Victoria
Tylko chłód i cisza. To
oraz wspomnienie słodkiego zapachu, który majaczył gdzieś w jej pamięci.
Dryfowała w nicości,
oszołomiona i niezdolna do zebrania myśli. Czuła, że było coś ważnego, co
powinna sobie przypomnieć, ale to również okazało się niemożliwe. Cisza
dzwoniła jej w uszach, równie uciążliwa, co i nieprzyjemne pulsowanie
w skroniach. Bolała ją głowa, chociaż dobrze wiedziała, że to zdecydowanie
nie było normalnym stanem, zwłaszcza dla kogoś kto – jakby nie patrzeć –
pozostawał nieśmiertelny. Co z tego, że wciąż miała w sobie sporo z człowieka,
skoro to ta wampirza cząstka w większości przypadków przejmowała kontrolę?
Nie tym
razem. Ból był prawdziwy, tak jak i porażająca wręcz słabość, która
stopniowo ogarniała całe jej ciało. Tori tkwiła gdzieś w samym środku
pustki, dosłownie tonąc w ciemnościach. Instynkt podpowiadał, że w tym
stanie nie było nic dobrego i powinna się obudzić, ale mimo wszystko nie
potrafiła się na to zdobyć. Nie widziała powodu, dla którego miałaby z tym
stanem walczyć, skoro była aż tak bardzo zmęczona.
Co się stało?
To jedno
pytanie nie dawało jej spokoju. Pojawiło się nagle, w jednej chwili
przejmując kontrolę i przysłaniając wszystko inne. Zanim zdążyła się
zastanowić, uczepiła się go dosłownie jak koła ratunkowego, nieudolnie próbując
znaleźć odpowiedź.
Pamiętała,
że pojechała do miasta. Chciała się zabawić, zamiast ciągle kryć po kątach i przypominać
sobie, że na każdym kroku mogło czekać niebezpieczeństwo. Pokłóciła się z Megan,
mimo całej miłości do niej uważając, że wampirzyca była przewrażliwiona. Rozumiała
przecież powagę sytuacji, ale – na litość Boską! – naprawdę nie sądziła, żeby
izolowanie się od świata zewnętrznego, było jakimkolwiek rozwiązaniem. Nie
chciała do końca życia chować się po kątach i zachowywać jak potencjalna
zwierzyna łowna. Zresztą co złego mogłoby się stać w zatłoczonym centrum
handlowym…?
Najwyraźniej
wiele. O ile jakimś cudem nie zabalowała, nie upiła się i właśnie nie
doświadczała najgorszej odmiany kaca…
Ale
przecież wiedziała, że to nie tak. Początkowo broniła się przed tą myślą, jakby
odsunięcie od siebie prawdy mogło sprawić, że wszystko w cudowny sposób
stanie się łatwiejsze. Z tym, że to zdecydowanie nie działało w ten
sposób. Czuła niepokój, równie intensywny, co i napierający ze wszystkich
stron chłód. Zadrżała, a w następnej sekundzie paniczny strach ścisnął ją
za gardło, kiedy przypomniała sobie, co miało miejsce.
Stała przy
samochodzie. Rozmawiała przez telefon z Meg, a później…
Czyjeś ręce
chwytające ją od tyłu. Słodki, obezwładniający zapach – ten sam, który
towarzyszył jej do tej pory.
Otworzyła
oczy, gwałtownie mrugając i rozglądając dookoła. Leżała na czymś
nieprzyjemnie twardym i zimnym, jakby mało było, że panujący dookoła chłód
już i tak dawał się jej we znaki. Czuła się dziwnie zesztywniała, choć nie
sądziła, żeby to miało związek ze zbyt długim trwaniem w jednej pozycji.
Natychmiast spróbowała usiąść i aż syknęła, kiedy zawirowało jej w głowie.
Czuła się ociężała, ciało zaś dosłownie ciągnęło ją w dół, jakby ważyło
tonę. Z trudem utrzymała się w pozycji siedzącej, ostatecznie
prostując się i zwieszając nogi z czegoś, co wyglądało jak
przytwierdzona do ściany, metalowa półka.
Jedynie
tyle dostrzegła w niewielkim, pogrążonym w ciemnościach
pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Pierwszym, co zwróciło jej uwagę,
był zarys drzwi – znajdujący się tuż na wyciągnięcie ręki, zajmujący większą
część ściany prostokąt. Natychmiast poderwała się na równe nogi, w następnej
sekundzie zataczając w jego stronę. Musiała przytrzymać się drzwi, żeby
nie upaść, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Nogi wciąż miała jak z waty,
kiedy dosłownie zmaterializowała się przy wyjściu, na oślep próbując odnaleźć
klamkę. Serce podeszło jej do gardła, kiedy w miejscu, w którym –
przynajmniej teoretycznie – natrafiła palcami na pustkę.
Oddech
dziewczyny gwałtownie przyśpieszył, nagle płytki i urywany. Znów
pociemniało jej przed oczami, ale nie pozwoliła sobie na utratę przytomności. Czuła
się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Jej
myśli wirowały, mieszały się ze sobą i tworzyły niespójny kalejdoskop
pragnień i emocji, którego w żaden sposób nie potrafiła uporządkować.
Uspokój się. Musisz się uspokoić…
Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza, po czym przytrzymała je w płucach. Dopiero po kilku
sekundach z wolna odetchnęła, próbując skupić się wyłącznie na oddychaniu
– na miarowym nabieraniu i wypuszczaniu powietrza. Gorączkowo próbowała
zadecydować, co zrobić, ale w głowie wciąż miała pustkę. Do głodu po raz
kolejny doszedł strach, paraliżując i skutecznie wypierając wszystko inne.
Gdzieś w pamięci
zamajaczyły jej słowa Carlosa o tym, że lęk bywał słabością. W tamtej
chwili zrozumiała, że wampir miał rację, choć zdecydowanie nie wyobrażała
sobie, że przyjdzie jej to pojąć akurat w takich okolicznościach. Mimo
wszystko uchwyciła się tych słów, próbując myśleć jak najbardziej logicznie.
Gdziekolwiek była, nie mogła tutaj zostać. Tkwienie przy drzwiach i załamywanie
rąk zdecydowanie nie miało jej w tym pomóc.
Wciąż czuła
się dziwnie, kiedy z trudem ruszyła się z miejsca. Poruszając się
trochę jak w transie i wciąż chwiejąc na nogach, odsunęła się od
wyjścia, chcąc nie chcąc podążając w głąb swojej małej celi. Zamarła na
samym środku, bezradnie rozglądając dookoła. Przynajmniej oczy szybko przyzwyczaiły
się do ciemności, dzięki czemu była w stanie skupić się na szczegółach,
ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Pomijając metalową półkę, która
dotychczas służyła jej za łóżko, nie widziała niczego – ani mebli, ani nawet
pojedynczego przedmiotu, który mogłaby wykorzystać, żeby spróbować się
wydostać.
Poczuła
pieczenie pod powiekami. Znów zamrugała, próbując pozbyć się cisnących się do
oczu łez, ale to okazało się równie bezskuteczne, co i jej starania, by
choć po części zredukować lęk. Nie miała pojęcia, w jaki sposób udawało
się to Carlosowi, ale sama nie potrafiła nad sobą zapanować. Emocje raz po raz
wymykały jej się spod kontroli, wysuwając się na pierwszy plan. Traciła czas na
krztuszenie się powietrzem i hamowanie łez, niezdolna podjąć jakiejkolwiek
decyzji. Czuła chwytającą ją za gardło panikę, bezradnie miotając się na prawo i lewo,
jakby w ten sposób miała szansę cokolwiek zdziałać.
Z tym, że
to nie działało. Nadal trwała w dokładnie tym samym miejscu, zapłakana i sparaliżowana
strachem. Wciąż drżąc, raz jeszcze dopadła do drzwi i naparła na nie całym
ciałem, ale ani drgnęły. Spróbowała odsunąć się i uderzyć w nie z rozpędu
(na tyle, na ile pozwalała malutka, długa na co najwyżej pięć małych kroków
cela), ale również to okazało się z góry skazane na niepowodzenie. Tori
wydawał się zaskoczony, zdławiony okrzyk, kiedy odczuła siłę zderzenia z drzwiami
w całym ciele i z jękiem osunęła się na kolana. Pochyliła się do
przodu, targana mdłościami i wciąż płacząc, czego już nawet nie próbowała
ukrywać. Szlochała bezgłośnie, dławiąc się łzami, ale mimo wszystko próbując
robić wszystko, byleby nie hałasować bardziej, aniżeli było to konieczne.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
Nie
pamiętała, kiedy ostatnim razem się modliła. Te słowa przyszły same z siebie
wypełniając jej umysł i brzmiąc na najbardziej spójny, sensowny komunikat,
na jaki była w stanie się zdobyć. Przez moment koncentrowała się wyłącznie
na tym – na kolejnych wersach, jakby jakiekolwiek słowa miały szansę przynieść
jej ukojenie. Przez krótką chwilę niemalże w to wierzyła, po kilku
ciągnących się w nieskończoność minutach będąc w stanie uspokoić się
na tyle, by przestać niekontrolowanie drżeć.
Przełknęła z trudem,
czując nieprzyjemne pieczenie w przełyku. Głód pojawił się nagle, nie aż
tak intensywny, by zaczęła z jego powodu szaleć, ale mimo wszystko
nieprzyjemny. Machinalnie uniosła dłoń do gardła i niepewnie muskając
palcami odsłoniętą szyję. Pod wpływem impulsu zaczęła badać skórę, próbując
wyczuć ślady ugryzień i jakiekolwiek rany, ale wszystko wskazywało na to,
że nikt nie próbował jej skrzywdzić, kiedy była nieprzytomna. Czegokolwiek
chciał od nie potencjalny oprawca, nie była to krew – przynajmniej na razie.
Dłuższą
chwilę jeszcze koncentrowała się już nie tylko na szyi, ale całym ciele, ale
nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy coś było nie tak. Pomijając
wciąż dające jej się we znaki zawroty głowy, nie czuła się źle. Prawdziwie
uciążliwe były chłód oraz słabość, co mimo wszystko uznała za dobry znak. Na
myśl przychodziło jej aż nazbyt wiele gorszych scenariuszy tego, co mogłoby ją
spotkać w czasie, który spędziła w tym miejscu. Możliwe, że mimo
wszystko dopisywało jej szczęście.
Przynajmniej
na razie.
Ze
ściśniętym gardłem, znów spróbowała dźwignąć się na nogi. Przyszło jej to z trudem,
ale próbowała o tym nie myśleć. W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że
śniła się tak, jakby wciąż śniła – odległa i tak bardzo nierzeczywista…
Podejmowała decyzje, ale to działo się jakby poza nią. Jej zmysły były
przytłumione, z trudem radząc sobie z interpretacją bodźców. Nie do
tego zdążyła się przyzwyczaić, aż nazbyt świadoma jak daleko mogła się posunąć
dzięki tej wampirzej cząstce, którą w sobie miała.
Teraz czuła
się trochę tak, jakby to zniknęło. Trwała w samym środku jakiegoś chorego
koszmaru, bezbronna i zagubiona. Zmęczenie coraz intensywniej dawało o sobie
znać, sprawiając, że Tori miała ochotę skulić się na podłodze, zamknąć oczy, a potem
liczyć na to, że znów uda jej się zasnąć. Ciemność wydawała się o wiele
bezpieczniejsza, zresztą Victoria miała wrażenie, że lepiej było nie sprawdzać,
co mogło czekać ją w tym miejscu.
Jeśli to
był sen, chciała się obudzić. Gdyby tylko wiedziała, w jaki sposób miałaby
tego dokonać…
Cichy
metaliczny zgrzyt doszedł do niej jakby z oddali. Dźwięk zabrzmiał
nienaturalnie, aż w pierwszym odruchu pomyślała, że nie był prawdziwy. Z jękiem
chwyciła się za głowę, przysłaniając dłońmi uszy. Zastygła w bezruchu,
bojąc się poruszyć, a co dopiero obejrzeć przez ramię na wciąż zamknięte
drzwi.
To
brzmiało, jakby ktoś przekręcił klucz w zamku. Ta myśl ją przerażała,
zwłaszcza gdy w panice zaczęła zastanawiać się nad tym, kto mógłby po nią
przyjść. Napięła mięśnie, próbując sobie wyobrazić, że w chwili pojawienia
się intruza, byłaby w stanie z warknięciem rzucić mu się do gardła,
ale aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, ze nie ma na co liczyć.
Oczywiście,
że nie byłaby w stanie.
Najwyraźniej nawet we śnie nie potrafiła się obronić.
A jednak
kolejne sekundy mijały, podczas gdy drzwi pozostawały zamknięte. Zawahała się,
mimo obaw znajdując w sobie dość odwagi, by na nie spojrzeć. Niepewnie
zrobiła krok naprzód, a potem kolejny, aż znalazła się tuż przed zimną
metalową powierzchnią. Zamarła w oczekiwaniu, wciąż roztrzęsiona, chociaż
już przynajmniej nie była w stanie płakać. Łzy powoli wysychały na
policzkach, jedynie podsycając odczuwany przez Tori chłód.
Była gotowa
przysiąc, że cała wieczność minęła, zanim w końcu odważyła się raz jeszcze
sprawdzić drzwi. Omal nie wyszła z siebie ze zdenerwowania, kiedy ustąpiły
z cichym skrzypnięciem, gdy tylko na nie naparła. Niemożliwe, pomyślała, kolejny raz gotowa przysiąc, że śniła.
Jakkolwiek
by nie było, nie wyobrażała sobie nie skorzystać z okazji. Wciąż pełna
obaw, ostrożnie wyjrzała na słabo oświetlony korytarz. Nie ufała swoim zmysłom,
ale ostatecznie zdecydowała się uwierzyć w to, że nigdzie w pobliżu
nie znajdowało się żadne niebezpieczeństwo. Ktokolwiek ją wypuścił,
najwyraźniej również odszedł, chociaż trudno było jej stwierdzić czy to dobrze,
czy może wręcz przeciwnie.
Prawo czy lewo?
Nerwowo
przygryzła dolną wargę, opamiętując się dopiero w chwili, w której
poczuła w ustach metaliczny posmak krwi. Natychmiast przeciągnęła językiem
po ranie, by móc łatwiej ją zaleczyć. Głód znów doszedł do wniosku, ale Tori
zdołała go zignorować. Pieczenie w gardle zresztą nieznacznie rozjaśniło
jej w gardle, przy okazji uprzytomniając, że wciąż tkwiła w miejscu,
aż prosząc się o to, żeby spotkało ją coś złego.
Na oślep
zdecydowała się skręcić w lewo. To był impuls, któremu po prostu się
poddała, nie chcąc dalej tracić czasu. W pierwszym odruchu zapragnęła
rzucić się do biegu, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu, wytrącona z równowagi
zawrotami głowy. Z trudem stawiała kolejne kroki, jeden za drugim, dla
pewności podtrzymując się ściany, żeby nie upaść. Próbowała utrzymać miarowe,
szybkie tempo, ale to przychodziło jej z trudem. Ciało wciąż miała jak z ołowiu,
ociężałe i tak zesztywniałe, że wciąż miała wrażenie, iż chwila nieuwagi
wystarczy, by pociągnęło ją z powrotem w pustkę. Czuła, że ciemność
wciąż wisi gdzieś nad nią, gotowa momentalnie się nad nią zamknąć.
Zadrżała na
samą myśl. Natychmiast spróbowała się odciąć od niechcianych bodźców i skupić
na miarowym podążaniu przed siebie, ale nie była w stanie. Chociaż w końcu
była w stanie zdziałać coś więcej, niż tylko bezmyślnie tkwić w celi,
wcale nie czuła się dzięki temu lepiej. Szła przed siebie, ale równie dobrze
nadal mogłaby stać, gotowa przysiąc, że tak naprawdę wciąż zmierzała donikąd.
Nie
wiedziała, co robić.
I bała się.
Tak bardzo się bała…
Wierzchem
dłoni spróbowała otrzeć łzy, te jednak nieustannie cisnęły jej się do oczu. Coś
ścisnęło ją w gardle na samą myśl o tym, w jak beznadziejnej
sytuacji się znajdowała. Potrzebowała planu, ale nic sensownego nie
przychodziło jej do głowy. Gubiła się we własnych myślach i miejscu,
którego nawet nie znała.
Trudno było
jej określić, jaką funkcję mógł pełnić budynek, w którym się znajdowała.
Błądziła po korytarzu, pełnym bliźniaczo podobnych, zamkniętych drzwi.
Przynajmniej początkowo próbowała je sprawdzać, ale szybko przekonała się, że
to bez sensu. Co prawda mogła próbować je wyważyć, ale już przy próbie
zmierzenia się z koniecznością opuszczenia celi, przekonała się, że nie
będzie do tego zdolna. Coś ją osłabiało, zresztą wiedziała, że wyłamanie zamka
wiązałoby się ze zbyt wielkim zamieszaniem, a na to nie mogła sobie na
razie pozwolić. Jak długo nie miała pewności, czy za zamkniętymi drzwiami
znajdowało się wybawienie, ryzyko nie miało sensu, wręcz zakrawając o głupotę.
Musiała
poszukać wyjścia. Gdziekolwiek była, musiały istnieć jakieś główne drzwi albo
okno, którym mogłaby uciec. Skupiła się na tej myśli, uznając, że to najlepszy
plan, na jaki było ją stać. Na sam początek musiał wystarczyć, a przynajmniej
do tego próbowała przekonać samą siebie, w duchu raz po raz powtarzając
sobie, że wszystko będzie w porządku. Przecież musiało być.
Chciała
tego czy nie, nie potrafiła we własne zapewnienia uwierzyć.
Korytarz
nagle się skończył, chociaż w oszołomieniu tego nie zauważyła.
Zorientowała się dopiero w chwili, w której omal nie wpadła na inne
od pozostałych, dwuskrzydłowe drzwi. Spojrzała na nie w oszołomieniu, po
chwili wahania dochodząc do wniosku, że cały korytarz wyglądał trochę jak
oddział szpitalny. Coś w tym skojarzeniu kolejny raz przyprawiło ją o dreszcze,
ale sama myśl o tym, że mogłaby w jakiś sposób określić miejsce, w którym
się znajdowała, wydała się Tori obiecująca.
Więc gdzie
tak naprawdę była – w podziemiach czy na którymś z wyższych pięter?
Nie miała pojęcia, ale czuła, że ustalenie tego będzie istotne. Dla pewności
obejrzała się przez ramię i raz jeszcze rozejrzała po opustoszałym
korytarzu, skupiając przede wszystkim na ścianach, w poszukiwaniu
jakiegokolwiek planu budynku. Ostatecznie zadowoliła się wiszącym pod sufitem
znakiem wyjścia ewakuacyjnego, który ostatecznie przekonał ją do próby
sforsowania drzwi, przed którymi wciąż stała.
Skrzydło
ustąpiło, ledwo tylko nacisnęła klamkę. Wyjrzała na kolejny korytarz, z ulgą
przyjmując fakt, że również był opustoszały. Co więcej, wyglądał zupełnie
inaczej niż ten, w którym znajdowała się wcześniej. Zawahała się, mrugając
nieco nieprzytomnie, co najmniej zdezorientowana widokiem hallu żywcem wyjętego
z jakiejś gustownie urządzonej rezydencji.
Z
powątpiewaniem spojrzała na wyściełający podłogę, burgundowy dywan, prowadzący
wprost do kolejnego korytarza. Zdobiona tapeta pewnie trzymała się ścian,
dodatkowo obwieszonych różnorodnymi obrazami w złotych ramach. Z portretów
spoglądały na nią postacie, których nie rozpoznawała, choć coś w ich
wyglądzie i wyrazach twarzy sprawiało, że poczuła się nieswojo. Kiedy z wolna
ruszyła przed siebie, była wręcz gotowa przysiąc, że oczy nieznajomych wodziły
za nią wzrokiem, śledząc każdy jej krok. To sprawiło, że Tori machinalnie
przyśpieszyła, szybciej niż do tej pory pokonując kolejne metry. Z niejaką
ulgą odkryła, że przy odrobinie szczęścia mogłaby nawet pobiec, zupełnie jakby w chwili,
w której opuściła przypominające szpital piętro, tym samym choć częściowo
doszła do siebie.
To miejsce nie jest normalne, pomyślała w oszołomieniu,
przez moment bliska tego, by histerycznie się roześmiać. Cóż za odkrycie!
Biorąc pod uwagę to, że najwyraźniej została porwana, nie śmiałaby oczekiwać
niczego innego.
Znów otoczyły
ją pozamykane drzwi. Te wyglądały inaczej, przynajmniej na pierwszy rzut oka
sprawiając wrażenie wykonanych z jakiegoś drogiego drewna. W milczeniu
wodziła wzrokiem po mosiężnych klamkach, bojąc się nacisnąć którąkolwiek z nich.
Nasłuchiwała, ale choć towarzyszyła jej wyłącznie cisza, zakłócona własnym, nienaturalnie
przyśpieszonym oddechem, wolała nie sprawdzać, co znajdowało się w pokojach.
Wyglądały na takie, które mogłyby być zamieszkane, a ostatnim, czego chciała,
było przekonać się, stając oko w oko z ewentualnym oprawcą.
Chłód wciąż
dawał jej się we znaki. Towarzyszył Tori na każdym kroku, na tyle uciążliwy, że
w pewnym momencie otoczyła się ramionami, próbując się rozgrzać. Ostrożnie
stąpała przed siebie, podczas gdy miękki dywan pod stopami skutecznie tłumił stawiane
przez nią kroki. W tamtej chwili bała się wyłącznie tego, że ktoś byłby w stanie
usłyszeć tłukące się w jej piersi serce albo zauważyć, gdyby nagle zdecydował
się wyjść na korytarz. Wypatrywała schodów albo czegokolwiek, co sugerowałoby
obecność wyjścia, ale zdobiona sień ciągnęła się dalej.
Dobry Boże, jak wielkie jest to miejsce?,
pomyślała w oszołomieniu. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa,
kiedy zaczęła podejrzewać, że coś mogłoby być nie tak. Dookoła panowała
nieprzenikniona wręcz cisza, co wydało się Tori równie dziwne, co i brak żywego
ducha gdzieś w zasięgu wzroku. Skoro ktoś ją tu przyprowadził, musiał być
gdzieś w pobliżu. O osobie, która z jakiegoś powodu wypuściła ją
z celi, nie wspominając. Korytarz zresztą sprawiał wrażenie zbyt czystego,
by uwierzyła, że budynek nie był zamieszkały. W grę musiała wchodzić
więcej niż jedna osoba, chociaż przez panujący dookoła spokój wydawał się temu
zaprzeczać.
Coś się
zmieniło? Kiedy była nieprzytomna, wydarzyło się coś, przez co wszyscy w pośpiechu
się ewakuowali? To brzmiało jak marny żart albo przynajmniej płonne nadzieje,
ale ta kwestia i tak nie dawała jej spokoju. W milczeniu wodziła
wzrokiem dookoła, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów na wypadek, gdyby
to okazało się później przydatne, ale korytarz wydawał się zbyt monotonny, by
była w stanie pozwolić sobie na zbyt wiele. Oszołomienie wciąż dawało jej
się we znaki, uprzytomniając, że nadal nie była aż tak pełna sił, jak mogłaby
sobie tego życzyć.
Jedne z drzwi
przykuły jej uwagę. Momentalnie przystanęła, rozszerzonymi oczyma wpatrując się
w jedyne otwarte pomieszczenie. Przez szparę między drzwiami a framugą
widziała dość, by stwierdzić, że miała do czynienia z gabinetem. Tyle przynajmniej
wywnioskowała na widok mosiężnego butka i ciągnącymi się pod ścianami rzędami
zapełnionych książkami regałów. Nigdzie nie widziała ani okna, ani
potencjalnego użytkownika pomieszczenia, to jednak nie było istotne.
Ne, skoro
jej uwagę przykuło coś innego.
Serce Tori
zabiło szybciej na widok porzuconego na blacie telefonu komórkowego. Zanim
zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, w pośpiechu przekroczyła próg i dopadła
do aparatu. Drżącymi dłońmi ściskając urządzenie, nerwowo obejrzała się przez
ramię. Chociaż na korytarzu wciąż panował spokój, w pośpiechu obeszła
biurko, po czym schowała się pod nim, w duchu modląc się o to, by
nagle nie pojawił się ktoś, kto byłby w stanie ją wyczuć.
Podciągnęła
kolana pod brodę, po czym wbiła wzrok w wyświetlacz, lekko mrużąc oczy w odpowiedzi na bijący od niego blask. Omal nie popłakała się z ulgi,
kiedy przekonała się, że komórka nie tylko działała, ale na dodatek łapała zasięg.
Bez
zastanowienia wpisała pierwszy numer, który udało jej się przywołać z pamięci.
Kiedy chwilę później usłyszała znajomy głos, ostatecznie się popłakała.
– Cokolwiek
to jest, nie mam czasu…
Uff… Chwilę mi zeszło, ale jestem z tego rozdziału zadowolona, zwłaszcza że czekałam na niego bardzo długo. Wątek Tori to jeden z tych, które miałam zaplanowane od lat, a jednak kiedy przyszło co do czego, zupełnie nie wiem, co robię. Tak czy siak, przychodzę do Was z czymś takim i jak zwykle do Waszej ocenie pozostawiam ostateczny efekt. :3Jak zwykle dziękuję za obecność. Dodam, że już jakiś czas temu pojawił się kolejny dodatek do serii; krótki one shot zatytułowany: „Co dla ciebie oznacza upadek?”. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji się z nim zapoznać, serdecznie zapraszam tutaj: [KLIK].A z mojej strony to tyle. Do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz