Carlos
Pukanie do drzwi przypominało
trochę walenie młota pneumatycznego. Uderzając raz po raz w lśniące,
wylakierowane drewno, Carlos czuł się coraz bardziej zdesperowany. Do diabła,
dlaczego to tyle trwało? Czy można było poruszać się jeszcze wolniej,
zwłaszcza, że mieszkańcami domu były wampiry? Wiedział co prawda, że pojawianie
się w tym miejscu graniczy z szaleństwem, ale o to nie dbał,
skoncentrowany wyłącznie na tym, co musiał i zamierzał zrobić.
Drzwi
w końcu się otworzyły, tak gwałtownie, że gdyby był człowiekiem, pewnie
wpadłby z impetem do środka. Jego wzrok natychmiast spoczął na stojącej
w progu kobiece o urodzie, która niejednego mężczyznę musiała
doprowadzić do obłędu. Zamarł z uniesioną, zwiniętą w pięść dłonią
w powietrzu, bezmyślnie wodząc wzrokiem po smukłej sylwetce stojącej przed
nim wampirzycy. Miała długie, sięgające pasa blond włosy, fiołkowe oczy i urodę
anioła. Pełne, różowe usta zdawały się być stworzone do pocałunków, nie
wspominając o gładkiej, mlecznej skórze, której aż chciało się dotykać,
a która bynajmniej nie wyglądała na tak wytrzymałą, jaką w rzeczywistości
była.
Była
piękna. Co prawda Carlos widział w całym swoim życiu wiele pięknych
kobiet, ale ona miała w sobie coś, co jak najbardziej zasłużyło na uznanie.
Nie zrażała go nawet niechęć w oczach dziewczyny, ani to, że gdyby wzrok
zabijał, pewnie w tym momencie doznałby samozapłonu.
– Co do…? –
zaczęła i przekonał się, że głos również miała piękny, ale nie miał teraz
czasu i ochoty, żeby zachwycać się jej doskonałością.
– Z drogi
– warknął, bezceremonialnie przepychając się tuż obok. Zaskoczona wpuściła go
do przedpokoju, ale zaraz ponownie spróbowała zatrzymać, przez co – nie bez
żalu, bo chętnie postąpiłby z nią inaczej – zmuszony był pchnąć ją na ścianę.
– Do diabła, ogłuchłaś? Przecież prosiłem, żebyś zeszła mi z drogi –
westchnął rozdrażniony.
Jeszcze
kiedy mówił, skierował swoje kroki w stronę pomieszczenia, które – jak mu
się wydawało – musiało być salonem. Piękna wampirzyca ruszyła za nim, ale teraz
trzymała się z daleka, przyczajona gdzieś za jego plecami. Stawanie tyłem
do potencjalnego wroga z logicznego punktu widzenia było co najmniej
niebezpieczne, Carlos jednak był święcie przekonany, że w razie potrzeby da sobie z wampirzycą radę i to bez większego problemu. Co więcej,
kobieta jak na razie nie sprawiała chętnej do podjęcia ryzyka i rzucenia mu
się do gardła, więc tym bardziej nie widział powodu, żeby chociaż odrobinę się
nią przejmować. Nie raz słyszał, że ta pewność siebie go kiedyś zgubi, ale póki co trzymał się świetnie i nic nie zapowiadało tego, żeby ten stan
rzeczy uległ zmianie akurat w tym momencie – a już na pewno nie
z rąk blondynki.
Grzeczna dziewczynka, przeszło mu przez
myśl, ale nie odezwał się na głos. Świadom tego, że wzburzony głos
dziewczyny i jego pojawienie się natychmiast zaalarmowały resztę
mieszkańców, przystanął w progu i opierając się o framugę,
zajrzał do salonu.
Pierwszym,
co go uderzyło, była drażniąca mieszanka bieli i beżu. Zdążył się już
zorientować, że cały dom wygląda imponująco, więc widok wyważonego, urządzonego
ze smakiem wnętrza nie powinien był go zdziwić. Uśmiechnął się pod nosem,
kręcąc z niedowierzaniem głową, zwłaszcza kiedy tuż obok niego przemknęła
jasnowłosa wampirzyca, która otworzyła mu drzwi, a którą potraktował
w dość nieuprzejmy sposób. Kobieta natychmiast podeszła bliżej obecnego w
pomieszczeniu, ciemnowłosego mężczyzny, ten jednak ostentacyjnie ją zignorował.
Nic się nie zmieniło, co nie, Jason?,
pomyślał mimochodem Carlos, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami w
odpowiedzi na zachowanie tego ze swoich braci. Chociaż w rodzinnych stronach
nie było go wystarczająco długo, by pozornie znajoma rezydencja uległa
diametralnej metamorfozie (te jasne wnętrza, luksusy – szli z duchem czasu, nie
ma co), charakter wampira wydawał się równie nieprzystępny, co i kilka dekad
wcześniej.
Jason miał
to do siebie, że w mniej lub bardziej świadomy sposób traktował kobiety z
rezerwą – a już zwłaszcza te, które mogłyby być nim zainteresowane. Problem
polegał na tym, że niezmiennie biedaczki przyciągał, czarując nienagannymi
rysami twarzy, ciemnymi włosami oraz parą lśniących, niebieskich oczu. Kiedy
chciał, potrafił być czarujący, zresztą jak oni wszyscy; w dawnych czasach
dobre maniery nie były niczym nowym, a mężczyźni potrafili zachować się
względem płci przeciwnej w godny im sposób. Teraz i to uległo zmianie, co
jedynie dowodziło, że świat zmieniał się w coraz bardziej negatywny sposób,
nieuchronnie zmierzając do katastrofy.
No cóż,
trudno.
– No, no… –
wymruczał z uznaniem Carlos, kiwając głową i rozglądając się po
pokoju.
Jego
spojrzenie powędrowało ku pozostałej dwójce wampirów – przypatrującego mu się w
uważny, przenikliwy sposób Michaela oraz, co w naturalny sposób bardziej go
zainteresowało, kolejnej blondwłosej piękności, która jak gdyby nigdy nic
tuliła się do jego boku. W przeciwieństwie do dziewczyny, która otworzyła mu
drzwi, ta kobieta czarowała zaskakująco łagodnymi rysami twarzy i spojrzeniem
wystraszonego jelonka. Była urocza, musiał to przyznać, chociaż sądząc po
sposobie, w jaki na niego patrzyła, jego pojawienie się skutecznie wytrąciło ją
z równowagi. Nie jako jedyną zresztą, o czym wybitnie świadczyła przenikliwa,
doprowadzająca do szału cisza.
Och, jakież to miłe…
– O,
bracie. To się dopiero nazywa ciepłe przyjęcie – zadrwił, wykrzywiając usta
w czymś na kształt wymuszonego uśmiechu.
Zrobił krok
do przodu, a przynajmniej spróbował, bo na drodze jak na zawołanie stanął
mu Jason. Gniewnie mrużył oczy, przejawiając coraz silniejszą irytację, w miarę
jak szok zaczął z wolna ustępować miejscu rozdrażnienia. Carlos nie poczuł się
z tego powodu jakoś szczególnie źle, tym bardziej, że jeszcze w drodze do
Seattle brał pod uwagę najróżniejsze scenariusze. To, że zostanie wywalony za
drzwi rodzinnego domu Sorentich, jeszcze zanim zdąży się wytłumaczyć, było jednym z nich.
– Radziłbym
ci się nie zbliżać – powiedział cicho Jason, rzucając ostrzegawcze spojrzenie
wciąż siedzącemu na kanapie Michaelowi.
– Dobry
Boże, od kiedy tak witacie gości? – Carlos potrząsnął głową, coraz bardziej
zniecierpliwiony. Chyba naprawdę łaknęli kłopotów, skoro uparcie przeciągali
jego wizytę w tym miejscu.
Nie
zauważył, kiedy właściwie Michael ruszył się z miejsca. Dopiero cichy jęk kobiety uświadomił mu, że wampir się poruszył. Już w następnej
chwili zatrzymał się za wpatrzonym w Carlosa wampirem, przez moment
wydając się wahać nad tym, jak postąpić – spróbować nad bratem zapanować, czy
może od razu pomóc mu pozbyć się intruza.
– Daj
spokój, Jason – powiedział. Jego głos zdradzał zupełnie coś innego – rodzaj
goryczy, rozżalenia i kontrolowanego gniewu – ale przynajmniej chłopak
posłuchał. Cofnął się o krok, wzrok jednak wciąż miał utkwiony w Carlosie,
jasno dając mu do zrozumienia, że jeśli zrobi cokolwiek głupiego, jego
egzystencja będzie krótsza niż mógłby sobie życzyć – i to bez względu na
łączące ich więzi.
– Co tutaj
się dzieje? – odezwała się blondynka, która otworzyła mu drzwi. Gdyby wzrok
mógł zabijać, pewnie już dawno miałaby kogoś na sumieniu.
– Wyluzuj, blondie – mruknął z rozdrażnieniem. –
Złość piękności szkodzi.
Kobieta
warknęła, po czym zmaterializowała się u boku Michaela, nerwowo zaciskając
usta. Och, tak, zdecydowanie był na dobrej drodze do tego, żeby doprowadzić ją
do szału i to bez zbędnego wysilania się.
– Tylko nie
blondie, dupku! – warknęła pod
wpływem impulsu.
– Dupku?
Serio? – Zaśmiał się w pozbawiony wesołości sposób. – Mogłabyś wymyślić coś
bardziej oryginalnego – powiedział, bynajmniej nieprzejęty wrogimi spojrzeniami.
– Jak widzę, braciszku, zapomniałeś o mnie wspomnieć. A tak swoją
drogą… Ty musisz być Eleonora, prawda? – Jego wzrok spoczął na tej z kobiet,
która chwilę wcześniej tak ufnie tuliła się do Michaela. – Cholera, wybacz, że
nie było mnie na waszym ślubie, ale moje zaproszenie musiało zaginąć gdzieś po
drodze. Niestety, takie życie.
Oczy
wampirzycy rozszerzyły się w geście niedowierzania. Carlos uśmiechnął się
pod nosem, całym sobą chłonąc szok i konsternację, która wręcz emitowała
od wampirów. Dobrze maskując zdenerwowanie, przeczesał palcami ciemne włosy
i poprawił czarną, skórzaną kurtkę, która idealnie opinała jego
odpowiednio umięśnione ramiona. Z błyskiem w rubinowych oczach raz
jeszcze przyjrzał się każdemu z osobna, ostatecznie zatrzymując wzrok na
wpatrzonym w niego Michaelu.
Wampir
jeszcze przez dłuższą chwilę milczał, wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać.
Krótko spojrzał na Eleonorę, być może chcąc ją uspokoić, a ostatecznie gestem
ręki dając jej do zrozumienia, żeby podeszła bliżej.
– To jest
Carlos – powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od twarzy wampira. – Nasz
młodszy brat – dodał, ignorując rozdrażnione spojrzenie Jasona. Dobrze wiedzieć, że już zostałem spisany na
straty, Jase…, pomyślał mimochodem, w ostatniej chwili powstrzymując się od
komentarza.
– Wybaczysz
mi, jeśli żadnego z nich nie uściskam, tylko powiem, żeby przestali się na
mnie gapić? – zagaił spokojnie Carlos, rzucając niechętnie spojrzenie zwłaszcza
stojącemu najbliżej Jasonowi. Ha, podejrzewał, że prędzej wylądowałby na
ścianie, niż doczekał się jakichkolwiek oznak braterskiej miłości. – Tak, ty
również kwiatuszku. Jesteś śliczna, ale ja wyjątkowo nie mam czasu i ochoty
na bycie cierpliwym – dodał, mrugając porozumiewawczo do blondynki, którą
poznał na samym początku.
Odpowiedź
dziewczyny przyprawiłaby o zawrót głowy niejedną dobrze wychowaną kobietę.
Carlos jedynie parsknął śmiechem, obojętny na to, że po raz kolejny wystawiał
nerwy kobiety na próbę. Gdyby dostawał dolara za każdym razem, kiedy ktoś
próbował mu grozić, byłby już milionerem.
– Carlos –
upomniał go Michael, momentalnie poważniejąc. Słysząc ten niemal ojcowski ton,
wampir jedynie wywrócił oczami.
– Nie mamy
już po naście lat, braciszku – westchnął, podchodząc do stojącego najbliżej
fotela. Opadł na mebel, zakładając nogę na nogę i wymownie rozglądając się
dookoła. – Ha, bardzo ładnie się tutaj urządziliście. Troszeczkę zbyt skromnie
jak na mój gust, ale ładnie.
– Dlaczego
tutaj przyszedłeś? – zapytał Michael, chcąc przejść do rzeczy.
Wampir
wydął usta.
– To nie
zabrzmiało zbyt miło, Mickey –
mruknął, ale spoważniał. – Potrzebuję pomocy. Chyba od tego są bracia, prawda?
Swoją drogą, jestem pod wrażeniem. Myślałem, że jednak o mnie wspomnicie,
ale sądząc po minach tych biednych panienek, faktycznie zachowujecie się tak,
jakbym był martwy – zauważył, lekko przekrzywiając głowę.
–
Dotrzymuję obietnic, nawet jeśli mi się to nie podoba – odparł spokojnie Sorenti.
Mówił wyłącznie w swoim imieniu, co bynajmniej nie uszło uwadze Carlosa, ale
tego właśnie się spodziewał; Jason był indywidualistą, zresztą jak i on sam. –
W zasadzie teraz sam powinieneś się tłumaczyć.
– Muszę
tylko to, co sam sobie narzucę – mruknął, po czym westchnął. – Zresztą, co
tutaj tłumaczyć? Moi bracia słowem o mnie nie wspomnieli, bo im
zabroniłem. No i tak było bezpieczniej, prawda?
Michael
jedynie z niedowierzaniem potrząsnął głową. Ludzkim krokiem przeszedł przez
pokój, ponownie zajmując miejsce u boku Eleonory, która co prawda
zdecydowała poderwać się na równe nogi, ale wciąż wolała trzymać się w
bezpiecznej odległości. Kobieta natychmiast wtuliła się w bok wampira,
obserwując i uważnie analizując kolejne słowa, które padały z ust
braci.
– Jak dla
kogo – westchnął Michael, podejmując temat. – Nie odzywałeś się do nas od
przeszło dwóch dekad. Jeśli mam być szczery, byłem przekonany, że jesteś
martwy.
– Mówisz
tak, jakby taka możliwość cię martwiła – żachnął się, wystukując jakiś nerwowy
rytm na podłokietniku fotela. – Jason wygląda, jakbym właśnie sprawiał mu zawód
tym, że jednak żyję… Zresztą nieważne. Możemy w końcu spokojnie porozmawiać,
czy wszyscy nadal będą się patrzyć na mnie tak, jakbym był potworem? – zadrwił,
zrywając się na równe nogi.
Kiedy
rozbawienie i napięcie minęło, wróciło podenerwowanie, które odczuwał. Nie
mogąc usiedzieć w miejscu, zaczął krążyć po pokoju, nerwowo rozglądając
się dookoła. Mrużył oczy, pobłażliwie spoglądając na wszechogarniającą jasność
i marząc o tym, żeby ponownie znaleźć się w bezpiecznym mroku,
najlepiej gdzieś głęboko w lesie. W tym salonie, czując na sobie
spojrzenia obecnych wampirów, czuł się jak łania otoczona przez wilki. Być może
był już przewrażliwiony, ale dla jego rodziny lepiej było, żeby go wysłuchali
i pozwolili odejść.
Wciąż
wyczuwał napięcie, ale nie aż tak intensywnie, jak na początku. To podziałało
na niego kojąco, przynajmniej w miarę możliwości, bo chyba nic nie było
w stanie sprawić, żeby poczuł się dobrze, kiedy miał towarzystwo.
– Carlos… –
mruknął Michael, próbując zwrócić na siebie uwagę brata. Upominanie go miał już
opanowane do perfekcji. – Dlaczego tutaj jesteś? Wyglądasz, jakbyś miał zemdleć
z wrażenia, chociaż gdyby ci się to udało, byłbyś prawdziwym ewenementem –
zauważył i chociaż głos miał spokojny, w jego tonie wyczuwalny był
niepokój.
Wampir
zaklął pod nosem, po czym w końcu zdecydował się zatrzymać. Mięśnie mu
drżały i miał problemy z tym, żeby zacząć oddychać, nawet jeśli tlen
nie był mu potrzebny do tego, żeby normalnie funkcjonować. Walcząc z tym,
żeby znowu nie zacząć krążyć i powstrzymać cięty język, ponownie zwrócił
się w stronę Michaela. Dużo ryzykował, przybywając do Seattle i chcąc
spotkać się z bratem, ale przecież nie miał innego wyboru.
Michael
zareagował zupełnie machinalnie, jak zwykle okazując oszałamiający wręcz poziom
tej swojej cholernej empatii. Poderwał się z miejsca, po czym powoli
zbliżył się do brata, uważnie mierząc go wzrokiem. Carlos zacisnął usta,
niechętnie pozwalając sobie na spojrzenie w ciemne, w tamtej chwili
wyjątkowo łagodne oczy, jakże różne od jego własnych. Wyrwało mu się ciche
westchnienie, którego sam nie do końca rozumiał.
– Masz
kłopoty, prawda? – podjął temat Michael, ostrożnie dobierając słowa. – Co się
stało?
– Bez
znaczenia – odparł wymijająco. Pokręcił głową, widząc, że brat chce
zaprotestować. – Powiedziałem już, że to bez znaczenia! Obiecaj tylko, że mi
pomożesz i już znikam ci z oczu – mruknął, zaplatając obie ręce za
plecami.
Wiedział,
że to niejako cios poniżej pasa, tym bardziej, że Mickey od zawsze miał do
niego słabość, w przeciwieństwie do Jasona troszcząc się nawet wtedy, kiedy
bardziej zasadnym wydawałoby się wbicie komuś osinowego kołka w serce. Cóż, już
dawno minął się z moralnym zachowaniem, więc takie traktowanie brata przyszło
mu z łatwością, ale i tak z jakiegoś powodu poczuł się z tym dziwnie.
– Co znowu
mam ci obiecać? – jęknął Michael, rzucając mu udręczone spojrzenie. – Zjawiasz
się po tych wszystkich latach jak gdyby nigdy nic i mówisz od rzeczy. Co
według ciebie powinienem teraz sobie myśleć?
Carlos
zacisnął dłonie w pięści. Cholera, wiedział, że to nie najlepszy pomysł
zwracać się z problemami do bliskich, ale właściwie jaki miał wybór? On tkwił
w tym wszystkim z własnej woli, a jego bracia… No cóż, to była
inna sprawa. Z drugiej strony, jeśli głębiej się nad wszystkim zastanowić,
swoim pojawieniem się wyświadczał im wszystkim przysługę. Jeśli wszystko dobrze
pójdzie – a całym sobą wierzył, że się nie pomylił! – nareszcie zapanuje pokój,
a przynajmniej miał taką nadzieję.
Cholera,
nie był pewien, czy w jego przypadku ukojenie miało jakąkolwiek rację
bytu, ale nie dbał o to.
– Właśnie
pojawiło się światełko w tunelu, jeśli wiesz, co mam na myśli – powiedział
wymijająco. Zdawał sobie sprawę z tego, że plecie trzy po trzy, ale
wierzył w to, że Michael zrozumie.
I
zrozumiał.
Dłonie
brata bezceremonialnie zacisnęły się na jego ramionach. Carlos warknął i szarpnął
się, ale wampir nie zamierzał tak po prostu go puścić. Walcząc z pragnieniem,
żeby porządnie Michaelowi przyłożyć i w ten sposób zmusić go do odsunięcia
się, ostrzegawczo wysunął kły i raz jeszcze spojrzał w te cholerne, ciemne
oczy.
– W coś
ty znowu się wpakował? – zapytał z niedowierzaniem Sorenti, wzmagając
uścisk, bo Carlos drgnął nerwowo, chcąc się cofnąć. – Nie mogę uwierzyć, że
przez te wszystkie lata…
– Że co? Że
trwam w czymś, co według ciebie pozbawione jest sensu? – przerwał mu, nie
kryjąc rozdrażnienia. – Myśl sobie co chcesz, ale ja ją znalazłem. Nareszcie
wiem, że istnieje jeszcze coś, istnieje nadzieja… – Zacisnął usta, nagle
zmuszony walczyć z narastającym gniewem. – Chcę, żeby upadli. Ona może być do tego rozwiązaniem.
– Kto?
Carlos, na litość boską… – Michael był coraz bardziej zniecierpliwiony. Albo po
prostu przerażony, ale to na jedno wychodziło. – Posłuchaj mnie, zanim to cię
wykończy. Nic nie zwróci życia Mistery, ale…
– Nie
jestem idiotą! – Z gniewnym warknięciem odepchnął od siebie brata, po czym
błyskawicznie odskoczył aż na drugi koniec pokoju, zatrzymując się dopiero pod
szklaną ścianą, będącą w rzeczywistości ogromnym oknem, dającym idealny
widok na tył domu. W ciemnościach dostrzegł linię otaczających posiadłość
drzew oraz majaczące w oddali, oświetlające główną drogę lampy. – Nie, do
diabła! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie przywróci mojej
małej Mistery życia!
Michael
westchnął zrezygnowany. W nerwowym geście przeczesał ciemne włosy palcami,
coraz bardziej zaniepokojony. Czuł się bezradny, a zachowanie brata
bynajmniej nie ułatwiało mu podejmowania decyzji.
– Nie to
miałem na myśli – powiedział w końcu pojednawczym tonem. – Carlos, co ty
planujesz? Co znowu…?
– Zemsta –
odparł tamten natychmiast. Prosta odpowiedź na oczywiste pytanie. – Przede
wszystkim chodzi o zemstę, ale ty tego nie zrozumiesz. Spójrz na to, co
masz i powiedz mi szczerze, że mam rację. Ktoś, kto nie doznał straty, nie
ma prawa rozumieć tego, co w tym momencie czuję ja.
Wiedział,
że trafił w sedno, a milczenie Michaela było idealnym tego dowodem.
Carlos oparł się plecami o ścianę, przymykając oczy i w duchu modląc
się o przynajmniej odrobinę cierpliwości. Wszystko w nim aż rwało się
do tego, żeby wyjść, trzasnąć drzwiami i dać sobie z tym wszystkim
spokój, ale doskonale zdawał sobie sprawę, iż nie może sobie na to
pozwolić. Nie, póki nie usłyszy od brata tego, czego w tym momencie
oczekiwał, nawet jeśli przekonanie go miało okazać się swego rodzaju wyzwaniem.
Z drugiej strony, nie miał wątpliwości co do tego, że wampir zgodzi się na
wszystko, nawet mimo wątpliwości. Może i niechętnie, nie wspominając już o
możliwych protestach Michaela, ale to nie zmieniało faktu, że rodzina była jego
jedyną deską ratunku. Cokolwiek by zrobił, stanowił zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla tej, którą sobie upatrzył. Potrzebował kogoś, komu będzie
mógł zaufać, a oni wydawali się idealni do tej roli.
Właściwie powinieneś się wstydzić,
pomyślał. Wykorzystasz ich, żeby osiągnąć
to, czego pragniesz? Uważasz, że to uczciwe?
W
odpowiedzi omal się nie roześmiał, chociaż to jedynie potwierdziłoby jego
podejrzenia, iż jest szalony. Oczywiście, że to nie było uczciwe, ale czy on
kiedykolwiek taki był? Jeśli chodziło o wykorzystywanie, to nie dbał
o to. Wszyscy już i tak mieli go za sukinsyna, więc nie zamierzał
wyprowadzać ich z błędu.
– Zostawmy
mnie i moje cele, jasne? O ile dobrze pamiętam, jesteś wampirem,
a nie psychologiem – mruknął, wzdychając cicho. – Wysłuchasz mnie czy mam
sobie pójść?
– Cały czas
cię słucham – zauważył przytomnie Michael. Złośliwości brata nigdy nie robiły
na nim wrażenia. – Ale zastanów się jeszcze. Zadzieranie z Evansonami to
bardzo zły pomysł, a ja nie chcę, żeby coś ci się stało.
Za dużo
emocji. Jeszcze kilka takich wzruszających wyznań, a wtedy naprawdę
dostanie szału.
– Trochę za
późno na takie rady. – Przez twarz Michaela przemknął cień, ale przynajmniej
nie próbował mu przerywać. – Posłuchaj mnie, braciszku, bo nie mam czasu na to,
żeby wszystko wyjaśniać od podstaw. Jeszcze tej nocy zamierzam zrobić coś albo
cholernie idiotycznego, albo tak rozsądnego, że jeszcze wszyscy będziecie mi za
to dziękować. Jeśli się nie pomyliłem… Nie, posłuchaj! – Zacisnął usta, coraz
bardziej podenerwowany. – Jeśli się nie pomyliłem, wszystko się zmieni. Może
widzimy się po raz ostatni, ale…
– O czym
ty mówisz?!
– … to
w tym momencie nie ma znaczenia. Jestem tutaj tylko po to, żebyś mi coś
obiecał. A konkretnie żebyś przysiągł mi, że kiedy ona się tutaj pojawi,
zaopiekujecie się nią. Wszyscy – dodał z naciskiem, rozglądając się
dookoła.
Czuł na
sobie oszołomione spojrzenia nie tylko swojego starszego brata, ale również innych
wampirów, jednak nie dbał o to. Tak może było nawet lepiej, chociaż
sprowadzanie kłopotów na tę rodzinę nachodziło na okrucieństwo. Cóż, bacząc na
jego charakter, nie czuł się jakoś specjalnie źle z tym do czego właśnie
się posuwał.
Jego wzrok
machinalnie powędrował w stronę szklanej ściany. Nie miał pojęcia, która
jest godzina, ale musiał iść. Do cholery, nie sądził, że to zajmie aż tyle
czasu, dlatego teraz musiał się pośpieszyć.
– Więc? –
ponaglił, coraz bardziej podenerwowany. Miał wrażenie, że jak zwykle wszystko
jest przeciwko niemu. – Michael, do cholery…
– Wiesz, że
jestem zdolny zrobić dla ciebie wiele, ale… – Wampir pokręcił z niedowierzaniem
głową. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co to znaczy dla nas? Co według
ciebie mam zrobić?
– Ja też
jestem jednym z was, chyba że coś się zmieniło. – To był cios poniżej pasa,
ale cel uświęca środki. – Powiedz im, każ im się wypchać… Cokolwiek!
– Carlos…
Pomyślał,
że jeśli jeszcze raz usłyszy ten ton i swoje imię, naprawdę wyjdzie
z siebie i stanie obok. Swoją drogą, to mogłoby być całkiem zabawne.
–
Zaopiekujesz się nią. Pomożesz jej przejść przez to, kim się stanie –
powiedział stanowczo, kładąc nacisk na każde słowo z osobna. Chciał, żeby
zabrzmiało to niczym rozkaz, ale zdawał sobie sprawę z tego, że wyszło mu
to marnie. Cholera, jeszcze trochę, a zacznie błagać! – Obiecaj. I to
w tej chwili.
Michael
popatrzył na niego z niedowierzaniem, uparcie milcząc. Carlos zdawał sobie
sprawę z tego, że brat szuka sposobu na to, żeby wybić mu głupie pomysły
z głowy, ale nie zamierzał się ugiąć. Czekał zbyt wiele lat, a teraz
całym sobą czuł, że wszystko nareszcie zbliża się ku zakończeniu. Co prawda
najpierw czekały ich komplikacje, ale pal to licho, skoro gra była warta
świeczki.
– Obiecuję
ci. – Michael dał za wygraną, chociaż widać było, że to jedno słowo kosztowało
go mnóstwo energii. Jego oczy lśniły, a ciało było napięte do tego
stopnia, że wydawał się drżeć. Carlos wiedział, że mimo wszystko podjął dobrą
decyzję. – Ale Carlos… – zaczął, najwyraźniej znowu zamierzając spróbować wybić
bratu z głowy głupie pomysły.
Z tym, że
jego już nie było.
Udało mi się poprawić pierwszy rozdział w niecałą godzinę – a to bardzo krótko, biorąc pod uwagę to, że wymagał zmienienia znaczącej ilości dialogów i opisów. Stopniowo dostosowuję kolejne notki, więc na tę chwilę mogę obiecać, że kolejne posty będą pojawiały się średnio raz do dwóch razy w tygodniu (prologu do tego nie zaliczam) – nie chciałabym publikować zbyt często, a kilkudniowe odstępy wydają mi się idealne.Dziękuję za wszystkie komentarze. Bardzo cieszy mnie to, że przekształcenie tego projektu spotkało się z tak pozytywnymi opiniami, tym bardziej, że mam słabość do tej historii. Mam tylko nadzieję, że wszystko uda mi się doprowadzić do końca w taki sposób, jak mogłabym tego oczekiwać. W teorii czytam kolejne części po dwa razy, by wyeliminować błędy z imionami, nazwami miejsc i opisami, ale jeśli zauważyliście jakieś nieścisłości, bardzo proszę o informację.Kolejny w sobotę; to jedno mogę obiecać. Tak więc… do napisania!

Moje! I koniec!
OdpowiedzUsuńA ja jak zwykle się rozleniwiłam i rozdział czeka. Ale w końcu jestem, bo jakby inaczej! :3
UsuńTen gif... *.* Podoba mnie się bardzo, oj bardzo. Chociaż ja czekam na Iana, ale wiem, że muszę uzbroić się w cierpliwość :c Ale czego się nie robi dla przyjaciół, co nie? :3
Rodzina zawsze pozostaje rodziną. Taka jest prawda. Nawet jeśli zrobisz coś podłego, te więzi okażą się silniejsze i w końcu przyjdą Ci z pomocą. Tak samo jak bracia Carlosa, a dokładniej Michael.
Muszę mówić, że rozdział mi się podoba? Nie? To fajnie. Ale naprawdę, jest cudowny i do tego cały tajemniczy. Prawie nic nie zdradzasz w nim, oprócz tego, że będzie zemsta na Evansonach, o jakiejś tajemniczej dziewczynie (podejrzewam, że każdy myśli o tej samej Pani), która ma przyjść do braci Carlosa, o Mistery, która była na pewno kimś ważnym dla Carlosa. A, że nie czytałam poprzedniej wersji, to mogę jedynie spekulować sobie na różne tematy.
I powtórzę, że bardzo dobrze zrobiłaś, przerabiając tego bloga na coś swojego. Rozdział wydawał mi się na początku długi, ale strasznie szybko mi się skończył :c Powtórzę (znów to słowo), że uwielbiam to jak piszesz. Nie trzeba się zastanawiać "o co jej chodzi?", bo wszystko jest zrozumiałe i płynne - tak jak być powinno i jak wiele aŁtorek nie pisze. Ale na szczęście jutro kolejny! ^.^ Nic, tylko się cieszyć. Możliwe, że znów się rozleniwie i przeczytam kilka dni po premierze, ale Ty wiesz, że ja jestem cały czas i łopaty bać się nie muszę.
No to co? Dawaj rozdział! No i Ty wiesz, że ja czekam na Iana - a kto nie czeka? *wywraca oczami*
Pozdrawiam,
Mrs.Cross!
Znowu mnie Natalia wyprzedziła. :<
OdpowiedzUsuńCieszy mnie jedyna ogromnie. Zaklepuję sobie to miejsce i już!<3
Hej^^
UsuńTak sobie co jakiś czas przewijam w górę, żeby popatrzeć sobie na Josepha. Nie mogłaś wybrać kogoś innego na jego wizerunek? Jak nie Ian lub mój kochany mąż Jensen o dajesz Josepha! Kobieto, jak z Tobą żyć!?:D Ale tak naprawdę bardzo się cieszę, że dajesz takich przystojnych panów do opowiadania. Jest do kogo wzdychać. :3 Poza tym, musiałaś dać taki smutny gif z Jensenem? Przecież on ma taki piękny uśmiech... c: Dobra, wracam na ziemię!^^ Ciesze się bardzo, że udało Ci się dodać rozdział przed sobotą. Postaram się teraz nadrobić resztę, żeby nie mieć tak dużych zaległości, ale znając siebie to nir wyrobię się z tym i znowu przeczytam wszystko jednym tchem. Tak jak już mam w zwyczaju:D
Z tego co pamiętam wtedy mu drzwi otworzyła Rosalie, prawda? Cóż... Carlos jak zawsze uroczy i grzecznie mówi czego chce. Nic tylko z takim rozmawiać o tym jak być delikatnym:D Uwielbiam gościa. Nie, nie dlatego, że ma wdzięcznej Josepha! (A może dlatego... :p).
Widzę więź między Jasonem, a Carlosem polega na tym: "Jak podejdziesz będzie wpierdol". xDD Ale w końcu to rodzina, jak tu takiej nie kochać mimo takiego traktowania?:p
Pójdziesz do piekła za to, że dodajesz rozdział w sobotę, kiedy ja do środy, (prawdopodobnie), będę bez internetu. =)
Ogólnie poza tymi małymi zmianami w imionach, miejscu i w bohaterach tsk naprawdę niewiele się zmieniło. Z chęcią bym wypaplała kim owa ona jest, le zgaduje, że łatwo się można domyślić tego. :3 Ale będę trzymać język za zębami. Zresztą, pora pozna to może mi się coś pomyliło i jednak to nie ta o której myślę. Chociaż myślę, że to ta! XD
Dalej jestem przekonana, że wyjdzie Ci na dobre ta zmiana. Jestem tego bardziej pewna:D
Ha, byłam pewna, że Mistery, (cóż za tajemnicze imię!) Ma tak naprawdę bardzo imię Mary. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Po prostu myślałam, że ta co Carlosowi umarła to Mary. :3
Czekam teraz niecierpliwie na drugi rozdział, bo muszę przyznać, że niewiele pamiętam z tego co się tam działo. Ale o ile się nie mylę teraz będzie randka... hmm, dobrze pamiętam?^^ No nie ważne w sumie.
Weny, czasu na pisanie i bierz jakieś lekkie ubrania do tego piekła. Mam układy z Luckiem i Crowleyem. Załatwię Ci ładna cele i kociołek. :3
Ściskam,
Gabi.
PS - przynajmniej pierwsza dodałam komentarz!😂💗 No i w komentarzu wyżej miało być "jedynka". Słonik tak bardzo. <3
Hej, cześć! Jestem i ja, dużo później niż te panie z przedszkola, które wyznają zasadę polizane-zaklepane, ale jestem :p
OdpowiedzUsuńNiemniej nie o tym przyszło mi się rozwodzić, bo ten gif... Aż mi się serduszko kroi. Mój biedny Klaus/Jospeh, czy jakby tam go inaczej nazwać. Finał TO taki niefajny :c Czekanie do października tym bardziej takie niefajne...
No ale i nie o tym miałam pisać. Rozdział jak zwykle świetny. Nie pamiętam, jak to było w przypadku pierwowzoru, ale nie zmieniłaś też tak dużo, by nie zaczęło mi co nieco świtać.
Czy we wcześniejszej wersji nie otworzyła Carlosowi Rose? Cholera, jednak sporo pamiętam :p
Carlos jest postacią, która już zyskuje w moich oczach, nie tylko dlatego, że "gra" go Joseph czy jest nawet z charakteru podobny do granego przez niego w TO wampirka. Takie postacie albo się lubi, albo nie - u mnie jest to zazwyczaj ta pierwsza opcja. Silny, pewny siebie, wiedzący, czego chce a przy tym sarkastyczny i drwiący. Bohater idealny lub idealnie drażniący :D Niemniej potrzeba i kogoś takiego w opowiadaniu - żywiołowego, napędzanego do życia jakimś światłym celem - w tym przypadku niekoniecznie takim, niemniej ważnym dla opowiadania: zemstą. To taka nieco wredniejsza wersja Bellusi :') Daj mi na niego namiary, może ma ochotę podilować razem z nami.
Ogółem rozdział przyjemny. Przyjemny w kontekście stylu, bo rodzinnych rozterek i kłótni nie mogłabym nazwać czymś dobrym. Chociaż nie ma co ukrywać, to właśnie w rodzinie zdarza się najwięcej spięć. Różnice poglądów i jednocześnie ogromna troskliwość jednak nie idą z sobą w parze.
Lecę dalej, może nawet dam radę wrzucić komentarz. Zapewniałam, że będę na bieżąco, a tu proszę, już dwa rozdziały w plecy :D (Chociaż już pobieżnie obczaiłam dwójkę. I ją też pamiętam. Także nie jest aż tak źle.)
Ściskam,
Klaudia99
Rozdział bardzo mi się spodobał. Pokazałaś stosunki rodzinne bohaterów. Carlos nie zyskał na mojej sympatii, a wręcz przeciwnie stracił. Nie wiem czym jest to spowodowane. Po prostu czytając opowiadanie stwierdzam, że to nie jest mój ulubiony bohater.
OdpowiedzUsuń" – Tylko nie blondie, dupku! – warknęła pod wpływem impulsu.
– Dupku? Serio? – Zaśmiał się pozbawiony wesołości sposób. – Mogłabyś wymyślić coś bardziej oryginalnego – powiedział," ten fragment położył mnie na łopatki. Śmiałam się przez większą część opowiadania.
Świetny rozdział, mam nadzieję, że pozostałe będą na równie dobrym poziomie. Oczywiście, życzę Ci ogromnych pokładów weny i jeszcze większego zaangażowania w to co robisz.
Pozdrawiam!
Cześć, cześć, cześć!
OdpowiedzUsuńYup, miałam dobre przeczucie. Carlos jest zarąbisty. Znaczy w realu by mnie na maksa wkurzał, ale i tak go kocham. Świetnie Ci wychodzi narracja z jego punktu widzenia. Widać, że opowiada inna osoba.
Pomyślał, że jeśli jeszcze raz usłyszy ten ton i swoje imię, naprawdę wyjdzie z siebie i stanie obok. Swoją drogą, to mogłoby być całkiem zabawne. No jak tu go nie kochać?
Och, to dopiero pierwszy rozdział, a już przekonałaś mnie, że zapowiada się naprawdę ciekawa historia. Co on za zemstę uknuł? To chyba coś bardziej zawiłego. No i przede wszystkim, za co on chce się zemścić. Zagadkowa Mistery. Czy oni rozmawiają o Alyssie?
Z takich uwag – kiedy pierwszy raz pojawia się nazwisko Sorenti, nie wiadomo o kogo chodzi. Znaczy ja wiem to z zakładki, ale brakuje tego w tekście.
Och, Carlos... xd Mam nadzieję, że będzie więcej rozdziałów z jego perspektywy. Jest taki... spójny. W tym co myśli, co mówi, jak reaguje, co planuje. Wydaje się wręcz niedojrzały jak na swój wiek, ale jest w tym sporo uroku. I coś czuję, że swoje już przeszedł. Coś go złamało, zachowuje jakby coś go bardzo zraniło i sprawiło, że nabrał cynicznego podejścia do życia. Czy chodzi o śmierć Mystery?... Z Klausa... tfu! Carlosa zapowiada się bardzo ciekawa postać. I want more!
xoxo i do przeczytania!
Dziękuję za komentarz i uwagę – oczywiście, masz rację :D To niby drobiazg, ale mnie samą w opowiadaniu autorskim by drażnił. Czytałam to niby kilka razy, ale to jakoś mi umknęło.
UsuńPoprawiłam to w ten sposób:
Carlos nie poczuł się z tego powodu jakoś szczególnie źle, tym bardziej, że jeszcze w drodze do Seattle, brał pod uwagę najróżniejsze scenariusze. To, że zostanie wywalony za drzwi rodzinnego domu Sorentich, jeszcze zanim zdąży się wytłumaczyć, było jednym z nich.
Cieszy mnie to, że kolejne moje odpowiadanie przypadło Ci do gustu. Po każdym komentarzu się uśmiecham, więc tym bardziej dziękuję. :D
Nessa.
Wampiry! :D
OdpowiedzUsuńW sumie, kiedy ja czytałam ostatnio coś o wampirach? o.O Nie pamiętam.
Rozdział z perspektywy Carlosa bardzo mi się podobał. Ale mam jakieś złe przeczucia, że niedługo go zabraknie :< A już zdążyłam go polubić. :D Zachowywał się, jakby by nieco podłamany, przestraszony? No i chce kogoś chronić. Z jego wypowiedzi zrozumiałam, że chodzi o dziewczynę, która chyba stanie się wampirem?
Ogólnie jestem zaintrygowana. ;)
Na pewno niedługo przeczytam resztę.
Pozdrawiam!