Alyssa
Obudziła się, ponieważ ktoś raz po raz wypowiadał jej imię.
Pamiętała to jak przez mgłę, ale
bez wątpienia tak właśnie było. Co więcej, słysząc ponawiające się nawoływanie
– cichy, melodyjny szept, niewiele głośniejszy od szumu wiatru – wcale nie
poczuła się zaniepokojona, chociaż w normalnym wypadku właśnie w ten
sposób zareagowałaby każda inna osoba. Sama Alyssa w rozespaniu pomyślała,
że powinna zacząć się martwić albo przynajmniej kogoś zawołać, ale z jakiegoś
powodu nie potrafiła się na to zdobyć. Nie, skoro tak naprawdę wcale nie czuła
lęku, ale nieopisany wręcz spokój, towarzyszący dziewczynie również w chwili,
w której odrzuciła kołdrę, jak gdyby nigdy nic podrywając się na równe
nogi i bez pośpiechu ruszając w stronę okna.
Ostatnie dni wydawały się być do
siebie podobne, równie monotonne, choć nie sądziła, że to będzie możliwe w przypadku
kogoś takiego jak ona. Wciąż nie rozumiała otaczającej jej rzeczywistości,
chwilami nie dowierzając, kiedy po raz kolejny słyszała słowo „wampir”, ale w jakiś
pokrętny sposób zaczynała się do tego przyzwyczajać. Michael twierdził, że to
było ludzkie, bo i każde z nich miało w sobie coś z człowieka; to,
że prędzej czy później każdy przyzwyczajał się do nowej sytuacji, chcąc nie
chcąc akceptując ją nawet w wypadku, kiedy wydawała się po prostu
niedorzeczna, bez wątpienia takie było. I chociaż raz po raz miała
wrażenie, że za moment zostanie przytłoczona całym tym szaleństwem i pytaniami,
które z czasem zaczęły ją dręczyć, wciąż żyła – o ile to, co się z nią
działo, wciąż można było określić mianem czegoś więcej, aniżeli zwykłej
egzystencji.
Eleonora starała się zrobić
wszystko, byleby jakoś łagodnie wprowadzić ją w ten świat. Dużo
rozmawiały, chociaż w większości przypadków dyskusje te wcale nie
dotyczyły świata nieśmiertelnych, ale Alyssy – tego, kim dotychczas była, co
lubiła i czego potrzebowała. To było w równym stopniu niezwykle
urocze, co i na swój sposób krępujące, bowiem kobieta nie musiała
poświęcać jej uwagi, nie wspominając o przejmowaniu obowiązków, które tak
naprawdę powinny spocząć na Carlosie. On sam zniknął, jak gdyby nigdy nic
zostawiając rodzinę z młodą wampirzycą i koniecznością przystosowania
jej do świata, którego wcale nie chciała poznać, nie wspominając o tym, że
wciąż nie potrafiła go zrozumieć… A może raczej nie chciała, wciąż nie
dopuszczając do siebie myśli o własnej śmierci – o tym, że tamtego
wieczora w lesie tak naprawdę umarła, a wraz z nią końca
dobiegło życie, które dotychczas prowadziła. Nie chciała zapominać o wszystkim,
co stanowiło jej codzienność do tej pory, łącznie z Mary, planami na
przyszłość i choćby czymś tak błahym jak studia, ale wszystko wskazywało
na to, że będzie musiała w ten sposób postąpić.
Nie była na to gotowa.
To sprawiało, że miała do
Carlosa coraz większe pretensje, dodatkowo rozżalona przez świadomość tego, że
mężczyzna raz jeszcze ją porzucił. Sądziła, że po rozmowie, którą
przeprowadzili, poczuje się choć częściowo zobowiązany, żeby pomóc jej się
odnaleźć, ale wampir najwyraźniej uznał, że zrobił swoje, kiedy Eleonora z własnej
woli zaproponowała pomoc. Nie żeby spodziewała się po nim jakiegoś szczególnego
zaangażowania, ale mimo wszystko po tym, co jej powiedział – o tym,
że ją obserwował i że tak wiele wysiłku włożył w to, żeby ostatecznie
znalazła się tutaj…
Cóż, zawiódł. Po raz kolejny
pojawił się tylko po to, żeby namieszać i znów zniknąć, zajmując się
cholera wie czym. To sprawiało, że miała ochotę rozszarpać go na kawałeczki,
niezależnie od tego, jakie niosłoby to ze sobą konsekwencje.
Właśnie niemożność określenia
tego, co działo się z Carlosem i kiedy wampir pojawi się ponownie,
wpłynęła na podekscytowanie, które Alyssa poczuła z chwilą, w której
tak gwałtownie się przebudziła. Sytuacja z miejsca skojarzyła jej się z tym
ostatnim razem, kiedy zastała swojego stwórcę w sypialni, obserwującego ją
podczas snu. Skoro zrobił to raz, mogła spodziewać się po nim podobnej
bezczelności również tym razem, jednak szybko przekonała się, że nie ma na co
liczyć – pokój był pusty, ona z kolei jak zwykle w ostatnim czasie siedziała
sama. Nie miała pewności, która jest godzina, ale instynkt podpowiadał jej, że
musiało być dość wcześnie rano. Potrafiła to wyczuć, bo często od znajomości
pory dnia mogło zależeć to, czy w ogóle miała być w stanie przeżyć –
zdaniem jej opiekunów, słoneczny blask naprawdę bywał zabójczy, zwłaszcza dla
młodych istot.
Zabawne, bo choć perspektywa
spędzenia wieczności w ciemnościach powinna ją przerażać, nic podobnego
nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – na swój sposób czuła się podekscytowana.
Okna sypialni (nowe, wstawione
krótko po tym, jak wraz z Carlosem narobili zamieszania, chyba jedynie
cudem nie demolując połowy domu) zasłonięto grubymi, ciężkimi kotarami, przez
co nie była w stanie wyjrzeć na zewnątrz. Rozwiązanie bez wątpienia miało
okazać się skuteczne, bo materiał nie przepuszczał chociażby odrobiny światła,
przez co nie miała jak upewnić się, czy jej przypuszczenia w ogóle
pokrywały się z rzeczywistością. Zawahała się, spokojnie stojąc w miejscu
i pozwalając, żeby chłodna posadzka drażniła bose stopy. Czekała, chociaż
sama nie była pewna na co, z uporem przypatrując się kotarom i nasłuchując
pomimo panującej w pomieszczeniu ciszy. Rozsądnym rozwiązaniem wydawał się
powrót do łóżka, tym bardziej, że powoli zaczynała dochodzić do wniosku, iż powtarzający
jej imię głos był wyłącznie wytworem wyobraźni – co najwyżej sen, którego jak
zwykle nie potrafiła sobie przypomnieć. Nie byłaby nawet zaskoczona, gdyby
okazało się, że i tym razem z sobie tylko znanych przyczyn zapadała
się w pustkę, za jedyne towarzystwo mając tajemniczą postać, odznaczającą
się parą lśniących, błękitnych oczu, które…
Ariano…
Zesztywniała, czując się tak,
jakby ktoś z całej siły zdzielił ją w tył głowy. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, co najmniej oszołomiona, kiedy w pełni
przekonała się, że nawoływanie było prawdziwe – przecież wyraźnie powtarzał jej
imię i…
Nie, to nie było tak. Słyszała,
że wzywano kogoś, o kimś już słyszała, ale mimo wszystko… Nie była Arianą,
a przecież zarówno teraz, jak i wcześniej, wyraźnie słyszała to jedno
imię – i to wcale nie brzmiące „Alyssa”.
Jakie
to właściwie ma znaczenie?,
pomyślała, tym samym decydując się uciąć jakiekolwiek dyskusje. Nie sądziła, że
będzie w stanie ot tak uspokoić samą siebie, powstrzymując się przed
zadawaniem zbędnych pytań, ale postanowiła się nad tym nie rozwodzić.
Podświadomie czuła, że chodzi o nią – i że powinna iść, najlepiej tak
szybko, jak tylko miało być to możliwe.
Ariano,
chodź do mnie…
Ten głos… Nie potrafiła go
opisać, ale wydał jej się znajomy – i to pomimo tego, że jakoś nie miała
wątpliwości co do tego, że słyszała go po raz pierwszy. Nie sądziła, że coś
podobnego jest możliwe, ale i tę kwestię zdecydowała się pozostawić bez
wyjaśnienia, dochodząc do wniosku, że to najmniejszy problem. Jakby tego było
mało, wciąż nie czuła lęku, przekonana, że jest w zupełności bezpieczna i że
powinna usłuchać. Ktokolwiek ją wołał, nie zamierzał jej skrzywdzić,
niezależnie od tego, jak beznadziejnie naiwnie mogłoby brzmieć wyciągnięcie
takich wniosków bez konkretnego powodu.
Wciąż o tym myśląc, bez
pośpiechu przesunęła się naprzód, by w następnej sekundzie zrobić
najbardziej szaloną, niedorzeczną rzecz, jaką tylko byłaby w stanie sobie
wyobrazić. Zanim zastanowiła się nad tym, co i dlaczego właśnie zamierzała
zrobić, zdecydowanym ruchem rozsunęła zasłony, wpuszczając do dotychczas
pogrążonej w półmroku sypialni blade światło poranka. Lekko zmrużyła oczy,
czekając aż jej źrenice przywykną do zmiany oświetlenia i jak gdyby nigdy
nic ze spokojem pozwalając na to, żeby słoneczny blask padał na jej bladą,
odsłoniętą skórę. Nie poczuła niczego, co świadczyłoby o tym, że coś jest
nie tak – ani bólu, ani niepokoju, które powinny towarzyszyć komuś, kto w każdej
chwili mógł spalić się żywcem. Niezmieszana, zmarszczyła brwi, mimowolnie
zastanawiając się nad tym, czy to możliwe, żeby reakcja wampirzego ciała na
światło następowała z opóźnieniem. Gdyby tak było, Eleonora na pewno by ją
uświadomiła, tym bardziej, że Alyssy nawet do głowy nie przyszło, że kobieta
mogłaby opowiadać jej kłamstwa, ale mimo wszystko…
W zamyśleniu skinęła głową. Nie,
zdecydowanie nie widziała powodu, dla którego miałaby chcieć się zabić – coś
podobnego nie wchodziło w grę i to nie tylko dlatego, że była zbyt
wielkim tchórzem, by w ten sposób zakończyć swoją egzystencję. Jasne, to,
kim uczynił ją Carlos, niezmiennie napawało ją przerażeniem, ale to jeszcze nie
znaczyło, że nagle zaczęła palić się do umierania. Nie miała pojęcia, co tak
naprawdę zadecydowało o tym, że zaryzykowała w aż takim stopniu, ale
to nie miało znaczenia – po prostu wiedziała, że kiedy rozsunie zasłony, nie
wydarzy się nic niedobrego.
Głos, który ją do siebie wzywał,
jasno dawał do zrozumienia, że powinna wyjść na zewnątrz, a to byłoby bez
sensu, gdyby po opuszczeniu domu miała zginąć.
Nerwowo obejrzała się przez
ramię, krótką chwilę nasłuchując w obawie przed tym, że drzwi nagle się
otworzą i ktokolwiek wejdzie do pokoju. Nie martwiła się tym, że
ktoś zauważy ją, kiedy będzie spacerowała w blasku poranka, ale
przede wszystkim świadomość, że dla Eleonory i reszty mieszkańców domu
słońce nie byłoby aż tak łaskawe. Ostatnim, czego chciała, było to, żeby
komukolwiek stała się krzywda – a już zwłaszcza osobom, które były dla
niej takie dobre.
Kolejne sekundy mijały i nic
nie wskazywało na to, żeby ktoś miał się pojawić. Podejrzewała, że wszyscy
wciąż spali jak zabici, tym bardziej, że wampiry prowadziły nocny tryb życia.
Po kilku dniach spędzonych w tym miejscu, pojęcie odwróconej doby już nie
brzmiało dla niej tak abstrakcyjnie jak w chwili, w której usłyszała o tym
po raz pierwszy. Była zaskoczona tym, że nieśmiertelni w ogóle musieli
sypiać, ale i to z czasem wydało jej się naturalne, być może dlatego,
że w ten sposób łatwiej mogła uwierzyć, że każde z nich na swój
sposób pozostawało człowiekiem – całkowicie odmienionym, ale jednak.
Nie obawiając się tego, że
zostanie przez kogokolwiek zauważona, z lekkością wspięła się na parapet.
Chociaż wysokość z piętra do ziemi była wystarczająco duża, bo w innym
wypadku Alyssa zaczęła obawiać się tego, że połamie sobie nogi, w tamtej
chwili nawet nie zawahała się przed podjęciem decyzji o skoku. Z lekkością
wylądowała na lekko ugiętych nogach, spokojna i rozluźniona, niemalże jak
drapieżnik, który właśnie wybierał się na łowy. Bez zastanowienia ruszyła przed
siebie, ostrożnie stawiając kolejne kroki, by nie ryzykować, że przypadkiem
zwróci na siebie czyjąkolwiek uwagę. Ciepłe promienie słoneczne z łatwością
przebijały się przez baldachim liści tuż nad jej głową, muskając odsłoniętą
skórę i sprawiając, że Ali czuła się po prostu dobrze. Spacerowym krokiem
szła przed siebie, obojętna na to, że na sobie ma jedynie cieniutką koszulę
nocną, a nierówne podłoże raz po raz drażni jej bose stopy. Nie musiała
nawet zastanawiać się nad tym, gdzie i dlaczego powinna iść, aż nazbyt
pewna tego, że obrała właściwy kierunek. Jakby tego było mało, dobrze wiedziała
w jaki sposób stawiać kolejne kroki tak, żeby poruszać się bezszelestnie,
chociaż nigdy wcześniej nie miała okazji się tego nauczyć.
Las był cichy, a przynajmniej
takie wrażenie można było odnieść w pierwszym momencie. Zdążyła już
przekonać się, że w wielu przypadkach to były tylko i wyłącznie
pozory – wrażenie, któremu może i ulegali pozbawieni wyostrzonych zmysłów
ludzie, ale ona pozostawała w pełni uświadomiona. Wyraźnie słyszała nie
tylko swój spokojny oddech czy ledwo wyczuwalne bicie serca, ale przede
wszystkim sposób, w jaki natura wręcz tętniła życiem. Była w stanie wyczuć
to całą sobą – ten drugi, zwykle ukryty przed wzrokiem świat, którego wydawała
się być częścią. Dobrze wiedziała, że gdzieś tam znajdowały się dziesiątki
zwierząt – mniejszych lub większych, samotnych albo poruszających się w grupach.
Mogła wyczuć pulsującą w ich organizmach krew, a przy odrobinie
szczęścia móc je wytropić, chociaż nie istniał żaden sensowny powód, dla
którego miałaby to zrobić. Wiedziała za to, że takie doświadczenia jej się
podobały – to, że nagle poczuła się częścią natury, świadoma tętniącego
życiem lasu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Na zewnątrz wciąż panował
charakterystyczny dla poranka chłód, ale ten w najmniejszym choćby stopniu
nie dawał się Alyssy we znaki. Dzień zapowiadał się wyjątkowo wręcz słonecznie,
co również przypadło jej do gustu, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że jakimś
cudem mogła poruszać się po słońcu. Pomyślała, że powinna wrócić i natychmiast
poinformować o tym pozostałych, ale po chwili wahania doszła do wniosku,
że z równym powodzeniem może odłożyć to na później, tym bardziej, że nie
działo się nic niepokojącego. Wciąż uczyła się siebie i tego, czym
charakteryzowało się to, kim była teraz; doświadczała, stopniowo przywykając do
wyostrzonych zmysłów i informacji, których zarówno jej ciało, jak i opiekunowie,
dostarczały niemalże na każdym kroku. I choć dotychczas była tym
przytłoczona, niezmiennie niepokojąc się przez świadomość tego, kim się stała,
kiedy w końcu znalazła się w lesie, poczuła się o wiele pewniej,
zupełnie jakby wróciła do domu albo…
To nie miało sensu. Ale –
szczerze powiedziawszy – co w ostatnim czasie go miało?
Już nie słyszała głosu, ale to
nie przeszkodziło jej w metodycznym podążaniu przed siebie. Zdołała
odszukać ścieżkę pomiędzy drzewami, chociaż nie potrafiła stwierdzić czy ta
została wydeptana przez ludzi, czy zwierzęta. Uważnie rozglądała się dookoła,
napawając się bliskością lasu, przyjemnym zapachem i muśnięciami promieni
słonecznych na skórze. Nie sądziła, że można czerpać aż taką przyjemność ze spaceru
i tego, że w ogóle mogła swobodnie poruszać się w blasku dnia, ale
najwyraźniej wszystko było możliwe – zwłaszcza w przypadku kogoś, kto
dopiero co dowiedział się, że właśnie został wampirem.
Wampir…
Jak bardzo przerażające było to,
że powoli przyzwyczajała się do tego słowa? Wcześniej z uporem odpychała
je od siebie, ale teraz… Teraz wszystko uległo zmianie, a Alyssa zaczęła
dochodzić do wniosku, że podświadomie od samego początku wiedziała dokąd to zmierza.
Co więcej, kiedy przestała odpychać od siebie prawdę, poczuła się o wiele
pewniej, choć nie sądziła, że coś podobnego ma rację bytu. Przecież to ja… Tak?, pomyślała i choć nie do końca rozumiała
własne słowa, chcąc nie chcąc doszła do wniosku, że jak najbardziej opisywały
jej sytuację. Wciąż była sobą…
A może raczej nareszcie stała się tym, kim powinna być
od samego początku.
Mimowolnie zadrżała, stopniowo
gubiąc się we własnych myślach. Chwilami miała wrażenie, że doświadcza jakiegoś
cholernego rozdwojenia jaźni – że istnieją dwie różne Alyssy, jedna bardziej
świadoma od drugiej. To było tak, jakby jakaś jej cząstka przez cały ten czas
trwała w uśpieniu, by teraz w końcu zacząć dochodzić do głosu, jakby nareszcie wydarzyło się coś na co czekała bardzo długo. Podczas gdy „dawna Ali” czuła się
po prostu przerażona, gotowa oddać wszystko, byleby wrócić do dotychczasowego
życia, ta „nowa”… w jakiś pokrętny sposób się w tym odnajdowała. Co
więcej, chyba tego chciała – zaakceptowania sytuacji i korzyści, które
płynęły z umiejętności przysługującym komuś takiemu jak ona.
Własne myśli zaczynały ją
przerażać, przez co w pośpiechu zaczęła szukać sposobu na to, by zająć
głowę czymkolwiek innym. Z przesadną uwagą wpatrywała się w leśną
ściółkę, starannie analizując kolejne kroki i próbując określić, gdzie tak
naprawdę chciała dotrzeć. Wciąż szła przed siebie, coraz bardziej zagłębiając
się w gęstwinę, ale dotychczasowe pewność siebie i czysta
euforia, którą chwilę wcześniej odczuwała, zachwycona możliwością przebywania
na świeżym powietrzu, zniknęła równie nagle, co się pojawiła. W zamian
pojawiły się wątpliwości i przeświadczenie o tym, że chyba powoli
zaczynała wariować, bo jak inaczej miałaby wytłumaczyć sobie to, że nie tylko
pod wpływem chwili zaryzykowała wyjście na słońce, ale na domiar złego niejako
goniła za snem? Czym innym mógł być głos, który…
Ariano…
Przystanęła gwałtownie, chyba
jedynie cudem nie tracąc przy tym równowagi. Niepokój i poczucie bycia
obserwowaną pojawił się nagle, skutecznie przyprawiając dziewczynę o dreszcze.
Zamarła w bezruchu, uważnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, i stopniowo
przeczesując wzrokiem gęstwinę – rosnące bardzo blisko siebie drzewa oraz
wszechobecne cienie, w których mogło kryć się… dosłownie wszystko.
Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się nagle, a puls Alyssy momentalnie
przyśpieszył i to do tego stopnia, że przez kilka następnych sekund była
niemalże pewna tego, iż serce za chwilę połamie jej żebra, by w następnej
chwili wyrwać się na zewnątrz. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści i napięła
mięśnie, gotowa zrobić wszystko, byleby się obronić, gdyby przyszła taka potrzeba, choć nie wiedziała, skąd brało się przeświadczenie, że to w ogóle
okaże się konieczne. Dlaczego miałaby zostać zaatakowana, na dodatek w biały
dzień, skoro… Cóż, jakby nie patrzeć, to właśnie ona pozostawała najbardziej
niebezpiecznym drapieżnikiem w okolicy?
Jakkolwiek by nie było, nie
miała wątpliwości co do tego, że coś czaiło się poza zasięgiem jej wzroku –
gdzieś tam, w ciemnościach, które nie ustępowały nawet w dzień, kiedy
na dworze było jasno. Choć próbowała przekonać samą siebie, że to wyłącznie wytwór
jej wyobraźni i nadmiar życia w stresie, przecież wiedziała, że to wcale nie jest takie
proste – i że tak naprawdę coś było, choć nie potrafiła tego dostrzec. Stopniowo
zaczynała przekonywać się o tym, jak niezwykły potrafił być instynkt,
którym została obdarzona wraz z przemianą. Możliwe, że posiadała go już
wcześniej – w końcu ludzie nie raz podświadomie wyczuwali
niebezpieczeństwo – jednak dopiero teraz nauczyła się z niego korzystać, a wręcz
na nim polegać.
Skoro teraz czuła, że jest
zagrożona, najpewniej tak było. To z kolei oznaczało, że musiała uciekać i to tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.
Nie
ruszaj się,
nakazała sobie stanowczo, nieudolnie próbując dostosować się do własnych rad.
Nabrała powietrza do płuc, usiłując wyrównać oddech i zapanować nad
przyśpieszonym pulsem. Miała wrażenie, że jest zdecydowanie zbyt głośna i wyraźna
– że wszystko w niej aż krzyczy, że znajdowała się akurat w tym
konkretnym miejscu i aż prosiła się o to, żeby ktoś ją dopadł. I nie bój, bo w ten sposób donikąd nie dojdziesz. Jeśli zaczniesz
zachowywać się jak spłoszone zwierzę, wtedy faktycznie zostaniesz tak
potraktowana…
Nie miała pojęcia, skąd to wie,
ale takie tłumaczenie brzmiało sensownie. Co więcej, przez krótką chwilę
poczuła się tak, jakby ktoś stał tuż obok niej, szepcąc dobre rady wprost do
ucha. To było niczym kolejne wspomnienie – odległe, ale jednak prawdziwe,
Alyssa z kolei była gotowa przysiąc, że takie słowa mógłby wypowiedzieć do
niej mężczyzna.
Kiedyś, dawno temu…
Z tym, że to nie miało znaczenia
– a ona musiała uciekać, póki jeszcze miała po temu okazję.
Wzięła jeszcze jeden głęboki
wdech, po czym – wciąż uważnie lustrując wzrokiem okolicę – ostrożnie zaczęła
się wycofywać. Dopiero po krótkiej chwili nerwy ostatecznie jej puściły, a dziewczyna
odwróciła się na pięcie, biegiem rzucając w drogę powrotną. Nie obejrzała
się ani razu, ale pomimo tego czuła, że coś za nią podąża – dużego,
niebezpiecznego i wciąż skrytego w mroku. Nie tyle to słyszała, co po
prostu była całkowicie pewna, że intruz gdzieś tam jest – i że
zdecydowanie nie mogła pozwolić na to, żeby ją dopadł, niezależnie od tego, co
musiałaby zrobić, byleby zdołać go uniknąć.
Nie miała pojęcia, jakim cudem
udało jej się dotrzeć z powrotem do domu. Wpadła na ganek, a potem do
przedsionka, w pośpiechu zamykając za sobą drzwi.
Kiedy na ułamek sekundy
obejrzała się, by móc spojrzeć na rosnący w pobliżu las, pomiędzy drzewami
nie zobaczyła niczego.
Dość długo zastanawiałam się nad tym, jak powinien wyglądać ten rozdział. Zmieniałam koncepcję, bo potrzebowałam czegoś, co popchnie do przodu i akcję, i Alyssę. Jej charakter jest trudny, zresztą tak jak i cała postać, ale to wyjaśni się wkrótce, kiedy pokuszę się o wyjaśnienia, które rzucą światło zarówno na fabułę, jak i to, co kryje się za niespójnymi zachowaniami dziewczyny. Jeśli wyszło chaotycznie, to przepraszam, ale jak najbardziej miałam taki zamiar.W pierwotnej wersji w tym miejscu skupiałam się na budowaniu relacji rodzinnych, gubiąc się w nieswoich postaciach. Tym razem postanowiłam sobie i Wam tego zaoszczędzić, tym bardziej, że zaufanie przyjdą z czasem. Doszłam do wniosku, że w tym konkretnym wypadku dla fabuły ważne jest to, żeby pewne rzeczy działy się bardzo szybko; czas pokaże, czy miałam pod tym względem rację.Rozdział dziewiętnasty niebawem, a przynajmniej mam nadzieję, że wena mnie do tego czasu nie opuści. Jak zwykle dziękuję za obecność i do napisania wkrótce!

Dobry wieczór!
OdpowiedzUsuńCo ja mogę powiedzieć? Kiedy pierwszy raz zobaczyłam u Ciebie rozdział bez dialogu, byłam zdziwiona. Jednak teraz widząc taki rozdział, jak ten powyżej, nie byłam zdziwiona, bo już poznałam Twoje możliwości.
Cieszę się, że zmieniłaś koncepcje, bo rozdział jest naprawdę dobry. Nic w nim nie zdradzasz, może dajesz trochę zamieszania, ale podejrzewam, że z czasem przy każdym pytaniu również pojawi się odpowiedź. Tylko żeby tak było, trzeba się uzbroić w cierpliwość.
Rozdwojenie jaźni... pamiętam, że pod którymś rozdziałem ja to zasugerowałam w swoim komentarzu i pamiętam też naszą rozmowę, jaką wywiązała się później na GG. Bez spojlerowania, wszystko przemilcze. W końcu mi zaufałaś, to trzeba udowodnić, że warto.
Zastanawia mnie ten głos, który woła nie naszą Alyssę, ale niejaką Arianę. I jeśli mnie pamięć nie zawodzi (a zdarza się), nie było mowy o nikim o tym imieniu, więc tym bardziej zastanawiające, prawda? No nic. Wierzę, że to co siedzi w Twojej głowie wypłynie również w kolejnych rozdziałach.
Rozdział w sumie nie zdradza nic. Alyssa wyszła z domu, bo ktoś ją wolał, kierował nią jakiś głos, co jest zastanawiające. Ale poza tym nic więcej się nie dzieje. Mimo wszystko powinnaś być dumna z takiego rozdziału :) Ja na Twoim miejscu bym była.
Oby ta wena Ci sprzyjała!
Ściskam,
Mrs.Cross!
Hej. Za każdym razem zastanawiam się jakim cudem mogłam się tak zapuścić z komentarzami a mimo to i tak n ie udaje mi się komentować regularnie. Będziesz musiała mi wybaczyć ;)
OdpowiedzUsuńPodoba mi się ten rozdział bo z jednej strony jest spokojny, a z drugiej tajemniczy. Cieszę się że Alyssa powoli przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Wiadomo, żebbędzie jej żal starego życia, ale wydaje się odnajdywać w w tym całym "wampiryzmie" i chyba nawet sprawia jej to trochę radości.
Zastanawia mnie dlaczego Eleonora i Micheal powiedzieli Alyssie, że słońce może ją zabić. Pojawia się pytanie czy Alyssa jest po prostu niezwykła czy też mieli jakiś powód żeby ją okłamać. Może w ten sposób chcieli ją przed czymś chronić.
No i nie zapominam o chyba głównej zagadce tego rozdziału- tajemniczy głosie i imieniu Arkana. Mogę mieć tylko różne podejrzenia. Może to jakieś poprzednie wcielenie Alyssy o którym ona nie pamięta. Coś w tym rodzaju.
To tyle ode mnie o tym rozdziale! :D