Alyssa
Oddychała szybko i płytko,
świadoma wyłącznie narastającego w jej wnętrzu gniewu. Pustym wzrokiem
wpatrywała się w bladą, pozbawioną wyrazu twarz wampirzycy, początkowo nie
zwracając uwagi, że Nadia nawet nie próbowała z nią walczyć. Do głowy
przyszło jej, że to nienaturalne, żeby ktokolwiek, kogo podświadomie uznała za
wroga, zachowywał się w aż tak bierny sposób, ale prawie natychmiast
odrzuciła od siebie wątpliwości. Może ta dziewczyna po prostu była głupia, co
zresztą potwierdzało, że w pełni zasłużyła sobie na wszystko, czego
doświadczała.
Groziła Mary… Miała czelność grozić twojej
przyjaciółce!, tłukło się w myślach wytrąconej z równowagi
nieśmiertelnej. Nie miała prawa tego
robić. Ani ona, ani…
Mocniej
zacisnęła palce, wykorzystując siłę wystarczającą, by zmiażdżyć krtań, gdyby
zaszła taka potrzeba. Gdyby miała do czynienia z człowiekiem, ten już
dawno byłby martwy, Nadia jednak nie należała do osób, które można było ot tak
zabić. Wampira nie dało się udusić, z kolei wszelakie obrażenia goiły się
na tych istotach ot tak, o ile w grę nie wchodził ogień albo srebro.
Och, ewentualnie skutecznie mogłaby ukrócić egzystencję kobiety, gdyby wbiła
dłoń w jej mostek, by mieć szansę sięgnąć trzepocącego się w piersi
serca. Co prawda nie zrobiła żadnego ruchu, który świadczyłby, że w ogóle
zamierzała to zrobić, ale słysząc w jaki sposób pracował nieszczęsny
narząd, zorientowała się, że Nadia brała taką możliwość pod uwagę.
Trudno,
mogła się nad tym zastanowić wcześniej, zanim doprowadziła Arianę do
ostateczności. Kto jak kto, ale córka Lucyfera nigdy nie dawała drugiej szansy
komuś, kto żywił względem niej złe intencje. Przynajmniej czuła, że właśnie
takie postępowanie byłoby najrozsądniejsze – likwidować wrogów, zanim ci
zdążyliby się do niej zbliżyć na tyle, by mieć szansę ją skrzywdzić. Chciała
też chronić Mary, po raz kolejny całą sobą czując, że musi stanąć w obronie
przyjaciółki, zanim ostatecznie wydarzy się coś niedobrego. Takie rozwiązanie
miało sens, Ariana zaś stopniowo poddawała się narastającym w jej wnętrzu
pragnieniom. To było coś znajomego – stan, którego już kiedyś doświadczyła i który
przyjęła niemalże z ulgą, uznając za absolutnie bezpieczny. W chwilach
takich jak ta, dobrze wiedziała, że nie ma powodów do niepokoju – i że
spokojnie może zawalczyć zarówno o siebie, jak i tych, którzy byli
dla niej ważni.
Och,
zabijanie wydawało się dziecinnie proste. Wywołanie posłuchu również, zwłaszcza
że ten wydawał się czymś, co absolutnie się jej należało. To, kim była,
warunkowało wszystko, zresztą jak i zdolności, którymi dysponowała. Kto
jak kto, ale ktoś taki jak Nadia nie miał prawa z nią igrać. Skoro to
zrobiła – posunęła się daleko, chociaż Ariana…
Ale ja jestem Alyssą, nie Arianą.
Myśl, która
przebiła się przez przysłaniającą jej umysł otoczkę gniewu, była niczym cios
prosto w żołądek. Z wrażenia aż zachłysnęła się powietrzem, a przynajmniej
chciała to zrobić, zanim przekonała się, że była zbyt oszołomiona, żeby ruszyć
się z miejsca. Z opóźnieniem zwróciła uwagę na zaciskającą się na
swoją zaciskającą się na gardle Nadii dłoń, przez krótką chwilę mają wrażenie,
że to, co się działo, nie miało żadnego związku z jej działaniami. Wręcz
przeciwnie – to było tak, jakby obserwowała sytuację z boku, na dodatek
zza grubej szyby, przez co wszystko wydawało się przytłumione, zaś targające
nią emocje w rzeczywistości należały do kogoś innego.
Mniej
więcej wtedy zawahała się po raz pierwszy. Gdzieś za plecami usłyszała znajomy,
przerażony glos, kiedy ktoś w oszołomieniu wykrzyczał jej imię, ale
praktycznie nie zwróciła na to uwagi. Nie mogła, skoro chwilę później dotarło
do niej to, co mówiła Nadia, chociaż praktycznie musiała odczytać poszczególne
słowa z ruchu warg kobiety.
– Zabijesz
mnie, tak jak twój ojciec wymordował moją rodzinę…?
Przez
krótką chwilę poczuła się tak, jakby właśnie oberwała w twarz. To było
gwałtowne, a przy tym o wiele bardziej skuteczne, aniżeli bodźce,
które próbowały dotrzeć do jej podświadomości wcześniej. Zamarła, przez kilka
pierwszych sekund rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując się w bladą
twarz Nadii. Miała wrażenie, że wampirzyca dosłownie przenika ją wzrokiem,
spoglądając nań w niemalże wyzywający sposób. Choć to na pierwszy rzut oka
jawiło się dziewczynie jako coś, co nie miało sensu, była gotowa przysiąc, że nieśmiertelna
naprawdę tego chciała – że prowokowała ją, za wszelką cenę próbując wymóc na
Alyssy zrobienie czegoś, czego przecież tak naprawdę nie chciała.
Po prostu to zrób!, nakazał cichy głosik
w jej głowie. Mentalne nawoływanie zdawało się dochodzić jakby z oddali,
skutecznie przyprawiając Alyssę o zawroty głowy. Przez krótką chwilę
niemalże czuła obecność Ariany, która wręcz żądała tego, żeby posunąć się
dalej. Wystarczyłby jeden, wprawny ruch, żeby doprowadzić sprawy do końca – tylko tyle albo aż tyle, bo Ali wciąż miała wątpliwości. Jak w ogóle mogłaby,
skoro…? Zrób to, bo…
Myśl urwała
się równie gwałtownie, co wcześniej się pojawiła, zupełnie jakby sama Ariana
zaczęła się wahać. To okazało się przełomem, którego Alyssa tak bardzo
potrzebowała, zaś w następnej sekundzie dziewczyna w końcu odzyskała
kontrolę nad sobą na tyle, by zareagować. Jęknęła, po czym dosłownie zatoczyła
się, w końcu luzując uścisk, choć nie przypuszczała, że będzie do tego
stopnia. Nadia osunęła się na kolana, zanosząc kaszlem i przyciskając obie
dłonie do obolałej, posiniaczonej szyi. Prawie natychmiast przy wampirzycy
zmaterializowała się Eleonora, mocno chwytając bladą jak papier nieśmiertelną
za ramię i w pośpiechu wyrzucając z siebie jakieś słowa –
najpewniej pytania o samopoczucie, chociaż Alyssa nie była w stanie
skoncentrować się na znaczeniu poszczególnych wypowiedzi. Jeszcze bardziej
ubódł ją fakt, że jej samozwańcza stwórczyni nawet na nią nie spojrzała,
chociaż może tak było lepiej. Dostrzeżenie zawodu akurat w oczach Ell, bez
wątpienia okazałoby się… naprawdę bolesne.
Och, byłoby
– chociaż nie tak, jak wyraz twarzy Mary. Już wcześniej zdążyła przerazić
przyjaciółkę, zachowując się w sposób, który zdecydowanie nie nadawał się
do uznania za „normalny”. To jednak wydawało się niczym w porównaniu z szokiem
malującym się na twarzy dziewczyny. Zielone oczy wydawały się wręcz
nienaturalnie duże, przynajmniej do momentu, w którym Alyssa podchwyciła
spojrzenie współmieszkanki. Nie miała pojęcia, jak to możliwe, ale w tamtej
chwili Mary jakimś cudem zdołała wziąć się w garść, prostując niczym
struna, żeby łatwiej zapanować nad emocjami. Co prawda nie była w stanie
kontrolować ani trzepoczącego się w piersiach serca, ani urywanego,
spazmatycznego oddechu, jednak sam fakt, że próbowała się starać, wydawał się…
wręcz zadziwiający.
– Alyssa.
Aż
wzdrygnęła się, kiedy tuż obok niej dosłownie zmaterializował się Jason. W pierwszym
odruchu zesztywniała, gotowa się wyraź, ostatecznie jednak się na to nie
zdobyła. W zamian zamarła w objęciach wampira, pozwalając żeby ją
trzymał, w pełni świadoma, że nie chodziło wyłącznie o przyniesienie
jej ukojenia. On jej pilnował, choć podejrzewała, że gdyby odważyła się o to
zapytać, nie otrzymałaby szczerej odpowiedzi. Cóż, nie potrzebowała jej,
machinalnie poddając silnemu uściskowi. Nie była nawet w stanie go
odwzajemnić, nie chcąc ryzykować, że jakikolwiek gest z jej strony
zostanie odebrany jako coś niewłaściwego.
Tak… Tak, jestem Alyssa, miała ochotę
powiedzieć, a jednak nie potrafiła wykrztusić z siebie choćby słowa. Po
prostu wpatrywała się w wampira, po wyrazie jego twarzy próbując określić,
czego powinna się po nim spodziewać. Był zły? Nawet jeśli, nie dał niczego po
sobie poznać. W zasadzie nie była pewna, dlaczego się tym przejmowała, ale
z jakiegoś powodu zarówno nastawienie Jasona, jak i pozostałych, było
dla niej ważne. Jakby tego było mało, kiedy mimowolnie znów spojrzała na Mary,
zrobiło jej się niedobrze. Chciała zniknąć wszystkim z oczu, ale to wcale
nie miało być takie proste, skoro wampir wciąż ją trzymał, wyraźnie nie ufając
na tyle, by gdziekolwiek puścić w pojedynkę. Wiedziała, że to tyle, jeśli
chodzi o kwestię zaufania – nie po tym, co się wydarzyło, ale…
O Boże,
czego właśnie doświadczyła? Nie rozumiała tego i chyba nawet nie chciała
wiedzieć. Czuła, że się trzęsie, niezdolna choćby po części zapanować nad
reakcjami własnego ciała. Ledwo panowała nad oddechem, wręcz musząc zmuszać się
do wyrównania oddechu. Spojrzała na Jasona, przez krótką chwilę mając ochotę
poprosić go, żeby ją puścił, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
Miała wrażenie, że i tak by tego nie zrobił, zresztą nie ufała sobie na
tyle, by choćby próbować. Wciąż ledwo była w stanie zmusić się do
rozprostowania palców, rozpamiętując moment, w którym zaczęła dusić Nadię.
Co gorsza, wciąż nie potrafiła zmusić się do tego, by odczuwać żal – nie w takim
stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. To zdecydowanie nie było normlane,
przynajmniej z jej perspektywy, a jakby tego było mało, w jakimś
stopniu wciąż odczuwała emocje, które wzbudziła w niej wampirzyca. Chęć
pokazania, gdzie jest jej miejsce, mieszała się ze świadomością, że
przesadziła, a także wciąż odczuwanym po słowach wampirzycy szokiem.
–
Księżniczko… Alyssa, do cholery! – Głos Carlosa skutecznie wyrwał ją z zamyślenia.
Natychmiast przeniosła wzrok na swojego stwórcę, chociaż wcale nie była pewna,
czy to bezpieczne. Nie, skoro wampir wydawał się ostatnią osobą, która miała
szansę poprawić jej nastój, ale… – Przejdźmy się.
– Żartujesz
sobie – stwierdził Jason, tym samym dosłownie wyjmując dziewczynie to
stwierdzenie z ust.
– Jak
uważasz. Skoro tak, mogę odwieźć naszego… ludzkiego gościa, a ty
posiedzisz sobie z Ali – rzucił niemalże pogodnym tonem. – Stworzyłem ją,
więc – do cholery – naprawdę nie…
–
Przestańcie obaj.
Nie sądziła,
że będzie w stanie się odezwać, a tym bardziej że jej głos zabrzmi
choć trochę stanowczo. Co prawda to nie był ten sam ton, którego używała, kiedy
Nadia wytrąciła ją z równowagi, ale z jakiegoś powodu obaj Sorenti
jak na zawołanie zamilkli. Poczuła się dziwnie, świadoma, że miała na nich
jakikolwiek wpływ, ale nie dała sobie czasu, by się nad tym zastanawiać.
Wiedziała jedynie, że pragnęła nade wszystko zniknąć wszystkim z oczu, a skoro
już miała wybierać, kto miał jej wtedy towarzyszyć…
Zawahała
się, dopiero po chwili decydując się w końcu zabrać głos. Chociaż nie
sądziła, że się na to zdobędzie, do głowy przyszło jej tylko jedno. Co prawda
nie była pewna, czy właśnie nie popełnia poważnego błędu, ale z dwojga
złego wolała już ryzykować zabicie konkretnego, wyjątkowo działającego jej na
nerwy wampira.
– Jason,
proszę… Odstawisz Mary do domu? Ja… Cóż, muszę pomyśleć – stwierdziła zgodnie z prawdą.
– Ali…
Jedynie
potrząsnęłam głową.
–
Powiedziałam – przerwała mu spiętym tonem. – Skoro Carlos chce mi matkować i udawać,
że do tej pory Eleonora wcale nie musiała odwalać za niego całej roboty, proszę
bardzo. Najwyżej zakopię go w lesie, jak już wytrąci mnie z równowagi
– dodała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Z
opóźnieniem uświadomiła sobie, że takie stwierdzenie nie najlepiej zabrzmiało w sytuacji,
w której się znajdowała, ale i tego nie była w stanie zmienić.
Spróbowała przybrać neutralny wraz twarzy, ostatecznie koncentrując spojrzenie
właśnie na Carlosie. Wampir obserwował ją z zaciekawieniem, w sposób
jednoznacznie sugerujący, że go rozbawiła. Nie miała pojęcia czy to dobrze, czy
może wręcz przeciwnie, ale nad tym również wolała się nie zastanawiać. Chciała
udawać, że w jakimś stopniu wciąż miała kontrolę nad sytuacją,
przynajmniej do pewnego stopnia, nie wspominając o tym, że zdecydowanie
nie chciała robić czego, co byłoby wampirowi na rękę. Och, szła z nim
tylko dlatego, że chciała odreagować, a on wydawał się idealny, żeby
skończyć w roli worka treningowego – i nic ponad to.
No,
ewentualnie była ciekawa, ale…
–
Słyszałeś, o co… Alyssa – odezwał się cicho Carlos, starannie dobierając
słowa i z jakiegoś powodu tym razem powstrzymując się od nazwania ją
księżniczką – poprosiła, prawda? Miło było, ale… No cóż.
Skinął jej
głową, jednoznacznie sugerując, żeby poszła za nim. Chociaż w pierwszym
odruchu miała ochotę Carlosa zignorować, powstrzymała się, w zamian w pośpiechu
oswabadzając z uścisku Jasona. Nawet jeśli wampir miał jakiekolwiek
wątpliwości co do tego, czy powinien ją puścić, ostatecznie pozwolił, by się
odsunęła. Z wahaniem odważyła się krótko spojrzeć mu w twarz, tym
samym przekonując się, że wyglądał bardziej na zmartwionego niż rozeźlonego.
Coś w tym widoku sprawiło, że poczuła się jeszcze gorzej, to jednak
okazało się niczym w porównaniu z emocjami, które wzbudziły w niej
słowa, które nagle wpadły z ust Mary.
– Ej,
Carlos… – Już samo to, że jak gdyby nigdy nic zwróciła się do wampira po
imieniu, skutecznie Alyssę zaskoczyło. Kiedy na dodatek spojrzała na swojego
stwórcę, przekonała się, że ten spoglądał na dziewczynę w co najmniej
skonsternowany sposób. – Jedna rzecz, jasne? Jak coś jej zrobisz, nakopię ci do
tyłka.
– Zabawna
jesteś – stwierdził w zamyśleniu Carlos.
Zaraz po
tym w pośpiechu się ewakuował, nie pozostawiając Alyssy innego wyboru, jak
tylko ruszyć za nim. Musiała wręcz zmusić się do tego, żeby mieć szansę za
wampirem nadążyć, ale to nie miało dla niej znaczenia.
Nie, skoro
wszystko wskazywało na to, że Mary nadal na niej zależało.
Skyler
Szła szybko, nie oglądając się
za siebie. Była zła, chociaż starała się tego nie okazywać, dobrze wiedząc, że
przynajmniej na razie nie powinna pozwolić sobie na nadmierną emocjonalność.
Gdyby to zrobiła, istniało duże prawdopodobieństwo, że ucierpiałoby sporo osób,
a to zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nie żeby miała coś przeciwko
wymordowania przecznicy czy dwóch, a może od razu całego miasta, ale
zrównanie z ziemią Seattle niekoniecznie wydawało się dobrym pomysłem,
jeśli chciała pozostać niezauważona. Skyler nie była zachwycona perspektywą
krycia się po kątach, ale na razie nie miała wyboru. Już i tak pozwoliła
sobie na błąd, a to mogło nieść za sobą naprawdę opłakane konsekwencje.
Cieszę się, że przyznajesz się do błędu,
rozbrzmiało w jej głowie i to wystarczyło, żeby kobieta zastygła w bezruchu.
Zatrzymała
się nagle, napinając mięśnie, a plecami ciężko opierając się o ścianę
najbliższego budynku. Uliczka, w której się znajdowała, była brudna i zaciemniona,
co jak najbardziej demonicy odpowiadało, chociaż zdecydowanie nie
satysfakcjonowały jej warunki, w jakich musiała się obracać. Nie mogła
zapomnieć, że utknęła w ciele, które pozostawało tak wiele do życzenia; w marnym
człowieku, który może i z łatwością uległ jej woli, ale wciąż był
ograniczony ludzkimi słabościami – i to również tymi, które dotykały
najsłabszych jednostek. To sprawiało, że Skyler czasami miała ochotę wyjść z siebie,
a potem rozszarpać nosicielkę, na której organizmie żerowała, by pokazać
wszystkim wokół, co sądziła o takim traktowaniu.
Ach, cii… Nie zapomniałaś o moich
obietnicach, moja bezduszna… Prawda?
Wypuściła
powietrze ze świstem, kiedy ponownie doszedł ją mentalny głos Lucyfera.
Spuściła głowę, pozwalając, by ciemne włosy opadły jej na twarz, częściowo ją
przysłaniając. Zawahała się, wciąż nie mając odwagi odpowiedzieć i próbując
wyczuć w tonie swojego pana cokolwiek, co świadczyłoby o podstępie.
Przecież zawiodła, więc zarówno łagodne brzmienie, jak i ten
wszechogarniający spokój, zdecydowanie nie miały racji bytu. Jak mogłyby, skoro
zrobiła coś, co zdecydowanie nie powinno przypaść Lucyferowi do gustu? Jeśli
miała być ze sobą szczera, wolałaby, żeby demon już na wstępie dał jej do
zrozumienia, że jest zagniewany. Zabawa w kotka i myszkę nigdy nie
była czymś, co mogłoby przypaść Sky do gustu, o ile oczywiście to jej
przypadała rola myszki. Zdecydowanie bardziej preferowała bycie drapieżcą, ale w przypadku
tej istoty taka sytuacja nigdy nie miała mieć miejsca.
Zacisnęła
usta, bezskutecznie próbując nad sobą zapanować. Wiedziała, że Lucyfer z uwagą
lustruje jej umysł, świadom wszystkiego, co myślała albo czuła. W przypadku
tego z odwiecznych kłamstwo zdecydowanie nie wchodziło w grę, wręcz
mogąc okazać się przysłowiowym gwoździem do trumny. Skyler wiedziała, co
powinna zrobić, żeby przetrwać, zresztą zdążyła się przekonać, że upadły miał
do niej swego rodzaju słabość. Jakby nie patrzeć, wciąż pozostawała jego najwierniejszą
– i to niezależnie od błędów, które sporadycznie popełniała.
To prawda, przyznał w zamyśleniu
głos, ale to wcale nie sprawiło, że kobieta poczuła się jakkolwiek bezpieczniejsza.
Wręcz przeciwnie – coś w tonie Lucyfera skutecznie przyprawiło ją o dreszcze.
Ze wszystkich chodzących po tym świecie istot, bała się tylko jego. A dlaczego tak jest?
– Panie… –
wycedziła przez zaciśnięte zęby. Jej szept zabrzmiał dziwnie w panującej
dookoła, przerwanej jedynie odległymi odgłosami miasta, ciszy.
Owszem,
znała odpowiedź. Była aż nazbyt świadoma, jak surowo za wszystkie potknięcia
karał Lucyfer. Sama doświadczyła tego nie raz, chociaż już nie pamiętała, kiedy
ostatnim razem zrobiła coś, co doprowadziłoby nieśmiertelnego do furii. To,
żeby unikać takich sytuacji, od zawsze było dla niej celem, który musiała
osiągnąć za wszelką cenę – czymś nie tylko warunkowanym instynktem, ale przede
wszystkim jej własną dumą. Dobrze wiedziała, jak daleko mógłby posunąć się
Lucyfer, zwykle wiedząc, gdzie uderzyć, że zabolało najmniej. Znał jej obawy,
pragnienia i lęki, a skoro tak…
Cisza,
która nagle zapadła, miała w sobie coś co najmniej przerażającego. Skyler
zastygła w bezruchu, napinając mięśnie do tego stopnia, że jej wrażliwe,
ludzkie ciało zaczęło protestować. Już i tak czuła się wykończona po tym,
co zrobiła, by mieć szansę poradzić sobie z Arianą i Carlosem.
Wiedziała, że jeszcze długo nie będzie w stanie tego powtórzyć, nie tylko
dlatego, że w ten sposób mogłaby co najwyżej zniszczyć to ciało. Ludzie
byli tacy wrażliwi i choć swoją obecnością działała dość, by swobodnie się
poruszać i co chwilę nie musząc zmieniać nosiciela, wciąż mogła
przypadkiem zrobić coś, co doprowadziłoby do śmierci fizycznej powłoki. Już
teraz potrzebowała odpoczynku i energii, chociaż za wszelką cenę próbowała
to uczucie zignorować. Lucyfer potrzebował silnej, bezwzględnej wojowniczki, a nie
kogoś, kto męczył się po jednej, stosunkowo prostej walce.
Wciąż czuła
obecność demona, aż nazbyt świadoma, że specjalnie się z nią droczył.
Trzymał ją w napięciu, tym samym wystawiając nerwy Skyler na próbę. Już i tak
była bliska obłędu, nie wspominając o tym, że musiała wybrać się na małe
polowanie, by uzupełnić straconą energię. Potrzebowała życia innych, by
zapewnić przetrwanie sobie, co stanowiło kolejny z mankamentów ludzkiego
ciała. Gdyby sytuacja była inna, już dawno poruszyłaby temat obietnicy, o której
mówił Lucyfer – o tym, że otrzyma coś lepszego, skoro jest jego
najwierniejszą – ale w obecnej sytuacji wolała milczeć. Nie, skoro go
zawiodła i najpewniej zamierzał ją za to ukarać, a ona nawet nie była
w stanie przewidzieć, czego tak naprawdę powinna się spodziewać.
Ach… Nie, nie tym razem, moja bezduszna.
Zamrugała w oszołomieniu,
nie od razu będąc w stanie przyjąć do świadomości znaczenie tych kilku
słów. Trwała w bezruchu, oddychając szybko i płytko. Wciąż
oszołomiona. To nie miało sensu, przynajmniej na razie. Nie było w jego
stylu, a przynajmniej sądziła, że zdążyła poznać Lucyfera wystarczająco
dobrze, by znać jego praktyki. Ona – jego bezduszna, jak sam wielokrotnie
powtarzał.
– Ale…
Powiedzmy, że mam wystarczająco dobry na
strój, by… zrozumieć problemy, które napotkałaś, stwierdził w zamyśleniu
głos. Zresztą to bez znaczenia. Podczas
gdy ty mnie zawodzisz, wciąż istnieją tacy, którzy spisują się bez zarzutu… Jak
Uzjel.
W tamtej
chwili serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, czując się tak, jakby ktoś z całej siły
uderzył ją w brzuch.
– Uzjel…? – powtórzyła z niedowierzaniem,
czując narastającą z każdą kolejną sekundą zazdrość. Chociaż Lucyfer
fizycznie nie sprawił jej bólu, wciąż wiedział, w jaki sposób najlepiej
demonicę zranić.
Następnym razem postaraj się bardziej,
nakazał nieśmiertelny.
Zaraz po
tym głos zniknął, a Skyler na powrót została sama.
Ehm… Zeszło, wiem. Mogłabym się tłumaczyć, ale w sumie nie widzę potrzeby, tym bardziej że przychodzę do Was z czymś, co naprawdę mnie zadowala. Miałam gorszy okres, co sporadycznie mi się zdarza i powoli ustępuje, co zresztą bardzo mnie cieszy. Kolejny rozdział prawie na pewno pojawi się szybciej, chociaż boję się cokolwiek obiecywać, bo zwykle mało co idzie zgodnie z nimi planami.Rozdział z dedykacją dla Adny, która cierpliwie czekała, a także Sparks Fly za każde pozytywne słowo i obecność, bo to dla mnie bardzo ważne :) Jak zwykle zresztą dziękuję tym, którzy są, bo piszę dla Was.Tak więc… Do napisania! ^^

Ja się pytam, co ja czytam? No ale zdecydowanie jestem na tak, podobało mi się. ^^
OdpowiedzUsuńW pierwszym odruchu miałam takie WTF?! Ariana przejęła kontrolę nad Alyssą, czy po prostu Ali stwierdziła, że spoko – jestem córką Diabła, buahahaha! Ale uff... Jak się okazało, to to pierwsze. Chociaż jak się dłużej nad tym zastanawiam, to nie jestem już taka pewna, czy uff. No bo, kurde no... To nie pierwszy raz, jak pod wpływem gniewu Ali traci nad sobą kontrolę (w większym lub mniejszym stopniu, ale!), a przecież ona taka nie jest! Tak mi się kojarzyła zawsze z łagodną łowieczką. ;) A tu prawie zmiażdżyła Nadii krtań, a może i by urwała głowę, wyrwała serce, rozrzuciła flaki na kwiecistej łące... Najważniejsze jednak, że się opanowała, że jakimś cudem Alyssa wyrwała się na wierzch i nie pozwoliła zrobić Arianie czegoś naprawdę głupiego.
W ogóle Ali musiała czuć się okropnie, gdy sobie uświadomiła, co się tak właściwie stało, chociaż żalu nie odczuwała, tak jakby tego chciała, ale nie oszukujmy się, one za sobą nie przepadają (delikatnie i ładnie to ujmując), więc i poniekąd jest to dla mnie zrozumiałe. A to, że Eleonora podeszła do Nadii – ałć... ale co się dziwić? To w końcu JEJ życie było zagrożone, więc chyba nic w tym dziwnego, że się o nią martwiła, prawda? Przynajmniej moim skromnym zdaniem.
Wypowiedź Ali na temat zakopania Carlosa w lesie nieprzerwanie mnie bawi. ^^ Wcześniej nie sądziłam, że to było wypowiedziane na głos, myślałam bardziej, że może to myśli Ali, ale tak wyszło lepiej. :D W ogóle, że ona się zdecydowała iść właśnie z nim... Aż tal boi się, że rozczaruje sobą Jasona? Bo odnoszę wrażenie, że o to chodzi, chociaż po części. Ale nie ma tego złego. ;) Spacer po lesie (chyba, bo tam wokół lasy), w nocy, przy świetle księżyca... Wampirzyca z zachwianą równowagą emocjonalną, o tożsamości nie wspominając, i wampir z poczuciem wyższości i w ogóle mam wszystko w dupie... Mam nadzieję, że będzie ciekawie. ^^ Albo chociaż szczerze pogadają i Carlos pokaże się od tej lepszej strony... Chociaż zaraz. On ma lepszą stronę? :D
Z obu rozwiązań będę zadowolona. Zresztą z innego także. ^^
I szacun dla Mary! W ogóle to takie mam wrażenie, że trafiła kosa na kamień. Carlos łatwo z nią nie będzie miał. :)
Prawie współczułam Sky, serio. Na chwilę zapomniałam, że jest suką i zwyczajnie zrobiło mi się jej żal. Ale tak się zastanawiam, bo ona niby się boi Lucka i w wykonywaniu jego poleceń ma cel, żeby poprawić swoje warunki bytowania, ale gdy było o Uzjelu (w ogóle, to chcę go poznać, wiesz, upadły anioł ^^), to mam wrażenie, że nie chodziło o zazdrość, że Lucyfer znalazł sobie kogoś lepszego na posyłki, tylko... Czy ona może coś czuć do Pana Ciemności?
W ogóle to siedzenie w głowie jest straszne. Myślisz sobie o niebieskich migdałach, a tu ktoś odczytuje wszystkie myśli, najskrytsze tajemnice, pragnienia... Nope... Podziękuję...
Tak więc dla małego podsumowania. Rozdział mi się podobał (zresztą jak zawsze^^) i jak zwykle mam niedosyt, więc czekam, już z utęsknieniem, na to co będzie dalej.
Cieszę się baaaaardzo, że ten gorszy okres Ci mija i oby nie wracał.
„...prawie na pewno...” – śmiechłam. :) Wiemy jak to z planowaniem jest, więc ja nadal będę czekać, może niekoniecznie cierpliwie, ale miło, że tak myślisz :3
Dziękuję za dedykację, aż się uśmiechnęłam, gdy zobaczyłam. W ogóle poprawiłaś mi tym humor na dziś. ^^