Carlos
Wiedział, że prędzej czy
później musiało do tego dojść. Powrót do domu był ostatnim, czego chciała, ale
po odprowadzeniu Mary i długich godzinach bezsensownego krążenia po
mieście, zmusił go do podjęcia decyzji. Nadchodzący świt również, chociaż
Carlos już dawno zdążył przywyknąć do niekończącej się ucieczki przed światłem
dnia.
Miał złe
przeczucia, ale te wydawały mu się czymś w pełni naturalnym. Przez jakiś
czas myślał nawet, że zostawienie Alyssy z problemami, które mieli, nie
było uczciwe, ale szybko zdusił w sobie poczucie winy. Przez wieki doszedł
do takiej wprawy w odcinaniu się od emocji, że nawet nie musiał się
wysilać, by tego dokonać. Do głowy zresztą by mu nie przyszło, że gniew
skumuluje się na kimś innym niż on, zwłaszcza że Ali od samego początku była
traktowana przez wszystkich jak członek rodziny. No, prawie, ale irytująca
blondyna przecież się nie liczyła.
Pierwszym,
co powitało go już od progu, była przenikliwa cisza. Cudownie się zapowiada, pomyślał z przekąsem, z powątpiewaniem
rozglądając się po przedpokoju. Nasłuchiwał, ale nic nie wskazywało na to, by
milczenie miało zostać przerwane w najbliższym czasie. W teorii tego
też mógł się spodziewać, ale z jakiegoś powodu spokój wydał mu się
nienaturalny. Chyba tak naprawdę sądził, że Jason już na wstępie rzuci mu się
do gardła, a potem zaczną ciskać sobą po całym domu, ostatecznie roznosząc
wszystko wokół w pył.
Poniekąd
chyba na to liczył – na okazję, by w końcu się wyładować i przynajmniej
przez moment nie myśleć, a po prostu działać.
Zacisnął
usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed zawołaniem kogokolwiek.
Nigdzie nie czuł Alyssy, choć bez wątpienia wróciła, bo jej zapach wciąż
wypełniał powietrze. Jasona i Nadii również, a jednak…
–
Zadowolony z siebie jesteś?
Natychmiast
zwrócił się ku schodom. Nadia przystanęła na samej górze, po czym z wolna
ruszyła w jego stronę. Poruszała się powolnym, w pełni ludzkim
krokiem, może nawet mniej żwawo, niż mógłby oczekiwać po człowieku. W zasadzie
wyglądała jak siódme nieszczęście i wyjątkowo nie uważał tak tylko
dlatego, że był złośliwy.
Cóż, Alyssa
bez wątpienia pojawiła się w domu. Najpewniej zdążyła również przekazać
złe wieści, skoro stojąca przed Carlosem kobieta wyglądała tak, jakby w krótką
chwilę postarzała się przynajmniej o dekadę. Wampiry z natury były
blade, ale w przypadku Nadii chodziło o coś więcej. W zasadzie
ta równie dobrze mogłaby uchodzić za ducha albo żywego trupa, co też nie było
aż tak dalekie od rzeczywistości. Wciąż miała napuchnięte oczy, co
jednoznacznie dało mu do zrozumienia, że musiała płakać. To, że w ogóle
zdecydowała się pokazać w takim stanie – i to na dodatek jemu –
również nie było normalne.
Carlos
zawahał się, przez ułamek sekundy niemalże jej współczując. Natychmiast zdusił
w sobie to uczucie, ale wciąż gdzieś tam było – z tym, że przecież
tak naprawdę nie zmieniało niczego. Co więcej, zdecydowanie nie było pretekstem
do przerwania ciszy, która zapadła między nimi. Mógł szukać odpowiednich słów,
żeby dyskutować z Nadią, ale oboje wiedzieli, że nie było niczego, co
w obecnej sytuacji zabrzmiałoby dobrze. Nie, jeśli te słowa padłyby akurat
z jego ust.
Wampirzyca
zatrzymała się w połowie prowadzących w dół stopni. Zastygła w bezruchu,
zaciskając palce na poręczy, zupełnie jakby tylko to pozwalało jej utrzymać się
w pionie. Błękitne oczy wydawały się nienaturalnie duże, poza tym
błyszczały w sposób wystarczająco jednoznaczny, by uprzytomnić mu, że
Nadia wciąż powstrzymywała się od płaczu. Carlos postrzegał ją w taki
sposób, że niemalże spodziewał się, że kobieta za moment rzuci się na niego
z pazurami, klnąc na czym świat stoi i zanosząc się szlochem, a jednak…
Cisza.
Przenikliwa,
pierdolona cisza.
Obserwował
ją w milczeniu, po prostu ciągnąc tę szopkę. Zresztą komu miał się
tłumaczyć. Jej? Nie sądził, żeby w ogóle chciała słuchać, nie wspominając
o tym, że w ogóle nie czuł potrzeby, by cokolwiek mówić. Z drugiej
strony, być może powinien zrobić chociaż tyle. Nie znał Nadii, ale zdążył
zauważyć dość, by pojąć, że ona i Eleonora miały ze sobą jakiś związek.
– Cóż… –
Jego głos zabrzmiał nienaturalnie, ale postanowił to zignorować. – Szczęście to
pojęcie względne, zwłaszcza w obecnej sytuacji, ale…
– Jesteś
beznadziejny.
Jej reakcja
nie zaskoczyła go w nawet najmniejszym stopniu. Nieprzychylne spojrzenia
Nadii nie były niczym nowym, w gruncie rzeczy wydając się Carlosowi czymś
tak oczywistym, że prędzej poczułby się nieswojo gdyby nagle przestała się tak
zachowywać. Różnica polegała na tym, że zamiast pyskatej, pewnej siebie
kobiety, która otworzyła mu drzwi w noc, w którą pojawił się w tym
domu, miał przed sobą… cień. Chyba to słowo najlepiej opisywało Nadię w tamtej
chwili – tak bladą, chwiejącą się na nogach i zachowującą tak, jakby było
jej wszystko jedno, co się wydarzy.
To na swój
sposób wydało mu się znajome. Podejrzewał, że wyglądał niewiele lepiej, kiedy
umarła Mistery.
– Nikt nie
kazał jej z nami jechać – oznajmił, ale coś w tych słowach sprawiło,
że zapragnął momentalnie je wycofać. Och,
Carlos…, odezwał się cichy głosik z jego głowie, ale nawet to nie
przekonało go, że powinien zamilkać. – Zrobiła to, bo chciała. Nie ukrywaliśmy
z Alyssą, że…
– To twoje
wyjaśnienie? – zapytała natychmiast Nadia, kolejny raz wchodząc mu w słowo.
Nawet nie potrafił mieć jej tego za złe. – Zaciągnąłeś Eleonorę na pewną
śmierć, a teraz… Czy ty w ogóle cokolwiek czujesz?
Nie.
Z uporem
milczał, niezdolny wykrztusić z siebie chociażby słowa. Jakby to miało
znaczenie…!
– Michael
już wie?
Nadia
gniewnie zmrużyła oczy. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc i pomyślał
nawet, że jednak doprowadził ją do ostateczności, ale wampirzyca wcale nie
zaczęła krzyczeć. Wyglądała raczej tak, jakby w ułamku sekundy uleciała
z niej cała energia, pozostawiając po sobie wyłącznie pustkę.
Miał przed
sobą porcelanową, pozbawioną jakichkolwiek emocji laleczkę.
– Jakie to
ma znaczenie, co? – Zamilkła, potrząsając z niedowierzaniem głową. –
Zwłaszcza dla ciebie, co? Spieprzaj stąd.
– To mój
dom – zaoponował natychmiast.
Spodziewał
się wielu rzeczy, ale nie tego, że mogłaby się roześmiać. Było w tym coś
histerycznego, a kiedy przyjrzał się jej twarzy, przekonał się, że w istocie
zaczęła płakać. Co więcej, wydawała się tego nie dostrzegać, uspokajając się
tak błyskawicznie, że wydało mu się to wręcz niepokojące. Mimowolnie spiął się,
choć perspektywa odczuwania lęku akurat przy Nadii, wydała mu się wręcz
irracjonalna.
–
Oczywiście – oznajmiła z wyraźną goryczą. – Wciąż masz tu więcej do
powiedzenia niż ja, prawda? Nawet ona miała, a teraz… Ale wiesz co? Nie
obchodzi mnie, czy dla ciebie jestem intruzem. Eleonora to jedyna osoba, która
szczerze mnie kochała. Może dla ciebie to nic nie znaczy, ale dla mnie owszem. Choćby
przez wzgląd na nią, to również mój dom.
Najzwyczajniej
w świecie zignorował jej słowa. Chciała w nim zbudzić poczucie winy?
Nie miał pojęcia, ale nie obchodziło go to. Już dawno nauczył się skupiać na
priorytetach, tym zaś zdecydowanie nie była histeryzująca Nadia.
– Zapytam
jeszcze raz. Jeśli nie chcesz mi mówić, to łaski bez, ale wiele byś mi tym
ułatwiła – powiedział ze spokojem, siląc się na obojętność. Jedynie spojrzała
na niego pustym wzrokiem. – Michael wie? Chociaż fakt, to nie istotne… Lepiej
mi powiedz, gdzie jest Alyssa.
– Nie
obchodzi mnie to – stwierdziła bez chwili zastanowienia Nadia. Gdyby wzrok mógł
zabijać, w tamtej chwili jak nic miałaby kogoś na sumieniu. – Wyniosła
się. I całe szczęście, chociaż teraz to już niczego nie zmieni.
– Ja… Co
takiego?
– Głuchy
jesteś? – Kobieta bez słowa odwróciła się do niego plecami, zamierzając wrócić
na piętro. – Jason wyrzucił ją z domu.
Zareagował
momentalnie, zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi. W ułamku
sekundy pokonał dzielącą go od Nadii odległość, chwytając ją za przód bluzki
i w całkowicie pozbawiony subtelności sposób przyciskając kobietę do
poręczy. Nachylił się w jej stronę, odsłaniając kły i dysząc tak
gwałtownie, jakby właśnie wziął udział w maratonie. Ręce nieznacznie mu
zadrżały, w miarę jak musiał powstrzymywać się, by przypadkiem nie zrobić
wampirzycy krzywdy.
– Gdzie…?!
– wychrypiał, czując narastającą z każdą kolejną sekundą panikę.
Cholera jasna, księżniczko!
Jakkolwiek
nieprzewidywalna bywała Alyssa, z łatwością mógł sobie wyobrazić, w jaki
sposób zareagowała na Jasona. W zasadzie wciąż nie docierało do niego, że
jego brat mógłby jakkolwiek źle potraktować akurat tę dziewczynę. Z drugiej
strony, znając porywczość Jase’a, być może powinien się tego spodziewać. Co
więcej, jakoś nie miał wątpliwości, że ta uparta dziewczyna jak nic usłuchała
i po prostu wyszła z domu, kierując się cholera wie gdzie. Jeszcze
w Nowym Jorku dręczyły ją wyrzuty sumienia, chociaż Carlos miał wrażenie,
że całą winą mimo wszystko obarczała jego.
Aż
wzdrygnął się od nadmiaru emocji. Bardziej stanowczo naparł na Nadię, przez
dłuższą chwilę świadom wyłącznie narastającego gniewu. Jak mogli do tego
dopuścić?! Gdyby wiedział wcześniej, że Alyssa…
Czyjeś
dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jego ramionach. Ktoś zdecydowanym
ruchem odciągnął go od Nadii, w następnej sekundzie bezceremonialnie
spychając ze schodów. Carlos warknął, po czym błyskawicznie poderwał się na
równe nogi. Upadek nie był w stanie go zabić, nie wspominając o faktycznej
możliwości zranienia. W zasadzie nawet nie poczuł bólu, a jedynie
silniejszą niż do tej pory frustrację, dodatkowo napędzaną przez świadomość, że
ktokolwiek mógłby go zaatakować. Napiął mięśnie, instynktownie przybierając
pozycję obronną i próbując pozbyć się czerwonej mgiełki, która wydawała
się zniekształcać wszystko to, co widział, wyostrzając kontury i sprawiając,
że podsuwane przez zmysły bodźce jawiły mu się jako coś wyrazistszego niż
zazwyczaj.
A potem
jego wzrok w końcu spoczął na potencjalnym przeciwniku i wszelakie
negatywne emocje po prostu zniknęły.
Carlos
bezradnie zwiesił ramiona, w milczeniu wpatrując w Michaela. Nadia
kuliła się za jego plecami, wciąż wtulona w barierkę schodów. Ona również
wpatrywała się w najstarszego z Sorentich, zaś w jej oczach
w końcu pojawiły się jakieś emocje. Pustka ustąpiła miejsca trosce i swego
rodzaju obawie, widocznej tym wyraźniej w sposobie, w jaki kobieta
niepewnie wyciągnęła przed siebie rękę.
– Michaelu…
– zaczęła, ale ten wydawał się jej nie słyszeć.
Nie
przypominał sobie, by kiedykolwiek widział brata w takim stanie. To nie
tak, że jakkolwiek wątpił w to, czy Michael potrafił się obronić. Każdy z nich
był niebezpieczny i w razie potrzeby nie zawahałby się zabić, nie
zmieniało to jednak faktu, że najstarszy z nich był zarazem tym
najbardziej opanowanym. Carlos nie miał pewności, czego tak naprawdę spodziewał
się po Michaelu, ale coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że momentalnie
zapragnął się ewakuować.
W tamtej
chwili pierwszy raz poczuł, że nie był w tym miejscu mile widziany. To nie
był pierwszy raz, gdy znajdował się w takiej sytuacji, a jednak z jakiegoś
powodu ta świadomość naprawdę go dotknęła. Może chodziło o to, że akurat
ten z braci spoglądał na niego w ten sposób, a może o coś
zupełnie innego, nie zmieniało to jednak faktu, że Carlos poczuł się co
najmniej nieswojo. Dotychczasowy spokój gdzieś zniknął, pozwalając dość do
głosu emocjom, które wampir wolałby trzymać na dystans. Przez krótką chwilę
wszystko znów było nie takie jak powinno, na dodatek w stopniu, przy
którym nie potrafił już udawać, że to wszystko nie miało znaczenia.
– O rany…
– wyrwało mu się. Wyprostował się, po czym z wolna zrobił krok naprzód,
nie odrywając wzroku od zasłaniającego Nadię brata. – To nie powinno tak
wyglądać.
– Masz
rację – padło w odpowiedzi.
Płaskie
słowa, bez modulacji. Na swój sposób wydało się to Carlosowi gorsze, niż gdyby
doczekał się wyrzutów i krzyków.
Nieznaczne
potrząsnął głową, za wszelką cenę próbując wziąć się w garść.
– Mickey…
Wampir
drgnął, przez moment wyglądając na bliskiego, by rzucić się do ataku. Zupełnie
jakby samo brzmienie skrótu, który zwykle z kpiną stosował Carlos,
podziałało na niego jak kubeł lodowatej wody.
– To nie
powinno tak wyglądać – powtórzył z wolna Michael, starannie akcentując
każde kolejne słowa. – Już dawno powinienem patrzeć na wszystko co robisz przez
palce, a jednak… Carlos, do cholery!
Przekleństwo
zabrzmiało dziwnie w jego ustach. Podniesiony ton również wydał się czymś
nienaturalnym, a najmniejszym nawet stopniu nie panując do Michaela.
To, że ten
nagle ruszył się z miejsca, wysuwając kły i dosłownie materializując
przed Carlosem, tym bardziej.
– Czy ty
kiedyś w końcu dorośniesz? Przestaniesz patrzeć tylko na siebie? – Michael
energicznie potrząsnął głową. – Za każdym razem widzisz mnie i Jasona
dopiero wtedy, gdy masz kłopoty. Zawsze byliśmy na twoje skinienie, gdy tylko
tego potrzebowałeś. Cokolwiek by się nie działo, mogłeś szukać tutaj pomocy, a jednak…
– Nagle urwał, już tylko gniewnie wpatrując się w Carlosa. – A wiesz
dlaczego? Bo jesteś naszym bratem. Bo wierzyłem, że rodzina znaczy dla ciebie
chociaż odrobinę tego, co dla mnie.
W żaden
sposób nie skomentował tych słów. W milczeniu wpatrywał się w Michaela,
po prostu słuchając i nie będąc w stanie wykrztusić z siebie
chociażby słowa. Z uporem odsuwał od siebie emocje, trzymając je na
dystans, choć przecież gdzieś tam były – narastały w jego wnętrzu, dając
mu się we znaki o wiele bardziej, niż mógłby sobie tego życzyć. Przez
krótką chwilę miał nawet ochotę odwrócić wzrok, ale powstrzymał się, mając
wrażenie, że to tak naprawdę byłoby najgorszym, co mógłby zrobić.
Jakby tego
było mało, w jakimś stopniu sądził, że Michael miał rację. Nie we
wszystkim, ale z jakiegoś powodu nie potrafił zaprotestować nawet w tych
kwestach, których nie zamierzał przyjąć do wiadomości. To wydawało się bez sensu,
zwłaszcza że aż za dobrze pamiętał, w jaki sposób sam reagował po śmierci
Mistery. Różnica polegała na tym, że Eleonora nie była martwa, a przynajmniej
miał taką nadzieję. Wciąż uważał, że zrobili z Alyssą najlepsze, co
mogliby, zważywszy na sytuację. Gdyby wtedy zawrócili, najpewniej wszyscy
byliby martwi, a tak…
Z tym, że
szczerze wątpił, by którykolwiek z tych argumentów wystarczył, by cokolwiek
zmienił. Mimo wszystko nie mógł powstrzymać się od przerwania przeciągającej
ciszy, gotów przysiąc, że gdyby tego nie zrobił, najzwyczajniej w świecie
by oszalał.
– Eleonora nie…
Uświadomił
sobie, że popełnił błąd. Nie miał pewności, w którym momencie, przez
moment myśląc nawet, że brat jakimś cudem wychwycił część tego, co chodziło mu
po głowie. Może chodziło właśnie o to, a może sam fakt wypowiedzenia
mienia jego żony. Cokolwiek nie byłoby przyczyną, rozjuszyło Michaela na tyle,
by jednak rzucił się do ataku.
W teorii z łatwością
mógł uniknąć ciosu – pod warunkiem, że naprawdę wierzyłby, że akurat ten z jego
braci byłby w stanie go uderzyć. Ta świadomość jednak dotarła do niego
dopiero w chwili, w której już zatoczył się, wytrącony z równowagi
nie tylko siłą wymierzonego w twarz ciosu, co i jego precyzją. Jasna cholera, Mickey, ty to masz cela!,
pomyślał z niedowierzaniem, czując posmak krwi w ustach i rozchodzący
się błyskawiczne, palący ból w szczęce.
Wycofał
się, w pośpiechu materializując po drugiej stronie pomieszczenia.
Machinalnie przybrał pozycję obronną, z trudem przymuszając do zachowania
spokoju. Wszystko w nim aż rwał się do kontrataku, ale stanowczo zdusił w sobie
to pragnienie. Okej, możliwe, że na to akurat sobie zasłużył. Tak trochę,
zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że akurat Michaela udało mu się wytrącił z równowagi.
Ciągnięcie tej farsy jedynie pogorszyłoby sytuację, nie wspominając o tym,
że Carlos wcale nie chciał walczyć. Cokolwiek by się nie wydarzyło, przecież
dobrze wiedział, że tym razem powinien oberwać i to nawet mocniej.
Machinalnie
dotknął twarzy, coraz intensywniej czując nie tylko ból, ale przybierające na sile
mrowienie. Wtedy uprzytomnił sobie, że brat równie dobrze mógł mu coś złamać, ale
to nie miało znaczenia. Ciało i tak samo z siebie zaczęło się regenerować,
nie pozostawiając nawet śladu możliwych urazów, zresztą tak jak i wtedy, gdy
zleciał ze schodów, gdy Michael odepchnął go od Nadii.
Jeśli o nią
chodziło, wciąż tkwiła w tym samym miejscu, z wyraźnym
niedowierzaniem obserwując sytuację. Przybrała taką pozycję, jakby chciała się wtrącić,
ale – na całe szczęście – nie zdecydowała się tego zrobić. Ostatnim, czego im
było trzeba, to rozemocjonowana kobieta, która nagle pojawiłaby się między
nimi. Carlos zresztą nie łudził się, aż nazbyt świadom, kogo Nadia chciała
ochronić. Zupełnie jakby podejrzewała, że w przypływie gniewu mógłby
rozszarpać własnego brata!
Och, no dalej! Nie rób ze mnie potwora
większego niż jestem, co?!
Nerwowym
ruchem otarł usta. Widok krwi na wierzchu dłoni go nie zaskoczył, chociaż
podejrzewał, że pęknięta warga zaleczyła się, nim w ogóle dotarło do
niego, co się wydarzyło. Nieznacznie chwiał się na nogach od nadmiaru emocji, zwłaszcza
ledwo hamowanego gniewu, którego przecież nie powinien czuć. Jakby tego było
mało, poza puszczającymi nerwami, czuł jeszcze narastającą gdzieś w jego
wnętrzu panikę. To było dziwne uczucie, którego nie doświadczył nigdy wcześniej
– silne, podpowiadające mu, że ktoś go potrzebował…
Alyssa. Jasna
cholera, wciąż był jej stwórcą.
Pełna
napięcia cisza dzwoniła mu w uszach. Wątpliwości dawały we znaki do tego
stopnia, że ledwo mógł to wytrzymać. Miał ochotę po prostu wyjść, ale z jakiegoś
powodu nie potrafił ruszyć się z miejsca. Obserwował Michaela, najzwyczajniej
w świecie czekając… Sam nie był pewien na co. Na jakąkolwiek oznakę tego,
że najgorsze mieli już za sobą? Że emocje opadły i…?
A potem rozdzwonił
się jego telefon, wręcz wdzierając w przenikliwą ciszę.
Dźwięk wydawał
się nienaturalnie głośny i na dłuższą chwilę skutecznie wytrącił z równowagi
wszystkich wokół. Nadia drgnęła, po czym zamrugała nieprzytomnie, jakby wyrwana
ze snu. W oczach Michaela również pojawiło się coś bardziej ludzkiego,
jakby dopiero w to sprawiło, że drgnął niespokojnie, wciąż jednak nie
ruszył się z miejsca, ani nie próbował rozluźnić. Milczał, z uwagą
obserwując Carlosa i czekając na jego reakcję.
Wampir
zawahał się, w pierwszym odruchu zamierzając zignorować telefon, ale coś
nie pozwoliło mu tego zrobić. Nie odrywając wzroku od brata, sięgnął po telefon
i, bez patrzenia na wyświetlacz, odebrał, po czym przycisnął komórkę do ucha.
– Cokolwiek
to jest, nie mam czasu – wycedził przez zaciśnięte zęby i chciał się
rozłączyć, ale powstrzymał go urywany, rozdzierający szloch.
Na moment
zamarł, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś zdzielił go czymś
ciężkim po głowie. Wyprostował się niczym struna, bardziej stanowczo chwytając
telefon, zupełnie jakby w ten sposób mógł szanse łatwiej rozwiać targające
nim wątpliwości.
Rozpoznał
ten głos.
– Tori? –
rzucił z wahaniem, tym razem o wiele łagodniej. To, że mogłaby zadzwonić
akurat do niego, gdy dosłownie krztusiła się łzami, brzmiało jak marny żart. –
Victoria, czy ty płaczesz? Dzieciaku, do jasnej cholery! – obruszył się, kiedy w odpowiedzi
usłyszał stłumiony, wyraźnie przerażony jęk.
– P-pomóż
mi… Carlos, proszę – wyszeptała tak cichym i drżącym głosem, że ledwo był w stanie
ją zrozumieć. Nigdy wcześniej nie słyszał jej w takim stanie i to
wystarczyło, żeby zrozumiał, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. Tori nie
płakała z byle powodu. – Wujku, błagam cię.
Gwałtownie
zaczerpnął powietrza. Cokolwiek się działo, nie było normalne. Jej słowa, ton i to,
w jaki sposób się do niego zwracała…
Coś
ścisnęło ją w gardle ze zdenerwowania. Jeśli to miał być żart, zamierzał
osobiście jej nakopać i to tak, by nie pozbierała się przez miesiąc.
– Co się
stało?
Odpowiedziała
mu cisza.
Właśnie jestem w autobusie do Łodzi, a że przede mną kilka godzin jazdy, to trzeba jakoś spożytkować czas. :D Na ten rozdział czekałam długo, choć i tak zmienił się przez tych kilka lat, które spędziłam na planowaniu całości. I chyba mi się podoba, zwłaszcza że to perspektywa Carlosa. Zaczyna się dziać, bo – cóż, moi drodzy! – weszliśmy w finał, więc teraz już z górki do epilogu. ;>Dziękuję za obecność! Tak więc z mojej strony to tyle i do napisania wkrótce.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz