29 sierpnia 2018

Rozdział LXX

Victoria
Tylko chłód i cisza. To oraz wspomnienie słodkiego zapachu, który majaczył gdzieś w jej pamięci.
Dryfowała w nicości, oszołomiona i niezdolna do zebrania myśli. Czuła, że było coś ważnego, co powinna sobie przypomnieć, ale to również okazało się niemożliwe. Cisza dzwoniła jej w uszach, równie uciążliwa, co i nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Bolała ją głowa, chociaż dobrze wiedziała, że to zdecydowanie nie było normalnym stanem, zwłaszcza dla kogoś kto – jakby nie patrzeć – pozostawał nieśmiertelny. Co z tego, że wciąż miała w sobie sporo z człowieka, skoro to ta wampirza cząstka w większości przypadków przejmowała kontrolę?
Nie tym razem. Ból był prawdziwy, tak jak i porażająca wręcz słabość, która stopniowo ogarniała całe jej ciało. Tori tkwiła gdzieś w samym środku pustki, dosłownie tonąc w ciemnościach. Instynkt podpowiadał, że w tym stanie nie było nic dobrego i powinna się obudzić, ale mimo wszystko nie potrafiła się na to zdobyć. Nie widziała powodu, dla którego miałaby z tym stanem walczyć, skoro była aż tak bardzo zmęczona.
Co się stało?
To jedno pytanie nie dawało jej spokoju. Pojawiło się nagle, w jednej chwili przejmując kontrolę i przysłaniając wszystko inne. Zanim zdążyła się zastanowić, uczepiła się go dosłownie jak koła ratunkowego, nieudolnie próbując znaleźć odpowiedź.
Pamiętała, że pojechała do miasta. Chciała się zabawić, zamiast ciągle kryć po kątach i przypominać sobie, że na każdym kroku mogło czekać niebezpieczeństwo. Pokłóciła się z Megan, mimo całej miłości do niej uważając, że wampirzyca była przewrażliwiona. Rozumiała przecież powagę sytuacji, ale – na litość Boską! – naprawdę nie sądziła, żeby izolowanie się od świata zewnętrznego, było jakimkolwiek rozwiązaniem. Nie chciała do końca życia chować się po kątach i zachowywać jak potencjalna zwierzyna łowna. Zresztą co złego mogłoby się stać w zatłoczonym centrum handlowym…?
Najwyraźniej wiele. O ile jakimś cudem nie zabalowała, nie upiła się i właśnie nie doświadczała najgorszej odmiany kaca…
Ale przecież wiedziała, że to nie tak. Początkowo broniła się przed tą myślą, jakby odsunięcie od siebie prawdy mogło sprawić, że wszystko w cudowny sposób stanie się łatwiejsze. Z tym, że to zdecydowanie nie działało w ten sposób. Czuła niepokój, równie intensywny, co i napierający ze wszystkich stron chłód. Zadrżała, a w następnej sekundzie paniczny strach ścisnął ją za gardło, kiedy przypomniała sobie, co miało miejsce.
Stała przy samochodzie. Rozmawiała przez telefon z Meg, a później…
Czyjeś ręce chwytające ją od tyłu. Słodki, obezwładniający zapach – ten sam, który towarzyszył jej do tej pory.
Otworzyła oczy, gwałtownie mrugając i rozglądając dookoła. Leżała na czymś nieprzyjemnie twardym i zimnym, jakby mało było, że panujący dookoła chłód już i tak dawał się jej we znaki. Czuła się dziwnie zesztywniała, choć nie sądziła, żeby to miało związek ze zbyt długim trwaniem w jednej pozycji. Natychmiast spróbowała usiąść i aż syknęła, kiedy zawirowało jej w głowie. Czuła się ociężała, ciało zaś dosłownie ciągnęło ją w dół, jakby ważyło tonę. Z trudem utrzymała się w pozycji siedzącej, ostatecznie prostując się i zwieszając nogi z czegoś, co wyglądało jak przytwierdzona do ściany, metalowa półka.
Jedynie tyle dostrzegła w niewielkim, pogrążonym w ciemnościach pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Pierwszym, co zwróciło jej uwagę, był zarys drzwi – znajdujący się tuż na wyciągnięcie ręki, zajmujący większą część ściany prostokąt. Natychmiast poderwała się na równe nogi, w następnej sekundzie zataczając w jego stronę. Musiała przytrzymać się drzwi, żeby nie upaść, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Nogi wciąż miała jak z waty, kiedy dosłownie zmaterializowała się przy wyjściu, na oślep próbując odnaleźć klamkę. Serce podeszło jej do gardła, kiedy w miejscu, w którym – przynajmniej teoretycznie – natrafiła palcami na pustkę.
Oddech dziewczyny gwałtownie przyśpieszył, nagle płytki i urywany. Znów pociemniało jej przed oczami, ale nie pozwoliła sobie na utratę przytomności. Czuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Jej myśli wirowały, mieszały się ze sobą i tworzyły niespójny kalejdoskop pragnień i emocji, którego w żaden sposób nie potrafiła uporządkować.
Uspokój się. Musisz się uspokoić…
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, po czym przytrzymała je w płucach. Dopiero po kilku sekundach z wolna odetchnęła, próbując skupić się wyłącznie na oddychaniu – na miarowym nabieraniu i wypuszczaniu powietrza. Gorączkowo próbowała zadecydować, co zrobić, ale w głowie wciąż miała pustkę. Do głodu po raz kolejny doszedł strach, paraliżując i skutecznie wypierając wszystko inne.
Gdzieś w pamięci zamajaczyły jej słowa Carlosa o tym, że lęk bywał słabością. W tamtej chwili zrozumiała, że wampir miał rację, choć zdecydowanie nie wyobrażała sobie, że przyjdzie jej to pojąć akurat w takich okolicznościach. Mimo wszystko uchwyciła się tych słów, próbując myśleć jak najbardziej logicznie. Gdziekolwiek była, nie mogła tutaj zostać. Tkwienie przy drzwiach i załamywanie rąk zdecydowanie nie miało jej w tym pomóc.
Wciąż czuła się dziwnie, kiedy z trudem ruszyła się z miejsca. Poruszając się trochę jak w transie i wciąż chwiejąc na nogach, odsunęła się od wyjścia, chcąc nie chcąc podążając w głąb swojej małej celi. Zamarła na samym środku, bezradnie rozglądając dookoła. Przynajmniej oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności, dzięki czemu była w stanie skupić się na szczegółach, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Pomijając metalową półkę, która dotychczas służyła jej za łóżko, nie widziała niczego – ani mebli, ani nawet pojedynczego przedmiotu, który mogłaby wykorzystać, żeby spróbować się wydostać.
Poczuła pieczenie pod powiekami. Znów zamrugała, próbując pozbyć się cisnących się do oczu łez, ale to okazało się równie bezskuteczne, co i jej starania, by choć po części zredukować lęk. Nie miała pojęcia, w jaki sposób udawało się to Carlosowi, ale sama nie potrafiła nad sobą zapanować. Emocje raz po raz wymykały jej się spod kontroli, wysuwając się na pierwszy plan. Traciła czas na krztuszenie się powietrzem i hamowanie łez, niezdolna podjąć jakiejkolwiek decyzji. Czuła chwytającą ją za gardło panikę, bezradnie miotając się na prawo i lewo, jakby w ten sposób miała szansę cokolwiek zdziałać.
Z tym, że to nie działało. Nadal trwała w dokładnie tym samym miejscu, zapłakana i sparaliżowana strachem. Wciąż drżąc, raz jeszcze dopadła do drzwi i naparła na nie całym ciałem, ale ani drgnęły. Spróbowała odsunąć się i uderzyć w nie z rozpędu (na tyle, na ile pozwalała malutka, długa na co najwyżej pięć małych kroków cela), ale również to okazało się z góry skazane na niepowodzenie. Tori wydawał się zaskoczony, zdławiony okrzyk, kiedy odczuła siłę zderzenia z drzwiami w całym ciele i z jękiem osunęła się na kolana. Pochyliła się do przodu, targana mdłościami i wciąż płacząc, czego już nawet nie próbowała ukrywać. Szlochała bezgłośnie, dławiąc się łzami, ale mimo wszystko próbując robić wszystko, byleby nie hałasować bardziej, aniżeli było to konieczne.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem się modliła. Te słowa przyszły same z siebie wypełniając jej umysł i brzmiąc na najbardziej spójny, sensowny komunikat, na jaki była w stanie się zdobyć. Przez moment koncentrowała się wyłącznie na tym – na kolejnych wersach, jakby jakiekolwiek słowa miały szansę przynieść jej ukojenie. Przez krótką chwilę niemalże w to wierzyła, po kilku ciągnących się w nieskończoność minutach będąc w stanie uspokoić się na tyle, by przestać niekontrolowanie drżeć.
Przełknęła z trudem, czując nieprzyjemne pieczenie w przełyku. Głód pojawił się nagle, nie aż tak intensywny, by zaczęła z jego powodu szaleć, ale mimo wszystko nieprzyjemny. Machinalnie uniosła dłoń do gardła i niepewnie muskając palcami odsłoniętą szyję. Pod wpływem impulsu zaczęła badać skórę, próbując wyczuć ślady ugryzień i jakiekolwiek rany, ale wszystko wskazywało na to, że nikt nie próbował jej skrzywdzić, kiedy była nieprzytomna. Czegokolwiek chciał od nie potencjalny oprawca, nie była to krew – przynajmniej na razie.
Dłuższą chwilę jeszcze koncentrowała się już nie tylko na szyi, ale całym ciele, ale nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy coś było nie tak. Pomijając wciąż dające jej się we znaki zawroty głowy, nie czuła się źle. Prawdziwie uciążliwe były chłód oraz słabość, co mimo wszystko uznała za dobry znak. Na myśl przychodziło jej aż nazbyt wiele gorszych scenariuszy tego, co mogłoby ją spotkać w czasie, który spędziła w tym miejscu. Możliwe, że mimo wszystko dopisywało jej szczęście.
Przynajmniej na razie.
Ze ściśniętym gardłem, znów spróbowała dźwignąć się na nogi. Przyszło jej to z trudem, ale próbowała o tym nie myśleć. W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że śniła się tak, jakby wciąż śniła – odległa i tak bardzo nierzeczywista… Podejmowała decyzje, ale to działo się jakby poza nią. Jej zmysły były przytłumione, z trudem radząc sobie z interpretacją bodźców. Nie do tego zdążyła się przyzwyczaić, aż nazbyt świadoma jak daleko mogła się posunąć dzięki tej wampirzej cząstce, którą w sobie miała.
Teraz czuła się trochę tak, jakby to zniknęło. Trwała w samym środku jakiegoś chorego koszmaru, bezbronna i zagubiona. Zmęczenie coraz intensywniej dawało o sobie znać, sprawiając, że Tori miała ochotę skulić się na podłodze, zamknąć oczy, a potem liczyć na to, że znów uda jej się zasnąć. Ciemność wydawała się o wiele bezpieczniejsza, zresztą Victoria miała wrażenie, że lepiej było nie sprawdzać, co mogło czekać ją w tym miejscu.
Jeśli to był sen, chciała się obudzić. Gdyby tylko wiedziała, w jaki sposób miałaby tego dokonać…
Cichy metaliczny zgrzyt doszedł do niej jakby z oddali. Dźwięk zabrzmiał nienaturalnie, aż w pierwszym odruchu pomyślała, że nie był prawdziwy. Z jękiem chwyciła się za głowę, przysłaniając dłońmi uszy. Zastygła w bezruchu, bojąc się poruszyć, a co dopiero obejrzeć przez ramię na wciąż zamknięte drzwi.
To brzmiało, jakby ktoś przekręcił klucz w zamku. Ta myśl ją przerażała, zwłaszcza gdy w panice zaczęła zastanawiać się nad tym, kto mógłby po nią przyjść. Napięła mięśnie, próbując sobie wyobrazić, że w chwili pojawienia się intruza, byłaby w stanie z warknięciem rzucić mu się do gardła, ale aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, ze nie ma na co liczyć.
Oczywiście, że nie byłaby  w stanie. Najwyraźniej nawet we śnie nie potrafiła się obronić.
A jednak kolejne sekundy mijały, podczas gdy drzwi pozostawały zamknięte. Zawahała się, mimo obaw znajdując w sobie dość odwagi, by na nie spojrzeć. Niepewnie zrobiła krok naprzód, a potem kolejny, aż znalazła się tuż przed zimną metalową powierzchnią. Zamarła w oczekiwaniu, wciąż roztrzęsiona, chociaż już przynajmniej nie była w stanie płakać. Łzy powoli wysychały na policzkach, jedynie podsycając odczuwany przez Tori chłód.
Była gotowa przysiąc, że cała wieczność minęła, zanim w końcu odważyła się raz jeszcze sprawdzić drzwi. Omal nie wyszła z siebie ze zdenerwowania, kiedy ustąpiły z cichym skrzypnięciem, gdy tylko na nie naparła. Niemożliwe, pomyślała, kolejny raz gotowa przysiąc, że śniła.
Jakkolwiek by nie było, nie wyobrażała sobie nie skorzystać z okazji. Wciąż pełna obaw, ostrożnie wyjrzała na słabo oświetlony korytarz. Nie ufała swoim zmysłom, ale ostatecznie zdecydowała się uwierzyć w to, że nigdzie w pobliżu nie znajdowało się żadne niebezpieczeństwo. Ktokolwiek ją wypuścił, najwyraźniej również odszedł, chociaż trudno było jej stwierdzić czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
Prawo czy lewo?
Nerwowo przygryzła dolną wargę, opamiętując się dopiero w chwili, w której poczuła w ustach metaliczny posmak krwi. Natychmiast przeciągnęła językiem po ranie, by móc łatwiej ją zaleczyć. Głód znów doszedł do wniosku, ale Tori zdołała go zignorować. Pieczenie w gardle zresztą nieznacznie rozjaśniło jej w gardle, przy okazji uprzytomniając, że wciąż tkwiła w miejscu, aż prosząc się o to, żeby spotkało ją coś złego.
Na oślep zdecydowała się skręcić w lewo. To był impuls, któremu po prostu się poddała, nie chcąc dalej tracić czasu. W pierwszym odruchu zapragnęła rzucić się do biegu, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu, wytrącona z równowagi zawrotami głowy. Z trudem stawiała kolejne kroki, jeden za drugim, dla pewności podtrzymując się ściany, żeby nie upaść. Próbowała utrzymać miarowe, szybkie tempo, ale to przychodziło jej z trudem. Ciało wciąż miała jak z ołowiu, ociężałe i tak zesztywniałe, że wciąż miała wrażenie, iż chwila nieuwagi wystarczy, by pociągnęło ją z powrotem w pustkę. Czuła, że ciemność wciąż wisi gdzieś nad nią, gotowa momentalnie się nad nią zamknąć.
Zadrżała na samą myśl. Natychmiast spróbowała się odciąć od niechcianych bodźców i skupić na miarowym podążaniu przed siebie, ale nie była w stanie. Chociaż w końcu była w stanie zdziałać coś więcej, niż tylko bezmyślnie tkwić w celi, wcale nie czuła się dzięki temu lepiej. Szła przed siebie, ale równie dobrze nadal mogłaby stać, gotowa przysiąc, że tak naprawdę wciąż zmierzała donikąd.
Nie wiedziała, co robić.
I bała się. Tak bardzo się bała…
Wierzchem dłoni spróbowała otrzeć łzy, te jednak nieustannie cisnęły jej się do oczu. Coś ścisnęło ją w gardle na samą myśl o tym, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdowała. Potrzebowała planu, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Gubiła się we własnych myślach i miejscu, którego nawet nie znała.
Trudno było jej określić, jaką funkcję mógł pełnić budynek, w którym się znajdowała. Błądziła po korytarzu, pełnym bliźniaczo podobnych, zamkniętych drzwi. Przynajmniej początkowo próbowała je sprawdzać, ale szybko przekonała się, że to bez sensu. Co prawda mogła próbować je wyważyć, ale już przy próbie zmierzenia się z koniecznością opuszczenia celi, przekonała się, że nie będzie do tego zdolna. Coś ją osłabiało, zresztą wiedziała, że wyłamanie zamka wiązałoby się ze zbyt wielkim zamieszaniem, a na to nie mogła sobie na razie pozwolić. Jak długo nie miała pewności, czy za zamkniętymi drzwiami znajdowało się wybawienie, ryzyko nie miało sensu, wręcz zakrawając o głupotę.
Musiała poszukać wyjścia. Gdziekolwiek była, musiały istnieć jakieś główne drzwi albo okno, którym mogłaby uciec. Skupiła się na tej myśli, uznając, że to najlepszy plan, na jaki było ją stać. Na sam początek musiał wystarczyć, a przynajmniej do tego próbowała przekonać samą siebie, w duchu raz po raz powtarzając sobie, że wszystko będzie w porządku. Przecież musiało być.
Chciała tego czy nie, nie potrafiła we własne zapewnienia uwierzyć.
Korytarz nagle się skończył, chociaż w oszołomieniu tego nie zauważyła. Zorientowała się dopiero w chwili, w której omal nie wpadła na inne od pozostałych, dwuskrzydłowe drzwi. Spojrzała na nie w oszołomieniu, po chwili wahania dochodząc do wniosku, że cały korytarz wyglądał trochę jak oddział szpitalny. Coś w tym skojarzeniu kolejny raz przyprawiło ją o dreszcze, ale sama myśl o tym, że mogłaby w jakiś sposób określić miejsce, w którym się znajdowała, wydała się Tori obiecująca.
Więc gdzie tak naprawdę była – w podziemiach czy na którymś z wyższych pięter? Nie miała pojęcia, ale czuła, że ustalenie tego będzie istotne. Dla pewności obejrzała się przez ramię i raz jeszcze rozejrzała po opustoszałym korytarzu, skupiając przede wszystkim na ścianach, w poszukiwaniu jakiegokolwiek planu budynku. Ostatecznie zadowoliła się wiszącym pod sufitem znakiem wyjścia ewakuacyjnego, który ostatecznie przekonał ją do próby sforsowania drzwi, przed którymi wciąż stała.
Skrzydło ustąpiło, ledwo tylko nacisnęła klamkę. Wyjrzała na kolejny korytarz, z ulgą przyjmując fakt, że również był opustoszały. Co więcej, wyglądał zupełnie inaczej niż ten, w którym znajdowała się wcześniej. Zawahała się, mrugając nieco nieprzytomnie, co najmniej zdezorientowana widokiem hallu żywcem wyjętego z jakiejś gustownie urządzonej rezydencji.
Z powątpiewaniem spojrzała na wyściełający podłogę, burgundowy dywan, prowadzący wprost do kolejnego korytarza. Zdobiona tapeta pewnie trzymała się ścian, dodatkowo obwieszonych różnorodnymi obrazami w złotych ramach. Z portretów spoglądały na nią postacie, których nie rozpoznawała, choć coś w ich wyglądzie i wyrazach twarzy sprawiało, że poczuła się nieswojo. Kiedy z wolna ruszyła przed siebie, była wręcz gotowa przysiąc, że oczy nieznajomych wodziły za nią wzrokiem, śledząc każdy jej krok. To sprawiło, że Tori machinalnie przyśpieszyła, szybciej niż do tej pory pokonując kolejne metry. Z niejaką ulgą odkryła, że przy odrobinie szczęścia mogłaby nawet pobiec, zupełnie jakby w chwili, w której opuściła przypominające szpital piętro, tym samym choć częściowo doszła do siebie.
To miejsce nie jest normalne, pomyślała w oszołomieniu, przez moment bliska tego, by histerycznie się roześmiać. Cóż za odkrycie! Biorąc pod uwagę to, że najwyraźniej została porwana, nie śmiałaby oczekiwać niczego innego.
Znów otoczyły ją pozamykane drzwi. Te wyglądały inaczej, przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie wykonanych z jakiegoś drogiego drewna. W milczeniu wodziła wzrokiem po mosiężnych klamkach, bojąc się nacisnąć którąkolwiek z nich. Nasłuchiwała, ale choć towarzyszyła jej wyłącznie cisza, zakłócona własnym, nienaturalnie przyśpieszonym oddechem, wolała nie sprawdzać, co znajdowało się w pokojach. Wyglądały na takie, które mogłyby być zamieszkane, a ostatnim, czego chciała, było przekonać się, stając oko w oko z ewentualnym oprawcą.
Chłód wciąż dawał jej się we znaki. Towarzyszył Tori na każdym kroku, na tyle uciążliwy, że w pewnym momencie otoczyła się ramionami, próbując się rozgrzać. Ostrożnie stąpała przed siebie, podczas gdy miękki dywan pod stopami skutecznie tłumił stawiane przez nią kroki. W tamtej chwili bała się wyłącznie tego, że ktoś byłby w stanie usłyszeć tłukące się w jej piersi serce albo zauważyć, gdyby nagle zdecydował się wyjść na korytarz. Wypatrywała schodów albo czegokolwiek, co sugerowałoby obecność wyjścia, ale zdobiona sień ciągnęła się dalej.
Dobry Boże, jak wielkie jest to miejsce?, pomyślała w oszołomieniu. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, kiedy zaczęła podejrzewać, że coś mogłoby być nie tak. Dookoła panowała nieprzenikniona wręcz cisza, co wydało się Tori równie dziwne, co i brak żywego ducha gdzieś w zasięgu wzroku. Skoro ktoś ją tu przyprowadził, musiał być gdzieś w pobliżu. O osobie, która z jakiegoś powodu wypuściła ją z celi, nie wspominając. Korytarz zresztą sprawiał wrażenie zbyt czystego, by uwierzyła, że budynek nie był zamieszkały. W grę musiała wchodzić więcej niż jedna osoba, chociaż przez panujący dookoła spokój wydawał się temu zaprzeczać.
Coś się zmieniło? Kiedy była nieprzytomna, wydarzyło się coś, przez co wszyscy w pośpiechu się ewakuowali? To brzmiało jak marny żart albo przynajmniej płonne nadzieje, ale ta kwestia i tak nie dawała jej spokoju. W milczeniu wodziła wzrokiem dookoła, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów na wypadek, gdyby to okazało się później przydatne, ale korytarz wydawał się zbyt monotonny, by była w stanie pozwolić sobie na zbyt wiele. Oszołomienie wciąż dawało jej się we znaki, uprzytomniając, że nadal nie była aż tak pełna sił, jak mogłaby sobie tego życzyć.
Jedne z drzwi przykuły jej uwagę. Momentalnie przystanęła, rozszerzonymi oczyma wpatrując się w jedyne otwarte pomieszczenie. Przez szparę między drzwiami a framugą widziała dość, by stwierdzić, że miała do czynienia z gabinetem. Tyle przynajmniej wywnioskowała na widok mosiężnego butka i ciągnącymi się pod ścianami rzędami zapełnionych książkami regałów. Nigdzie nie widziała ani okna, ani potencjalnego użytkownika pomieszczenia, to jednak nie było istotne.
Ne, skoro jej uwagę przykuło coś innego.
Serce Tori zabiło szybciej na widok porzuconego na blacie telefonu komórkowego. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, w pośpiechu przekroczyła próg i dopadła do aparatu. Drżącymi dłońmi ściskając urządzenie, nerwowo obejrzała się przez ramię. Chociaż na korytarzu wciąż panował spokój, w pośpiechu obeszła biurko, po czym schowała się pod nim, w duchu modląc się o to, by nagle nie pojawił się ktoś, kto byłby w stanie ją wyczuć.
Podciągnęła kolana pod brodę, po czym wbiła wzrok w wyświetlacz, lekko mrużąc oczy w odpowiedzi na bijący od niego blask. Omal nie popłakała się z ulgi, kiedy przekonała się, że komórka nie tylko działała, ale na dodatek łapała zasięg.
Bez zastanowienia wpisała pierwszy numer, który udało jej się przywołać z pamięci. Kiedy chwilę później usłyszała znajomy głos, ostatecznie się popłakała.
– Cokolwiek to jest, nie mam czasu…
Uff… Chwilę mi zeszło, ale jestem z tego rozdziału zadowolona, zwłaszcza że czekałam na niego bardzo długo. Wątek Tori to jeden z tych, które miałam zaplanowane od lat, a jednak kiedy przyszło co do czego, zupełnie nie wiem, co robię. Tak czy siak, przychodzę do Was z czymś takim i jak zwykle do Waszej ocenie pozostawiam ostateczny efekt. :3
Jak zwykle dziękuję za obecność. Dodam, że już jakiś czas temu pojawił się kolejny dodatek do serii; krótki one shot zatytułowany: „Co dla ciebie oznacza upadek?”. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji się z nim zapoznać, serdecznie zapraszam tutaj: [KLIK].
A z mojej strony to tyle. Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz