20 lutego 2019

Rozdział LXXIV

Alyssa
Nicholas – Samael, jak błyskawicznie poprawiła się w myślach – zesztywniał, by w następnej sekundzie bezceremonialnie ruszyć ku drzwiom. Był spięty, a coś w jego ruchach dało Alyssie do zrozumienia, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co czekało ich na dole. Podejrzliwie zmrużyła oczy, jednocześnie próbując skoncentrować się na bodźcach, które podsuwały jej zmysły, ale nie była w stanie się skupić. W głowie wciąż miała mętlik porównywalny do tego, którego doświadczyła zaraz po przemianie, o nadmiarze sprzecznych, wciąż nieuporządkowanych wspomnień i odczuć nie wspominając.
Więc zdała się na instynkt. To było pierwszym, co przyszło jej do głowy, choć dziewczyna czuła, że brak przemyślanych działań z równym powodzeniem mógłby ją zgubić. Z drugiej strony, oddanie się Arianie wydawało się najbardziej sensownym posunięciem, zwłaszcza że była świadoma obecności swojego drugiego „ja” bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. O wiele bardziej doświadczone, choć przeszłe wcielenie nawet się nie zawahało, natychmiast ruszając za Samaelem. Zmaterializowała się tuż za jego plecami, w niemalże wyzywający sposób spoglądając mężczyźnie w oczy, kiedy obejrzał się, by zmierzyć ją wzrokiem. Nawet jeśli początkowo planował nakazać jej zostać w sypialni, ostatecznie tego nie zrobił, w zamian uśmiechając się w nieco wymuszony, drapieżny sposób.
– Dobrze mieć cię przy sobie, aniele – stwierdził cicho. Szeptał, choć oboje zdawali sobie sprawę z tego, że ci, których mogli spodziewać się znaleźć na dole, i tak doskonale słyszeli ich słowa. – Tylko nie szalej za bardzo.
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Nie musiała się wysilać, by zrozumieć te słowa i w odpowiedzi uśmiechnąć się w wyniosły, zdecydowany sposób.
– Obawiasz się, że znów poradzę sobie lepiej od ciebie? – zapytała, spoglądając na niego z zaciekawieniem. – Chcesz sprawdzić ile pamiętam? Zobaczymy które z nas dopadnie ich więcej, a może…?
– Zaprawdę jesteś przerażającą kobietą – uciął, ale w jego ustach te słowa i tak zabrzmiały jak komplement.
W taki sposób przynajmniej odebrała je Ariana. Czuła, że się zapędziła, ale nie była w stanie się powstrzymać, nie pierwszy raz balansując gdzieś między dwoma naturami. Wręcz zachłysnęła się wolnością, w końcu mogąc poczuć sobą i już nie gubiąc w urywkach wspomnień, których ludzka natura Alyssy nie mogła zrozumieć. Co prawda w tym wszystkim wciąż było jakże człowiecze oszołomienie, ale coraz łatwiej przychodziło jej ignorowanie tego stanu, zwłaszcza gdy do głosu dotarło poczucie zagrożenia. Gdyby akurat teraz znów pozwoliła sobie na to, by się wycofać, wydarzyłoby się coś złego, a na to nie mogła sobie pozwolić.
Nie teraz, skoro w końcu odnalazła Samaela.
Wyszli na korytarz, oboje przyczajeni. Trzymali się blisko siebie, idąc ramię w ramię i zachowując niemalże jak wspólny organizm. Poniekąd tak właśnie było, a porozumienie, które jak na zawołanie wytworzyło się między nimi, stało się dla Ariany czymś równie naturalnym, co i oddychanie. Już to robili. Nie musiała się zastanawiać, by przewidzieć ruchy Samaela i wzajemnie. Wiedziała, że to niebezpieczne, bo na własne życzenie stworzyła sobie kogoś, kto byłby w stanie ją zabić, gdyby nabrał na to ochoty, ale nawet nie brała takiej możliwości pod uwagę. Miała przy sobie ostatnią osobę, która spróbowałaby ją skrzywdzić.
Mężczyzna nagle przystanął, zatrzymując się na skraju schodów. Raz jeszcze spojrzał na nią, a podchwyciwszy bijące z jej spojrzenia zdecydowanie, zachęcającym gestem wskazał przed siebie, pozwalając, by przejęła prowadzenie. Skinęła mu głową, po czym bez chwili wahania zbiegła po schodach, wciąż uważnie wodząc wzrokiem dookoła. Czuła, że Samael podążał za nią niczym cień, nie odstępując nawet na krok.
Na pierwszy rzut oka przedsionek wyglądał na opustoszały. Jak przez mgłę pamiętała moment, w którym znalazła się w tym miejscu, wymęczona i na wpół przytomna z bólu, ale rozglądając się, nie była w stanie zauważyć niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności. Nie rozluźniła się, aż nazbyt świadoma, że to wyłącznie wrażenie – tania zagrywka, na którą zdecydowanie nie miała zamiaru się nabrać.
– Jeśli przyszliście po to, by teraz kryć się po kątach, będę rozczarowana – oznajmiła cicho, niemalże łagodnie. Kolejny raz nie wątpiła, że wszyscy i tak byli w stanie ją usłyszeć. – Sądziłam, że posłańców mego ojca stać na coś więcej.
– Obawiam się, że nie znam twojego ojca.
Poderwała głowę, bez chwili wahania spoglądając ku wejściu do – jak zorientowała się po fragmencie pokoju, który była w stanie dostrzec, skoro wciąż tkwiła u stóp schodów – salonu. Wystarczyła chwila, by rozpoznała drobną, tkwiącą w progu postać. Chloe nie zmieniła się od chwili ostatniego spotkania, choć dzięki wyostrzonym zmysłom, Ariana była w stanie dostrzec więcej szczegółów. Nieśmiertelna wciąż przykuwała uwagę, począwszy od aparycji aniołka, po – przede wszystkim – młody wiek. Trudno było zapomnieć widok piętnastolatki o spojrzeniu tak pustym i bezwzględnym, że niejednego przyprawiłoby o dreszcze. Niewiele w tej kwestii zmieniało nawet to, że tym razem przynajmniej nie próbowała wzbudzać niepokoju krwistym błyskiem w oczach. Tym razem jej tęczówki były po prostu czarne, ale to okazało się nawet bardziej efektowne; przypominały dwie kosmiczne dziury, zdolne pochłonąć wszystkich wokół.
Ariana uśmiechnęła się pod nosem, bynajmniej nieprzejęta. Mimowolnie pomyślała, że Chloe jak najbardziej nadawałaby się na wysłannice jej ojca. Gdyby tylko zechciała, bez przeszkód mogłaby uchodzić za kolejną upadłą, wykorzystującą wampirze wcielenie do tego, by istnieć. Co prawda nie wyczuwała w niej żadnej znajomej duszy i jakoś nie wątpiła w to, czy spotkały się wcześniej, ale…
– Co tutaj robisz? – zapytał szorstkim tonem Samael. Wyczuła ruch za plecami, kiedy jednak zdecydował się ją wyminąć, zatrzymując się w połowie drogi między nią a Chloe. – Jeśli miałaś sprawę, mogłaś zadzwonić albo przynajmniej zapukać. Byłem przywiązany do tego okna.
– Twoje poczucie humoru coraz częściej wprawia mnie w zażenowanie – obruszyła się wampirzyca. Jej twarz na ułamek sekundy wykrzywił grymas. – Sprawdzam cię, oczywiście. Najpewniej słusznie, skoro wciąż zachowujesz się jak dzieciak.
Prychnął w odpowiedzi. Wyraźnie poczuła jego gniew, choć robił wszystko, by trzymać emocje na wodzy. Może nawet by mu to wyszło, gdyby Ariana nie znała go aż tak dobrze – napięte mięśnie i sposób, w jaki raz po raz zaciskał dłonie w pięści, mówiły same za siebie.
– Tam są drzwi – oznajmił, kiwając głową w odpowiednim kierunku. – Mam dzisiaj do ciebie mniej cierpliwości niż zazwyczaj, więc nawet nie próbuj mnie prowokować. Zobaczyłaś, co chciałaś, więc jeśli to wszystko…
– Jeszcze nawet nie przeszłam do rzeczy – przerwała mu wampirzyca. – Ojciec chce cię widzieć. Teraz śmiem twierdzić, że to coś więcej.
W odpowiedz Samael jedynie roześmiał się w pozbawiony wesołości, niemalże histeryczny sposób. Jeszcze napiął mięśnie, po czym – dla lepszego efektu – wysunął kły. W tamtej chwili już nawet nie próbował udawać człowieka. Jakby tego było mało, jego dotychczas intensywnie niebieskie oczy zabłysły czerwienią.
– Jak zwykle możesz mu przekazać, że wpadnę w swoim czasie. O ile w ogóle będę miał na to ochotę.
Ariana poruszyła się niespokojnie, nagle podenerwowana. Miała złe przeczucia, nawet mimo tego że na pierwszy rzut oka sytuacja wydawała się opanowana. Może chodziło tylko o dziecięcą twarzyczkę Chloe, ale nieśmiertelna zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kto miałby szansę mierzyć się z Samaelem – i to zwłaszcza teraz, gdy ten pamiętał, tym samym stając się kimś więcej, aniżeli próbującym odciąć się od własnej rodziny Nicholasem.
Zna Chloe… Więc i Doriana, uprzytomniła sobie. Chcąc nie chcąc wróciła pamięcią do niefortunnej randki i wieczoru, który zapoczątkował całe to szaleństwo. Zdawała sobie sprawę z tego, że niektórzy mogliby chcieć na nią polować, ale nie miała pewności, co to oznaczało w tym wypadku. Na pewno mogło wyjaśniać, dlaczego Carlos w tak nieprzychylny sposób patrzył na Nicholasa ale z drugiej strony…
Z kolei Chole twierdziła, że nie znała Lucyfera. Ariana jej wierzyła, choć zarazem nie miało to dla niej sensu. Czego w takim razie chciała, jeśli nie przypodobania się upadłemu…?
– Obawiam się – stwierdziła cicho wampirzyca – że tym razem to nie była prośba, Nick.
Ariana bardziej wyczuła niż faktycznie zauważyła ruch za plecami. Zareagowała instynktownie, odwracając się tak gwałtownie, że gdyby była człowiekiem, obraz jak nic zamazałby jej się przed oczami. Nie dając sobie czasu na to, by choćby zastanowić się, co robi, błyskawicznie wymierzyła cios w szczękę wampirowi, który nie wiadomo kiedy zmaterializował się tuż za nią. Dopiero kiedy ten z jękiem zatoczył się na schody, potykając o dolny stopień i klnąc na czym świat stoi, uprzytomniła sobie, że miała do czynienia z mężczyzną.
Tyle że to też nie było ważne. Liczyło się, że Chloe nie przyszła sama, a tym bardziej nie zamierzała rozwiązywać spraw pokojowo. Ariana gniewnie zmrużyła oczy, z góry spoglądając na swojego przeciwnika i nawet nie zamierzając czekać, aż ten zdoła się podnieść. Wciąż obserwując próbującego wesprzeć się na rękach mężczyznę, jednym kopnięciem złamała drewnianą poręcz. Jej palce zacisnęły się wokół długiego, ostro zakończonego kawałka, który ostatecznie zagłębiła w piersi swojego przeciwnika – i to na tyle głęboko, by przebić go na wylot i dosłownie przyszpilić do schodów.
– Więc to twoi krewni, Nick? – rzuciła zaczepnym tonem. Jej głos nie wyrażał żadnych konkretnych emocji. – Mam wrażenie, że będziemy musieli porozmawiać. I to poważnie.
– Wszystko w swoim czasie, najdroższa – zabrzmiało w odpowiedzi.
Wydawał się brzmieć spokojnie, ale i tak wyczuła w jego tonie napięcie. Sytuacja wytrąciła go z równowagi i to bardziej niż raczył przyznać, co dało Arianie do myślenia, ale zdecydowała się nie zgłębiać tematu, przynajmniej na razie. I tak nie miała po temu okazji, chcąc nie chcąc zmuszona bronić się przed kolejnym wampirem. Ten okazał się ostrożniejszy od jego poprzednika, co mimo wszystko przyjęła z ulgą. Wybijanie jednego po drugim nie przyniosłoby jej nawet cienia przyjemności, zresztą – jakby nie patrzeć – miała do czynienia z rodziną Nicholasa. To chyba oznaczało, że powinna być uprzejma?
Westchnęła, w pośpiechu uskakując przed czymś, w czym rozpoznała kołek – prawdziwy i z pewnością o wiele bardziej skuteczny od tego, który sama zaimprowizowała. Zdążyła zauważyć, że nie był posrebrzany, co jasno dało jej do zrozumienia, że nikt nie próbował jej zabić. Cóż, przynajmniej na razie. Tego również mogła się spodziewać, ale zdecydowanie nie miała zamiaru sprawdzać jak czuł się ktoś, kogo unieruchomiono w ten sposób. Nie miała nawet pewności, czy w jej przypadku przebicie serca nie wiązałoby się z natychmiastową śmiercią, a na to też nie zamierzała sobie pozwolić. Czuła, że coś się zmieniło, kiedy Samael pozwolił, by napiła się jego krwi, o niedawnym smażeniu na słońcu nie wspominając, ale i tak wolała zachować ostrożność.
O mój Boże, jednak oszalałam… Inaczej nie da się tego nazwać, jęknęła w duchu, przez ułamek sekundy czując się bardziej jak oszołomiona Alyssa niż pewna siebie Ariana. Tyle że wciąż pozostawały jednością.
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której poczuła słodki zapach krwi. Rozpoznała go i to wystarczyło, by ją zaalarmować, przy okazji wytrącając z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Z głębi jej gardła wyrwał się gniewny charkot, kiedy dostrzegła zataczającego się Samaela. Co prawda ten prawie natychmiast wyprostował się, jednocześnie szarpnięciem wyciągając drewniany bełt z rany. Ariana odetchnęła, gdy dotarło do niej, że przeciwnik chybił, zamiast w serce, trafiając w ranę, ale i tak momentalnie poczuła palący gniew. Była pewna, że w tamtej chwili jej oczy również lśniły czerwienią, zdradzając przede wszystkim narastającą z każdą kolejną sekundą furię. Jeśli ktoś odważył się podnieść rękę na Samaela…
Wystarczył ułamek sekundy, by namierzała potencjalnego podejrzanego. Wciąż stał w pobliżu, poplamiony krwią i wyraźnie spięty. W pośpiechu szukał czegoś pod połami kurtki, mrucząc przy tym coś gniewnie pod nosem.
Nie miał okazji odnaleźć tego, czego potrzebował.
Ariana skończyła na niego niczym rozjuszona kotka, gotowa rozerwać na kawałeczki. Wpadła na nieśmiertelnego z impetem i to tak gwałtownie, że siłę zderzenia poczuła dosłownie w całym ciele. Zaraz po tym usłyszała huk, ale nie od razu dotarło do niej, co oznaczał ten dźwięk. Dopiero gdy zauważyła, że leżała na swoim przeciwniku, otoczona kawałkami drewna i przyciskając zaskoczonego wampira do bruku, uprzytomniła sobie, że wylecieli przez drzwi wejściowe. Klęczała przed domem, kolano wpijając w klatkę piersiową leżącego tuż pod nią mężczyzny i bezskutecznie próbując zebrać myśli.
Weź się w garść!, nakazała sobie stanowczo. Musiała się skupić, niemalże spodziewając się, że jej przeciwnik za moment spróbuje zrzucić ją z siebie, jednak nic podobnego nie miało miejsca. On po prostu zamarł, rozszerzonymi oczyma wpatrując w jej twarz i wyglądając przy tym na co najmniej przerażonego.
– Więc… to już się stało – wychrypiał dziwnie zdławionym głosem. – Ty jesteś… O mój Boże.
– Jeśli faktycznie podejrzewasz kim jestem, to wiesz, że z Bogiem mi nie po drodze – zauważyła łagodnie, lekko przekrzywiając głowę. – Z kolei ty…
Mogła go zabić. Byłaby w stanie wykorzystać szok i to, że wciąż tylko na nią patrzył, nie wyglądając na kogoś, kto byłby w stanie się bronić. Leżał pod nią niemalże bezwładnie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że w ten sposób aż prosił się o śmierć. Zwłaszcza po tym jak zaatakował Samaela, miała ochotę najzwyczajniej świecie wyrwać mu serce z klatki. Przecież wiedziała jak to zrobić – gdzie wbić w palce, by nie przejmować się żebrami i bez przeszkód dotrzeć aż do tego najbardziej wrażliwego punktu. Mogłaby albo zdecydować się na to, albo rozerwać mu gardło – szybko i tak wprawnie, by nawet nie zorientował się, że coś go trafiło. Albo przeszukać jego kieszenie i załatwić go jego własną wprawą, zwłaszcza że jakoś nie wątpiła, że pod ubraniem trzymał więcej kołków.
Nie zrobiła niczego. W zamian po prostu obserwowała go z niemniejszym zainteresowaniem, co i on ją. Z uwagą zmierzyła go wzrokiem, w końcu zwracając uwagę na szczegóły. Bladość jego skóry go nie zaskoczyła, zresztą jak i harmonijne, jakże charakterystyczne dla wampira rysy twarzy. Miał jasne, niemalże srebrzyste włosy i parę lśniących, przypominających dwa szmaragdy oczu. Zwłaszcza te ostatnie utkwiły jej w pamięci, poniekąd dlatego, że wyrażały przede wszystkim strach. Bał się jej, a to nie pasowało do pragnącego po prostu cudzej śmierci łowcy.
– Jak masz na imię? – zapytała wprost.
Zaskoczyła go, zresztą jak i samą siebie, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Przekrzywiła głowę, wciąż uważnie go obserwując. Nawet na moment nie straciła czujności, w każdej chwili gotowa zareagować, gdyby coś w jego zachowaniu choćby zasugerowało jej, że zamierzał ją zaatakować, ale nic nie wskazywało na to, by chciał próbować czegoś głupiego. Wciąż się w nią wpatrywał, a im dłużej to robił, wyczuwała w nim tylko jedno: pragnienie, by żyć.
– Anton – wykrztusił z siebie w końcu, jakby w obawie, że zwłoka pogorszy sytuację. – Mam na imię Anton. Ja…
Cokolwiek miał do powiedzenia, nie było mu dane dokończyć. Ariana aż zakrztusiła się powietrzem, kiedy coś z siłą uderzyło ją w plecy, tym samym skutecznie zrzucając z Antona. Aż pociemniało jej przed oczami, kiedy z impetem uderzyła o ziemię, na moment lądując na ziemi. Zacisnęła zęby, po czym wsparła się na łokciach, próbując jak najszybciej się podnieść, ale przeciwnik nie dał jej po temu okazji. Poczuła krew w ustach, a dopiero później ból, który uprzytomnił jej, że oberwała w twarz. Gdzieś w oddali ktoś warknął, ale to działo się jakby poza nią, zwłaszcza że cała jej uwaga została pochłonięta przez istotę, która odważyła się posunąć aż tak daleko.
Chloe przystanęła tuż przy niej. Spoglądała na nią z góry, zagniewana i z lśniącymi dziko oczyma. W tamtej chwili zdecydowanie nie przypominała dziecka, zwłaszcza górując nad Arianą i szykując do kolejnego ciosu. Wysunięte kły uczyniły jej twarz jeszcze bardziej nieludzką i przyprawiającą o dreszcze. Och, tak, mogłabyś być demonem, pomyślała w oszołomieniu Alyssa, przez chwilę niepewna czy powinna śmiać się, czy może płakać.
Fala gorąca rozeszła się po całym jej ciele. Gniew wciąż narastał, sprawiając, że tak naprawdę miała ochotę już tylko krzyczeć. Jakaś jej cząstka wyrywała się, pragnąć wzywać pomocy, choć Ariana nie była pewna dlaczego. Zresztą do kogo miała się zwrócić? Przez chwilę była niemalże pewna, że całą sobą czuła obecność Samaela, ale za tym wrażeniem kryło się coś więcej. Takich powiązań było kilka – przynajmniej trzy, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Co to oznaczało? I dlaczego…?
Dziki charkot ogłuszył ją, przez co do Ariany dopiero po chwili dotarło, że nie wyrwał się ani z jej gardła, ani tym bardziej z piersi Chloe. Należał do kogoś innego, choć pełne zrozumienie przyszło dopiero w chwili, w której Samael chwycił drobną wampirzycę za gardło – i to tak gwałtownie, że jak nic musiał zmiażdżyć jej krtań. Krótką chwilę wpatrywał się w dziecięca twarzyczkę, podczas gdy jego twarz  nie wyrażała choćby cienia żalu i wahania. Jakby nie patrzeć, to nie było dziecko, nawet jeśli faktycznie tak wyglądała. Ariana nie miała pojęcia, jak długo nieśmiertelna trwała w takiej formie, a tym bardziej kto mógłby skazać ją na taki los, ale to pozostawało najmniej istotne. W gruncie rzeczy w ferworze walki mało co wydawało się ważne.
A potem Samael bezceremonialnie wgryzł się w gardło Chloe, nie dając nieśmiertelnej okazji, by spróbowała mu się wyrwać.
Ariana nie odwróciła wzroku, choć jakaś jej cząstka miała na to ochotę. Alyssa bez wątpienia by to zrobiła, w gruncie rzeczy wciąż niewinna i cudownie nieświadoma. Ale nie ona. Jej pozostawało spokojnie patrzeć jak istota, której już wieki temu oddała duszę, wgryza się w szyję swojej ofiary. Nawet jeśli Chloe próbowała walczyć, nie dało się tego zauważyć, zwłaszcza że Samael bez większego wysiłku ją stłamsił, nie pozostawiając najmniejszych szans. Kiedy chwilę później odrzucił od ciebie bezwładne ciało, królowała przede wszystkim krew – świeża i intensywnie czerwona, stróżkami spływająca po jego twarzy i zbierająca się na brodzie. Ariana nawet nie musiała się zastanawiać, by zrozumieć, co to oznaczało. Zrobił to specjalnie, choć nie zamierzał pić z Chloe, zupełnie jakby w posoce wyraźnie nielubianej przez niego wampirzycy było coś, czym się brzydził.
Wampir bez pośpiechu wyprostował się, po czym ruszył w jej stronę. Na ubraniu wciąż miał krew, również swoją własną, choć nie wątpiła, że rana po kołku zasklepiła się na krótko po tym, jak ona wraz z Antonem wyleciała przez zamknięte drzwi. Poczuła ulgę, kiedy przekonała się, że był cały, choć zarazem miała ochotę mu przyłożyć, pocałować, a na koniec w końcu zażądać wyjaśnień. To jak nic świadczyło o tym, że jednak zwariowała, ale przynajmniej na razie nie mogła sobie pozwolić na to, by rozwodzić się nad tym, na ile to stwierdzenie było prawdziwe.
– Pani pozwoli – rzucił jak gdyby nigdy nic Samael, zachęcającym gestem wyciągając ku niej dłoń. Ujęła ją, choć w pierwszym odruchu miała ochotę go zignorować i podnieść się w pojedynkę. – Musimy się stąd wynosić. Na te chwilę to jest priorytetem – oznajmił bez ogródek, raptownie poważniejąc i nie dając Arianie choćby cienia szansy na to, żeby zaprotestowała.
Spojrzała na niego spod uniesionych brwi. Kątem oka spojrzała kolejno na Chloe, a później na miejsce, w którym dopiero co widziała Antona. Coś ścisnęło ją w gardle, gdy uprzytomniła sobie, że mężczyzna zniknął.
Poruszając się trochę jak w transie, ponownie spojrzała Samaelowi w oczy.
– Masz diabelne szczęście, że ci ufam.
Alyssa czy Ariana? Nicholas czy Samael…? Ja już niczego nie jestem pewna, ale to dobrze. Rozdział pisał się właściwie sam, zwłaszcza że na ten etap czekałam długo, a jak przyszło co do czego, postacie zaczęły żyć własnym życiem. To i owo wkrótce się wyjaśni, ale teraz mogę obiecać prostą drogę do zakończenia tego tomu, na które czekałam bardzo długo.
Dziękuję za obecność, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy. I będę to powtarzać do znudzenia, bo w końcu czemu nie? ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz