06 lipca 2018

Rozdział LXVII

Alyssa
Dryfowała w ciemnościach. Spadała, chociaż nie tak gwałtownie, jak dotychczas, kiedy nawiedzał ją ten sen. W efekcie wrażenie było znajome i obce zarazem, co na krótką chwilę wytrąciło dziewczynę z równowagi. Gdzieś na granicy jej świadomości czaił się ból, co również wydawało się czymś, czego już doświadczyła, ale nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy i w jakich okolicznościach. Nie pamiętała niczego, nawet własnego imienia, a jednak była gotowa przysiąc, że nie przeżywała tego po raz pierwszy.
Miała wrażenie, że ktoś ją woła. Słyszała znajomy głos, ten jednak nie dochodził z żadnej konkretnej strony, zaś po chwili wahania uprzytomniła sobie, że tak naprawdę rozbrzmiewał wyłącznie w jej głowie. Wypełniał ją całą, a jednak pomimo tego, że wyraźnie go słyszała i znała, nie potrafiła rozróżnić poszczególnych słów.
Och, nie… To było imię.
Imię, które słyszała już wcześniej…
Ariano.
W jednej chwili coś się zmieniło, chociaż początkowo nie potrafiła określić co i dlaczego. Skuliła się, czując się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Wciąż spadała w nieskończoną ciemność, czekając na coś, co dopiero miło nadejść, nawet jeśli nie potrafiła tego nazwać. Wciąż słyszała nawoływanie, coraz wyraźniejsze i głośniejsze, choć może wrażenie to brało się stąd, że teraz już rozumiała jak brzmiało raz po raz powtarzane imię.
Ariana. Za każdym razem, kiedy rozbrzmiewało to słowo, czuła się tak, jakby oślepiało ją światło. Blask rozpraszał ciemność, a ona nie była w stanie się przed nim bronić. Nie było ucieczki, bo i dookoła nie istniało nic innego, prócz ciemności, jej samej oraz niosącego światło imienia.
Ariana, Ariana, Ariana…
Ona była Arianą.
Zrozumienie pojawiło się nagle, tak silne, że aż zawirowało jej w głowie. Miała wrażenie, że przyjmowała zupełnie oczywisty fakt. Coś, co powinno być dla niej oczywiste od samego początku. Przez cały ten czas trwała w ciemnościach, błądząc i uciekając przed prawdą – i to tylko po to, żeby wylądować tutaj. W tym miejscu dalsza ucieczka nie była możliwa, z kolei Arianie nie pozostało nic innego, jak w końcu przyjąć do wiadomości to, co tak naprawdę wiedziała od samego początku.
Strach zniknął, niosąc ze sobą nieopisaną wręcz ulgę. Błądziła w ciemnościach, szukając czegoś, czego nie potrafiła nazwać, teraz zaś w końcu to odnalazła.
Wspomnienia wróciły.
I wtedy zrozumiała jak umarła.
~*~
Rozpacz i gniew wydawały się jednością. Ariana szła przed siebie, trochę jak w transie, nie do końca świadoma tego, co i dlaczego robiła. Łzy płynęły, ale to działo się jakby poza nią. Z równym powodzeniem mogłaby stać w strugach deszczu, a pewnie nawet nie zwróciłaby na to uwagi. Ta sama obojętność towarzyszyła jej za każdym razem, gdy gałęzie drzew nachylały się ku niej, wplątując się we włosy albo szarpiąc ubranie.
Jeden z wystających ponad ziemię korzeni zaczepił się o tren jej sukienki. „Stój, proszę!” – wydawała się komunikować natura, ale Ariana zdecydowanie nie zamierzała się zatrzymać. Szarpnęła się, bez wahania rozdzierając materiał. Szybkim krokiem ruszyła dalej, po chwili rzucając się do biegu, byleby tylko wyrwać się z gęstwiny i jak najszybciej dotrzeć do celu.
Był piękny letni dzień, a jednak czuła się jak w samym środku zimy. Drżała od nadmiaru emocji, z trudem hamując szloch. Wypłakała dość, łzy zresztą w najmniejszym stopniu nie przynosiły ukojenia. Zresztą… To nie był pierwszy raz, prawda? Trwali w tym nieskończonym cyklu tak długo, że już dawno powinna się przyzwyczaić. Przecież tak naprawdę się tego spodziewała, choć gdyby miała wybierać, wolałaby, żeby w pierwszej kolejności padło na nią.
Spuściła głowę, w milczeniu spoglądając na ledwo widoczną ścieżkę. Wiedziała dokąd prowadzi. Natura mogłaby ją zatrzymywać, bez trudu wyczuwając intencje swojej pani, ale to nie miało dla niej znaczenia. Już zdecydowała, zresztą nie pierwszy raz zamierzając zakończyć wszystko własnymi rękami. Ona i Samael znów przegrali, ale to nie było dla niej istotne. Najwyżej spróbują raz jeszcze. Prędzej czy później będą mieli kolejną szansę.
– Skłamałeś mi – szepnęła w pustkę. – Ale to nic. Ja też skłamałam.
Coś ścisnęło ją w gardle. Gorycz przybrała na sile, a Ariana zapragnęła roześmiać się histerycznie. Jakże egoistycznym było to, że wolałaby umrzeć, byleby nie przechodzić przez to, co teraz? W każdym cyklu modliła się o to, by śmierć w pierwszej kolejności upomniała się właśnie o nią. Jeśli to wciąż nie byłby ostatni raz, zmuszając ich do kolejnych prób, pragnęła być pierwsza. Może i była egoistką, ale te pragnienia wydawały się silniejsze od niej.
Jeśli kogoś musiała zabrać śmierć, niech padnie na nią. Wszystko, byleby raz jeszcze nie doświadczać bólu, który przeszywał ją za każdym razem, gdy jej dusza rozpadała się na kawałeczki.
Potknęła się, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Jak długa wylądowała na ziemi, zaciskając zęby ze złości. Nawet nie jęknęła, obojętna na ból i kolejne próby natury. Dlaczego tym razem tak się na nią uwzięła? W przeszłości wystarczyło jedno jej skinienie, by wszystko dobiegło końca. Gdyby i tym razem żywioł był równie posłuszny, co i zazwyczaj, doprowadziłaby sprawy do końca już godzinę temu.
Nie pojmowała, skąd brała się ta różnica. Z jakiegoś powodu cały las wydawał się być przeciwko niej. Drzewa nagle zaczęły rosnąć zbyt gęsto, gałęzie drapały jej skórę, a korzenie ciągnęły ku ziemi, byleby tylko powstrzymać ją w miejscu. „Nie idź tam! Nie rób tego!” – jednogłośnie komunikowało wszystko wokół, bez choćby cienia zainteresowania tym, czego tak naprawdę chciała.
Czy bez znaczenia było to, że cierpiała? Jej dusza krwawiła, raz po raz rozpadając się na kawałeczki? Umierała za życia, więc pragnęła przypieczętować to, co zapoczątkowano z chwilą, w której pojęła, że Samael odszedł.
Oczywiście, obiecała mu coś.
Ale on przysięgał, że do niej wróci.
– Skłamałeś mi…
Wczepiła palce w ziemię, rozdrapując ją paznokciami. Znów zaczęła płakać, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę było jej wszystko jedno, zwłaszcza że nikt nie był w stanie tego usłyszeć. Tylko natura wydawała się niemym świadkiem narastającej w Arianie rozpaczy – z tym, że to nie miało znaczenia. Moc, która zawsze stała po jej stronie, zawiodła ją w najważniejszej chwili.
Zacisnęła zęby, nie zamierzając tak po prostu odpuścić. Z trudem podniosła się na łokciach, w następnej chwili zmuszając się do tego, żeby wstać. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa, ledwo tylko spróbowała odzyskać pion. Ciężko osunęła się na kolana, niemalże z goryczą spoglądając na rosnący tuż przed nią, rozłożysty dąb. Drzewo górowało nad nią, rzucając przyjemny cień i chroniąc przed próbującymi przedrzeć się przez baldachim liści słoneczny blask. Ariana lekko zmrużyła oczy, mimowolnie zastanawiając nad tym, jak bardzo okrutny musiał być świat, skoro wszystko to wydarzyło się akurat dzisiaj.
W ten piękny, letni dzień. Klęczała w sercu tętniącego życiem lasu, podczas gdy słońce dogrzewało, czyniąc wszystko bardziej urokliwym i wyrazistym. Gdyby sytuacja była inna, zachwycałaby się soczystą zielenią liści, pięknem otaczającej ją natury i jakże charakterystycznymi dla gęstwiny zapachami. Z radością spacerowałaby po okolicy, czerpiąc siłę z żywiołu, który był jej posłuszny, czekając na powrót jedynej osoby, która…
Nie.
Dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Zamrugała kilkukrotnie, kiedy obraz zaczął rozmazywać się przed oczami. Musiała wziąć się w garść, chociaż to było trudne, a ciało z takim uporem odmawiało jej posłuszeństwa. Jeszcze chwila, jeszcze momencik… Mocniej napięła mięśnie, z wysiłkiem zmuszając się do tego, by poderwać się na równe nogi. Niewiele brakowało, żeby znów wylądowała na ziemi, ale tym razem nie pozwoliła sobie na upadek. Poruszając się trochę jak w transie, wyprostowała się, raz jeszcze spoglądając na górujące nad nią drzewo.
– Pozwól mi odejść – rzuciła w przestrzeń. Nawet nie zastanawiała się, do kogo tak naprawdę kierowała te słowa. – Pozwól mi za nim pójść.
Nie otrzymała odpowiedzi. Ta w gruncie rzeczy nie miała znaczenia, tak jak i wszystko to, co działo się wokół niej. Otarła dłonie o ubranie, pozostawiając na już i tak brudnym materiale ślady ziemi i świeżej krwi. Odrzuciła włosy na plecy, po czym czujnie rozejrzała się dookoła, chcąc upewnić się, że wciąż była sama. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że nagle zapanowała niemalże nienaturalna, martwa cisza. Tkwiła w samym środku lasu, a jednak nie słyszała niczego, do czego przyzwyczaiła ją zwykle tętniąca życiem natura – żadnego śpiewu ptaków czy choćby łagodnego szumu poruszanych letnim wiatrem liści.
Ta cisza powinna ją przerazić, a jednak Ariana odebrała ją jako przyzwolenie, którego tak bardzo potrzebowała.
Pamiętała, co obiecała Samaelowi. To, w jaki sposób zarzekała się, że nigdy więcej nie pozwoli się skrzywdzić, jeśli jemu coś się stanie. Zapewniała go, że będzie silna, nawet jeśli jego zabraknie. Nie chciał, żeby kończyła cykl z jego powodu, zaś kiedy prosił, Ariana posłusznie potakiwała, gotowa obiecać mu dosłownie wszystko. Prosto było mówić, gdy jeszcze trzymał ją w ramionach, zapewniając, że wróci i nie ma się czego obawiać.
Z tym, że już wtedy oboje zdawali sobie sprawę z tego, że kłamała. On zresztą też, o czym przekonała się, kiedy Skyler dosłownie splunęła jej w twarz, z satysfakcją wyrzucając z siebie tych kilka, jakże raniących słów.
Ariana zacisnęła pokrwawione palce. Z równie wielką satysfakcją, którą okazała demonica informując ją o śmierci Samaela, sama wyrwała kochanicy Lucyfera serce. Przez moment niemalże czuła się dobrze, mogąc zaciskać palce na trzepocącym się rozpaczliwie narządzie i być świadkiem, jak nieszczęsny mięsień uderza po raz ostatni. Aż do momentu, w którym zapanowała nieprzenikniona cisza.
Teraz zamierzała złamać obietnicę.
Oboje ją złamali.
Nic więcej nie zatrzymało jej, kiedy ruszyła w dalszą drogę. Co prawda korzenie kilka razy jeszcze zaczepiały się o ubranie albo wplątywały we włosy Ariany, to jednak przypominało raczej troskliwe, pocieszające muśnięcia, aniżeli faktyczną próbę zatrzymywania jej. W końcu podjęła decyzję. Natura mogła teraz co najwyżej to przyjąć, w absolutnej ciszy towarzysząc swojej pani w ostatniej wędrówce.
Nie zarejestrowała momentu, w którym drzewa zaczęły się rozstępować. Chwilę później wyszła z lasu, jak gdyby nigdy nic zatrzymując się na krawędzi klifu. Słony zapach morza miał coś oszałamiającego. Wiatr rozwiał jej włosy, ciskając lokami w twarz, co na chwilę ją oślepiło. To przypominało słaby, ostatni sprzeciw, który tak czy siak zamierzała zignorować.
Nagle poczuła się tak, jakby znalazła się na samym skraju świata. Wystarczył jeden krok, by zanurzyła się w lodowatych, jakże spokojnych objęciach morskiej toni. Wiatr przybrał na sile, woda raz po raz obmywała ścianę klifu. Słońce muskało twarz i skórę Ariany, ale już nie uważała ładnej pogody za coś niewłaściwego. Poniekąd wydało jej się to nawet pocieszające. Tkwiła na skraju klifu, w miejscu, gdzie wszystkie żywioły wydawały się łączyć w jedno, i po prostu czuła się spokojna.
Mimowolnie się uśmiechnęła. Nie sądziła, że w ogóle będzie do tego zdolna, a jednak gest przyszedł jej z łatwością. Co więcej, był szczery – zupełnie naturalny, tak jak i narastające w niej poczucie, że robiła dobrze.
Spróbują jeszcze raz. Zresztą jak zawsze.
Ostrożnie rozłożyła ramiona. Balansowała na krawędzi, bynajmniej nie obawiając się tego, że mogłaby spaść. Zamknęła oczy, nie tyle ze strachu, co żeby łatwiej zebrać myśli. Czy było coś, co mogli z Samaelem zrobić inaczej? Próbowała zrozumieć, gdzie tym razem popełnili błąd, ale poza goryczą nie była w stanie wykrzesać z siebie niczego więcej. A przecież byli tak blisko. Gdyby Samaelowi udało się wrócić, na dodatek z odłamkiem, który…
Teraz to już i tak nie miało znaczenia.
Wypuściła powietrze ze świstem. Czuła się zadziwiająco spokojna, ale to było dobre. Już nie płakała, w zamian uśmiechają się w nieco złośliwy, wyzywający sposób. Jeśli ojciec gdzieś tutaj był, pragnęła, żeby ją zobaczył. Nie pierwszy raz próbowała z nim igrać, nie zamierzając pozwolić na to, by doszedł do wniosku, że wygrał. Och, nie, więcej nie zamierzała płakać. Ot kolejna przeszkoda, nic więcej. Do następnego razu, bo przecież jak zawsze zamierzała mu się przeciwstawić.
Decyzję podjęła nagle, nie zamierzając dać sobie czasu na wycofanie. To było niczym impuls, który zadecydował o tym, że miała dość. W jednej chwili tkwiła na krawędzi klifu, w następnej bezceremonialnie rzucając się przed siebie. Wystarczył ułamek sekundy, by straciła grunt pod nogami, w zamian stopniowo zapadając się w pustkę. Przez monet unosiła się w powietrzu, by w następnej sekundzie boleśnie uderzyć w taflę wody.
Wydało jej się, że ktoś ją wołał, ale to działo się gdzieś jakby poza nią, odległe i nierzeczywiste. Ciemność otoczyła ją ze wszystkich stron, atakując tak gwałtownie, że Arianie aż zabrakło tchu. Nie próbowała walczyć, chociaż jej ciało przez moment buntowało się, zwłaszcza gdy zakrztusiła się wodą. Tonęła, stopniowo zapadając się coraz niżej i niżej. Niczego już nie słyszała, zaś początkowy chłód ustąpił miejsca całkowitej obojętności. Z równym powodzeniem mogłaby trwać w nicości, w jakże spokojnym mroku, który…
~*~
Chyba krzyknęła. Napięła mięśnie, w następnej sekundzie podrywając się do pionu tak gwałtownie, że wszystko wokół aż rozmazało jej się przed oczami. Znów usłyszała swoje imię, a potem poczuła, jak ktoś chwyta ją za ramię. Szarpnęła się, w pierwszym odruchu gotowa walczyć, ale powstrzymały ją dłonie, które bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się za jej nadgarstkach.
Zamarła z uniesionymi ku górze rękoma, wciąż mocno zaciskając pięści. Kręciło jej się w głowie, a skupienie wzroku na konkretnym punkcie dosłownie graniczyło z cudem. Jedynym, co przykuło jej uwagę, były oczy – lśniące, niebieskie i jak najbardziej znajome.
– Alyssa…
Jęknęła cicho. Energicznie potrząsnęła głową i spróbowała się odsunąć, obojętna na to, że ciało wydawało się bliskie tego, by odmówić jej posłuszeństwa. Uścisk na nadgarstkach zelżał, więc oswobodziła ramiona, po czym z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Oddychała z trudem, wciąż czując się tak, jakby się topiła. Woda wydawała się zalegać w jej płucach, te zaś paliły żywym ogniem, stopniowo doprowadzając ją do szaleństwa.
Wyczuła ruch, a chwilę później ostrożnie otoczyły ją cudze objęcia. Na dłuższą chwilę zamarła, roztrzęsiona i bliska histerii. W głowie jej wirowało, a myśli mieszały się ze sobą, tworząc niespójną całość, której nie potrafiła albo raczej nie chciała zrozumieć. Była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu i krztusić się łzami, a jednak…
– Przepraszam – wyszeptała, a głos zadrżał jej tak bardzo, że ledwo była w stanie zrozumieć samą siebie. – Tak bardzo cię przepraszam, Samaelu.
Obejmujący ją mężczyzna zesztywniał, jakby rażony prądem. Kiedy spojrzała na niego przez rozstawione palce, przekonała się, że zastygł w bezruchu, dosłownie taksując ją wzrokiem. Błękitne oczy rozszerzyły się do granic możliwości, nieznacznie tylko pociemniałe przez nadmiar emocji. Blada twarz nie wyrażała niczego, to jednak nie miało dla Ariany żadnego znaczenia.
Pamiętała. W końcu, po wszystkich tych tygodniach…
Mimo zmęczenia wyprostowała się niczym struna, w następnej chwili dosłownie rzucając na Samaela. To był impuls, któremu poddała się równie gwałtownie, co i w chwili, w której zdecydowała się rzucić z klifu. Miała go przy sobie. Siedział tuż obok, znajomy i w pełni żywy, jakby nic złego nie miało miejsca. Odnaleźli się, zresztą jak zwykle, a jednak przez tyle czasu nie potrafiła tego dostrzec. Zraniła go, odrzucając akurat wtedy, gdy jej dusza najbardziej go potrzebowała – i to zaraz po tym, jak złamała złożoną mu obietnicę.
Poczuła wilgoć pod powiekami, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której jej wargi odnalazły drogę do ust Samaela. To było równie nagłe i gwałtowne co wcześniej, kiedy siedziała z nim w samochodzie, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy postradała zmysły. Teraz nareszcie rozumiała wszystko, łącznie z przyjemnym ciepłem, które rozeszło się po całym jej ciele. Rozumiała, dlaczego go pragnęła, dlaczego chciała być obok i…
Palenie w gardle nie ustępowało, jednak tym razem nie próbowała usprawiedliwiać go wspomnieniem tego, że się topiła. Głód dawał jej się we znaki, sprawiają, że kły Ariany wysunęły się samoistnie. Nerwowo zacisnęła usta, po czym z jękiem odsunęła się, za wszelką cenę próbując powstrzymać od spoglądania na szyję obejmującego ją mężczyzny.
– Ariano…? Ariano! – W jego głosie pobrzmiewała niepewność. – Wszystko w porządku? Czy ty…?
– Czym ty jesteś? – przerwała, bezceremonialnie wchodząc mu w słowo.
Brwi Samaela jak na zawołanie powędrowały ku górze. Wyglądał na zdezorientowanego i zafascynowanego zarazem, chociaż trudno było jej jednoznacznie określić, jakie targały nim emocje. Mętlik w głowie czynił wszystko o wiele bardziej skomplikowany, przez co nawet nie potrafiła stwierdzić, w jaki sposób tak naprawdę powinna się do niego zwracać – Samael czy może jednak Nicholas, jak to zdarzało się do tej pory.
– Hm… Pytasz mnie czy moje wcielenie? – zapytał w końcu, a ona cicho warknęła, bez trudu wychwytując nieco złośliwą nutę w jego głosie. Na żarty mu się zbierało?
– Wiesz o co pytam! – obruszyła się.
Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że w odpowiedzi usłyszy śmiech. Samael wpatrywał się w nią i śmiał się w najlepsze, wyglądając na kogoś, kto doskonale bawił się jej kosztem.
Gniew, który nagle poczuła, na krótką chwilę wytrącił ją z równowagi. Choć osłabione ciało wyraźnie przed tym protestowało, poderwała się na równe nogi, zaciskając dłonie w pięści i wpatrując się w siedzącego przed nią mężczyznę z rozdrażnieniem.
– Wróciłaś do mnie – usłyszała.
Jeśli do tej pory była zdezorientowana, jego słowa dodatkowo wszystko skomplikowały.
– A co to niby miało znaczyć?
– Alyssa nie wyglądała na kogoś, kto mógłby się tak ciskać. – Samael posłał jej blady uśmiech. – Również nie Alyssa obściskiwałaby się ze mną w samochodzie, chociaż…
– Kpisz sobie ze mnie?
– Ależ skąd! – zreflektował się pośpiesznie. – Raczej niedowierzam. Czekałem na ciebie tyle czasu…
Jego głos jak na zawołanie złagodniał, tym samym sprawiając, że się rozluźniła. Westchnęła cicho, potrząsając z niedowierzaniem głową. Czuła się sobą, ale nie w takim stopniu jak zazwyczaj. W równym stopniu była Alyssą, co i Arianą, te dwie natury zaś mieszały się ze sobą do tego stopnia, że już sama nie była pewna, czego chce albo powinna chcieć.
Samael przemieścił się, stając na tyle blisko, by móc jej dotknąć. Nawet nie zawahała się, kiedy ostrożnie ujął obie jej dłonie w swoje, delikatnie je pocierając.
– Dlaczego mi to zrobiłaś? – zapytał nagle, a wampirzyca zamarła, nagle zaniepokojona. – Obiecałaś mi. Musisz pamiętać, że mi obiecałaś!
Coś w oskarżycielskim tonie jego głosu sprawiło, że nie była w stanie odpowiedzieć. Jedynie potrząsnęła głową, świadoma wyłącznie narastającego uścisku w gardle. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, bezradnie spoglądając na stojącego przed nią mężczyznę.
Pieczenie pod powiekami przybrało na sile. Samael momentalnie na to zareagował, bezceremonialnie ujmując jej twarz w dłonie i zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. Niebieskie oczy wyrażały tylko i wyłącznie troskę.
– Dlaczego, Ariano? – nie dawał za wygraną. – Dlaczego wtedy skoczyłaś?
– Dlaczego? – powtórzyła z niedowierzaniem. Wypowiadanie kolejnych słów przychodziło jej z trudem. – Bo mnie zostawiłeś. Obiecałeś, że wrócisz, a jednak mnie zostawiłeś!
Skoczyła na niego jak rozjuszona kotka, nagle mając ochotę go uderzyć. Zablokował jej ruch z taką wprawą, że aż zamarła, bardziej niż wcześniej porażona tym, jak dobrze ją znał. Zawsze tak było.
A potem z jego ust padły ostatnie słowa, które spodziewałaby się usłyszeć.
– Tyle że ja wróciłem. Wróciłem tylko po to, by zobaczyć, jak moja bratnia dusza popełnia samobójstwo…
No i co ja mogłabym tutaj dodać? Czekałam na ten rozdział, chociaż do samego końca nie byłam pewna, w jaki sposób przedstawić ten moment. Ostatecznie trochę popłynęłam i chyba jestem z tego zadowolona, ale ostateczną ocenę jak zwykle pozostawiam Wam.
Jak zwykle dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. A przy okazji pozwolę sobie zaprosić na „Dead Silence”, czyli moje nowe dziecko: KLIK.
Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz