Carlos
Oboje zamarli – Mary wciąż
wpatrzona w niego, choć myślami wydawała się być gdzieś indziej. Niemalże
był w stanie usłyszeć, jak w jej głowie obracają się trybiki, kiedy
zaczęła intensywnie zastanawiać się nad tym, co oboje słyszeli.
Był też
pewien, że w którymś momencie poczuła nadzieję, którą chcąc nie chcąc
musiał zniszczyć.
– Ali… –
wyrwało jej się.
Natychmiast
ruszyła ku drzwiom, ale Carlos nie pozwolił jej do nich dotrzeć. W ułamku
sekundy wyminął dziewczynę, z jej perspektywy musiał wyglądać jak rozmazana
smuga, która błyskawicznie przemknęła tuż obok. Gdzieś za plecami usłyszał
protest, ale zignorował zarówno Mary, jak i pobrzmiewające w jej
głosie pretensje. Może i był winny jej wyjaśnienia, zwłaszcza po tym jak
bezceremonialnie wdarł się do niej przez okno, wypytując o Alyssę, jednak w tamtej
chwili nie było na to czasu.
Dobrze
wiedział, że po otwarciu drzwi nie zastanie dziewczyny. Co prawda jakaś jego
cząstka wciąż się łudziła, a gdyby Ali łaskawie stanęła w progu
pokoju przyjaciółki, rozwiązałaby przynajmniej część problemów, które mieli. Gdyby jeszcze którakolwiek z tych
dziewczyn robiła to, czego ja chcę…, westchnął w duchu. Och, to byłoby
zbyt proste. A tym bardziej nie w stylu jego podopiecznej, skoro tak
najwyraźniej uparła się doprowadzić go do grobu, zresztą nie jako jedyna.
Jak gdyby
nigdy nic nacisnął klamkę. Podejrzewał, kogo dostrzeże po drugiej stronie, a słodki
zapach ludzkiej krwi mówił sam za siebie, choć Carlos miał okazję się z nim
zetknąć zaledwie raz.
W jednej
chwili wszystko potoczyło się bardzo szybko i zdecydowanie nie w sposób,
którego mógłby oczekiwać. Co prawda w progu pojawiła się osoba, której się
spodziewał, ale otwierając drzwi zdecydowanie nie przewidział, że już na
wstępie przywita go lufa pistoletu – i to wycelowanego prosto w jego
twarz.
– Co do…? –
zaczął, unosząc brwi. Nawet się nie skrzywił, w zamian z zaciekawieniem
spoglądając na bladego jak papier, skoncentrowanego na nim policjanta.
Alexander, bo chyba tak miał na imię przyjaciel Alyssy, którego ta w pośpiechu
odesłała, wcześniej jakimś cudem pozbawiając wspomnień, stał wyprostowany,
pewnie trzymając broń. Co więcej, wyglądał na wystarczająco zdeterminowanego,
by w razie potrzeby strzelić, co mogłoby być całkiem interesujące i zabawne,
gdyby śmiertelnik nie celował akurat w niego. – Odłóż to, zanim komuś
stanie się krzywda. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale
cholernie trudno sprać krew z dywanu… Mary, to chyba do ciebie.
Jeszcze
kiedy mówił, jak gdyby nigdy nic wycofał się w głąb pomieszczenia. W żaden
sposób nie okazał zdenerwowania, przede wszystkim zniecierpliwiony tym, że ktoś
zdecydował się im przerwać. W tamtej chwili nie miał głowy do
zastanawiania nad kolejnymi komplikacjami, zwłaszcza tak mało znaczącymi.
Podejrzewał, że Alyssa miałaby do niego pretensje, gdyby spróbował zagryźć
kogoś, kogo najwyraźniej traktowała jak przyjaciela, ale trudno. W razie
potrzeby mógł wytłumaczyć się tym, że facet na „dzień dobry” próbował go
ustrzelić.
– Alex! –
rzuciła Mary, wyraźnie zaskoczona. Natychmiast popędziła w kierunku
przybysza, zatrzymując się dopiero w chwili, w której zauważyła broń.
– Na litość Boską, odłóż to. Nie życzę sobie trupa na dywanie i… Och, do
cholery, co z wami nie tak?!
Przybysz
jedynie spojrzał na nią w oszołomieniu, wyraźnie wytrącony z równowagi
tym, że nagle to ona znalazła się na linii strzału. Natychmiast opuścił broń,
choć po sposobie, w jaki obserwował Carlosa, jasno dało się pojąć, że o wiele
bardziej na rękę byłoby mu, gdyby dostał szansę na ponowne wycelowanie w wampira.
– Nic ci
nie jest? Chodź tu do mnie, Mary – rzucił spiętym tonem, wyciągając rękę ku
dziewczynie. – Musiałem przyjechać. Ten tutaj… Nie wiem, co wplątałyście się z Ali,
ale nie podoba mi się to.
– O czym
ty…? – zaczęła Mary, ale policjant najzwyczajniej w świecie ją zignorował.
– Pogadamy
później – oznajmił spiętym tonem. – Ten tutaj… – dodał, wymownie spoglądając na
Carlosa.
Tym razem
wampir zdecydował się wtrącić. Co jak co, ale sytuacja, w której jakiś
przypadkowy człowiek nie tylko wyglądał na chętnego, żeby go zabić, ale na
domiar złego przychodził i rządził się, oskarżając go o nie wiadomo
co, zdecydowanie mu nie odpowiadała. Wystarczyło, że miał na świecie dość wrogów,
by zacząć zastanawiać się, jakim cudem wciąż udawało mu się bez szwanku
uchodzić z życiem. Fałszywe oskarżenia były zbędne.
– A może
tak uprzejmiej? – mruknął z rozdrażnieniem Carlos, wywracając oczami.
Nawet nie zawahał się przed wejściem Alexandrowi w słowo. – Nie
przypominam sobie, byśmy przechodzili na „ty”, to po pierwsze. A po drugie,
naprawdę nie mam na to czasu.
– Gdzie
jest Alyssa? – zapytał spiętym słowem Alex.
Brwi
Carlosa powędrowały ku górze.
– Dobre
pytanie, nie? Sam chciałbym wiedzieć, bo skoro nie ma jej tutaj… – Wzruszył
ramionami. – Powiedziałbym, że miło było, ale musiał bym skłamać. A teraz
przepraszam bardzo, ale wychodzę.
Jeszcze
kiedy mówił, szybkim krokiem ruszył ku drzwiom. Co prawda widział, że Alexander
wciąż ściskał broń, choć przynajmniej przez wzgląd na Mary wycelował ją w podłogę.
Wampir wciąż nie miał pewności, co powinien sądzić o pojawieniu się
śmiertelnika, ale nie dbał o to. Nie obchodziło go, czy znajomy Alyssy był
przewrażliwiony, nienormalny czy też witał tak wszystkich znajomych swojej przyjaciółki.
Nie miał nawet ochoty zastanawiać się nad tym, czy zostawienie Mary i tego
mężczyzny było rozsądne, czy może wcześniej powinien pokusić się o wykasowanie
się z ich pamięci. Ta pierwsza może i nie była problemem, ale pojawienie
się kogoś, na kim Alyssa już raz musiała użyć wpływu, wydawało się dość
problematyczne.
Spodziewał
się wielu rzeczy, ale nie tego, że Alex bezceremonialnie zastąpi mu drogę.
Chociaż mógł go odepchnąć, nie zrobił tego, zatrzymując się przede wszystkim przez
zaskoczenie. Otworzył i zaraz zamknął usta, ostatecznie ograniczając do potrząśnięcia
głową.
– Mary –
powiedział cicho, siląc się na przesadnie wręcz uprzejmy sposób. Próbował nie okazywać
tego, że w rzeczywistości był bliski tego, by jednak trafił go szlag. –
Poproś kolegę, żeby zszedł mi z drogi, w porządku?
Nie patrzył
na nią, ale podejrzewał, że przynajmniej ona jedna zrozumiała. Jego ton mówił
sam za siebie, zwłaszcza pobrzmiewająca w głosie groźba. Już i tak
cudem pozostawało to, że w ogóle zniżał się do tego, żeby prosić. Gdyby sytuacja
była inna, nie wahałby się – a przynajmniej to próbował sobie wmówić.
Jeszcze kilka tygodni temu nie zawahałby się przed przetrąceniem komuś karku,
gdyby wyjątkowo mu przeszkadzał, ale teraz…
Cóż, nie
mógł. Choćby przez wzgląd na Alyssę, którą już i tak zbyt mocno
skrzywdził.
A także
Mary, choć nie od razu to przyznał. Z tym, że naprawdę nie chciał zmusić
jej do patrzenia na śmierć kogoś, kto najwyraźniej cos dla niej znaczył.
Słyszał, że
oddech dziewczyny przyśpieszył, nagle płytki i urywany. Ta śmiertelniczka
od samego początku wzbudzała w Carlosie dość nietypowe uczucia, na każdym
kroku zaskakując go tym, jak bardzo bywała butna. Potrafiła się z nim kłócić,
przeklinać i stawiać się w najmniej oczekiwanych momentach, choć naturalnie
nie była w stanie ukryć wszystkich oznak strachu. Również w tamtej
chwili jej ciało mówiło samo za siebie, począwszy od tłukącego się w piersi
serca czy przyśpieszonego oddechu. Krążąca w jej żyłach krew mówiła sama
za siebie, jak nic zdradzając więcej, aniżeli sama Mary mogłaby sobie życzyć.
Co więcej, kobieta
usłuchała, choć Carlos do samego końca wątpił, czy weźmie na poważnie jakiekolwiek
jego słowa. Podejrzewał, że za jej zachowaniem krył się przede wszystkim
niepokój o Alyssę oraz – co wydało mu się równie prawdopodobne – samego Alexandra,
ale to nie było ważne. Liczyło się, że Mary w pośpiechu przesunęła się, stając
naprzeciwko mężczyzny i chwytając go za ramiona.
– Co się dzieje?
– zapytała wprost. – Wparowujesz mi do mieszkania i celujesz do mojego
gościa. Alex, do cholery…
– Gościa? –
powtórzył z niedowierzaniem sam zainteresowany. Również Carlos wymownie
uniósł brwi. Cóż, po tym jak wszedł oknem i to w dość konkretnej
sprawie, nie określiłby się akurat tym mianem. – Znacie się? Zresztą nie o to
chodzi! Nie wiem, co z tym twoim gościem
– dodał z naciskiem – nie tak, ale za to jestem pewien, że jest niebezpieczny.
Sprawdziłem to i owo. I, cholera, to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale…
– Ale co? –
zniecierpliwiła się Mary. – Alex…
Nie odpowiedział
jej. W gruncie rzeczy nie musiał, nagle jeszcze bardziej spięty. W dłoni
wciąż ściskał pistolet, co prawda nadal celując w podłogę, ale widok broni
u kogoś wyraźnie wytrąconego z równowagi nigdy nie wróżył dobrze. Co
prawda Carlos poczułby się przede wszystkim sfrustrowany, gdyby oberwał (sam
nabój nie zrobiłby na nim wrażenia, o ile nie okazałby się srebrny), ale sytuacja
wciąż nie prezentowała się dobrze.
To nie tak,
że jakkolwiek martwił się o Mary. Jasne, stała blisko Alexandra,
bezpośrednio narażona na zostanie przypadkową ofiarą, co finalnie mogłoby
okazać się problematyczne. Zwłaszcza w pełnym studentów akademiku, odgłosy
wystrzału zwróciłyby uwagę. Nie potrzebowali paniki, o nadmiernym
zainteresowaniu nie wspominając.
Oczywiście
pod warunkiem, że szanowny pan policjant nie pokusił się o przyjazd
oznakowanym radiowozem…
Carlos
zareagował instynktownie, błyskawicznie przemykając przez pokój. To były
zaledwie ułamki sekund – tylko tyle wystarczyło mu, by doskoczyć do Alexandra,
wyrwać mu broń z ręki i z powrotem dopaść na drugi koniec
pomieszczenia. Oparł się o parapet, jakby od niechcenia obracając pistolet
w rękach. Wyczuł, że jego ludzkie towarzystwo zamarło, spoglądając na
niego w oszołomieniu, ale nie potrafił stwierdzić, co bardziej wytrąciło
ich z równowagi – wampirzą prędkość czy to, że akurat on mógłby znaleźć
się w posiadaniu broni.
– Carlos… –
usłyszał zdławiony jęk Mary, ale najzwyczajniej w świecie ją zignorował.
W zamian –
pod wpływem impulsu, choć wniosek, który nasunął mu się na myśl, wciąż wydawał
się co najmniej irracjonalny – otworzył magazynek, zdecydowanym ruchem
wytrząsając kule. Upadły na podłogę, po czym potoczyły się po panelach; jeden wtoczył
się pod od dawna nieużywane, starannie zasłane łóżko Alyssy.
– Nie patrz
na mnie w ten sposób. Twój… przyjaciel najwyraźniej wie – dodał, wysuwając
kły. Uśmiechnął się, choć zdecydowanie nie było to oznaką dobrego humoru. – To srebrne
naboje.
Był w stanie
to wyczuć, choć poniekąd wciąż nie docierało do niego to, co podpowiadały mu zmysły.
W gruncie rzeczy wyczuł zagrożenie w chwili, w której dostrzegł
wycelowaną w jego twarz broń. Może chodziło o samą obecność srebra, a może
coś w spojrzeniu samego Alexandra – nie wiedział, to zresztą nie było
ważne. Liczyło się, że niewiele brakowało, a jednak by oberwał, bo jakoś nie
miał wątpliwości, że ten człowiek pociągnąłby za spust.
Mary
otworzyła i zaraz zamknęła usta. Wyglądała jak ktoś, kogo z całej
siły zdzielono czymś ciężkim po głowie. Z wolna odsunęła się od Alexa,
spoglądając na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Jeśli do tej pory
była zszokowana, w tamtej chwili jej emocje stały się jeszcze bardziej
wyraziste.
– Jak ty…? –
zaczęła, nerwowo spoglądając to na jednego, to znów na drugiego mężczyznę. – Schowaj
te kły, do diabła! – warknęła, nagle tracąc cierpliwość.
I naprawdę w tym wszystkim to jest
twoim największym problemem?, prychnął Carlos, potrząsając z niedowierzaniem
głową. Nie tego się spodziewał. Nie miał pojęcia, co było z tą kobietą nie
tak, skoro próbowała mu rozkazywać, ale doszedł do wniosku, że to sprawa drugorzędna.
Jakby tego było mało, instynktownie usłuchał.
– Mary…
Dziewczyna potrząsnęła
głową. Wciąż wpatrywała się w Alexa, bynajmniej nie sprawiając wrażenie
chętnej, by go wysłuchać.
– Co tu się
dzieje? – rzuciła spiętym tonem, wręcz żądając wyjaśnień.
Carlos
wywrócił oczami. Przynajmniej raz wyglądała na wściekłą na kogoś innego,
zamiast na niego, choć to wydawało się dość marnym pocieszeniem. Cała ta
sytuacja miałaby nawet szansę go zaciekawić, gdyby okoliczności choć trochę sprzyjały
oglądaniu cudzych dramatów. W tamtej chwili zdecydowanie nie miał na to
czasu, zdolny myśleć wyłącznie o Alyssy. Powinien ją odnaleźć, ale nie
miał pojęcia, w jaki sposób się do tego zabrać. Skoro pokój w akademiku
okazał się błędnym tropem, musiał szukać dalej, a nie czekać aż
przypadkowy człowiek nieudolnie zabawi się w łowcę!
Otworzył
usta, planując jeszcze raz poinformować towarzystwo, że było (nie)miło, a potem
zebrać się do wyjścia, ale nie miał okazji. Nie, skoro w tym samym czasie w końcu
odezwał się Alexander.
– Nie
uwierzysz mi – stwierdził, nerwowym ruchem przeczesując włosy palcami. Nagle
jeszcze bardziej pobladł, co jednak nie powstrzymało go od czujnego wpatrywania
w Carlosa. – Sam sobie nie wierzę, ale… sama widziałaś, że on…
– Tak, nie
jestem człowiekiem. Tak, ona to wie – zniecierpliwił się wampir. – Ty też i chętnie
zapytałbym skąd, ale tak się składa, że wychodzę. Alyssa…
– Co jej
zrobiłeś? – zapytał natychmiast mężczyzna, prostując się niczym struna.
Przerażony
czy nie, wciąż miał dość charakteru, by zachować zimną krew. Carlos mimochodem
pomyślał, że zachowywał się jak ktoś, kto faktycznie miałby szansę odnaleźć się
w policji. Nie przypominał sobie ile Alyssa mówiła na jego temat, ale
sądząc po tym, że był gotów bronić jej przed Skyler, facet nie należał do
bojaźliwych. Z drugiej strony, tylko prawdziwy szaleniec nie zawahałby
się, mając do czynienia z istotami nieśmiertelnymi.
Och, księżniczko… Ci twoi znajomi są
naprawdę uciążliwi, westchnął w duchu, nie pierwszy raz mając ochotę
wywrócić oczami.
–
Absolutnie nic. Czemu wszystko to, co złe, musicie od razu zrzucać na mnie? –
obruszył się, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Tak się składa, że też
jej szukam. A tym bardziej nie mam powodów, by ją zabić, chociaż coraz
częściej mnie prowokuje – mruknął, nie mogąc się powstrzymać.
– Mówi
prawdę – wtrąciła Mary.
Obaj na nią
spojrzeli.
– A to
ciekawa odmiana… Teraz mnie bronisz? – zapytał z powątpiewaniem, uśmiechając
się w pozbawiony wesołości sposób.
Jedynie
gniewnie zmrużyła oczy. Jej oczy wydały mu się jeszcze bardziej zielone niż zazwyczaj.
Jakby tego było mało, lśniły w sposób, który nawet jemu dawał do myślenia.
Ta dziewczyna była nie tylko poruszona, ale przede wszystkim zdeterminowana,
choć Carlos nie potrafił stwierdzić dokąd to prowadziło.
– Nie
pochlebiaj sobie – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Przyjechałeś tutaj, bo
szukasz Alyssy. Co więcej, najpewniej coś jej zagraża… I serio, teraz nie
obchodzi mnie czy to twoja wina – dodała, bez wahania ruszając w jego
stronę. – Lepiej wróć do myślenia, co robimy. Skoro jesteś jedyną osobą, dzięki
której mogę upewnić się, że jest cała, trudno.
Jej słowa
jeszcze bardziej wytrąciły go z równowagi. Spojrzał na nią z niedowierzaniem,
przez moment sam niepewny czy powinien się śmiać, czy może płakać. Żartowała
sobie? W tamtej chwili zdecydowanie nie wyglądała na przejętą, że mogłaby
gościć pod dachem wampira. W zamian wydawała się myśleć wyłącznie o przyjaciółce,
Carlosa traktując jak narzędzie – jedyną deskę ratunku, ale nic ponadto. Nie tego
spodziewał się po przyjeździe do tego miejsca, ale nie zamierzał się nad tym
rozwodzić.
Co więcej,
chyba serio zaczynał ją lubić. Zwłaszcza to, że wyglądała na wystarczająco
zdeterminowaną, by może nawet wypchnąć go z okna, gdyby ją zdenerwował.
– Mary… –
rzucił spiętym tonem Alex. Zrobił taki ruch, jakby chciał powstrzymać
przyjaciółkę przed podejściem zbyt blisko, ale dziewczyna nie dała mu po temu
okazji. W zamian zniecierpliwionym ruchem odepchnęła wyciągniętą ku niej
rękę.
– Będziemy
musieli pogadać, ale to później – stwierdziła i to była najrozsądniejsza
rzecz, jaką Carlos usłyszał tego wieczora. – Nie wiem skąd się dowiedziałeś,
ale obawiam się, że właśnie wplątałeś się w niezłe bagno… Zresztą tak jak
ja.
Carlos z trudem
powstrzymał się od nieco nerwowego śmiechu. Żeby tylko chodziło o to!
Szczerze wątpił, by którekolwiek z nich choć po części rozumiało, w jaki
sposób tak naprawdę prezentowała się sytuacja – nawet Mary, choć ona
przynajmniej miała czas spędzić czas z Alyssą i dowiedzieć się tego i owego.
O Alexandrze, jego intencjach i tego, co mężczyzna tak naprawdę
wiedział, nie miał zielonego pojęcia, ale to nie był odpowiedni moment, by się
nad tym rozwodzić.
Jedynie
potrząsnął głową, nie tyle reagując na słowa Mary, co próbując zebrać myśli.
Kiedy emocje opadły, to wydawało się prostsze – przynajmniej w teorii, bo wampir
nie czuł się ani odrobinę pewniej. Nabyte przez wieki doświadczenie podpowiadało
mu, że powinien jak najszybciej zrobić porządek, ale obawiał się, że to nie
było takie proste. Cholera, gdyby był rozsądny, od razu by ich pozabijał, ale
to po prostu nie wchodziło w grę. Nie miał też głowy do zmieniania wspomnień
Alexandra – nie po raz kolejny, zwłaszcza jeśli ten był świadomy. Ali już raz
to zrobiła, a ponowna ingerencja nie dawała aż tak trwałych efektów.
Wciąż o tym
myślał, kiedy jego uwagę rozproszyło coś zupełnie innego. Nagle wyprostował się
niczym struna, czując się trochę tak, jakby ktoś z całej siły kopnął go w żołądek.
Gwałtownie zaczerpnął powietrza do płuc, choć to w gruncie rzeczy było mu
zbędne do normalnego funkcjonowania. Mętlik w głowie przybrał na sile,
zwłaszcza gdy z całą mocą uderzyła w niego cała mieszanka emocji – i to
bynajmniej nie należących do niego. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś
takiego, nie wspominając o intensywności doznania. To było coś nowego,
oszałamiającego i…
– Carlos?
Carlos!
Nie
zarejestrował momentu, w którym Mary znalazła się przy nim. Jej głos
doszedł do niego jakby z oddali, wyraźnie spanikowany, choć szczerze
wątpił, by martwiła się o niego. Raczej ją zaniepokoił, przynajmniej
początkowo, bo w następnej chwili dziewczyna zrobiła coś, czego już
prędzej by się po niej spodziewał: uderzyła go w twarz. Właściwie nie
poczuł bólu, ale samo uderzenie i bezczelność, którą wykazała się
przyjaciółka Alyssy, w zupełności wystarczyły, by go otrzeźwić.
Mrugając i wciąż
próbując zrozumieć, co się stało, w roztargnieniu spojrzał na stojąca tuż
przed nim śmiertelniczkę. Instynktownie chwycił ją za nadgarstki, tak dla
pewności, by czasem nie przyszło jej do głowy zrobienie czegoś jeszcze głupszego.
Zabawne, ale gdyby w grę wchodził ktokolwiek inny, najpewniej rozerwałby
go na kawałki, ale ona…
Potrząsnął
głową.
– Wydaje mi
się – oznajmił, ostrożnie dobierając słowa – że Alyssa mnie potrzebuje.
Samego
siebie zaskoczył słowami, które padły z jego ust. Co więcej, w chwili,
w której je wypowiedział, uprzytomnił sobie, że mogły być prawdziwe. Nie miał
pewności, ale te emocje…
Nigdy
wcześniej nie stworzył wampira. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami, a tym
bardziej nie wnikał w szczegóły więzi, która podobno powstawała między
stwórcą a jego dziełem. A jednak tylko takie rozwiązanie przychodziło
mu do głowy, gdy w końcu zaczął się nad tym zastanawiać.
I Skyler…
Skyler też wydawała się świadoma, kiedy mówiła mu o powrocie Ariany.
Skyler
uwieziona w ciele Eleonory – a więc kogoś, kto niejako na własne
życzenie odciążył go w opiece nad młodą wampirzycą. Carlos nie miał pojęcia
czy to możliwe, ale jeśli demonica była w stanie wyczuć to, co on…
– Wiem,
gdzie ona jest. – Jeszcze kiedy mówił, odsunął od siebie Mary i na nieco
chwiejnych nogach ruszył ku drzwiom. – A przynajmniej wydaje mi się, że
będę w stanie do niej dotrzeć i… Cholera, wiecie co? Nieważne. Mam gdzieś,
czy którekolwiek z was mi wierzy – stwierdził, bezceremonialnie wypadając z mieszkania.
Wybiegł na
korytarz, dopiero w tamtej chwili zaczynając żałować, że nie skorzystał z okna.
Tak byłoby dużo szybciej, choć sam nie był pewien, czy w ogóle miał
jeszcze czas. Niczego już nie wiedział, kierując się przeczuciami, a jakby
tego było mało…
Z
opóźnieniem uprzytomnił sobie, że Mary popędziła za nim. I chociaż sam
sobie nie potrafił wytłumaczyć czemu, zdecydował się na nią zaczekać.
Ja już nawet nie będę się tłumaczyć. Liczy się, że rozdział w końcu jest, choć miałam wielkie problemy, by się za niego zabrać. Zagubiłam się gdzieś w pracy, ogólnym zmęczeniu i – powiedzmy – życiu, co jednak nie znaczy, że zapomniałam. Gdzie jak gdzie, ale do moich opowiadań zawsze będę wracać. ^^Tak więc pierwszy wpis w nowym roku. Cóż mogłabym dodać? Dziękuję za obecność, cierpliwość i do napisania. A opinię jak zawsze pozostawiam Wam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz