Alyssa
Ariana uniosła
głowę. Ciepłe promienie wschodzącego słońca musnęły jej policzki, niosąc ze
sobą ukojenie. To było przyjemne, tak jak i obecność szumiących łagodnie
drzew i natury, która zawsze działała na nią w taki sposób. Miała
wrażenie, że przesycony słodyczą kwiatów, piżmowym zapachem zwierzyny, a także wonią
lekko kołyszących się drzew wiatr bawi się z nią, igrając na odsłoniętej
skórze. Jasne włosy raz po raz burzyły się i opadały na twarz,
ograniczając widoczność, co mogłaby uznać za zabawne, gdyby nie to, że na
dłuższą metę poprawianie loków irytowało dziewczynę coraz bardziej.
Po
raz kolejny zamknęła oczy, po czym odchyliła głowę, stanowczo odrzucając loki
na plecy. Wyostrzone zmysły niezmiennie podsuwały jej kolejne bodźce,
oszołamiając i sprawiając, że ledwo była w stanie nadążyć za
tętniącym życiem lasem. W otoczeniu drzew zawsze czuła się najlepiej,
niezmiennie mając wrażenie, że wróciła do domu, a natura tylko czekała na
moment, w którym zdecyduje się dotrzymać jej towarzystwa. Ziemia była
żywa, a Ariana czuła to wyraźnie, niemal z rozkoszą poddając się kojącemu
wpływowi drzew oraz przyjemnej ciszy, która otaczała ją ze wszystkich
stron.
Uśmiechając
się, zdecydowanym ruchem wyciągnęła przed siebie rękę, bez chwili wahania
wbijając wzrok w leśne podszycie tuż pod stopami. Ruchem równie
naturalnym, co i oddychanie, lekko skinęła dłonią, wznosząc rozczapierzone
palce ku górze. Nie musiała sprawdzać, by przekonać się, że jej działania jak
zwykle przyniosły oczekiwane skutki; wyraźnie czuła rozkoszne dreszcze, które
jak na zawołanie wstrząsnęły całym ciałem, entuzjastycznie reagując na nagłą
zmianę w atmosferze.
Już
ułamek sekundy później na dotychczas pustej ściółce dostrzegła pierwsze zielone
łodyżki, a po chwili bajecznie kolorowe kwiaty w pełni rozkwitu.
Skinęła
głową, jak dziecko ciesząc się z coraz większej wprawy, z jaką
przychodziło jej kontrolowanie odziedziczonego po matce daru. Miała dość tego, że
wszyscy wokół szeptali za jej plecami, porównując ją do ojca i wydając się
na każdym kroku oceniać, czy choć w niewielkim stopniu wdała się w samego
Lucyfera. Na samą myśl o Panu Ciemności wpadała w gniew, mając ochotę
zacząć krzyczeć albo pokazać wszystkim, kim tak naprawdę była – córką Gai,
a może i całej natury. Gdyby tylko zechciała, byłaby w stanie
sprawić, żeby ziemia zadrżała, zdradzając kumulujący się gniew, a może
nawet pochłaniając wszystkich tych, którzy kiedykolwiek mieli czelność jej
podpaść, ale… Och, po prostu nie mogła.
Gdyby
postąpiła w ten sposób, byłaby taka jak ojciec – niebezpieczna,
bezwzględna i pozbawiona jakichkolwiek skrupułów. Wtedy już nikt nie
miałby wątpliwości, a ona zatraciłaby siebie na rzecz kogoś… albo raczej
czegoś, co może i było częścią niej, chociaż Ariana wolała, by ta najmroczniejsza
strona jej osobowości odeszła w zapomnienie.
Czasami
zastanawiała się, co stałoby się, gdyby poddała się tej mrocznej naturze – części
siebie, która tak bardzo ją przerażała, być może właśnie dlatego, że była aż do
tego stopnia prawdziwa. Sama myśl przyprawiała Arianę o deszcze, a jednak
jeśli miała być ze sobą szczera, w pewnym sensie czuła… dziwne
podekscytowanie, zupełnie jakby właśnie rozważała zrobienie czegoś równie
niebezpiecznego, co i na swój sposób pożądanego. Mawiano, że zakazany owoc
smakuje najlepiej i być może coś w tym było, chociaż Ariana nigdy nie
pomyślała, że to właśnie mrok mógłby okazać się pokusą, której pragnęłaby ulec.
Przestała
o tym myśleć, słysząc niewiele głośniejsze od szumu liści kroki. Na jej
ustach jak na zawołanie pojawił się olśniewający uśmiech, a już ułamek
sekundy później z gracją okręciła się wokół własnej osi. Materiał długiej,
sięgającej ziemi sukni, którą miała na sobie, zaszeleścił łagodnie, wijąc się
i falując tuż u jej stóp. Nie musiała zgadywać, by wiedzieć, kto
zmierza w jej stronę – dokładnie tak, jak byli umówieni już od dłuższego
czasu. Pod tym względem zawsze mogła na niego liczyć, jeśli zaś chodziło
o zakazany owoc, pokusy i możliwe konsekwencje… Och, istniało coś
o wiele bardziej skomplikowanego, czego pragnęła i z czego tak po prostu
nie potrafiłaby zrezygnować.
Czy
też raczej ktoś.
Uniosła
ramiona, machnięciem ręki nakazując gęstwinie rozstąpić się, żeby utorować
drogę temu, który zmierzał w jej stronę. Znamię na plecach zapiekło
w rozkoszny sposób, jak zawsze, kiedy wykorzystywała swoje zdolności,
zmuszając naturę do uległości. Na jej życzenie rośliny kwitły albo odumierały,
drzewa rozrastały się albo pękała z trzaskiem – w pełni posłuszne jej
woli, reagowały na emocje i pragnienia… Była ich panią, królową, a przynajmniej
tak się czuła, czerpiąc z otoczenia to, co najlepsze, a dzięki
obecności natury czując się tak dobrze, jak tylko było to możliwe. Miała
wrażenie, że jest częścią tego, co ją otaczało – drzew i krzewów…
Wszystkiego, co zrodziła ziemia – bo ta była jej żywiołem, jej matką,
jakkolwiek ironicznie mogłoby to brzmieć, jeśli wziąć pod uwagę istnienie Gai.
Skinęła
głową, a bujna trawa wokół niej wydała kolorowe, intensywnie pachnące
kwiaty. Kiedy pomiędzy drzewami nareszcie zamajaczyła długo wyczekiwana przez nią
postać, zdążyła już rozsiąść się pośród kwiecistego kręgu, błyszczącymi oczami
spoglądając w intensywnie niebieskie tęczówki – tak bardzo znajome i kochające,
że aż zawirowało jej w głowie od nadmiaru emocji. Z nikłym uśmiechem
odrzuciła na plecy jasne włosy, chcąc sprawiać wrażenie pewnej siebie,
zdecydowanej i pięknej, chociaż podejrzewała, że w jego oczach zawsze
wyglądała dobrze, niezależnie od sytuacji i tego, co miała na sobie. Była
w stanie to poznać zarówno po jego tonie, jak i uśmiechu, którym
obdarzył ją już na samym wstępie, wpatrując w nań tak, jakby widział ją po
raz pierwszy – i jakby była aniołem albo inną cudowną istotą, która
z jakiegoś powodu zdecydowała się zaszczycić świat swoją obecnością. Och,
to też wydawało się ironiczne, a jednak… Cóż, podobało jej się.
–
Bardzo ładnie, Ariano – usłyszała i tym razem pozwoliła sobie na szczery,
o wiele bardziej promienny uśmiech.
Jak
długo On był z niej zadowolony, mogła być dumna z tego, kim była –
i kim mogła się stać. Niezależnie od swojego pochodzenia, zdolności i…
Ta
jedna istota wydawała się warunkować wszystko, a Ariana wiedziała, że jak
długo będzie mogła cieszyć się Jego miłością, nie musi obawiać się, że upadnie.
~*~
Nieskładne, jaskrawe wspomnienia wciąż wydawały się żywe,
kiedy Alyssa otworzyła oczu. Pierwszym, co zarejestrowała, były głosy – aż nazbyt
znajome, chociaż rozpoznanie jednego z nich zajęło jej dłuższą chwilę… A potem
omal nie wyszła z siebie, całkowicie wytrącona z równowagi tym, że to
właśnie Carlos mógłby znaleźć ją w tym miejscu!
Wciąż czuła się zmęczona i dziwnie
ociężała, a jednak kiedy usłyszała jak jej stwórca bez najmniejszego
choćby cienia wahania grozi Mary, nie był w stanie spokojnie leżeć.
Wściekłość, która towarzyszyła jej od chwili ostatniej rozmowy z wampirem,
ostatecznie powróciła i to ze zdwojoną siłą. Zanim Alyssa zdążyła
zastanowić się nad tym co robi, jakimś cudem zdołała zerwać się na równe nogi,
wręcz trzęsąc się ze złości i czując na tyle zdeterminowaną, by rzucić się
mężczyźnie do gardła, chociaż to wydawało się bez sensu. Dobrze wiedziała, że
ma przed sobą o wiele bardziej doświadczonego przeciwnika, choć nie
sądziła, by po tym wszystkim Carlos zdecydował się podnieść na nią rękę.
Och, nie dbała o to!
– Carlosie Sorenti, masz
natychmiast zostawić moją przyjaciółkę! – wybuchła, momentalnie tracąc nad sobą
kontrolę.
Brzmienie własnego głosu
zaskoczyło nawet ją. Zamarła w bezruchu, mimowolnie krzywiąc się i właściwie
bezwiednie rozglądając dookoła, zupełnie jakby spodziewała się zobaczyć kogoś
jeszcze – kogoś obcego, kogo ton w istocie mógłby brzmieć w tak zdecydowany,
pełen charyzmy sposób. Podświadomie wiedziała, że wszystko sprowadzało się do
niej, tym bardziej, że od chwili przemiany była inna. Emocje coraz częściej
stanowiły dla niej wyzwanie, a momentami sama nie była pewna jakim cudem
udawało jej się nad sobą panować. Po raz kolejny patrzyła na Carlosa i czuła
się rozdarta, w równym stopniu pragnąć rozerwać go na kawałeczki, jak i
spróbować wysłuchać, chociaż jeszcze kilka godzin wcześniej zdecydowanie nie
czuła się do tego zdolna. Czuła, że wszystko popsuła i niepotrzebnie
uciekła, chociaż z drugiej strony trudno było jej spokojnie przyjmować to,
jak jej stwórca po raz kolejny wszystko komplikuje – i to nawet pomimo
tego, że sama go o to poprosiła.
W tamtej chwili to wydawało
się nieistotne. Jeśli miała być ze sobą szczera, była skłonna sama prędzej czy
później pojawić się w domu Sorentich, by wszystko wyjaśnić. Już i tak
zabrnęła za daleko, a unikanie prawdy wcale nie znaczyło, że ta
przestawała istnieć, zresztą nie tak dawno temu była gotowa zrobić wszystko,
byleby dowiedzieć się, co ukrywał przed nią Carlos. Jego słowa nadal do niej
nie dochodziły, ale już nie wzbudzały w Alyssy aż tak skrajnych emocji…
Nie, jeśli porównać je z tym,
co poczuła, kiedy zobaczyła jak ten cholerny wampir przyciska Mary do ściany,
wyglądając na chętnego, by wgryźć się w odsłoniętą szyję dziewczyny.
Coś zmieniło się z chwilą,
w której zaczęła krzyczeć. Zauważyła, że Carlos i Mary jak na
zawołanie zamarli, nagle wyjątkowo zgodni, tym bardziej, że w tym samym
momencie spojrzeli w jej stronę. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na
pewno nie tego, że w zielonych oczach przyjaciółki dostrzeże niepokój, by
nie rzec, że strach – tym bardziej, że ta zdecydowanie nie obawiała się wciąż
przytrzymującego ją Carlosa. Chodzi
o mnie, uświadomiła sobie Alyssa i chociaż nie zapytała o to
wprost, nagle jakiekolwiek wyjaśnienia wydały się zbędne. Mogła tylko zgadywać
jak w tamtej chwili wyglądała, ale jeśli zastanowić się nad spojrzeniem
Mary, wnioski nasuwały się same.
Carlos nie zareagował od razu,
chociaż – ku własnemu zaskoczeniu – zauważyła, że w pierwszym odruchu
drgnął. Jego spojrzenie i twarz nie wyrażały żadnych emocji, przypominając
maskę, którą tak często widywała w ostatnim czasie. Wiedziała, że mężczyzna
zawsze świetnie nad sobą panował, stanowiąc najpewniej najbardziej wprawionego
aktora, jakiego kiedykolwiek przyszło jej poznać. Czuła na sobie jego
przenikliwe spojrzenie, co jedynie wzmagało odczuwaną przez nią irytację, wręcz
doprowadzając do szaleństwa. Z pewnym opóźnieniem uprzytomniła sobie, że
praktycznie bezwiednie wyciągnęła rękę przed siebie, zupełnie jakby chciała go
pchnąć albo uderzyć i to nawet pomimo dzielącej ich odległości. Zaraz po tym
dotarło do niej, dlaczego ten gest wydał jej się dziwnie znajomy i zastanawiający,
chociaż podświadomie wiedziała to już od początku – z tym, że również tego
tak od razu nie chciała przyjąć do świadomości.
Ariana.
W ten sam sposób
zachowywała się Ariana w jej… śnie,
czy jakkolwiek powinna nazwać te dziwne widzenia, których zresztą nie
doświadczała po raz pierwszy. To wszystko wydawało się coraz trudniejsze
i bardziej oszałamiające, a Alyssę dręczyły kolejne pytania – i to
nawet mimo kilku odpowiedzi, które zdążyła już otrzymać.
– Daj spokój, księżniczko… –
Carlos zamilkł i zacisnął usta. Wciąż obserwował ją uważnie, zachowując
się trochę tak, jakby miał przed sobą dzikie zwierzę, które w każdej
chwili mogło zrobić coś naprawdę nieprzewidywalnego.
– Nie nazywaj mnie w ten
sposób! – rzuciła lodowatym tonem. Tym razem jej głos zabrzmiał bardziej
znajomo, chociaż była na siebie wściekła za to, że nieznacznie zadrżał przy
końcu. – Odsuń się od niej, Carlos. Trzeci raz nie powtórzę – dodała z naciskiem,
zmuszając się do tego, żeby spojrzeć mu w oczy.
Tak?
A co mu zrobisz?,
zadrwił cichy głosik w jej głowie. Zaczniesz
płakać, czy sama go odciągniesz? W końcu tylko to potrafisz…
Nie odpowiedziała, ale to nie
było potrzebne. Och, jak najbardziej mogła coś
zrobić, chociaż sama nie była pewna, czy chciała się przekonać jak daleko zdoła
się posunąć w swoich działaniach. Emocje wciąż wydawały się rozrywać Alyssę
od środka, a w pamięci jak na zawołanie zamajaczyło wspomnienie okrutnych
szeptów, które towarzyszyły jej w podobnych sytuacjach, nakazując robienie
rzeczy, których w innym wypadku nawet nie wzięłaby pod uwagę. To zaczynało
być przerażające i chociaż w głowie miała przede wszystkim pustkę,
Ali uświadomiła sobie, że się trzęsie.
Spodziewała się wielu rzeczy,
ale nie tego, że Carlos nagle ucieknie wzrokiem gdzieś w bok, zupełnie
jakby nie był w stanie znieść jej spojrzenia. To na moment wytrąciło dziewczynę
z równowagi, ale i tak rozluźniła się dopiero z chwilą, w której
wampir bez słowa cofnął się o krok, w końcu pozwalając Mary odsunąć
się od ściany. Śmiertelniczka była blada jak papier, nawet bardziej niż wtedy, gdy
nakładała na twarz ryżowy puder, który stanowił podstawę ostrego makijażu.
Alyssa zauważyła, że przyjaciółka pośpiesznie wycofała się w kąt, ale – co
nie uszło jej uwadze – starała się trzymać na dystans nie tylko od Carlosa, ale
również… od niej.
Zacisnęła usta, po czym wzięła
kilka głębszych wdechów, chcąc przynajmniej spróbować się uspokoić. Uświadomiła
sobie, że zaciska dłonie w pięści, więc pośpiesznie rozluźniała palce
i zwiesiła ramiona, starając się sprawiać wrażenie kogoś, kto wcale nie ma
ochoty rozszarpać na kawałeczki pierwszej osoby, która znalazłaby się w zasięgu
jej ramion. Tym razem przyszło jej to łatwiej, tym bardziej, że spoglądanie na
wystraszoną Mary zdecydowanie nie należało do normalnych doświadczeń. Kto jak
kto, ale ta dziewczyna była odważna – i to najwyraźniej na tyle, by kłócić
się z Carlosem Sorentim. Jak to możliwe, że po czym takim to właśnie na
nią spoglądała z obawą?
– Ali… Ali, wszystko w porządku?
– usłyszała i odetchnęła, słysząc troskę w głosie przyjaciółki.
Zdecydowanie nie martwiłaby się o potwora. – Rany, dziewczyno, nigdy więcej nie
rób mi takich rzeczy!
– Ja… – Zamilkła, sama niepewna
tego, co powinna powiedzieć. Gdyby to było takie proste albo przynajmniej
potrafiła wytłumaczyć, co takiego przez cały ten czas działo się z nią
i wokół niej… – Nic mi nie jest, Mary. Już w porządku – dodała
i mimo wszystko zabrzmiało to bardziej prawdziwe, aniżeli mogłaby się
spodziewać.
Mary skinęła
głową. Wciąż była blada, ale wyraźne ulżyło jej, kiedy zauważyła, że jej przyjaciółka
pewnie trzymała się na nogach i już nie była aż do tego stopnia wzburzona.
Zawahała się pewnym, po czym zrobiła krok w stronę Alyssy, ale zatrzymała
się, podchwyciwszy bliżej nieokreślone spojrzenie ciemnych oczu Carlosa.
– Zdajesz sobie sprawę z tego,
jak bardzo obie wszystko komplikujecie? – zapytał wampir, ale Alyssa
zdecydowanie nie zamierzała tego słuchać.
– To moja sprawa, Carlos –
uświadomiła go. – Mary jest moją przyjaciółką. Już raz pozwoliłam ci się
zastraszyć tylko po to, żeby ją chronić, ale tym razem rozegramy to po mojemu –
oświadczyła z naciskiem. – Ona wie i tego się trzymamy. Spróbuj ją
tknąć, a przysięgam, że osobiście znajdę sposób na to, żeby skopać ci ten
twój martwy tyłek, nawet jeśli to miałoby być ostatnią rzeczą, którą zrobię
w życiu – oznajmiła z naciskiem i w tamtej chwili dotarło do
niej, że w jak najbardziej byłaby do tego zdolna.
Carlos nie odpowiedział od razu,
w zamian spoglądając na nią spod lekko uniesionych brwi. Wyglądał na
oszołomionego, chociaż w przypadku nieśmiertelnych pozory lubiły mylić.
Sam Sorenti nie należał do osób, które łatwo można zrozumieć, o ile akurat
na to nie pozwalał, a w przypadku Carlosa wydawało się graniczyć to
z cudem. Sama nie była pewna, która z jego twarzy jest prawdziwa,
jeśli oczywiście którakolwiek z nich była prawdziwa. Wciąż nie miała
pojęcia, co tak naprawdę było pomiędzy nią a tym wampirem, zwłaszcza po
pocałunku, którego wspomnienie wracało do niej o wiele za często, raz po
raz mieszając w głowie. Chciała udawać, że było jej wszystko jedno,
zwłaszcza teraz, kiedy Carlos po raz kolejny był na dobrej drodze, żeby
wyprowadzić ją z równowagi – i to w stopniu o wiele
bardziej znacznym, aniżeli którekolwiek z nich mogłoby podejrzewać.
Wampir zacisnął usta, po czym –
dzięki Bogu – krótko skinął głową. Co prawda nie poczuła się jakoś szczególnie
uspokojona, aż nazbyt świadoma, że miała przed sobą kłamcę z całymi latami
doświadczenia w oszukiwaniu wszystkich wokół, ale mimo wszystko…
– Jeszcze o tym
porozmawiamy – stwierdził jej stwórca i mimo wszystko zabrzmiało to jak
groźba. – Swoją drogą, wszystkie jesteście w ostatnim czasie dziwnie
nerwowe, naprawdę, a ja…
– Carlos – rzuciła ostrzegawczym
tonem Alyssa, gniewnie mrużąc oczy. – Do rzeczy. Czego chcesz?
– Spokojnie, księżniczko. –
Wyrzucił obie ręce ku górze w poddańczym geście. Zacisnęła usta, mając
ochotę na niego warknąć i powstrzymując się wyłącznie przez wzgląd na już
i tak zdezorientowaną Mary. – W porządku, Alysso – zreflektował się, ale jego oczy jak na zawołanie powędrowały
ku górze. Świetnie. Miał jeszcze czelność naigrywać się z niej w obecnej
sytuacji, kiedy aż rwała się do tego, żeby mu przyłożyć? – Czy możemy...?
Nawet nie dała mu dokończyć.
– Nie możemy, ale musimy
porozmawiać – oznajmiła z naciskiem, zaplatając ramiona na piersi. Dłonie
na powrót zacisnęła w pięści, wciąż podenerwowana. – I to w tej
chwili. I tak, uprzedzam twoje pytanie: Mary zostaje… Cóż, ja w zasadzie
też nigdzie się nie ruszam.
Tym razem zauważyła, że oczy
Carlosa pociemniały, a on sam spiął się, bezskutecznie próbując ukryć
irytację. Zdecydowanie nie przywykł do tego, żeby ktokolwiek próbował narzucać
mu swoje zasady, a jednak ona właśnie to robiła, na tyle wzburzona, by móc
sobie na to pozwolić. Już nie bała się Carlosa, a przynajmniej w tamtej
chwili nie czuła strachu, więcej niż pewna, że nie tylko nie zdecydowałby się
jej skrzywdzić, ale wręcz, że… nie byłby w stanie – i to niezależnie
od tego, jak bardzo nadszarpnęłaby jego nerwy. Mógł mówić albo myśleć sobie to,
co tylko mu się podobało, ale jednego była pewna – a mianowicie tego, że już
nigdy więcej nie zamierzała pozwolić na to, by Carlos dominował nad nią albo
kimkolwiek, kto był jej bliski.
I on to wiedział.
Widziała to w jego oczach,
była w stanie wychwycić z samego tylko wyrazu twarzy… Czekoladowe
tęczówki pociemniały, mężczyzna z kolei sprawiał wrażenie kogoś, kto byłby
w stanie wyjść z siebie i stanąć obok.
– Jak wspominałem, jeszcze to
omówimy – stwierdził i nie miała wątpliwości, że była to bardzo uprzejma
jak na jego standardy wersja komunikatu „Chyba po moim trupie, księżniczko”.
Cóż, jeśli chciał, bardzo szybko mogła mu to załatwić.
Zacisnęła usta, w ostatniej
chwili rezygnując z cisnącej jej się na usta złośliwej uwagi. Och, ja już sobie z tobą porozmawiam,
Carlos, pomyślała gniewnie. Już
ja ci pokażę, co to znaczy poważna rozmowa…
Carlos raz jeszcze zmierzył ją
wzrokiem, a nie doczekawszy się żadnych protestów z jej strony najwyraźniej
poczuł się na tyle pewnie, by spróbować przejąć kontrolę na sytuacją. Jakby od
niechcenia wycofał się do zamkniętych drzwi, zaciskając palce na klamce i wymownie
spoglądając w stronę wyjścia.
– Co robisz? – zapytała, chociaż
jego intencje wydawały się aż nazbyt jasne.
– Myśl sobie co chcesz, ale nie
ma możliwości, żebyśmy rozmawiali tutaj – powiedział i pośpiesznie ciągnął
dalej, nie dając jej okazji na to, żeby znów mu przerwała: – To już i tak
cud, że przez wasze krzyki nie zleciał się tutaj cały tłum studentów. Poza tym…
– Westchnął i spojrzał na nią w o wiele łagodniejszy sposób. –
Dobrze się czujesz? Moi kochani
bracia czekają na dole, wiec jeśli potrzebujesz, żeby Jason wleciał tu jak ten
rycerz na białym koniu i wziął cię na ręce…
– Lepiej przestań zadręczać się
bzdurami i przejdźmy do rzeczy.
O dziwo, jakimś cudem udało
mu się uśmiechnąć – w pociągający, mroczny i jak najbardziej cyniczny
sposób.
– Proszę bardzo. – Szarpnął za
klamkę, by prawie bezszelestnie otworzyć drzwi. – Skoro tak… Panie przodem.
Dobry wieczór! Chciałam dodać coś już wczoraj, ale nie miałam wątpliwości do sprawdzania. Ostatecznie jest i chyba mi się podoba, chociaż za wiele to się nie dzieje. Ot sporo napięcia między Alyssą a Carlosem oraz kolejne wspomnienie Ariany… Hm, wkrótce pojawi się trochę akcji, kiedy do głosu dojdzie Nicholas, ale muszę to sobie przemyśleć, bo to będzie wymagało przebudowania kolejnych rozdziałów. Swoją drogą, zostało mi raptem dwadzieścia notek zapasu, a ja nie zamierzam wykorzystywać wszystkiego. Zobaczymy co to będzie.Dziękuję za obecność. Wiecie jak ważne jest dla mnie to, że jesteście, prawda?

I jest wizja! Ona jest takim apetycznym smaczkiem, ale i jednocześnie wyjaśnieniem, które bajecznie się czytało. Ariana odziedziczyła wspaniały dar – panowanie nad naturą, sprawianie, że będzie ona żyła, rozkwitała. Sama widziałam ten las, te kwiaty i chciałam tam być!
OdpowiedzUsuńCoś jeszcze zwróciło moją uwagę, choć nie wiem, czy było to zamierzone, czy może tak po prostu wyszło, ale jak dla mnie wpasowało się idealnie. Mianowicie to, że Ariana wpadała w gniew, gdy tylko pomyślała o swoim ojcu. Czy aby to samo nie świadczyło, że właśnie jest jego córką? I odczuwanie gniewu odziedziczyła po nim? Tak sobie gdybam omijając pozostałe wyjaśnienia o mrocznej części jej natury ^^
I jest jej Ukochany... No ale cóż, wiem tylko (w teorii :D), że ma niebieskie ślepka. Mam nadzieję, że będzie więcej scen Ariany z Nim, bo bardzo chciałabym Go poznać.
Przez jedną króciutką chwilę, naprawdę liczyłam na to, że Alyssa rzuci Carlosem :x Mu by się i tak nic pewnie nie stało, a dziewczyna by sobie ulżyła. Zwłaszcza, że facet potrafi być irytujący ^^
W tym wszystkim jednak żal mi Ali. Chciała dobrze, podejrzewam, że jeśli Carlos by ją zmusił, to walczyłaby o Mary... A ona w końcu spojrzała na nią jak na kogoś, kto mógłby ją skrzywdzić :( I niby Alyssa ma wsparcie w Sorentich, przyjaciółka poznała prawdę, jakby się uprzeć to i Alex by jej pomógł, ale tak naprawdę jest z tym sama. I pewnie dopóki nie zaakceptuje tego kim jest, kim się stała, to będzie jej cholernie ciężko przejść przez to wszystko, co dla niej przygotowałaś.
Za „księżniczkę” Carlos kiedyś oberwie, jak nic :P
Alyssa postanawia być stanowcza i chyba wyjdzie jej to na zdrowie, bo inaczej pewnie mój ulubiony Sorenti wszedłby jej na głowę i zatańczył kankana... Dziewczyna ma moc, której jeszcze nie do końca jest świadoma, ale widać, że musi być ona potężna, skoro TEN wampir czuje przed nią respekt.
(Maaaam tę mooooc! Maaaam tę moooc! XD)
Śmiechłam, gdy przeczytałam o Jasonie, jako rycerzu na białym koniu. Czyżbym wyczuwała nutkę zazdrości?