Alyssa
Alyssa czuła, że zaczyna brakować
jej tchu. Miała problem ze złapaniem oddechu, a świeże powietrze nie
przynosiło ulgi i nie pomagało w zapanowaniu nad ciałem, chociaż
podświadomie na to liczyła. Mimo upływu kolejnych sekund wcale nie czuła się
lepiej, nie wspominając o tym, że miałaby uporządkować plątaninę
sprzecznych ze sobą myśli i pragnień.
Chciała
biec.
Chciała
zostać w miejscu.
Kiedy
w końcu udało jej się wyprostować, czuła się tak, jakby trwała w jakimś
dziwnym transie. Powoli przeniosła wzrok na tabliczkę z nazwą miasta,
wpatrując się w nią tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się przed
oczami. Zamrugała kilkukrotnie, a kontury na powrót się wyostrzyły i mogła
się przekonać, że znak wygląda dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej. Czarne
litery na zielonym tle (Do diabła, dlaczego tu wszędzie musiało być tak
zielono?!) wydawały się wypalać w umyśle Ali tak, żeby nigdy nie
zapomniała nazwy tego miejsca.
Home. Teraz
nawet wyrwana ze snu w samym środku nocy, byłaby w stanie podać tę
nazwę, gdyby ktoś zapytał… O ile oczywiście sen miał być jej kiedykolwiek
jeszcze dany.
– Złotko? –
usłyszała głos Lucka. Wyczuła, że się poruszył, ostrożnie
przesuwając ku niej.
Odwróciła
się tak gwałtownie, że zaskoczyła samą siebie. Nie panowała nad ciałem,
prędkością i drżącymi mięśniami; nie kontrolowała już niczego. Palenie
w gardle coraz bardziej dawało jej się we znaki, pobudzając jakiś
pierwotny instynkt i gniew, który nagle wyszedł na pierwszy plan. To
uczucie ją zaskoczyło, podobnie jak i ból wbijających się w skórę
paznokci, kiedy nieświadomie zacisnęła obie dłonie w pięści.
Starając
się oddychać przez usta, skoncentrowała wzrok na zastygłym w bezruchu Lucku.
Staruszek opierał się plecami o bok półciężarówki, w jakiś dziwny
sposób pasując do tego zielonego krajobrazu i swojego samochodu. Rudy
lakier lśnił w promieniach poranka, podobnie jak i zalegające na
trawie kropelki rosy. Obserwując świetlne refleksy, Alyssa nie była pewna czy
to naturalna barwa pojazdu, czy może pickup był już aż do tego stopnia zeżarty przez rdzę.
Obserwowała
wszystko tak długo, jak było to możliwe, unikając patrzenia na stojącego przed
nią mężczyznę. Kiedy się w końcu na to zdecydowała, coś przewróciło jej
się w żołądku, gdy dostrzegła szok i niedowierzanie malujące się na
zastygłej, poznaczonej zmarszczkami twarzy Lucka. Słyszała swój przyśpieszony,
nierówny oddech i – co dziwniejsze – rozpaczliwe bicie serca staruszka.
Czuła jego strach w postaci metalicznego posmaku na języku, chociaż nie
miała pojęcia skąd wie, co takiego ów doświadczenie oznacza. Powietrze wokół
nich było nieruchome i dziwnie naelektryzowane, jakby zbliżała się burza,
co w gruncie rzeczy wydawało się prawdopodobne. Stan Waszyngton, a zwłaszcza
te tereny, słynął z deszczu i ciężkich chmur, które zasnuwały niebo.
Z tym, że
majowy poranek zapowiadał się wyjątkowo pogodnie. Niebo nad ich głowami miało
głęboki odcień błękitu; słońce wisiało wysoko, skutecznie przebijając się przez
cienką warstwę chmur, wydobywając pełnię koloru z otaczających ich
roślin i przedmiotów. Obserwując twarz Lucka, dostrzegła w jego
oczach odbicie swojej własnej sylwetki i aż zadrżała, przez moment
wytrącona z równowagi. Z wzburzonymi włosami, w podartej
sukience i bez butów wyglądała eterycznie i nieprawdopodobnie, niczym
zjawa, która jakimś cudem zmaterializowała się na tym świecie. Kiedy spuściła
wzrok i spojrzała na siebie, przekonała się, iż blada skóra lśni
subtelnie w promieniach słońca, dodając jej tajemniczości. Różnica była
niewielka i Ali nie miała pewności, czy ktokolwiek prócz niej może ją
dostrzec, ale to i tak było niezwykłe, a przy tym… wydawało się
groźne.
Gdzieś
drogą przemknął kolejny samochód, ale nawet na niego nie spojrzała. Jeśli
ktokolwiek ich zauważył, najwyraźniej nie dostrzegł niczego podejrzanego, bo
warczenie silnika nie ustało, a po kilku sekundach zaczęło cichnąć.
Znów
zapanowała cisza – nieprzenikniona i niepokojąca. Z jakiegoś powodu
Alyssa poczuła się jeszcze bardziej nieswojo w tej sytuacji.
– Proszę… –
Znów ten dziwny, melodyjny głos. Urwała gwałtownie, czując, że to wszystko
zaczyna ją przerastać i właściwie nie mając pewności, co takiego chciała
powiedzieć. – Proszę – powtórzyła ciszej, bardziej delikatnie, ale na nic
więcej nie było jej stać.
Luck
spojrzał na nią w sposób, który sugerował, że zrozumiał. Alyssa nie
potrafiła opisać tego, co sama czuła, ani co dostrzegła w wyrazie twarzy
mężczyzny, ale była świadoma zawiłości ich wspólnych uczuć. Metaliczny posmak
na języku przybrał na sile, podobnie jak i męczące ją od dłuższego czasu
palenie w gardle, dodatkowo wzbogacone o delikatne pulsowanie, które nagle
poczuła w szczęce. W naturalnym odruchu zapragnęła przyłożyć dłoń do
ust, a potem upewnić się, że niemożliwym jest, by cokolwiek zmieniło się w jej
wyglądzie – a już zwłaszcza by słusznym było wrażenie, iż czuła
wydłużające się kły. Wzrok dziewczyny machinalnie powędrował w stronę
pulsującej żyły na szyi mężczyzny, a Alyssę po raz kolejny ogarnęło
niepokojące pragnienie tego, żeby zatopić w niej zęby.
Świadoma
tego, że nadmiar różnorodnych doznań i tego palącego pragnienia zaczyna ją
przytłaczać, pośpiesznie uciekła wzrokiem gdzieś w bok – a potem
bezceremonialnie odwróciła się i spokojnym krokiem ruszyła w stronę
linii drzew.
Usłyszała, jak
Luck gwałtownie nabiera powietrza do płuc, co uświadomiło jej, że od dłuższej
chwili wstrzymywał oddech. Nie minęła sekunda, a on ruszył za nią, wciąż
przerażony, ale przede wszystkim zaniepokojony. Nie widziała go, ale jakimś
cudem była w stanie precyzyjnie rozróżnić jego emocje na podstawie
zaledwie reakcji organizmu, chociażby bicia serca czy zapachu.
– Poczekaj
– zaoponował. Do tej pory ani razu nie słyszała go aż tak poważnego i wytrąconego z równowagi.
– Alysso, co chcesz zrobić?
– Muszę iść
– powiedziała po prostu, chociaż to nie było odpowiedzią na jego pytanie. –
Dziękuję ci za wszystko… I przepraszam. Ale teraz naprawdę muszę już iść –
powtórzyła z naciskiem.
Nie
okłamywała go, chociaż z jego perspektywy to nie musiało być aż takie
oczywiste. W momencie, w którym pierwszy raz dostrzegła tę tablicę
i znalazła się w Home, poczuła się… Nie potrafiła tego opisać, ale
była świadoma, że coś się zmieniło. W jednej chwili zapragnęła biec,
czując się tak, jakby wróciła do domu, chociaż miasto było jej przecież obce,
a jedynym domem, jaki kiedykolwiek miała, stanowiło niewielkie mieszkanko w akademiku.
A jednak teraz stała tutaj, oszołomiona i drżąca, walcząc z pokusą,
żeby puścić się biegiem przed siebie i poddać instynktownemu pragnieniu,
żeby kierować się w stronę, którą sam z siebie wyznaczył dziewczynie umysł.
Niemożność zaspokojenia potrzeby, czy podporządkowania się temu impulsowi, była
niemal równie bolesna, co i palenie w gardle, a Alyssa czuła, że
dłużej nie będzie w stanie się powstrzymać.
– Alysso…
Zareagowała
szybciej niż byłaby w stanie przypuszczać. Kiedy ciszę wypełniło
przeciągłe, zwierzęce warknięcie, przez ułamek sekundy naprawdę sądziła, że prześladowcom z lasu udało się ją odnaleźć; że za moment dostrzeże ich niebezpieczne, piękne
twarze, lśniące czerwienią oczy, żądzę mordu…
A potem świat
Alyssy po raz kolejny się zawalił, kiedy uprzytomniła sobie, że dźwięk wyrwał
się z głębi jej gardła.
To odkrycie
sprawiło, że zamarła. Zastygła w bezruchu, czując się tak, jakby za moment
grunt miał usunąć się spod jej stóp. Luck stał ciągle w tym samym miejscu,
wpatrując się w nią, podczas gdy ona nie była w stanie wydobyć
z siebie głosu. Chwiała się na nogach, jedynie cudem będąc w stanie
utrzymać się w pionie. Wrażenie było takie, jakby prawa grawitacji przestały
ją obejmować, chociaż jak najbardziej powinny. Wiele rzeczy powinno mieć
miejsce – tak powinno być, tak powinno…
– a jednak wszystko uparcie działo się na opak, w okrutny sposób
robiąc na przekór temu, czego mogłaby oczekiwać.
Wciąż
drżała, niezdolna do tego, żeby ruszyć się z miejsca. Gardło płonęło,
mięśnie napięły się do tego stopnia, że było to wręcz bolesne, a złapanie
oddechu nagle okazało się prawdziwym wyzwaniem. Gniew przechodził powoli,
przypominając morską falę, która muska rozgrzany piasek – wycofywał się i to
tylko po to, żeby po chwili wrócić do poprzedniego stanu, najczęściej
intensywniejszy niż dotychczas. Alyssa czuła, że balansuje na granicy czegoś,
czego nie chciała zrobić i że przekroczenie tej niewidzialnej kreski
zaprowadzi ją do miejsca, z którego nie będzie powrotu. Gdyby poddała się
tym emocjom – zawierzyła im, a więc i sobie samej – żałowałaby tego już
do końca życia. Nie potrafiła nawet zmusić się do sformułowania w głowie
tego, co przecież i tak wiedziała i czuła; podjęcie decyzji
uczyniłoby pewne rzeczy prawdziwymi, a ona wolała zwodzić się tak długo,
jak tylko byłoby to możliwe.
Usłyszała
cichy jęk, który wyrwał ją z chwilowego stanu otępienia. Zamrugała
kilkukrotnie, po czym ponownie skoncentrowała się na Lucku. Mężczyzna
przytrzymywał się maski swojej półciężarówki, a w jego oczach
widziała lęk i niedowierzanie. Już nie patrzył na nią w ten
sympatyczny sposób, jak wtedy, kiedy był przekonany, że jest zwykłą dziewczyną,
której ma przyjemność pomóc. Alyssa sama nie była pewna, jak powinna rozumieć
jego emocje i spojrzenie, ale z jakiegoś powodu czuła się tak, jakby
już nie była człowiekiem. Dobrze, wiedziała, że coś się w niej zmieniło,
ale do tej pory nie dopuszczała do siebie świadomości tego, że zmiany mogłyby
zajść tak daleko. Była przerażona tym, kim jest i co czuje, a najgorsze
w tym wszystkim było to, że coraz trudniej przychodziło jej panowanie nad sobą.
Właśnie
wtedy poczuła, że coś w niej pęka. Wzrok machinalnie powędrował do
pulsującej żyły na szyi staruszka i już nie była zdolna do niczego innego,
prócz wpatrywania się w ten jeden punkt. Coś przewróciło jej się w żołądku,
zwłaszcza, że znów zapragnęła znaleźć się na tyle blisko, żeby nie tylko lepiej
ten punkt na skórze widzieć, ale wręcz go posmakować. Pragnęła poczuć pod
językiem nagrzaną skórę, a pod nią delikatne pulsowanie. Pragnęła raz
jeszcze usłyszeć szum pompowanej przez serce krwi, a potem…
Skoczyła do
przodu bez chociażby chwili zastanowienia. Oczy Lucka rozszerzyły się jeszcze
bardziej, kiedy na jego oczach zamieniła się w rozmazaną smugę, poruszając
się z prędkością równą obu tajemniczych mężczyzn z tamtego lasu,
gdzie omal nie zginęła. Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym
chwyciła staruszka za przód wyniszczonej kurtki, którą miał na sobie. Pchnęła
go, aż plecami uderzył o drzwiczki od strony pasażera, po czym całym
ciałem przygwoździła do samochodu. Aż zadrżała czując bijące od jego ciała
ciepło, bardziej jednak była skoncentrowana na jego gardle. Jej własne płonęło
teraz tak intensywnie, jakby właśnie napiła się kwasu; wszystko w niej
krzyczało, że oto ma przed sobą jedyny sposób na zaspokojenie tego dziwnego
rodzaju pragnienia, chociaż nie wiedziała skąd brała się ta świadomość.
Po prostu
wiedziała.
Jakiś
prymitywny instynkt podpowiadał, co i jak powinna robić. Była gotowa przysiąc,
że doskonale wie, w jaki sposób obrócić głowę mężczyzny, żeby idealnie
wyeksponować szyję. Wystarczyłoby, żeby się nachyliła i wgryzła się w gardło,
a wtedy wszystko byłoby w porządku. Czuła, że udałoby jej się bez
największego problemu przegryźć skórę i dostać się do żyły, może nawet
w taki sposób, żeby Luck specjalnie nie cierpiał. Gdyby tylko sobie na to
pozwoliła, wszystko potoczyłoby się samo; wystarczyło, że przynajmniej na
moment zapomniałaby o wszelakich wątpliwościach, odrzuciła od siebie
wewnętrzny opór i…
Przecież
wiedziała, a teraz musiała tylko się tym pragnieniom poddać, żeby wszystko
potoczyło się tak, jak powinno.
Ale nie
mogła.
Nie
chciała.
Prawda
uderzyła w nią z siłą rozpędzonego pociągu, a ona jedynie cudem
nie osunęła się przez to na kolana. Czuła, że jej tęczówki rozszerzają się
jeszcze bardziej, jakby już teraz nie były tak duże, żeby zajmować całą
powierzchnię oka. W błękitnych źrenicach trzymanego mężczyzny doskonale
widziała odbicie własnych oczu, ale zupełnie ich nie rozpoznawała.
W tym
przerażonym, pełnym głodu i szaleństwa spojrzeniu nie było niczego
ludzkiego; niczego w czym rozpoznałaby siebie.
Ja pragnę krwi, uświadomiła sobie
i to przelało czarę goryczy. Z piersi wyrwał jej się pełen goryczy,
rozdzierający okrzyk, będący czymś na pograniczu wrzasku i szlochu. Oddech
Lucka przyśpieszył, podobnie jak i jego puls, co po raz kolejny wystawiło
kruchą samokontrolę Ali na poważną próbę. Miała wrażenie, że się rozpada, ale
jakimś cudem wciąż była w całości, na dodatek tak bardzo zła i zagubiona.
To przecież nie mogło się dziać. Po prostu
nie miało prawa…
Ale się
działo i Alyssa doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Odetchnęła
głęboko, co okazało się błędem, bo przesycone zapachem krwi i strachu
powietrze wzmogło oszałamiający ból gardła. Miała ochotę chwycić się za szyję,
ale powstrzymała się, podobnie jak i do tej pory zmuszała się do
zaniechania najgorszej rzeczy w całym swoim życiu. Nie była mordercą; może
kilka razy słyszała w różnych sytuacjach, że jest suką, ale nigdy nie
zabiła.
Próbując
utrzymać się resztek zdrowego rozsądku, Alyssa raz jeszcze skoncentrowała się
na bladej, przerażonej twarzy Lucka. Obserwował ją w milczeniu,
nienaturalnie wręcz spokojny, jakby już pogodził się z tym, że może zginąć
z jej rąk. Ta myśl miała w sobie coś przerażającego, co jedynie
pogorszyło to, jak się czuła. Gdyby teraz zdecydowała się go ugryźć albo
skręcić mu kark, pewnie nawet nie próbowałby się bronić. Nie rozumiała jak
ktokolwiek mógłby zachowywać się tak spokojnie w obliczu śmierci –
zwłaszcza takiej, którą była w stanie
mu zagwarantować. To przekraczało zdolności pojmowania, a Alyssa
uświadomiła sobie, że właśnie znalazła się na skraju szaleństwa.
– Przecież
prosiłam cię – powiedziała cicho, nie kryjąc żalu. Mówienie sprawiało niemal
równie wielki ból, co i oddychanie, ale doznania fizyczne w tym
momencie najmniej ją obchodziły. – Tak bardzo cię prosiłam…
– Nie
posłuchałem. – Zdziwił ją tym, że w ogóle zdecydował się odezwać. Przez
kilka sekund obserwowała go, przerażonego, ale przy tym odważnego w sposób,
którego nie potrafiła opisać. – Nigdy nie miałem w zwyczaju podporządkowywać
się temu, co mówią inni. Mieli rację, że to kiedyś mnie zgubi.
Płaskie
słowa, pozbawione jakichkolwiek emocji, nawet strachu. Mówił równie spokojnym,
lekkim tonem, jakby przedstawiał jej najbardziej naturalne, znane wszystkim
fakty. Niebo było niebieskie, noc ciemna, a on miał stracić życie z rąk
roztrzęsionej dziewczyny. Nikt nie powinien był w stanie przyjąć prawdy w takiej formie,
a jednak jemu przyszło to z łatwością. Zachowywał się tak, jakby
wręcz czekał aż sprawy przybiorą taki obrót, chociaż to bynajmniej nie
znaczyło, że chciał umrzeć.
Dookoła
panowała nienaturalna wręcz cisza, której Alyssa nie potrafiła zrozumieć.
Dlaczego ulica była pusta? Czy nie powinien przejechać nią przynajmniej jeden
samochód? Pojawić się ktokolwiek, kto przerwałby ten przerażający spokój i ją
powstrzymał?
Słońce świeciło
na niebie, grzejąc jej skórę i stopniowo wydłużając tańczące na ziemi
cienie, co nadawało całej scenie jeszcze bardziej groteskowy wydźwięk. Oto
stała tutaj, ogarnięta jakimś dziwnym szałem i gotowa zrobić coś, czego
nie chciała i pragnęła zarazem.
Tyle sprzeczności
i wątpliwości, tyle niezrozumiałych pragnień i myśli…
Nie
sądziła, że ktokolwiek jest w stanie czuć tak wiele na raz i przy tym
nie zwariować, ale najwyraźniej życie było bardziej poplątane niż można by przypuszczać.
– Nie chcę
cię skrzywdzić, Luck – powiedziała zgodnie z prawdą. Mimo pragnienia, mimo
wszystkiego, co czuła… – Jesteś dla mnie dobry – dodała, chociaż z jej
perspektywy zabrzmiało to nader dziecinnie.
Spodziewała
się wielu reakcji, ale nie tego, że na jego ustach pojawi się blady, łagodny
uśmiech. Przełknęła z trudem, chociaż to niewiele zmieniło w tym, co
odczuwała – ból nie ustąpił, a wręcz przybrał na sile, choć nie sądziła,
że to w ogóle jeszcze możliwe.
Alyssa
nagle zapragnęła, żeby poraził całe jej ciało, dokładnie jak wtedy w lesie;
żeby powalił ją na kolana i sparaliżował, dając temu mężczyźnie szanse na
ucieczkę.
Naprawdę
tego chciała…
A jednak
nie była w stanie nawet odrobinę rozluźnić uścisku; nie mogła zmusić się
do odsunięcia albo ucieczki, chociaż tak bardzo pragnęła to zrobić.
Powoli
nachyliła się w jego stronę, wciąż obserwując wyraz niemal przeźroczystej w tamtej
chwili twarzy. Wyrwał mu się jęk, ale to nie powstrzymało Alyssy przed
przysunięciem ust jeszcze bliżej, aż od jego gardła dzieliły ją zaledwie centymetry.
Z bijącym sercem nieznacznie uniosła głowę, żeby móc widzieć jego błękitne
oczy, a potem w końcu podjęła decyzję, w pełni poddając się
temu, co zamierzała zrobić.
Źrenice
Lucka zwęziły się, jakby dostrzegł w jej oczach coś, czego nie powinien.
Oddech mu zwolnił, a Alyssa przez jedną nieznośną sekundę przytomności
umysłu pomyślała, że właśnie dostał ataku serca. Machinalnie przytrzymała go
mocniej, przekonana, że za moment bez życia osunie się na ziemię; sama myśl
o tym przyprawiła ją o dreszcze, a strach doprowadził do tego, żeby się odsunąć.
Gdyby się
postarała…
– Nie chcę
cię skrzywdzić – powtórzyła. Coś w jej głosie się zmieniło i była
tego świadoma. Już nie tylko brzmiał melodyjnie, ale pobrzmiewała w nim
jakaś delikatna, aczkolwiek władcza nuta, która nawet ją wprawiła w konsternację.
Niczego już nie rozumiała, ale mówiła dalej, wiedziona jakimś dziwnym
instynktem i pewnością siebie, która wypełniła ją całą, odsuwając strach
i głód. – Chcę, żebyś teraz wsiadł do samochodu i natychmiast
odjechał. Nie zatrzymuj się w mieście… Nie w tym. Jedź tak długo, jak
tylko będziesz w stanie, chyba, że poczujesz się naprawdę zmęczony. I, na
Boga, nie zatrzymuj się, Luck. Musisz uciekać, po prostu musisz uciekać… ode
mnie. – Ze świstem wypuściła powietrze. Czuła, że zaczyna wirować jej w głowie.
– O mnie zapomnij. Chcę, żebyś zapomniał o tym, że kiedykolwiek mnie
widziałeś. Wsiądź do auta, odjedź i zapomnij.
Chwilę
jeszcze patrzyła mu w oczy, a potem odskoczyła do tyłu, nagle
odzyskując władzę w nogach i całym ciele. Pewność siebie zniknęła,
podobnie jak i to nienaturalne poczucie kontroli, którego dopiero co
doświadczyła. W ułamku sekundy znów była roztrzęsioną, przerażoną i w połowie
oszalałą z pragnienia dziewczyną, która nade wszystko pragnęła rzucić się
do ucieczki. Cofnęła się o kolejny krok, a potem jeszcze jeden, na
oślep posuwając się w stronę ściany lasu za swoimi plecami. Gdyby tylko
skryła się pomiędzy drzewami, byłaby bezpieczna.
Luck
patrzył na nią, ale jego oczy nie widziały niczego. Wciąż nienaturalnie zwężone
źrenice na krótką chwilę rozszerzyły się, żeby ostatecznie wrócić do normalnego
kształtu. Mężczyzna podparł się ręką o bok samochodu, wyprostował, po czym
jak gdyby nigdy nic okrążył półciężarówkę i zniknął w środku,
wsiadając drzwiami po stronie kierowcy. Nie minęła sekunda jak silnik
zaskoczył, a samochód gwałtownie zawrócił, ulokował się na pustym paśmie
drogi i z piskiem opon ruszył przed siebie. Już chwilę później skryły
go drzewa, a po kolejnych kilku sekundach warczenie silnika ostatecznie
ucichło.
Zniknął. Po
prostu odjechał.
Alyssa
stała w miejscu, trzęsąc się i ledwo łapiąc oddech. Dookoła wciąż
panowała cisza, ale nie było w niej niczego nienaturalnego. Wiatr łagodnie
igrał z liśćmi drzew, wprawiając je w ruch. Szumiały cicho, mieszając
się z przyśpieszonym oddechem i trzepocącym rozpaczliwie w piersi
sercem dziewczyny. Ali czuła się zmęczona, chora i bliska szaleństwa,
chociaż pragnienie zelżało, kiedy Luck uciekł i przestała tak intensywnie
czuć zapach jego ciała… A zwłaszcza krwi. Na samo wspomnienie tej słodyczy
naszła ją myśl o tym, że powinna rzucić się za autem w pogoń – może
jeszcze byłaby zdolna do tego, żeby go dogonić – ale stanowczo ją od siebie
odrzuciła.
Boże, pomyślała, a potem – co jak
nic było objawem szoku – wybuchła histerycznym śmiechem. Stała tutaj, na wpół
naga, drżąca i oszalała z głodu, którego nie rozumiała i nie
potrafiła zaspokoić. Gdyby Bóg istniał albo przynajmniej się nią przejmował,
już dawno znalazłaby ukojenie, zamiast trwać w koszmarze.
Powoli,
świadoma każdego kolejnego ruchu, odwróciła się twarzą w stronę lasu.
Drzewa rosły wystarczająco gęsto, by rzucać przyjemny, chroniący przed światłem
słonecznym cień. Wszechobecna zieleń miała w sobie coś kojącego, a Ali
nagle zapragnęła znaleźć się w samym centrum dzikiej natury i w końcu
odejść z miejsca, gdzie w każdej chwili ktoś mógł ją zobaczyć. Co
więcej, wcale nie dlatego, że ktoś mógłby ją zauważyć, ale przez świadomość, iż
po doświadczeniach z Luckiem drugi raz nie udałoby jej się powstrzymać.
Następnym
razem musiałaby zabić.
Zadrżała
niekontrolowanie, porażona tą myślą. Nie, zdecydowanie nie mogła na to
pozwolić. Nie mogła, bo…
Nie potrafiła
dokończyć, ale to nie miało znaczenia. Zamknęła oczy, a kiedy je
otworzyła, znalazła w sobie dość siły, żeby w końcu ruszyć się
z miejsca. Gdy tylko otoczyły ją drzewa, bez zastanowienia rzuciła się do
przodu.
Teraz mogła
już tylko biec.
Pamiętam, że już za pierwszym razem byłam z tego rozdziału zadowolona. Tak jest i teraz, a ja nie wprowadziłam praktycznie żadnych zmian w treści. Ta scena… Cóż, zdradzę, że spotkanie Alyssy z rodziną Carlosa zależy od tego, ile czasu zajmie mi napisanie nowego rozdziału, bo teraz muszę pisać sceny praktycznie od podstaw. Cieszy mnie to, naprawdę, bo sądzę, że Sorenti okażą się dużo ciekawsi od tworów Meyer (#skromność).Dziękuję za wszystkie komentarze i wyświetlenia. Kolejny rozdział już wkrótce, najpewniej na początku przyszłego tygodnia.Do napisania!

Moje!
OdpowiedzUsuńDobry!
UsuńW końcu tu zawitałam. Się zbierałam i zbierałam. A gdy się zbierałam i zaczynałam, coś mnie odciągało i o... Ach. Ale przybyłam! W końcu.
Znów sobie wyobrażałam, jak Alyssa atakuje mężczyzne. Przyciska jego ciało do samochodu i... dalej już wszyscy wiedzą co i jak. Jednak gdy Luck zatrzymał Ali myślałam tylko o tym, że postępuje głupio, a mężczyzna w jego wieku powinien mieć już ciut oleju w głowie. Nie osądzam go, bynajmniej. Jak sam powiedział, nigdy się nie podporządkowywał. Dlaczego teraz miałby zrobić inaczej, choć ona go prosiła? No, ale najważniejsze, że Alyssie udało się jakoś wygrać i go nie zaatakowała. Choć gdy do niego skoczyła myślałam przez chwilę, ze jednak tak się stanie.
Staruszek musi być twardy, że pomimo strachu nie dostał zawału. Podejrzewałam taką ewentualność :D
Nie byłoby się co dziwić, bo doskonale oddałaś to jak ze sobą walczyła i ile to wszystko ją kosztowało. Już Ci powtarzałam, że Twoje opisy są genialne i powtórzę to jeszcze wiele razy. To nie jest żadne słodzenie, tylko czysta prawda i wiele osób się pod tym podpisze.
Cóz, ja czekam już na kolejny rozdział :3 Wiem, że tu tak jak na Forever nic nie będzie się działo szybko, jednak z chęcią będę cierpliwie czekała na rozwój wydarzeń.
Ściskam,
Mrs.Cross!
PS. Zapraszam do mnie! Bo... bo tak?
A tu dla mnie miejscówka. <3
OdpowiedzUsuńHello! Wracają moje pory na komentowanie rozdziałów. Cieszysz się? Bo ja tak trochę, ale z drugiej strony chciałabym już spać przytulona do moich chłopaków i dziewczyny. Tak, mam na myśli ta piątkę miśków, które ze mną śpią. :D Wracam już do rozdziału i nie pieprzę o głupotach, ha.
Usuń"Chciała biec.
Chciała zostać w miejscu." A ta co, na okresie, że nie wie czego od życia chce?:D Czytam, że usłyszała głosy Lucka. I oczywiście przeczytałam jak się pisze, bo za dużo (wcale nie) oglądam SPN i moja miłość do serialowego Lucyfera jest naprawdę duża. :3 Fani SPN zrozumieją, inni niech nie osadzają. Nie bawię się w palenie czarnych kotów czy co to tam ludzie robią. Ja tylko oglądam serial... xD
Ona będzie sparklić? :c Czy to tylko takie chwilowe, dopóki nie spożyje krwi, a później te błyskotki odejdą? :3 Właśnie sobie przypomniałam ta genialna scenę ze "Zmierzchu", kiedy Edward łaził po lesie i się rozbierał, żeby zaimponować nie wiem czym Belli. Może myslala, ze jak go potnie na kawałki to będzie mogła sprzedać go jako diament? Dobry biznes by ukręciła. Szkoda, że Meyer o tym nie pomyślała.
Swan & Cullen's Diamond c:
"Luck! Zostaw mnie, muszę iść... jeść jelonki!" - wybaczysz mi, musiałam. XD
Powiem Ci szczerze i od serca, że masz prawo być zadowolona z tego rozdziału. Nie gnasz do przodu z wydarzeniami byle tylko szybciej skończyć, opisujesz dokładnie co czuje Alyssa. Jej rozterki, czego pragnie, ale czego zrobić nie może. Wiem doskonale jak to jest nie być zadowolonym z rozdziału, ale ty w tym dłużej siedzisz ode mnie, więc z pewnością wiesz o tym znacznie lepiej. I jeśli będzie trzeba, to będę Cię zapewniać o tym, że świetnie piszesz przez resztę swojego życia. Kiedyś będzie musiało dotrzeć, że jest cholernie dobrze. ^-^
Ciesze się bardzo, że Ali znalazła w sobie tyle siły, aby kazać Luckowi stąd odjechać i o niej zapomnieć. Dziewczyna jest naprawdę silna, a wiele na jej miejscu już dawno by tego biednego staruszka zabiło. Bardzo go polubiłam i przez cały ten rozdział miałam nadzieję, że nic złego mu się nie przytrafi. Teraz mam nadzieję, że wyjedzie i będzie miał życie szczęśliwe bez wampirów.
Kochana, ja wiem, że bohaterowie, których nam przedstawisz będą o wiele lepsi niż gromada idealnych do granic możliwości wampirów Meyer. C:
Czekam teraz na nowy rozdział i liczę, że długo czekać nie będę musiała. Za Ciebie trzymam kciuki, aby napisanie nowego rozdziału wyszło Ci tak jak tego chcesz. ;3
I co tutaj tak cicho? :c
Pozdrawiam, ściskam i przesyłam całusy!
Gabi. 😘💘💚