmniej pomyślał w pierwszym odruchu, w żaden sposób nie potrafiąc określić, co powinien począć z nią i jak zareagować na niepewne słowa, które padały z jej ust. Nie miał nawet pewności, kogo tak naprawdę miał przed sobą – Alyssę czy Arianę – a to zdecydowanie niczego nie ułatwiało. W końcu podczas gdy jedna mogła mu pomóc, druga równie dobrze mogła doprowadzić do grobu ich oboje.
Ale ona wydawała się tak słaba i ludzka…
Znów podsunął jej nadgarstek. Wampira krew wydawała się jedynym sensownym rozwiązaniem, zwłaszcza gdy w grę wchodziły jakiekolwiek urazy albo choroba. Ta druga i tak brzmiała irracjonalnie w przypadku kogoś, kto był nieśmiertelny. Wampiry nie chorowały, a przynajmniej nie tak jak ludzie. Nicholas nie przypominał sobie, by przez całe swoje życie natrafił na jakiś inny, bardziej skomplikowany przypadek, chociaż to niekoniecznie musiało o czymkolwiek świadczyć. Ten świat był tak skomplikowany i zmienny, że równie dobrze coś istotnego mogło mu umykać.
Poderwał się na równe nogi, ledwo nabrał pewności, że Alyssa nie zamierzała z nim współpracować. Nerwowo zacisnął dłonie w pięści, przez krótką chwilę mając wielką ochotę na dziewczynę warknąć. „Pij, do cholery! Musisz się ze mnie napić!” – cisnęło mu się na usta, ale ostatecznie nie odezwał się nawet słowem. W zamian wypadł z sypialni tylko po to, by biegiem dostać się do kuchni i zabrać stamtąd długi, dobrze naostrzony nóż.
W zasadzie do samego końca nie był pewien, co nim kierowało. To było niczym impuls, któremu ot tak postanowił się poddać. Przystanął w progu, przez krótką chwilę obserwując bladą twarz Alyssy i niemalże spodziewając się tego, że dziewczyna za moment otworzy oczy. Poniekąd chciał, żeby do tego doszło – by znów na niego spojrzała, na dodatek teraz, kiedy tkwił w progu, w palcach niepewnie obracając nóż. Sęk w tym, że mimo upływu czasu nie wydarzyło się nic, co świadczyłoby, że Alyssa wciąż była przytomna. Leżała w poplamionej krwią pościeli, blada i nienaturalnie spokojna, wyglądając ni mniej, ni więcej na kogoś, kto był martwy.
Nicholas w pośpiechu odrzucił od siebie tę myśl. Z wolna podszedł bliżej, już nawet nie zastanawiając się nad tym czy to, co zamierzał zrobić, było chociaż odrobinę sensowne. Początkowo planował naciąć nadgarstek w nadziei, że zapach krwi wystarczy, by zachęcić wampirzycę do picia, ale w ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu. W zamian ostrożnie uniósł ostrze, przyciskając je do gardła, a po chwili zdecydowanym ruchem przesuwając nożem po skórze.
Właściwie nie zwrócił uwagi na ból. Był do niego przyzwyczajony, tak jak i do zapachu posoki. Jego własna zresztą bardziej przyprawiała go o mdłości, niż wzbudzała głód. Sądził, że to było sensowne, bo wampiry raczej nie miały w zwyczaju spijać swojej własnej krwi. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, pomyślał mimochodem, przez dłuższą chwilę świadom wyłącznie ciepłej, lepkiej cieczy, która spłynęła po jego skórze, szybko nasiąkając w koszulę. Zignorował to, zresztą tak jak i fakt, że posoka poplamiła już i tak pokrwawioną pościel. W pośpiechu odłożył nóż na bok, po czym wziął w ramiona wciąż przelewającą mu się w rękach, niezdolną utrzymać się w pionie Alyssę. Oddychała płytko i powoli, ale kiedy ułożył ją w swoich ramionach tak, by jej usta znalazły się tuż przy krwawiącej ranie na jego gardle, wyraźnie się ożywiła. Gwałtownie zaczerpnęła tchu, nagle prostując się w jego ramionach niczym struna.
– C-co…? – wyrwało jej się, ale nie była w stanie dokończyć.
Wystarczył zalewie ułamek sekundy, by z jękiem przywarła wargami do nacięcia. Piła gwałtowniej i bardziej łapczywie niż na początku, gdy karmił ją zaraz po tym, jak zdołał zabrać wampirzycę ze słońca. W pierwszym odruchu Nicholas zapragnął ją odsunąć, instynktownie próbując się bronić, ale stanowczo zdusił w sobie tę potrzebę. To on decydował. Dziewczyna zresztą wydawała się wciąż tak słaba i bezbronna, że z łatwością mógłby nad nią zapanować, gdyby pojawiła się taka potrzeba.
Wplótł palce w jej włosy, jednocześnie bardziej stanowczo przygarniając do siebie. Zamknął oczy, próbując się uspokoić i rozluźnić, całkowicie obojętny na to, że wraz z upływem krwi zaczęło zrobić mu się słabo. Już wcześniej oddał jej sporo, teraz zaś powoli zbliżał się do granicy, ale nie zamierzał przerywać. Co prawda już lata temu nauczył się, jak wiele mógł sobie pozwolić, by było to dla niego bezpieczne, jednak w obecnej sytuacji zdecydowanie nie kierował się zdrowym rozsądkiem. Prawda była taka, że wampira nie dał się ot tak zabić, wysysając z niego krew. Podejrzewał, że prędzej czy później miał zacząć żałować, że pozwolił Alyssy wypić za dużo, ale nie dbał o to.
Nie miał pewności, jak długo to trwało. Wiedział jedynie, że tulił ją do siebie, delikatnie kołysząc i pilnując, by nie próbowała się odsuwać. Zresztą wątpił, żeby była w stanie i w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, co działo się wokół niej. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, zdana wyłącznie na głód i instynkt, bo te w pełni przejęły nad nią kontrolę. Usiadła na nim okrakiem, bardziej stanowczo przywierając do odsłoniętego gardła. Czuł, że wysunęła kły, w pośpiechu wbijając je w szyję. Nigdy wcześniej nie pozwolił nikomu na aż taką bezpośredniość, zwłaszcza że żaden wampir tak po prostu nie dzielił się swoja krwią. Co więcej, nikomu ot tak nie pozwolił pić prosto z żyły – to było zbyt intymne i znaczące. Inna sprawa, że gdyby ktoś ukąsił go w ten sposób podczas walki i wbrew jego woli, to byłoby niczym największa ujma na honorze.
Oczywiście z Alyssą było inaczej. Jeśli nie jej, kogo innego miałby dopuścić tak blisko? W końcu mógł trzymać ją w ramionach, ofiarowując wszystko to, co miał. Wróciła do niego, nawet jeśli do końca nie zdawała sobie z tego sprawy. Jakby tego było mało, potrzebowała go. Miał wrażenie, że trzymała się go niemalże jak ostatniej deski ratunku, tak kurczowo, jakby od tego zależało jej życie. Kto wie, może właśnie tak było? Już i tak miał wrażenie, że kolejny raz mu umykała – że tracił ją, chociaż tak bardzo pragnął ten proces zatrzymać. Skoro to oznaczało konieczność otwarcia sobie dla niej żył, nie zamierzał narzekać, zwłaszcza że cena wydawała się dość niewielka i mało znacząca.
Przyjemność pojawiła się dopiero później, będąc ni mniej, ni więcej, ale efektem ubocznym. Dobrowolne oddawanie krwi zawsze niosło ze sobą rozluźnienie i swego rodzaju ulgę. Z drugiej strony, być może w tamtej chwili chodziło wyłącznie o bliskość Alyssy i to, że ta wciąż była żywa. Co prawa wciąż ją obejmował, gotów przysiąc, że wyłącznie dzięki niemu utrzymywała się w pionie, ale to nie było ważne. Liczyło się, że żyła, a Nicholas miał poczucie, że jednak był w stanie cokolwiek zdziałać. Wszystko wydawało się lepsze od bierności i bezradnego przyglądania się, jak dziewczyna, która była mu pisana, męczy się z czymś, czego żadne z nich nie rozumiało.
Samaelu…?
Zesztywniał, słysząc w głowie nieco drżący, niepewny głos. To była cicha myśl, która zdecydowanie nie należała do niego. Serce zabiło mu szybciej, zaraz też kolejny raz przesunął palcami po jej włosach, ostrożnie przenosząc dłoń niżej. Dotykał jej, podczas gdy ona piła, nagle połączona z nim bardziej, niż z kimkolwiek innym. Czuł jej obecność wyraźnie, nie tylko dzięki temu, że wciąż trwała w jego objęciach. To było coś więcej – rodzaj połączenia tak intymnego, że przez moment zawirowało mu w głowie. W tamtej chwili należała do niego, chociaż nie od razu zrozumiał, co to oznaczało. Wiedział jedynie, że taki stan rzeczy jak najbardziej mu opowiadał. Kimkolwiek by nie była – Arianą czy Alyssą – chciał ją mieć przy sobie. Jego dusza wyrywała się do niej, zresztą ze wzajemnością, bo jak inaczej znalazłaby się akurat tutaj? Odnalazła go i najwyraźniej była tego coraz bardziej świadoma, nawet jeśli jej głos i zachowanie zdradzały niepewności.
Usłyszał ciche westchnienie, a chwilę później Alyssa ciężko osunęła się w jego ramionach. Poczuł, że ostrożnie przesunęła językiem po rozcięciu, próbując zamknąć ranę, ale praktycznie nie zwrócił na to uwagi. Utrata krwi zrobiła swoje, przez co kolejne bodźce dochodziły do niego z opóźnieniem, odległe i trudne do zinterpretowania. Przez dłuższą chwilę koncentrował się wyłącznie na wtulonej w jego tors, oddychającej ciężko kobiecie. Czuł, że drżała, nagle przypominając mu niespokojne dziecko, które za wszelką cenę próbował odzyskać spokój, szukając poczucia bezpieczeństwa w ramionach swojego opiekuna. Z wahaniem musnął wargami jej czoło, przynajmniej na razie nie będąc w stanie pozwolić sobie na nic więcej. Był zmęczony, zresztą tak jak i Alyssa, która dosłownie przysypiała mu w ramionach, kolejny raz wydając się balansować gdzieś na granicy utraty przytomności.
Zawirowało mu w głowie, ale prawie nie zwrócił na to uwagi. Ciężko opadł na materac, wciąż trzymając w ramionach wtuloną w niego dziewczynę. Musiał walczyć o to, by nie odpłynąć, raz po raz powtarzając sobie, że powinien nad nią czuwać. Była zbyt chwiejna i krucha, by mógł pozwolić sobie na uratę czujności, zwłaszcza że dopiero co sam martwił się o to, że jednak mogłaby umrzeć. Czuł się za nią odpowiedzialny, chociaż dopiero po kilku kolejnych sekundach uprzytomnił sobie, że to było coś więcej – obowiązek, który nieświadomie na siebie wziął w chwili, w której skosztowała jego krwi.
Zrozumienie pojawiło się nagle, dosłownie wytrącając Nicholasa z równowagi.
Niemożliwe…, pomyślał, ale wszystko w nim aż krzyczało, że było inaczej – i że to, co z założenia nie powinno mieć miejsca, jednak się działo.
Słyszał o więzi między wampirem a jego stwórcą. Sęk w tym, że to nie on przemienił Alyssę, a ona przemianę miała już za sobą. Tak przynajmniej sądził, póki nie uprzytomnił sobie, że czuje wyraźną więź z wtuloną w niego dziewczyną. To było tak silne i charakterystyczne, że pomimo tego, iż nigdy wcześniej nie stworzył wampira, nie miał wątpliwości, że właśnie ją naznaczył. Jego krew krążyła w jej organizmie, nie tylko ją wzmacniając, ale przypieczętowując coś, co od samego początku było jej pisane.
„Trzy ugryzienia”. Czyż nie coś takiego mu powiedziała? Nie miał pojęcia, co to oznacza, ale to mogło zaczekać. W tamtej chwili już nic innego nie miało znaczenia, a jedynie bezpieczeństwo wtulonej w niego Alyssy. Trzymał ją mocno, wręcz kurczowo, gotów przysiąc, że gdyby tylko poluzował uścisk, wydarzyłoby się coś bardzo złego. Za wszelką cenę próbował ją chronić, obojętny na to, czy miało to jakikolwiek sens. Jeśli faktycznie przyjął na siebie odpowiedzialność za jej bezpieczeństwo, tym lepiej. Zresztą czy nie robił tego od stuleci, w miarę jak oboje odnajdywali się raz po raz – znów i znów, z każdym kolejnym wcieleniem, które przychodziło im przeżyć?
– Śpij, kochana – wyszeptał tak cicho, że równie dobrze mógł ograniczyć się do zdawkowego poruszenia wargami. Mimo wszystko miał pewność, że usłyszała. – Wszystko będzie w porządku. Sama zobaczysz… W końcu wróciłaś o domu.
Coś w tych słowach sprawiło, że poczuł nieopisaną wręcz ulgę. Trzymał ją w ramionach i to było dobre, choć przez moment dając Nicholasowi poczucie, że wszystko wróciło na swoje miejsce. Pamiętała czy nie, to pozostawało sprawą drugorzędną – problemem, który prędzej czy później mieli rozwiązać. Nie pierwszy raz, prawda? Najważniejsze było to, że Ariana i Samael się odnaleźli, reszta zaś miała się ułożyć z czasem. Co prawda jakaś cząstka podpowiadała Nicholasowi, że mieli go bardzo niewiele, ale zignorował tę niepokojącą myśl, zbytnio wymęczony, by się z nią mierzyć.
Oddech Alyssy zwolnił, spokojniejszy i bardziej miarowy. Już przynajmniej nie miał poczucia, że dziewczyna mogłaby w każdej chwili umrzeć, ale i tak się o nią martwił. Była tak bardzo krucha i delikatna, a jednak…
Chwilę jeszcze walczył ze sobą, z uporem próbując czuwać, ale nie dał rady. Wkrótce po tym wszystko ostatecznie zniknęło, kiedy oboje zapadli w niezbyt spokojny sen.
Dobry wieczór! Przychodzę o Was z kolejnym przełomowym rozdziałem. W kolejnym w końcu będę mogła opisać coś, na co długo czekałam, chociaż absolutnie nie jestem na to gotowa. Zakończenie tej księgi zbliża się wielkimi krokami, a ja nie mam pojęcia, co tutaj się dzieje i jak powinnam się z tym czuć.
Co mogłabym dodać? Dziękuję za obecność, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Jak widać na blogu pojawił się nowy szablon, z którego jestem całkiem zadowolona. Och, no i w przypływie weny niedawno stworzyłam serię okładek do całej serii, więc zainteresowanych zapraszam tutaj: KLIK.
Z mojej strony to wszystko. Swoją drogą, w przyszłym miesiącu wypadają drugie urodziny tego bloga… Kiedy to zleciało, co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz