29 stycznia 2019

Rozdział LXXIII

Carlos
Oboje zamarli – Mary wciąż wpatrzona w niego, choć myślami wydawała się być gdzieś indziej. Niemalże był w stanie usłyszeć, jak w jej głowie obracają się trybiki, kiedy zaczęła intensywnie zastanawiać się nad tym, co oboje słyszeli.
Był też pewien, że w którymś momencie poczuła nadzieję, którą chcąc nie chcąc musiał zniszczyć.
– Ali… – wyrwało jej się.
Natychmiast ruszyła ku drzwiom, ale Carlos nie pozwolił jej do nich dotrzeć. W ułamku sekundy wyminął dziewczynę, z jej perspektywy musiał wyglądać jak rozmazana smuga, która błyskawicznie przemknęła tuż obok. Gdzieś za plecami usłyszał protest, ale zignorował zarówno Mary, jak i pobrzmiewające w jej głosie pretensje. Może i był winny jej wyjaśnienia, zwłaszcza po tym jak bezceremonialnie wdarł się do niej przez okno, wypytując o Alyssę, jednak w tamtej chwili nie było na to czasu.
Dobrze wiedział, że po otwarciu drzwi nie zastanie dziewczyny. Co prawda jakaś jego cząstka wciąż się łudziła, a gdyby Ali łaskawie stanęła w progu pokoju przyjaciółki, rozwiązałaby przynajmniej część problemów, które mieli. Gdyby jeszcze którakolwiek z tych dziewczyn robiła to, czego ja chcę…, westchnął w duchu. Och, to byłoby zbyt proste. A tym bardziej nie w stylu jego podopiecznej, skoro tak najwyraźniej uparła się doprowadzić go do grobu, zresztą nie jako jedyna.
Jak gdyby nigdy nic nacisnął klamkę. Podejrzewał, kogo dostrzeże po drugiej stronie, a słodki zapach ludzkiej krwi mówił sam za siebie, choć Carlos miał okazję się z nim zetknąć zaledwie raz.
W jednej chwili wszystko potoczyło się bardzo szybko i zdecydowanie nie w sposób, którego mógłby oczekiwać. Co prawda w progu pojawiła się osoba, której się spodziewał, ale otwierając drzwi zdecydowanie nie przewidział, że już na wstępie przywita go lufa pistoletu – i to wycelowanego prosto w jego twarz.
– Co do…? – zaczął, unosząc brwi. Nawet się nie skrzywił, w zamian z zaciekawieniem spoglądając na bladego jak papier, skoncentrowanego na nim policjanta. Alexander, bo chyba tak miał na imię przyjaciel Alyssy, którego ta w pośpiechu odesłała, wcześniej jakimś cudem pozbawiając wspomnień, stał wyprostowany, pewnie trzymając broń. Co więcej, wyglądał na wystarczająco zdeterminowanego, by w razie potrzeby strzelić, co mogłoby być całkiem interesujące i zabawne, gdyby śmiertelnik nie celował akurat w niego. – Odłóż to, zanim komuś stanie się krzywda. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale cholernie trudno sprać krew z dywanu… Mary, to chyba do ciebie.
Jeszcze kiedy mówił, jak gdyby nigdy nic wycofał się w głąb pomieszczenia. W żaden sposób nie okazał zdenerwowania, przede wszystkim zniecierpliwiony tym, że ktoś zdecydował się im przerwać. W tamtej chwili nie miał głowy do zastanawiania nad kolejnymi komplikacjami, zwłaszcza tak mało znaczącymi. Podejrzewał, że Alyssa miałaby do niego pretensje, gdyby spróbował zagryźć kogoś, kogo najwyraźniej traktowała jak przyjaciela, ale trudno. W razie potrzeby mógł wytłumaczyć się tym, że facet na „dzień dobry” próbował go ustrzelić.
– Alex! – rzuciła Mary, wyraźnie zaskoczona. Natychmiast popędziła w kierunku przybysza, zatrzymując się dopiero w chwili, w której zauważyła broń. – Na litość Boską, odłóż to. Nie życzę sobie trupa na dywanie i… Och, do cholery, co z wami nie tak?!
Przybysz jedynie spojrzał na nią w oszołomieniu, wyraźnie wytrącony z równowagi tym, że nagle to ona znalazła się na linii strzału. Natychmiast opuścił broń, choć po sposobie, w jaki obserwował Carlosa, jasno dało się pojąć, że o wiele bardziej na rękę byłoby mu, gdyby dostał szansę na ponowne wycelowanie w wampira.
– Nic ci nie jest? Chodź tu do mnie, Mary – rzucił spiętym tonem, wyciągając rękę ku dziewczynie. – Musiałem przyjechać. Ten tutaj… Nie wiem, co wplątałyście się z Ali, ale nie podoba mi się to.
– O czym ty…? – zaczęła Mary, ale policjant najzwyczajniej w świecie ją zignorował.
– Pogadamy później – oznajmił spiętym tonem. – Ten tutaj… – dodał, wymownie spoglądając na Carlosa.
Tym razem wampir zdecydował się wtrącić. Co jak co, ale sytuacja, w której jakiś przypadkowy człowiek nie tylko wyglądał na chętnego, żeby go zabić, ale na domiar złego przychodził i rządził się, oskarżając go o nie wiadomo co, zdecydowanie mu nie odpowiadała. Wystarczyło, że miał na świecie dość wrogów, by zacząć zastanawiać się, jakim cudem wciąż udawało mu się bez szwanku uchodzić z życiem. Fałszywe oskarżenia były zbędne.
– A może tak uprzejmiej? – mruknął z rozdrażnieniem Carlos, wywracając oczami. Nawet nie zawahał się przed wejściem Alexandrowi w słowo. – Nie przypominam sobie, byśmy przechodzili na „ty”, to po pierwsze. A po drugie, naprawdę nie mam na to czasu.
– Gdzie jest Alyssa? – zapytał spiętym słowem Alex.
Brwi Carlosa powędrowały ku górze.
– Dobre pytanie, nie? Sam chciałbym wiedzieć, bo skoro nie ma jej tutaj… – Wzruszył ramionami. – Powiedziałbym, że miło było, ale musiał bym skłamać. A teraz przepraszam bardzo, ale wychodzę.
Jeszcze kiedy mówił, szybkim krokiem ruszył ku drzwiom. Co prawda widział, że Alexander wciąż ściskał broń, choć przynajmniej przez wzgląd na Mary wycelował ją w podłogę. Wampir wciąż nie miał pewności, co powinien sądzić o pojawieniu się śmiertelnika, ale nie dbał o to. Nie obchodziło go, czy znajomy Alyssy był przewrażliwiony, nienormalny czy też witał tak wszystkich znajomych swojej przyjaciółki. Nie miał nawet ochoty zastanawiać się nad tym, czy zostawienie Mary i tego mężczyzny było rozsądne, czy może wcześniej powinien pokusić się o wykasowanie się z ich pamięci. Ta pierwsza może i nie była problemem, ale pojawienie się kogoś, na kim Alyssa już raz musiała użyć wpływu, wydawało się dość problematyczne.
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że Alex bezceremonialnie zastąpi mu drogę. Chociaż mógł go odepchnąć, nie zrobił tego, zatrzymując się przede wszystkim przez zaskoczenie. Otworzył i zaraz zamknął usta, ostatecznie ograniczając do potrząśnięcia głową.
– Mary – powiedział cicho, siląc się na przesadnie wręcz uprzejmy sposób. Próbował nie okazywać tego, że w rzeczywistości był bliski tego, by jednak trafił go szlag. – Poproś kolegę, żeby zszedł mi z drogi, w porządku?
Nie patrzył na nią, ale podejrzewał, że przynajmniej ona jedna zrozumiała. Jego ton mówił sam za siebie, zwłaszcza pobrzmiewająca w głosie groźba. Już i tak cudem pozostawało to, że w ogóle zniżał się do tego, żeby prosić. Gdyby sytuacja była inna, nie wahałby się – a przynajmniej to próbował sobie wmówić. Jeszcze kilka tygodni temu nie zawahałby się przed przetrąceniem komuś karku, gdyby wyjątkowo mu przeszkadzał, ale teraz…
Cóż, nie mógł. Choćby przez wzgląd na Alyssę, którą już i tak zbyt mocno skrzywdził.
A także Mary, choć nie od razu to przyznał. Z tym, że naprawdę nie chciał zmusić jej do patrzenia na śmierć kogoś, kto najwyraźniej cos dla niej znaczył.
Słyszał, że oddech dziewczyny przyśpieszył, nagle płytki i urywany. Ta śmiertelniczka od samego początku wzbudzała w Carlosie dość nietypowe uczucia, na każdym kroku zaskakując go tym, jak bardzo bywała butna. Potrafiła się z nim kłócić, przeklinać i stawiać się w najmniej oczekiwanych momentach, choć naturalnie nie była w stanie ukryć wszystkich oznak strachu. Również w tamtej chwili jej ciało mówiło samo za siebie, począwszy od tłukącego się w piersi serca czy przyśpieszonego oddechu. Krążąca w jej żyłach krew mówiła sama za siebie, jak nic zdradzając więcej, aniżeli sama Mary mogłaby sobie życzyć.
Co więcej, kobieta usłuchała, choć Carlos do samego końca wątpił, czy weźmie na poważnie jakiekolwiek jego słowa. Podejrzewał, że za jej zachowaniem krył się przede wszystkim niepokój o Alyssę oraz – co wydało mu się równie prawdopodobne – samego Alexandra, ale to nie było ważne. Liczyło się, że Mary w pośpiechu przesunęła się, stając naprzeciwko mężczyzny i chwytając go za ramiona.
– Co się dzieje? – zapytała wprost. – Wparowujesz mi do mieszkania i celujesz do mojego gościa. Alex, do cholery…
– Gościa? – powtórzył z niedowierzaniem sam zainteresowany. Również Carlos wymownie uniósł brwi. Cóż, po tym jak wszedł oknem i to w dość konkretnej sprawie, nie określiłby się akurat tym mianem. – Znacie się? Zresztą nie o to chodzi! Nie wiem, co z tym twoim gościem – dodał z naciskiem – nie tak, ale za to jestem pewien, że jest niebezpieczny. Sprawdziłem to i owo. I, cholera, to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale…
– Ale co? – zniecierpliwiła się Mary. – Alex…
Nie odpowiedział jej. W gruncie rzeczy nie musiał, nagle jeszcze bardziej spięty. W dłoni wciąż ściskał pistolet, co prawda nadal celując w podłogę, ale widok broni u kogoś wyraźnie wytrąconego z równowagi nigdy nie wróżył dobrze. Co prawda Carlos poczułby się przede wszystkim sfrustrowany, gdyby oberwał (sam nabój nie zrobiłby na nim wrażenia, o ile nie okazałby się srebrny), ale sytuacja wciąż nie prezentowała się dobrze.
To nie tak, że jakkolwiek martwił się o Mary. Jasne, stała blisko Alexandra, bezpośrednio narażona na zostanie przypadkową ofiarą, co finalnie mogłoby okazać się problematyczne. Zwłaszcza w pełnym studentów akademiku, odgłosy wystrzału zwróciłyby uwagę. Nie potrzebowali paniki, o nadmiernym zainteresowaniu nie wspominając.
Oczywiście pod warunkiem, że szanowny pan policjant nie pokusił się o przyjazd oznakowanym radiowozem…
Carlos zareagował instynktownie, błyskawicznie przemykając przez pokój. To były zaledwie ułamki sekund – tylko tyle wystarczyło mu, by doskoczyć do Alexandra, wyrwać mu broń z ręki i z powrotem dopaść na drugi koniec pomieszczenia. Oparł się o parapet, jakby od niechcenia obracając pistolet w rękach. Wyczuł, że jego ludzkie towarzystwo zamarło, spoglądając na niego w oszołomieniu, ale nie potrafił stwierdzić, co bardziej wytrąciło ich z równowagi – wampirzą prędkość czy to, że akurat on mógłby znaleźć się w posiadaniu broni.
– Carlos… – usłyszał zdławiony jęk Mary, ale najzwyczajniej w świecie ją zignorował.
W zamian – pod wpływem impulsu, choć wniosek, który nasunął mu się na myśl, wciąż wydawał się co najmniej irracjonalny – otworzył magazynek, zdecydowanym ruchem wytrząsając kule. Upadły na podłogę, po czym potoczyły się po panelach; jeden wtoczył się pod od dawna nieużywane, starannie zasłane łóżko Alyssy.
– Nie patrz na mnie w ten sposób. Twój… przyjaciel najwyraźniej wie – dodał, wysuwając kły. Uśmiechnął się, choć zdecydowanie nie było to oznaką dobrego humoru. – To srebrne naboje.
Był w stanie to wyczuć, choć poniekąd wciąż nie docierało do niego to, co podpowiadały mu zmysły. W gruncie rzeczy wyczuł zagrożenie w chwili, w której dostrzegł wycelowaną w jego twarz broń. Może chodziło o samą obecność srebra, a może coś w spojrzeniu samego Alexandra – nie wiedział, to zresztą nie było ważne. Liczyło się, że niewiele brakowało, a jednak by oberwał, bo jakoś nie miał wątpliwości, że ten człowiek pociągnąłby za spust.
Mary otworzyła i zaraz zamknęła usta. Wyglądała jak ktoś, kogo z całej siły zdzielono czymś ciężkim po głowie. Z wolna odsunęła się od Alexa, spoglądając na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Jeśli do tej pory była zszokowana, w tamtej chwili jej emocje stały się jeszcze bardziej wyraziste.
– Jak ty…? – zaczęła, nerwowo spoglądając to na jednego, to znów na drugiego mężczyznę. – Schowaj te kły, do diabła! – warknęła, nagle tracąc cierpliwość.
I naprawdę w tym wszystkim to jest twoim największym problemem?, prychnął Carlos, potrząsając z niedowierzaniem głową. Nie tego się spodziewał. Nie miał pojęcia, co było z tą kobietą nie tak, skoro próbowała mu rozkazywać, ale doszedł do wniosku, że to sprawa drugorzędna. Jakby tego było mało, instynktownie usłuchał.
– Mary…
Dziewczyna potrząsnęła głową. Wciąż wpatrywała się w Alexa, bynajmniej nie sprawiając wrażenie chętnej, by go wysłuchać.
– Co tu się dzieje? – rzuciła spiętym tonem, wręcz żądając wyjaśnień.
Carlos wywrócił oczami. Przynajmniej raz wyglądała na wściekłą na kogoś innego, zamiast na niego, choć to wydawało się dość marnym pocieszeniem. Cała ta sytuacja miałaby nawet szansę go zaciekawić, gdyby okoliczności choć trochę sprzyjały oglądaniu cudzych dramatów. W tamtej chwili zdecydowanie nie miał na to czasu, zdolny myśleć wyłącznie o Alyssy. Powinien ją odnaleźć, ale nie miał pojęcia, w jaki sposób się do tego zabrać. Skoro pokój w akademiku okazał się błędnym tropem, musiał szukać dalej, a nie czekać aż przypadkowy człowiek nieudolnie zabawi się w łowcę!
Otworzył usta, planując jeszcze raz poinformować towarzystwo, że było (nie)miło, a potem zebrać się do wyjścia, ale nie miał okazji. Nie, skoro w tym samym czasie w końcu odezwał się Alexander.
– Nie uwierzysz mi – stwierdził, nerwowym ruchem przeczesując włosy palcami. Nagle jeszcze bardziej pobladł, co jednak nie powstrzymało go od czujnego wpatrywania w Carlosa. – Sam sobie nie wierzę, ale… sama widziałaś, że on…
– Tak, nie jestem człowiekiem. Tak, ona to wie – zniecierpliwił się wampir. – Ty też i chętnie zapytałbym skąd, ale tak się składa, że wychodzę. Alyssa…
– Co jej zrobiłeś? – zapytał natychmiast mężczyzna, prostując się niczym struna.
Przerażony czy nie, wciąż miał dość charakteru, by zachować zimną krew. Carlos mimochodem pomyślał, że zachowywał się jak ktoś, kto faktycznie miałby szansę odnaleźć się w policji. Nie przypominał sobie ile Alyssa mówiła na jego temat, ale sądząc po tym, że był gotów bronić jej przed Skyler, facet nie należał do bojaźliwych. Z drugiej strony, tylko prawdziwy szaleniec nie zawahałby się, mając do czynienia z istotami nieśmiertelnymi.
Och, księżniczko… Ci twoi znajomi są naprawdę uciążliwi, westchnął w duchu, nie pierwszy raz mając ochotę wywrócić oczami.
– Absolutnie nic. Czemu wszystko to, co złe, musicie od razu zrzucać na mnie? – obruszył się, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Tak się składa, że też jej szukam. A tym bardziej nie mam powodów, by ją zabić, chociaż coraz częściej mnie prowokuje – mruknął, nie mogąc się powstrzymać.
– Mówi prawdę – wtrąciła Mary.
Obaj na nią spojrzeli.
– A to ciekawa odmiana… Teraz mnie bronisz? – zapytał z powątpiewaniem, uśmiechając się w pozbawiony wesołości sposób.
Jedynie gniewnie zmrużyła oczy. Jej oczy wydały mu się jeszcze bardziej zielone niż zazwyczaj. Jakby tego było mało, lśniły w sposób, który nawet jemu dawał do myślenia. Ta dziewczyna była nie tylko poruszona, ale przede wszystkim zdeterminowana, choć Carlos nie potrafił stwierdzić dokąd to prowadziło.
– Nie pochlebiaj sobie – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Przyjechałeś tutaj, bo szukasz Alyssy. Co więcej, najpewniej coś jej zagraża… I serio, teraz nie obchodzi mnie czy to twoja wina – dodała, bez wahania ruszając w jego stronę. – Lepiej wróć do myślenia, co robimy. Skoro jesteś jedyną osobą, dzięki której mogę upewnić się, że jest cała, trudno.
Jej słowa jeszcze bardziej wytrąciły go z równowagi. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, przez moment sam niepewny czy powinien się śmiać, czy może płakać. Żartowała sobie? W tamtej chwili zdecydowanie nie wyglądała na przejętą, że mogłaby gościć pod dachem wampira. W zamian wydawała się myśleć wyłącznie o przyjaciółce, Carlosa traktując jak narzędzie – jedyną deskę ratunku, ale nic ponadto. Nie tego spodziewał się po przyjeździe do tego miejsca, ale nie zamierzał się nad tym rozwodzić.
Co więcej, chyba serio zaczynał ją lubić. Zwłaszcza to, że wyglądała na wystarczająco zdeterminowaną, by może nawet wypchnąć go z okna, gdyby ją zdenerwował.
– Mary… – rzucił spiętym tonem Alex. Zrobił taki ruch, jakby chciał powstrzymać przyjaciółkę przed podejściem zbyt blisko, ale dziewczyna nie dała mu po temu okazji. W zamian zniecierpliwionym ruchem odepchnęła wyciągniętą ku niej rękę.
– Będziemy musieli pogadać, ale to później – stwierdziła i to była najrozsądniejsza rzecz, jaką Carlos usłyszał tego wieczora. – Nie wiem skąd się dowiedziałeś, ale obawiam się, że właśnie wplątałeś się w niezłe bagno… Zresztą tak jak ja.
Carlos z trudem powstrzymał się od nieco nerwowego śmiechu. Żeby tylko chodziło o to! Szczerze wątpił, by którekolwiek z nich choć po części rozumiało, w jaki sposób tak naprawdę prezentowała się sytuacja – nawet Mary, choć ona przynajmniej miała czas spędzić czas z Alyssą i dowiedzieć się tego i owego. O Alexandrze, jego intencjach i tego, co mężczyzna tak naprawdę wiedział, nie miał zielonego pojęcia, ale to nie był odpowiedni moment, by się nad tym rozwodzić.
Jedynie potrząsnął głową, nie tyle reagując na słowa Mary, co próbując zebrać myśli. Kiedy emocje opadły, to wydawało się prostsze – przynajmniej w teorii, bo wampir nie czuł się ani odrobinę pewniej. Nabyte przez wieki doświadczenie podpowiadało mu, że powinien jak najszybciej zrobić porządek, ale obawiał się, że to nie było takie proste. Cholera, gdyby był rozsądny, od razu by ich pozabijał, ale to po prostu nie wchodziło w grę. Nie miał też głowy do zmieniania wspomnień Alexandra – nie po raz kolejny, zwłaszcza jeśli ten był świadomy. Ali już raz to zrobiła, a ponowna ingerencja nie dawała aż tak trwałych efektów.
Wciąż o tym myślał, kiedy jego uwagę rozproszyło coś zupełnie innego. Nagle wyprostował się niczym struna, czując się trochę tak, jakby ktoś z całej siły kopnął go w żołądek. Gwałtownie zaczerpnął powietrza do płuc, choć to w gruncie rzeczy było mu zbędne do normalnego funkcjonowania. Mętlik w głowie przybrał na sile, zwłaszcza gdy z całą mocą uderzyła w niego cała mieszanka emocji – i to bynajmniej nie należących do niego. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego, nie wspominając o intensywności doznania. To było coś nowego, oszałamiającego i…
– Carlos? Carlos!
Nie zarejestrował momentu, w którym Mary znalazła się przy nim. Jej głos doszedł do niego jakby z oddali, wyraźnie spanikowany, choć szczerze wątpił, by martwiła się o niego. Raczej ją zaniepokoił, przynajmniej początkowo, bo w następnej chwili dziewczyna zrobiła coś, czego już prędzej by się po niej spodziewał: uderzyła go w twarz. Właściwie nie poczuł bólu, ale samo uderzenie i bezczelność, którą wykazała się przyjaciółka Alyssy, w zupełności wystarczyły, by go otrzeźwić.
Mrugając i wciąż próbując zrozumieć, co się stało, w roztargnieniu spojrzał na stojąca tuż przed nim śmiertelniczkę. Instynktownie chwycił ją za nadgarstki, tak dla pewności, by czasem nie przyszło jej do głowy zrobienie czegoś jeszcze głupszego. Zabawne, ale gdyby w grę wchodził ktokolwiek inny, najpewniej rozerwałby go na kawałki, ale ona…
Potrząsnął głową.
– Wydaje mi się – oznajmił, ostrożnie dobierając słowa – że Alyssa mnie potrzebuje.
Samego siebie zaskoczył słowami, które padły z jego ust. Co więcej, w chwili, w której je wypowiedział, uprzytomnił sobie, że mogły być prawdziwe. Nie miał pewności, ale te emocje…
Nigdy wcześniej nie stworzył wampira. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami, a tym bardziej nie wnikał w szczegóły więzi, która podobno powstawała między stwórcą a jego dziełem. A jednak tylko takie rozwiązanie przychodziło mu do głowy, gdy w końcu zaczął się nad tym zastanawiać.
I Skyler… Skyler też wydawała się świadoma, kiedy mówiła mu o powrocie Ariany.
Skyler uwieziona w ciele Eleonory – a więc kogoś, kto niejako na własne życzenie odciążył go w opiece nad młodą wampirzycą. Carlos nie miał pojęcia czy to możliwe, ale jeśli demonica była w stanie wyczuć to, co on…
– Wiem, gdzie ona jest. – Jeszcze kiedy mówił, odsunął od siebie Mary i na nieco chwiejnych nogach ruszył ku drzwiom. – A przynajmniej wydaje mi się, że będę w stanie do niej dotrzeć i… Cholera, wiecie co? Nieważne. Mam gdzieś, czy którekolwiek z was mi wierzy – stwierdził, bezceremonialnie wypadając z mieszkania.
Wybiegł na korytarz, dopiero w tamtej chwili zaczynając żałować, że nie skorzystał z okna. Tak byłoby dużo szybciej, choć sam nie był pewien, czy w ogóle miał jeszcze czas. Niczego już nie wiedział, kierując się przeczuciami, a jakby tego było mało…
Z opóźnieniem uprzytomnił sobie, że Mary popędziła za nim. I chociaż sam sobie nie potrafił wytłumaczyć czemu, zdecydował się na nią zaczekać.
Ja już nawet nie będę się tłumaczyć. Liczy się, że rozdział w końcu jest, choć miałam wielkie problemy, by się za niego zabrać. Zagubiłam się gdzieś w pracy, ogólnym zmęczeniu i – powiedzmy – życiu, co jednak nie znaczy, że zapomniałam. Gdzie jak gdzie, ale do moich opowiadań zawsze będę wracać. ^^
Tak więc pierwszy wpis w nowym roku. Cóż mogłabym dodać? Dziękuję za obecność, cierpliwość i do napisania. A opinię jak zawsze pozostawiam Wam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz