Alyssa
Nicholas – Samael, jak
błyskawicznie poprawiła się w myślach – zesztywniał, by w następnej
sekundzie bezceremonialnie ruszyć ku drzwiom. Był spięty, a coś w jego
ruchach dało Alyssie do zrozumienia, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego,
co czekało ich na dole. Podejrzliwie zmrużyła oczy, jednocześnie próbując
skoncentrować się na bodźcach, które podsuwały jej zmysły, ale nie była w stanie
się skupić. W głowie wciąż miała mętlik porównywalny do tego, którego
doświadczyła zaraz po przemianie, o nadmiarze sprzecznych, wciąż nieuporządkowanych
wspomnień i odczuć nie wspominając.
Więc zdała
się na instynkt. To było pierwszym, co przyszło jej do głowy, choć dziewczyna
czuła, że brak przemyślanych działań z równym powodzeniem mógłby ją
zgubić. Z drugiej strony, oddanie się Arianie wydawało się najbardziej
sensownym posunięciem, zwłaszcza że była świadoma obecności swojego drugiego „ja”
bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. O wiele bardziej doświadczone, choć
przeszłe wcielenie nawet się nie zawahało, natychmiast ruszając za Samaelem.
Zmaterializowała się tuż za jego plecami, w niemalże wyzywający sposób
spoglądając mężczyźnie w oczy, kiedy obejrzał się, by zmierzyć ją
wzrokiem. Nawet jeśli początkowo planował nakazać jej zostać w sypialni,
ostatecznie tego nie zrobił, w zamian uśmiechając się w nieco
wymuszony, drapieżny sposób.
– Dobrze
mieć cię przy sobie, aniele – stwierdził cicho. Szeptał, choć oboje zdawali
sobie sprawę z tego, że ci, których mogli spodziewać się znaleźć na dole, i tak
doskonale słyszeli ich słowa. – Tylko nie szalej za bardzo.
Prychnęła,
nie mogąc się powstrzymać. Nie musiała się wysilać, by zrozumieć te słowa i w odpowiedzi
uśmiechnąć się w wyniosły, zdecydowany sposób.
– Obawiasz
się, że znów poradzę sobie lepiej od ciebie? – zapytała, spoglądając na niego z zaciekawieniem.
– Chcesz sprawdzić ile pamiętam? Zobaczymy które z nas dopadnie ich więcej,
a może…?
– Zaprawdę
jesteś przerażającą kobietą – uciął, ale w jego ustach te słowa i tak
zabrzmiały jak komplement.
W taki
sposób przynajmniej odebrała je Ariana. Czuła, że się zapędziła, ale nie była w stanie
się powstrzymać, nie pierwszy raz balansując gdzieś między dwoma naturami. Wręcz
zachłysnęła się wolnością, w końcu mogąc poczuć sobą i już nie gubiąc
w urywkach wspomnień, których ludzka natura Alyssy nie mogła zrozumieć. Co
prawda w tym wszystkim wciąż było jakże człowiecze oszołomienie, ale coraz
łatwiej przychodziło jej ignorowanie tego stanu, zwłaszcza gdy do głosu dotarło
poczucie zagrożenia. Gdyby akurat teraz znów pozwoliła sobie na to, by się wycofać,
wydarzyłoby się coś złego, a na to nie mogła sobie pozwolić.
Nie teraz, skoro
w końcu odnalazła Samaela.
Wyszli na
korytarz, oboje przyczajeni. Trzymali się blisko siebie, idąc ramię w ramię
i zachowując niemalże jak wspólny organizm. Poniekąd tak właśnie było, a porozumienie,
które jak na zawołanie wytworzyło się między nimi, stało się dla Ariany czymś
równie naturalnym, co i oddychanie. Już to robili. Nie musiała się zastanawiać,
by przewidzieć ruchy Samaela i wzajemnie. Wiedziała, że to niebezpieczne,
bo na własne życzenie stworzyła sobie kogoś, kto byłby w stanie ją zabić,
gdyby nabrał na to ochoty, ale nawet nie brała takiej możliwości pod uwagę.
Miała przy sobie ostatnią osobę, która spróbowałaby ją skrzywdzić.
Mężczyzna
nagle przystanął, zatrzymując się na skraju schodów. Raz jeszcze spojrzał na
nią, a podchwyciwszy bijące z jej spojrzenia zdecydowanie, zachęcającym
gestem wskazał przed siebie, pozwalając, by przejęła prowadzenie. Skinęła mu
głową, po czym bez chwili wahania zbiegła po schodach, wciąż uważnie wodząc
wzrokiem dookoła. Czuła, że Samael podążał za nią niczym cień, nie odstępując
nawet na krok.
Na pierwszy
rzut oka przedsionek wyglądał na opustoszały. Jak przez mgłę pamiętała moment, w którym
znalazła się w tym miejscu, wymęczona i na wpół przytomna z bólu,
ale rozglądając się, nie była w stanie zauważyć niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek
obecności. Nie rozluźniła się, aż nazbyt świadoma, że to wyłącznie wrażenie –
tania zagrywka, na którą zdecydowanie nie miała zamiaru się nabrać.
– Jeśli
przyszliście po to, by teraz kryć się po kątach, będę rozczarowana – oznajmiła
cicho, niemalże łagodnie. Kolejny raz nie wątpiła, że wszyscy i tak byli w stanie
ją usłyszeć. – Sądziłam, że posłańców mego ojca stać na coś więcej.
– Obawiam
się, że nie znam twojego ojca.
Poderwała
głowę, bez chwili wahania spoglądając ku wejściu do – jak zorientowała się po
fragmencie pokoju, który była w stanie dostrzec, skoro wciąż tkwiła u stóp
schodów – salonu. Wystarczyła chwila, by rozpoznała drobną, tkwiącą w progu
postać. Chloe nie zmieniła się od chwili ostatniego spotkania, choć dzięki
wyostrzonym zmysłom, Ariana była w stanie dostrzec więcej szczegółów. Nieśmiertelna
wciąż przykuwała uwagę, począwszy od aparycji aniołka, po – przede wszystkim –
młody wiek. Trudno było zapomnieć widok piętnastolatki o spojrzeniu tak
pustym i bezwzględnym, że niejednego przyprawiłoby o dreszcze.
Niewiele w tej kwestii zmieniało nawet to, że tym razem przynajmniej nie
próbowała wzbudzać niepokoju krwistym błyskiem w oczach. Tym razem jej
tęczówki były po prostu czarne, ale to okazało się nawet bardziej efektowne;
przypominały dwie kosmiczne dziury, zdolne pochłonąć wszystkich wokół.
Ariana uśmiechnęła
się pod nosem, bynajmniej nieprzejęta. Mimowolnie pomyślała, że Chloe jak
najbardziej nadawałaby się na wysłannice jej ojca. Gdyby tylko zechciała, bez
przeszkód mogłaby uchodzić za kolejną upadłą, wykorzystującą wampirze wcielenie
do tego, by istnieć. Co prawda nie wyczuwała w niej żadnej znajomej duszy i jakoś
nie wątpiła w to, czy spotkały się wcześniej, ale…
– Co tutaj
robisz? – zapytał szorstkim tonem Samael. Wyczuła ruch za plecami, kiedy jednak
zdecydował się ją wyminąć, zatrzymując się w połowie drogi między nią a Chloe.
– Jeśli miałaś sprawę, mogłaś zadzwonić albo przynajmniej zapukać. Byłem
przywiązany do tego okna.
– Twoje
poczucie humoru coraz częściej wprawia mnie w zażenowanie – obruszyła się
wampirzyca. Jej twarz na ułamek sekundy wykrzywił grymas. – Sprawdzam cię,
oczywiście. Najpewniej słusznie, skoro wciąż zachowujesz się jak dzieciak.
Prychnął w odpowiedzi.
Wyraźnie poczuła jego gniew, choć robił wszystko, by trzymać emocje na wodzy. Może
nawet by mu to wyszło, gdyby Ariana nie znała go aż tak dobrze – napięte mięśnie
i sposób, w jaki raz po raz zaciskał dłonie w pięści, mówiły
same za siebie.
– Tam są
drzwi – oznajmił, kiwając głową w odpowiednim kierunku. – Mam dzisiaj do ciebie
mniej cierpliwości niż zazwyczaj, więc nawet nie próbuj mnie prowokować.
Zobaczyłaś, co chciałaś, więc jeśli to wszystko…
– Jeszcze
nawet nie przeszłam do rzeczy – przerwała mu wampirzyca. – Ojciec chce cię
widzieć. Teraz śmiem twierdzić, że to coś więcej.
W odpowiedz
Samael jedynie roześmiał się w pozbawiony wesołości, niemalże histeryczny
sposób. Jeszcze napiął mięśnie, po czym – dla lepszego efektu – wysunął kły. W tamtej
chwili już nawet nie próbował udawać człowieka. Jakby tego było mało, jego
dotychczas intensywnie niebieskie oczy zabłysły czerwienią.
– Jak zwykle
możesz mu przekazać, że wpadnę w swoim czasie. O ile w ogóle będę
miał na to ochotę.
Ariana
poruszyła się niespokojnie, nagle podenerwowana. Miała złe przeczucia, nawet
mimo tego że na pierwszy rzut oka sytuacja wydawała się opanowana. Może
chodziło tylko o dziecięcą twarzyczkę Chloe, ale nieśmiertelna zdecydowanie
nie wyglądała na kogoś, kto miałby szansę mierzyć się z Samaelem – i to
zwłaszcza teraz, gdy ten pamiętał, tym samym stając się kimś więcej, aniżeli
próbującym odciąć się od własnej rodziny Nicholasem.
Zna Chloe… Więc i Doriana,
uprzytomniła sobie. Chcąc nie chcąc wróciła pamięcią do niefortunnej randki i wieczoru,
który zapoczątkował całe to szaleństwo. Zdawała sobie sprawę z tego, że
niektórzy mogliby chcieć na nią polować, ale nie miała pewności, co to
oznaczało w tym wypadku. Na pewno mogło wyjaśniać, dlaczego Carlos w tak
nieprzychylny sposób patrzył na Nicholasa ale z drugiej strony…
Z kolei
Chole twierdziła, że nie znała Lucyfera. Ariana jej wierzyła, choć zarazem nie
miało to dla niej sensu. Czego w takim razie chciała, jeśli nie przypodobania
się upadłemu…?
– Obawiam
się – stwierdziła cicho wampirzyca – że tym razem to nie była prośba, Nick.
Ariana
bardziej wyczuła niż faktycznie zauważyła ruch za plecami. Zareagowała instynktownie,
odwracając się tak gwałtownie, że gdyby była człowiekiem, obraz jak nic
zamazałby jej się przed oczami. Nie dając sobie czasu na to, by choćby
zastanowić się, co robi, błyskawicznie wymierzyła cios w szczękę
wampirowi, który nie wiadomo kiedy zmaterializował się tuż za nią. Dopiero
kiedy ten z jękiem zatoczył się na schody, potykając o dolny stopień i klnąc
na czym świat stoi, uprzytomniła sobie, że miała do czynienia z mężczyzną.
Tyle że to
też nie było ważne. Liczyło się, że Chloe nie przyszła sama, a tym
bardziej nie zamierzała rozwiązywać spraw pokojowo. Ariana gniewnie zmrużyła
oczy, z góry spoglądając na swojego przeciwnika i nawet nie zamierzając
czekać, aż ten zdoła się podnieść. Wciąż obserwując próbującego wesprzeć się na
rękach mężczyznę, jednym kopnięciem złamała drewnianą poręcz. Jej palce zacisnęły
się wokół długiego, ostro zakończonego kawałka, który ostatecznie zagłębiła w piersi
swojego przeciwnika – i to na tyle głęboko, by przebić go na wylot i dosłownie
przyszpilić do schodów.
– Więc to
twoi krewni, Nick? – rzuciła zaczepnym tonem. Jej głos nie wyrażał żadnych
konkretnych emocji. – Mam wrażenie, że będziemy musieli porozmawiać. I to
poważnie.
– Wszystko w swoim
czasie, najdroższa – zabrzmiało w odpowiedzi.
Wydawał się
brzmieć spokojnie, ale i tak wyczuła w jego tonie napięcie. Sytuacja
wytrąciła go z równowagi i to bardziej niż raczył przyznać, co dało
Arianie do myślenia, ale zdecydowała się nie zgłębiać tematu, przynajmniej na
razie. I tak nie miała po temu okazji, chcąc nie chcąc zmuszona bronić się
przed kolejnym wampirem. Ten okazał się ostrożniejszy od jego poprzednika, co
mimo wszystko przyjęła z ulgą. Wybijanie jednego po drugim nie przyniosłoby
jej nawet cienia przyjemności, zresztą – jakby nie patrzeć – miała do czynienia
z rodziną Nicholasa. To chyba oznaczało, że powinna być uprzejma?
Westchnęła,
w pośpiechu uskakując przed czymś, w czym rozpoznała kołek –
prawdziwy i z pewnością o wiele bardziej skuteczny od tego,
który sama zaimprowizowała. Zdążyła zauważyć, że nie był posrebrzany, co jasno
dało jej do zrozumienia, że nikt nie próbował jej zabić. Cóż, przynajmniej na
razie. Tego również mogła się spodziewać, ale zdecydowanie nie miała zamiaru
sprawdzać jak czuł się ktoś, kogo unieruchomiono w ten sposób. Nie miała
nawet pewności, czy w jej przypadku przebicie serca nie wiązałoby się z natychmiastową
śmiercią, a na to też nie zamierzała sobie pozwolić. Czuła, że coś się
zmieniło, kiedy Samael pozwolił, by napiła się jego krwi, o niedawnym
smażeniu na słońcu nie wspominając, ale i tak wolała zachować ostrożność.
O mój Boże, jednak oszalałam… Inaczej nie da
się tego nazwać, jęknęła w duchu, przez ułamek sekundy czując się
bardziej jak oszołomiona Alyssa niż pewna siebie Ariana. Tyle że wciąż
pozostawały jednością.
Wszelakie
myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której poczuła słodki
zapach krwi. Rozpoznała go i to wystarczyło, by ją zaalarmować, przy
okazji wytrącając z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Z głębi jej
gardła wyrwał się gniewny charkot, kiedy dostrzegła zataczającego się Samaela.
Co prawda ten prawie natychmiast wyprostował się, jednocześnie szarpnięciem wyciągając
drewniany bełt z rany. Ariana odetchnęła, gdy dotarło do niej, że
przeciwnik chybił, zamiast w serce, trafiając w ranę, ale i tak
momentalnie poczuła palący gniew. Była pewna, że w tamtej chwili jej oczy
również lśniły czerwienią, zdradzając przede wszystkim narastającą z każdą
kolejną sekundą furię. Jeśli ktoś odważył się podnieść rękę na Samaela…
Wystarczył
ułamek sekundy, by namierzała potencjalnego podejrzanego. Wciąż stał w pobliżu,
poplamiony krwią i wyraźnie spięty. W pośpiechu szukał czegoś pod
połami kurtki, mrucząc przy tym coś gniewnie pod nosem.
Nie miał
okazji odnaleźć tego, czego potrzebował.
Ariana
skończyła na niego niczym rozjuszona kotka, gotowa rozerwać na kawałeczki. Wpadła
na nieśmiertelnego z impetem i to tak gwałtownie, że siłę zderzenia
poczuła dosłownie w całym ciele. Zaraz po tym usłyszała huk, ale nie od razu
dotarło do niej, co oznaczał ten dźwięk. Dopiero gdy zauważyła, że leżała na
swoim przeciwniku, otoczona kawałkami drewna i przyciskając zaskoczonego
wampira do bruku, uprzytomniła sobie, że wylecieli przez drzwi wejściowe. Klęczała
przed domem, kolano wpijając w klatkę piersiową leżącego tuż pod nią mężczyzny
i bezskutecznie próbując zebrać myśli.
Weź się w garść!, nakazała sobie
stanowczo. Musiała się skupić, niemalże spodziewając się, że jej przeciwnik za
moment spróbuje zrzucić ją z siebie, jednak nic podobnego nie miało
miejsca. On po prostu zamarł, rozszerzonymi oczyma wpatrując w jej twarz i wyglądając
przy tym na co najmniej przerażonego.
– Więc… to
już się stało – wychrypiał dziwnie zdławionym głosem. – Ty jesteś… O mój
Boże.
– Jeśli
faktycznie podejrzewasz kim jestem, to wiesz, że z Bogiem mi nie po drodze
– zauważyła łagodnie, lekko przekrzywiając głowę. – Z kolei ty…
Mogła go zabić.
Byłaby w stanie wykorzystać szok i to, że wciąż tylko na nią patrzył,
nie wyglądając na kogoś, kto byłby w stanie się bronić. Leżał pod nią
niemalże bezwładnie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że w ten
sposób aż prosił się o śmierć. Zwłaszcza po tym jak zaatakował Samaela,
miała ochotę najzwyczajniej świecie wyrwać mu serce z klatki. Przecież
wiedziała jak to zrobić – gdzie wbić w palce, by nie przejmować się żebrami
i bez przeszkód dotrzeć aż do tego najbardziej wrażliwego punktu. Mogłaby
albo zdecydować się na to, albo rozerwać mu gardło – szybko i tak wprawnie,
by nawet nie zorientował się, że coś go trafiło. Albo przeszukać jego kieszenie
i załatwić go jego własną wprawą, zwłaszcza że jakoś nie wątpiła, że pod
ubraniem trzymał więcej kołków.
Nie zrobiła
niczego. W zamian po prostu obserwowała go z niemniejszym
zainteresowaniem, co i on ją. Z uwagą zmierzyła go wzrokiem, w końcu
zwracając uwagę na szczegóły. Bladość jego skóry go nie zaskoczyła, zresztą jak
i harmonijne, jakże charakterystyczne dla wampira rysy twarzy. Miał jasne,
niemalże srebrzyste włosy i parę lśniących, przypominających dwa szmaragdy
oczu. Zwłaszcza te ostatnie utkwiły jej w pamięci, poniekąd dlatego, że
wyrażały przede wszystkim strach. Bał się jej, a to nie pasowało do pragnącego
po prostu cudzej śmierci łowcy.
– Jak masz
na imię? – zapytała wprost.
Zaskoczyła
go, zresztą jak i samą siebie, ale nie chciała się nad tym zastanawiać.
Przekrzywiła głowę, wciąż uważnie go obserwując. Nawet na moment nie straciła
czujności, w każdej chwili gotowa zareagować, gdyby coś w jego
zachowaniu choćby zasugerowało jej, że zamierzał ją zaatakować, ale nic nie wskazywało
na to, by chciał próbować czegoś głupiego. Wciąż się w nią wpatrywał, a im
dłużej to robił, wyczuwała w nim tylko jedno: pragnienie, by żyć.
– Anton –
wykrztusił z siebie w końcu, jakby w obawie, że zwłoka pogorszy
sytuację. – Mam na imię Anton. Ja…
Cokolwiek
miał do powiedzenia, nie było mu dane dokończyć. Ariana aż zakrztusiła się
powietrzem, kiedy coś z siłą uderzyło ją w plecy, tym samym
skutecznie zrzucając z Antona. Aż pociemniało jej przed oczami, kiedy z impetem
uderzyła o ziemię, na moment lądując na ziemi. Zacisnęła zęby, po czym
wsparła się na łokciach, próbując jak najszybciej się podnieść, ale przeciwnik
nie dał jej po temu okazji. Poczuła krew w ustach, a dopiero później
ból, który uprzytomnił jej, że oberwała w twarz. Gdzieś w oddali ktoś
warknął, ale to działo się jakby poza nią, zwłaszcza że cała jej uwaga została
pochłonięta przez istotę, która odważyła się posunąć aż tak daleko.
Chloe przystanęła
tuż przy niej. Spoglądała na nią z góry, zagniewana i z lśniącymi
dziko oczyma. W tamtej chwili zdecydowanie nie przypominała dziecka, zwłaszcza
górując nad Arianą i szykując do kolejnego ciosu. Wysunięte kły uczyniły
jej twarz jeszcze bardziej nieludzką i przyprawiającą o dreszcze. Och, tak, mogłabyś być demonem,
pomyślała w oszołomieniu Alyssa, przez chwilę niepewna czy powinna śmiać
się, czy może płakać.
Fala gorąca
rozeszła się po całym jej ciele. Gniew wciąż narastał, sprawiając, że tak
naprawdę miała ochotę już tylko krzyczeć. Jakaś jej cząstka wyrywała się,
pragnąć wzywać pomocy, choć Ariana nie była pewna dlaczego. Zresztą do kogo
miała się zwrócić? Przez chwilę była niemalże pewna, że całą sobą czuła obecność
Samaela, ale za tym wrażeniem kryło się coś więcej. Takich powiązań było kilka –
przynajmniej trzy, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Co to
oznaczało? I dlaczego…?
Dziki charkot
ogłuszył ją, przez co do Ariany dopiero po chwili dotarło, że nie wyrwał się
ani z jej gardła, ani tym bardziej z piersi Chloe. Należał do kogoś
innego, choć pełne zrozumienie przyszło dopiero w chwili, w której
Samael chwycił drobną wampirzycę za gardło – i to tak gwałtownie, że jak nic
musiał zmiażdżyć jej krtań. Krótką chwilę wpatrywał się w dziecięca
twarzyczkę, podczas gdy jego twarz nie
wyrażała choćby cienia żalu i wahania. Jakby nie patrzeć, to nie było
dziecko, nawet jeśli faktycznie tak wyglądała. Ariana nie miała pojęcia, jak
długo nieśmiertelna trwała w takiej formie, a tym bardziej kto mógłby
skazać ją na taki los, ale to pozostawało najmniej istotne. W gruncie
rzeczy w ferworze walki mało co wydawało się ważne.
A potem Samael
bezceremonialnie wgryzł się w gardło Chloe, nie dając nieśmiertelnej
okazji, by spróbowała mu się wyrwać.
Ariana nie
odwróciła wzroku, choć jakaś jej cząstka miała na to ochotę. Alyssa bez
wątpienia by to zrobiła, w gruncie rzeczy wciąż niewinna i cudownie
nieświadoma. Ale nie ona. Jej pozostawało spokojnie patrzeć jak istota, której
już wieki temu oddała duszę, wgryza się w szyję swojej ofiary. Nawet jeśli
Chloe próbowała walczyć, nie dało się tego zauważyć, zwłaszcza że Samael bez
większego wysiłku ją stłamsił, nie pozostawiając najmniejszych szans. Kiedy
chwilę później odrzucił od ciebie bezwładne ciało, królowała przede wszystkim
krew – świeża i intensywnie czerwona, stróżkami spływająca po jego twarzy i zbierająca
się na brodzie. Ariana nawet nie musiała się zastanawiać, by zrozumieć, co to
oznaczało. Zrobił to specjalnie, choć nie zamierzał pić z Chloe, zupełnie
jakby w posoce wyraźnie nielubianej przez niego wampirzycy było coś, czym
się brzydził.
Wampir bez
pośpiechu wyprostował się, po czym ruszył w jej stronę. Na ubraniu wciąż miał
krew, również swoją własną, choć nie wątpiła, że rana po kołku zasklepiła się
na krótko po tym, jak ona wraz z Antonem wyleciała przez zamknięte
drzwi. Poczuła ulgę, kiedy przekonała się, że był cały, choć zarazem miała
ochotę mu przyłożyć, pocałować, a na koniec w końcu zażądać
wyjaśnień. To jak nic świadczyło o tym, że jednak zwariowała, ale
przynajmniej na razie nie mogła sobie pozwolić na to, by rozwodzić się nad tym,
na ile to stwierdzenie było prawdziwe.
– Pani
pozwoli – rzucił jak gdyby nigdy nic Samael, zachęcającym gestem wyciągając ku
niej dłoń. Ujęła ją, choć w pierwszym odruchu miała ochotę go zignorować i podnieść
się w pojedynkę. – Musimy się stąd wynosić. Na te chwilę to jest priorytetem
– oznajmił bez ogródek, raptownie poważniejąc i nie dając Arianie choćby cienia
szansy na to, żeby zaprotestowała.
Spojrzała
na niego spod uniesionych brwi. Kątem oka spojrzała kolejno na Chloe, a później
na miejsce, w którym dopiero co widziała Antona. Coś ścisnęło ją w gardle,
gdy uprzytomniła sobie, że mężczyzna zniknął.
Poruszając
się trochę jak w transie, ponownie spojrzała Samaelowi w oczy.
– Masz
diabelne szczęście, że ci ufam.
Alyssa czy Ariana? Nicholas czy Samael…? Ja już niczego nie jestem pewna, ale to dobrze. Rozdział pisał się właściwie sam, zwłaszcza że na ten etap czekałam długo, a jak przyszło co do czego, postacie zaczęły żyć własnym życiem. To i owo wkrótce się wyjaśni, ale teraz mogę obiecać prostą drogę do zakończenia tego tomu, na które czekałam bardzo długo.Dziękuję za obecność, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy. I będę to powtarzać do znudzenia, bo w końcu czemu nie? ^^

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz