Alyssa
Dryfowała w ciemnościach. Spadała, chociaż nie
tak gwałtownie, jak dotychczas, kiedy nawiedzał ją ten sen. W efekcie
wrażenie było znajome i obce zarazem, co na krótką chwilę wytrąciło
dziewczynę z równowagi. Gdzieś na granicy jej świadomości czaił się ból,
co również wydawało się czymś, czego już doświadczyła, ale nie potrafiła sobie
przypomnieć kiedy i w jakich okolicznościach. Nie pamiętała niczego,
nawet własnego imienia, a jednak była gotowa przysiąc, że nie przeżywała
tego po raz pierwszy.
Miała wrażenie, że ktoś ją woła.
Słyszała znajomy głos, ten jednak nie dochodził z żadnej konkretnej
strony, zaś po chwili wahania uprzytomniła sobie, że tak naprawdę rozbrzmiewał
wyłącznie w jej głowie. Wypełniał ją całą, a jednak pomimo tego, że
wyraźnie go słyszała i znała, nie potrafiła rozróżnić poszczególnych słów.
Och, nie… To było imię.
Imię, które słyszała już
wcześniej…
Ariano.
W jednej chwili coś się
zmieniło, chociaż początkowo nie potrafiła określić co i dlaczego. Skuliła
się, czując się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś
ciężkim po głowie. Wciąż spadała w nieskończoną ciemność, czekając na coś,
co dopiero miło nadejść, nawet jeśli nie potrafiła tego nazwać. Wciąż słyszała
nawoływanie, coraz wyraźniejsze i głośniejsze, choć może wrażenie to brało
się stąd, że teraz już rozumiała jak brzmiało raz po raz powtarzane imię.
Ariana. Za każdym razem, kiedy
rozbrzmiewało to słowo, czuła się tak, jakby oślepiało ją światło. Blask
rozpraszał ciemność, a ona nie była w stanie się przed nim bronić. Nie
było ucieczki, bo i dookoła nie istniało nic innego, prócz ciemności, jej
samej oraz niosącego światło imienia.
Ariana, Ariana, Ariana…
Ona była Arianą.
Zrozumienie pojawiło się nagle,
tak silne, że aż zawirowało jej w głowie. Miała wrażenie, że przyjmowała
zupełnie oczywisty fakt. Coś, co powinno być dla niej oczywiste od samego
początku. Przez cały ten czas trwała w ciemnościach, błądząc i uciekając
przed prawdą – i to tylko po to, żeby wylądować tutaj. W tym miejscu
dalsza ucieczka nie była możliwa, z kolei Arianie nie pozostało nic
innego, jak w końcu przyjąć do wiadomości to, co tak naprawdę wiedziała od
samego początku.
Strach zniknął, niosąc ze sobą
nieopisaną wręcz ulgę. Błądziła w ciemnościach, szukając czegoś, czego nie
potrafiła nazwać, teraz zaś w końcu to odnalazła.
Wspomnienia wróciły.
I wtedy zrozumiała jak umarła.
~*~
Rozpacz i gniew
wydawały się jednością. Ariana szła przed siebie, trochę jak w transie,
nie do końca świadoma tego, co i dlaczego robiła. Łzy płynęły, ale to
działo się jakby poza nią. Z równym powodzeniem mogłaby stać w strugach
deszczu, a pewnie nawet nie zwróciłaby na to uwagi. Ta sama obojętność
towarzyszyła jej za każdym razem, gdy gałęzie drzew nachylały się ku niej,
wplątując się we włosy albo szarpiąc ubranie.
Jeden z wystających ponad ziemię korzeni zaczepił się o tren
jej sukienki. „Stój, proszę!” – wydawała się komunikować natura, ale Ariana
zdecydowanie nie zamierzała się zatrzymać. Szarpnęła się, bez wahania
rozdzierając materiał. Szybkim krokiem ruszyła dalej, po chwili rzucając się do
biegu, byleby tylko wyrwać się z gęstwiny i jak najszybciej dotrzeć
do celu.
Był piękny letni dzień, a jednak czuła się jak w samym środku
zimy. Drżała od nadmiaru emocji, z trudem hamując szloch. Wypłakała dość,
łzy zresztą w najmniejszym stopniu nie przynosiły ukojenia. Zresztą… To
nie był pierwszy raz, prawda? Trwali w tym nieskończonym cyklu tak długo,
że już dawno powinna się przyzwyczaić. Przecież tak naprawdę się tego
spodziewała, choć gdyby miała wybierać, wolałaby, żeby w pierwszej
kolejności padło na nią.
Spuściła głowę, w milczeniu spoglądając na ledwo widoczną ścieżkę.
Wiedziała dokąd prowadzi. Natura mogłaby ją zatrzymywać, bez trudu wyczuwając
intencje swojej pani, ale to nie miało dla niej znaczenia. Już zdecydowała, zresztą
nie pierwszy raz zamierzając zakończyć wszystko własnymi rękami. Ona i Samael
znów przegrali, ale to nie było dla niej istotne. Najwyżej spróbują raz
jeszcze. Prędzej czy później będą mieli kolejną szansę.
– Skłamałeś mi – szepnęła w pustkę. – Ale to nic. Ja też
skłamałam.
Coś ścisnęło ją w gardle. Gorycz przybrała na sile, a Ariana
zapragnęła roześmiać się histerycznie. Jakże egoistycznym było to, że wolałaby
umrzeć, byleby nie przechodzić przez to, co teraz? W każdym cyklu modliła
się o to, by śmierć w pierwszej kolejności upomniała się właśnie o nią.
Jeśli to wciąż nie byłby ostatni raz, zmuszając ich do kolejnych prób, pragnęła
być pierwsza. Może i była egoistką, ale te pragnienia wydawały się
silniejsze od niej.
Jeśli kogoś musiała zabrać śmierć, niech padnie na nią. Wszystko,
byleby raz jeszcze nie doświadczać bólu, który przeszywał ją za każdym razem,
gdy jej dusza rozpadała się na kawałeczki.
Potknęła się, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Jak
długa wylądowała na ziemi, zaciskając zęby ze złości. Nawet nie jęknęła,
obojętna na ból i kolejne próby natury. Dlaczego tym razem tak się na nią
uwzięła? W przeszłości wystarczyło jedno jej skinienie, by wszystko
dobiegło końca. Gdyby i tym razem żywioł był równie posłuszny, co i zazwyczaj,
doprowadziłaby sprawy do końca już godzinę temu.
Nie pojmowała, skąd brała się ta różnica. Z jakiegoś powodu cały
las wydawał się być przeciwko niej. Drzewa nagle zaczęły rosnąć zbyt gęsto,
gałęzie drapały jej skórę, a korzenie ciągnęły ku ziemi, byleby tylko
powstrzymać ją w miejscu. „Nie idź tam! Nie rób tego!” – jednogłośnie
komunikowało wszystko wokół, bez choćby cienia zainteresowania tym, czego tak
naprawdę chciała.
Czy bez znaczenia było to, że cierpiała? Jej dusza krwawiła, raz po raz
rozpadając się na kawałeczki? Umierała za życia, więc pragnęła przypieczętować
to, co zapoczątkowano z chwilą, w której pojęła, że Samael odszedł.
Oczywiście, obiecała mu coś.
Ale on przysięgał, że do niej wróci.
– Skłamałeś mi…
Wczepiła palce w ziemię, rozdrapując ją paznokciami. Znów zaczęła
płakać, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę było jej wszystko jedno,
zwłaszcza że nikt nie był w stanie tego usłyszeć. Tylko natura wydawała
się niemym świadkiem narastającej w Arianie rozpaczy – z tym, że to
nie miało znaczenia. Moc, która zawsze stała po jej stronie, zawiodła ją w najważniejszej
chwili.
Zacisnęła zęby, nie zamierzając tak po prostu odpuścić. Z trudem
podniosła się na łokciach, w następnej chwili zmuszając się do tego, żeby
wstać. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa, ledwo tylko spróbowała odzyskać pion.
Ciężko osunęła się na kolana, niemalże z goryczą spoglądając na rosnący
tuż przed nią, rozłożysty dąb. Drzewo górowało nad nią, rzucając przyjemny cień
i chroniąc przed próbującymi przedrzeć się przez baldachim liści słoneczny
blask. Ariana lekko zmrużyła oczy, mimowolnie zastanawiając nad tym, jak bardzo
okrutny musiał być świat, skoro wszystko to wydarzyło się akurat dzisiaj.
W ten piękny, letni dzień. Klęczała w sercu tętniącego życiem
lasu, podczas gdy słońce dogrzewało, czyniąc wszystko bardziej urokliwym i wyrazistym.
Gdyby sytuacja była inna, zachwycałaby się soczystą zielenią liści, pięknem otaczającej
ją natury i jakże charakterystycznymi dla gęstwiny zapachami. Z radością
spacerowałaby po okolicy, czerpiąc siłę z żywiołu, który był jej
posłuszny, czekając na powrót jedynej osoby, która…
Nie.
Dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Zamrugała kilkukrotnie, kiedy
obraz zaczął rozmazywać się przed oczami. Musiała wziąć się w garść,
chociaż to było trudne, a ciało z takim uporem odmawiało jej
posłuszeństwa. Jeszcze chwila, jeszcze momencik… Mocniej napięła mięśnie, z wysiłkiem
zmuszając się do tego, by poderwać się na równe nogi. Niewiele brakowało, żeby
znów wylądowała na ziemi, ale tym razem nie pozwoliła sobie na upadek.
Poruszając się trochę jak w transie, wyprostowała się, raz jeszcze spoglądając
na górujące nad nią drzewo.
– Pozwól mi odejść – rzuciła w przestrzeń. Nawet nie zastanawiała
się, do kogo tak naprawdę kierowała te słowa. – Pozwól mi za nim pójść.
Nie otrzymała odpowiedzi. Ta w gruncie rzeczy nie miała znaczenia,
tak jak i wszystko to, co działo się wokół niej. Otarła dłonie o ubranie,
pozostawiając na już i tak brudnym materiale ślady ziemi i świeżej
krwi. Odrzuciła włosy na plecy, po czym czujnie rozejrzała się dookoła, chcąc upewnić
się, że wciąż była sama. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że nagle
zapanowała niemalże nienaturalna, martwa cisza. Tkwiła w samym środku
lasu, a jednak nie słyszała niczego, do czego przyzwyczaiła ją zwykle tętniąca
życiem natura – żadnego śpiewu ptaków czy choćby łagodnego szumu poruszanych
letnim wiatrem liści.
Ta cisza powinna ją przerazić, a jednak Ariana odebrała ją jako
przyzwolenie, którego tak bardzo potrzebowała.
Pamiętała, co obiecała Samaelowi. To, w jaki sposób zarzekała się,
że nigdy więcej nie pozwoli się skrzywdzić, jeśli jemu coś się stanie. Zapewniała
go, że będzie silna, nawet jeśli jego zabraknie. Nie chciał, żeby kończyła cykl
z jego powodu, zaś kiedy prosił, Ariana posłusznie potakiwała, gotowa obiecać
mu dosłownie wszystko. Prosto było mówić, gdy jeszcze trzymał ją w ramionach,
zapewniając, że wróci i nie ma się czego obawiać.
Z tym, że już wtedy oboje zdawali sobie sprawę z tego, że kłamała.
On zresztą też, o czym przekonała się, kiedy Skyler dosłownie splunęła jej
w twarz, z satysfakcją wyrzucając z siebie tych kilka, jakże
raniących słów.
Ariana zacisnęła pokrwawione palce. Z równie wielką satysfakcją,
którą okazała demonica informując ją o śmierci Samaela, sama wyrwała kochanicy
Lucyfera serce. Przez moment niemalże czuła się dobrze, mogąc zaciskać palce na
trzepocącym się rozpaczliwie narządzie i być świadkiem, jak nieszczęsny
mięsień uderza po raz ostatni. Aż do momentu, w którym zapanowała
nieprzenikniona cisza.
Teraz zamierzała złamać obietnicę.
Oboje ją złamali.
Nic więcej nie zatrzymało jej, kiedy ruszyła w dalszą drogę. Co
prawda korzenie kilka razy jeszcze zaczepiały się o ubranie albo wplątywały
we włosy Ariany, to jednak przypominało raczej troskliwe, pocieszające
muśnięcia, aniżeli faktyczną próbę zatrzymywania jej. W końcu podjęła decyzję.
Natura mogła teraz co najwyżej to przyjąć, w absolutnej ciszy towarzysząc swojej
pani w ostatniej wędrówce.
Nie zarejestrowała momentu, w którym drzewa zaczęły się rozstępować.
Chwilę później wyszła z lasu, jak gdyby nigdy nic zatrzymując się na
krawędzi klifu. Słony zapach morza miał coś oszałamiającego. Wiatr rozwiał jej
włosy, ciskając lokami w twarz, co na chwilę ją oślepiło. To przypominało
słaby, ostatni sprzeciw, który tak czy siak zamierzała zignorować.
Nagle poczuła się tak, jakby znalazła się na samym skraju świata. Wystarczył
jeden krok, by zanurzyła się w lodowatych, jakże spokojnych objęciach morskiej
toni. Wiatr przybrał na sile, woda raz po raz obmywała ścianę klifu. Słońce
muskało twarz i skórę Ariany, ale już nie uważała ładnej pogody za coś
niewłaściwego. Poniekąd wydało jej się to nawet pocieszające. Tkwiła na skraju
klifu, w miejscu, gdzie wszystkie żywioły wydawały się łączyć w jedno,
i po prostu czuła się spokojna.
Mimowolnie się uśmiechnęła. Nie sądziła, że w ogóle będzie do tego
zdolna, a jednak gest przyszedł jej z łatwością. Co więcej, był
szczery – zupełnie naturalny, tak jak i narastające w niej poczucie,
że robiła dobrze.
Spróbują jeszcze raz. Zresztą jak zawsze.
Ostrożnie rozłożyła ramiona. Balansowała na krawędzi, bynajmniej nie
obawiając się tego, że mogłaby spaść. Zamknęła oczy, nie tyle ze strachu, co
żeby łatwiej zebrać myśli. Czy było coś, co mogli z Samaelem zrobić inaczej?
Próbowała zrozumieć, gdzie tym razem popełnili błąd, ale poza goryczą nie była w stanie
wykrzesać z siebie niczego więcej. A przecież byli tak blisko. Gdyby Samaelowi
udało się wrócić, na dodatek z odłamkiem, który…
Teraz to już i tak nie miało znaczenia.
Wypuściła powietrze ze świstem. Czuła się zadziwiająco spokojna, ale to
było dobre. Już nie płakała, w zamian uśmiechają się w nieco złośliwy,
wyzywający sposób. Jeśli ojciec gdzieś tutaj był, pragnęła, żeby ją zobaczył. Nie
pierwszy raz próbowała z nim igrać, nie zamierzając pozwolić na to, by
doszedł do wniosku, że wygrał. Och, nie, więcej nie zamierzała płakać. Ot
kolejna przeszkoda, nic więcej. Do następnego razu, bo przecież jak zawsze
zamierzała mu się przeciwstawić.
Decyzję podjęła nagle, nie zamierzając dać sobie czasu na wycofanie. To
było niczym impuls, który zadecydował o tym, że miała dość. W jednej
chwili tkwiła na krawędzi klifu, w następnej bezceremonialnie rzucając się
przed siebie. Wystarczył ułamek sekundy, by straciła grunt pod nogami, w zamian
stopniowo zapadając się w pustkę. Przez monet unosiła się w powietrzu,
by w następnej sekundzie boleśnie uderzyć w taflę wody.
Wydało jej się, że ktoś ją wołał, ale to działo się gdzieś jakby poza
nią, odległe i nierzeczywiste. Ciemność otoczyła ją ze wszystkich stron,
atakując tak gwałtownie, że Arianie aż zabrakło tchu. Nie próbowała walczyć,
chociaż jej ciało przez moment buntowało się, zwłaszcza gdy zakrztusiła się
wodą. Tonęła, stopniowo zapadając się coraz niżej i niżej. Niczego już nie
słyszała, zaś początkowy chłód ustąpił miejsca całkowitej obojętności. Z równym
powodzeniem mogłaby trwać w nicości, w jakże spokojnym mroku, który…
~*~
Chyba krzyknęła. Napięła mięśnie, w następnej
sekundzie podrywając się do pionu tak gwałtownie, że wszystko wokół aż
rozmazało jej się przed oczami. Znów usłyszała swoje imię, a potem
poczuła, jak ktoś chwyta ją za ramię. Szarpnęła się, w pierwszym odruchu
gotowa walczyć, ale powstrzymały ją dłonie, które bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
zacisnęły się za jej nadgarstkach.
Zamarła z uniesionymi ku
górze rękoma, wciąż mocno zaciskając pięści. Kręciło jej się w głowie, a skupienie
wzroku na konkretnym punkcie dosłownie graniczyło z cudem. Jedynym, co
przykuło jej uwagę, były oczy – lśniące, niebieskie i jak najbardziej
znajome.
– Alyssa…
Jęknęła cicho. Energicznie potrząsnęła
głową i spróbowała się odsunąć, obojętna na to, że ciało wydawało się
bliskie tego, by odmówić jej posłuszeństwa. Uścisk na nadgarstkach zelżał, więc
oswobodziła ramiona, po czym z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Oddychała
z trudem, wciąż czując się tak, jakby się topiła. Woda wydawała się zalegać
w jej płucach, te zaś paliły żywym ogniem, stopniowo doprowadzając ją do
szaleństwa.
Wyczuła ruch, a chwilę
później ostrożnie otoczyły ją cudze objęcia. Na dłuższą chwilę zamarła,
roztrzęsiona i bliska histerii. W głowie jej wirowało, a myśli
mieszały się ze sobą, tworząc niespójną całość, której nie potrafiła albo
raczej nie chciała zrozumieć. Była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu
i krztusić się łzami, a jednak…
– Przepraszam – wyszeptała, a głos
zadrżał jej tak bardzo, że ledwo była w stanie zrozumieć samą siebie. –
Tak bardzo cię przepraszam, Samaelu.
Obejmujący ją mężczyzna
zesztywniał, jakby rażony prądem. Kiedy spojrzała na niego przez rozstawione
palce, przekonała się, że zastygł w bezruchu, dosłownie taksując ją
wzrokiem. Błękitne oczy rozszerzyły się do granic możliwości, nieznacznie tylko
pociemniałe przez nadmiar emocji. Blada twarz nie wyrażała niczego, to jednak
nie miało dla Ariany żadnego znaczenia.
Pamiętała. W końcu, po
wszystkich tych tygodniach…
Mimo zmęczenia wyprostowała się
niczym struna, w następnej chwili dosłownie rzucając na Samaela. To był
impuls, któremu poddała się równie gwałtownie, co i w chwili, w której
zdecydowała się rzucić z klifu. Miała go przy sobie. Siedział tuż obok,
znajomy i w pełni żywy, jakby nic złego nie miało miejsca. Odnaleźli
się, zresztą jak zwykle, a jednak przez tyle czasu nie potrafiła tego
dostrzec. Zraniła go, odrzucając akurat wtedy, gdy jej dusza najbardziej go
potrzebowała – i to zaraz po tym, jak złamała złożoną mu obietnicę.
Poczuła wilgoć pod powiekami,
ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili,
w której jej wargi odnalazły drogę do ust Samaela. To było równie nagłe i gwałtowne
co wcześniej, kiedy siedziała z nim w samochodzie, mimowolnie
zastanawiając nad tym, czy postradała zmysły. Teraz nareszcie rozumiała
wszystko, łącznie z przyjemnym ciepłem, które rozeszło się po całym jej
ciele. Rozumiała, dlaczego go pragnęła, dlaczego chciała być obok i…
Palenie w gardle nie
ustępowało, jednak tym razem nie próbowała usprawiedliwiać go wspomnieniem
tego, że się topiła. Głód dawał jej się we znaki, sprawiają, że kły Ariany
wysunęły się samoistnie. Nerwowo zacisnęła usta, po czym z jękiem odsunęła
się, za wszelką cenę próbując powstrzymać od spoglądania na szyję obejmującego
ją mężczyzny.
– Ariano…? Ariano! – W jego
głosie pobrzmiewała niepewność. – Wszystko w porządku? Czy ty…?
– Czym ty jesteś? – przerwała, bezceremonialnie
wchodząc mu w słowo.
Brwi Samaela jak na zawołanie
powędrowały ku górze. Wyglądał na zdezorientowanego i zafascynowanego
zarazem, chociaż trudno było jej jednoznacznie określić, jakie targały nim
emocje. Mętlik w głowie czynił wszystko o wiele bardziej
skomplikowany, przez co nawet nie potrafiła stwierdzić, w jaki sposób tak
naprawdę powinna się do niego zwracać – Samael czy może jednak Nicholas, jak to
zdarzało się do tej pory.
– Hm… Pytasz mnie czy moje
wcielenie? – zapytał w końcu, a ona cicho warknęła, bez trudu wychwytując
nieco złośliwą nutę w jego głosie. Na żarty mu się zbierało?
– Wiesz o co pytam! – obruszyła
się.
Spodziewała się wielu rzeczy,
ale nie tego, że w odpowiedzi usłyszy śmiech. Samael wpatrywał się w nią
i śmiał się w najlepsze, wyglądając na kogoś, kto doskonale bawił się
jej kosztem.
Gniew, który nagle poczuła, na
krótką chwilę wytrącił ją z równowagi. Choć osłabione ciało wyraźnie przed
tym protestowało, poderwała się na równe nogi, zaciskając dłonie w pięści i wpatrując
się w siedzącego przed nią mężczyznę z rozdrażnieniem.
– Wróciłaś do mnie – usłyszała.
Jeśli do tej pory była
zdezorientowana, jego słowa dodatkowo wszystko skomplikowały.
– A co to niby miało
znaczyć?
– Alyssa nie wyglądała na kogoś,
kto mógłby się tak ciskać. – Samael posłał jej blady uśmiech. – Również nie
Alyssa obściskiwałaby się ze mną w samochodzie, chociaż…
– Kpisz sobie ze mnie?
– Ależ skąd! – zreflektował się pośpiesznie.
– Raczej niedowierzam. Czekałem na ciebie tyle czasu…
Jego głos jak na zawołanie
złagodniał, tym samym sprawiając, że się rozluźniła. Westchnęła cicho, potrząsając
z niedowierzaniem głową. Czuła się sobą, ale nie w takim stopniu jak
zazwyczaj. W równym stopniu była Alyssą, co i Arianą, te dwie natury
zaś mieszały się ze sobą do tego stopnia, że już sama nie była pewna, czego
chce albo powinna chcieć.
Samael przemieścił się, stając
na tyle blisko, by móc jej dotknąć. Nawet nie zawahała się, kiedy ostrożnie
ujął obie jej dłonie w swoje, delikatnie je pocierając.
– Dlaczego mi to zrobiłaś? –
zapytał nagle, a wampirzyca zamarła, nagle zaniepokojona. – Obiecałaś mi.
Musisz pamiętać, że mi obiecałaś!
Coś w oskarżycielskim tonie
jego głosu sprawiło, że nie była w stanie odpowiedzieć. Jedynie potrząsnęła
głową, świadoma wyłącznie narastającego uścisku w gardle. Otworzyła i zaraz
zamknęła usta, bezradnie spoglądając na stojącego przed nią mężczyznę.
Pieczenie pod powiekami
przybrało na sile. Samael momentalnie na to zareagował, bezceremonialnie
ujmując jej twarz w dłonie i zmuszając do spojrzenia sobie w oczy.
Niebieskie oczy wyrażały tylko i wyłącznie troskę.
– Dlaczego, Ariano? – nie dawał
za wygraną. – Dlaczego wtedy skoczyłaś?
– Dlaczego? – powtórzyła z niedowierzaniem.
Wypowiadanie kolejnych słów przychodziło jej z trudem. – Bo mnie zostawiłeś.
Obiecałeś, że wrócisz, a jednak mnie zostawiłeś!
Skoczyła na niego jak rozjuszona
kotka, nagle mając ochotę go uderzyć. Zablokował jej ruch z taką wprawą, że
aż zamarła, bardziej niż wcześniej porażona tym, jak dobrze ją znał. Zawsze tak
było.
A potem z jego ust padły
ostatnie słowa, które spodziewałaby się usłyszeć.
– Tyle że ja wróciłem. Wróciłem
tylko po to, by zobaczyć, jak moja bratnia dusza popełnia samobójstwo…
No i co ja mogłabym tutaj dodać? Czekałam na ten rozdział, chociaż do samego końca nie byłam pewna, w jaki sposób przedstawić ten moment. Ostatecznie trochę popłynęłam i chyba jestem z tego zadowolona, ale ostateczną ocenę jak zwykle pozostawiam Wam.Jak zwykle dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. A przy okazji pozwolę sobie zaprosić na „Dead Silence”, czyli moje nowe dziecko: KLIK.Do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz