Ariana
Kolejny raz śniła. Trwała w koszmarze,
bo inaczej nie była w stanie określić tego, co działo się wokół niej. Co
więcej, tym razem wcale nie zapadała się w pustkę, chociaż tak się czuła –
jakby wciąż spadała, kolejny raz tracą kontrolę nad sobą, ciałem i wszystkim,
czego doświadczała. Czegokolwiek by nie zrobiła, nie potrafiła znaleźć drogi
wyjścia z tego szaleństwa.
Gniew i przerażenie
mieszały się ze sobą, coraz trudniejsze do zniesienia. Ariana miotała się, w gruncie
rzeczy marząc tylko o jednym: o ucieczce. Pragnęła znów schować się
za Alyssą – kimś delikatniejszym, komu podobne doświadczenia były obce. Znów
tchórzyła, pragnąc po prostu się wycofać i…
– Najdroższa.
Dłonie
Samaela mocniej zacisnęły się na jej barkach. Jego obecność była kojąca, zresztą
jak i to, że próbował ją wspierać. Czuła jego ból, choć robił wszystko,
byleby tego nie okazywać. Jakimś cudem pewnie trzymał się na nogach, próbując
ją pocieszać. Nie pierwszy raz robił wszystko, by zapewnić, że postępowała
dobrze, choć Ariana zdecydowanie tego nie czuła. Pragnęła zabić Skyler, ale w tej
sytuacji…
Krzywdziła
ich wszystkich. To nic, że przed sobą nie miała Eleonory – już nie i to
również było jej winą – skoro demonica trafiła w sedno.
Właściwie
nie zarejestrowała momentu, w którym pojawił się Michael. Pamiętała tylko
własny gniew i to, że jednak dała się sprowokować. Nie od razu pojęła
dlaczego bezwładne ciało Skyler osunęło się na ziemię, nie dając przy tym
żadnych oznak życia. To po prostu nie pasowało do tego wampira – tak po prostu
przeszyć serce kogoś, kogo kochał nad życie.
Wszystko
było nie tak. Od chwili, w której się tu pojawiła, a właściwie od
momentu, gdy stchórzyła jeszcze w Nowym Jorku pozwalając by Carlos
porzucił Eleonorę…
Ciężko
osunęła się na kolana. Samael nawet nie próbował utrzymywać jej w pionie, w zamian
klękając tuż obok i bez słowa biorąc ją w ramiona. Oddychała szybko i płytko,
co najmniej jakby chwilę wcześniej przyszło jej pokonać maraton. Świat choć na
chwilę zwolnił, w końcu wracając na właściwe tory, ale i to nie
pomogło się jej uspokoić. Wręcz przeciwnie – dopiero wtedy z całą mocą
dotarło do niej, co tak naprawdę się wydarzyło.
Gwałtownie
zaczerpnęła tchu, prawie natychmiast zaczynając żałować tej decyzji. Słodki
zapach krwi wciąż wypełniał powietrze, wzmagając pragnienie i pobudzając
zmysły. Ariana jęknęła, czując pulsowanie w samoistnie wydłużających się
kłach. Jej spojrzenie jak na zawołanie powędrowało ku miejscu, w którym – w kałuży
własnej krwi – leżało bezwładne cia…
Leżała
Mary.
Tylko na
taką myśl było ją w tamtej chwili stać. Choć przed oczami wciąż miała
moment, w którym dziewczyna poderżnęła sobie gardło, Ariana nie potrafiła
dopuścić do siebie świadomości, że dziewczyna była martwa. Była sobą, a jednak
nadal nie potrafiła tego zaakceptować. W przypadku Alyssy to byłoby w pełni
uzasadnione – ten strach, czyste wręcz przerażenie i upór z jakim
odsuwała myśl o śmierci – ale nie dla kogoś, kto od wieków trwał w świecie
nieśmiertelnych. Nie dla kogoś, kto potrafił własnoręcznie odebrać sobie życie
albo ukrócić cudze, ale…
Tyle że to
ona była Alyssą. I kochała Mary wystarczająco mocno, by nie potrafić
przyjąć do wiadomości tego, że miałaby ją stracić.
Usłyszała
kojący szept Samaela, ale to działo się jakby poza nią. Ariana wciąż wpatrywała
się w jeden punkt, choć w gruncie rzeczy nie widziała niczego.
Wszelakie bodźce dochodziły do niej jakby z oddali, zupełnie jakby w rzeczywistości
jej nie dotyczyły. Patrzyła na Carlosa, który – Dobry Boże, czemu? – rzucił się reanimować trupa, ale i to nie
miało dla niej znaczenia. Nie, skoro czuła, że już nie było o kogo
walczyć.
On przynajmniej próbuje.
Coś
ścisnęło ją w gardle. Przez chwilę zapragnęła strząsnąć z ramion
dłonie Samaela, skulić się na ziemi, a potem zacząć krzyczeć. Nie
ochroniła jej. Nie zrobiła niczego, choć powinna, zwłaszcza że od początku
chodziło o dziewczynę, którą traktowała niemalże jak siostrę. Gdyby była
rozsądna, już dawno zrobiłaby to, co powiedział Carlos i po prostu
ukróciła tę znajomość, gdy jeszcze miała po temu okazję. Teraz wydawało się to w pełni
uzasadnione i rozsądne, tym bardziej że w przeszłości Ariana robiła
to nie raz. Kiedy wracała, dawne życie odchodziło w zapomnienie na rzecz
tego… prawdziwego. Bezpieczna
otoczka, którą otaczała się do momentu odzyskania wspomnień i odzyskania
Samaela, prędzej czy później zawsze znikała.
Tym razem
było inaczej, a ona aż prosiła się o nieszczęście. Zwlekała, naiwnie
wierząc, że mogła pogodzić wampiryzm i przyjaźń z kimś, kto nigdy nie
powinien dowiedzieć się o istotach nocy. Trwała w tym tak długo, aż
było za późno.
Kiedy zrobiłam się aż taka słaba?
Z
opóźnieniem dotarło do niej, że płakała. Łzy płynęły już wcześniej, ale wtedy
była w stanie je zignorować, poniekąd tłumacząc je narastającą frustracją.
Teraz już nie była w stanie udawać, a tym bardziej powstrzymać
narastającego w jej piersi szloch. Zepsuła wszystko, z kolei teraz…
– Ariano!
Nie od razu
uprzytomniła sobie, że naglący głos nie należał do Samaela. Aż wzdrygnęła się,
kiedy tuż przed nią znikąd zmaterializowała się jakaś postać. Kobieta była
smukła, wysoka i o zdecydowanych, wręcz drapieżnych rysach twarzy. Długie
do pasa czarne włosy związała niedbale na czubku głowy, spojrzenie zaś utkwiła w klęczącej
tuż u jej stóp Arianie. Dziewczyna nie zareagowała od razu, przez dłuższą
chwilę zdolna co najwyżej tępo wpatrywać się w parę lśniących, intensywnie
niebieskich tęczówek. Teraz wiedziała co oznaczały, ale i tak poczuła się
co najmniej zagubiona.
Zesztywniała,
kiedy przybyszka ukucnęła przy niej, bez pytania chwytając ją za ramiona. Zdecydowanym
ruchem poderwała Arianę ku górze, przymuszając do tego, by ta stanęła na nogi.
–
Powiedziałabym, że miło cię znów widzieć, ale nie mamy na to czasu – oznajmiła
bez wahania wampirzyca. Jej głos zabrzmiał zdecydowanie, wręcz nagląco i w
sposób, który jednoznacznie świadczył o tym, że nieznajoma nie przyjmowała
odmowy. – Wybacz brak królewskiego przyjęcia, ale musisz mi to wybaczyć.
– Kim…? –
wychrypiała Ariana, ale nie było jej dane dokończyć.
– Zaraz się
obrażę – żachnęła się kobieta. Zaraz po tym westchnęła i niemalże z czułością
pogładziła ledwo utrzymującą się na nogach, wciąż zapłakaną Arianę po policzku.
– Możesz mi mówić Megan, tak jak wszyscy. Przynajmniej tego imienia nikt nie
kojarzy z facetem – mruknęła, wznosząc oczy ku górze.
Ariana
zamrugała, wciąż oszołomiona i pełna wątpliwości. Mimo wszystko coś w słowach
podtrzymującej ją wampirzycy dało jej do myślenia, zwłaszcza że ta nie mogła
być zwykłą nieśmiertelną. Być może to nie miało znaczenia, ale…
– Amy –
wyszeptała pod wpływem impulsu.
Doczekała
się wyłącznie łagodnego, nieco tylko nerwowego śmiechu. To wystarczyło, by
uprzytomniła sobie, że trafiła w sedno. Oczywiście, że ją znała – od
samego początku, tym bardziej że anielica zwykle stała po jej stronie. Ariana
nie pamiętała, kiedy widziała ją ostatnim razem, ale to nie było ważne.
Wystarczyło, że Upadła najwyraźniej wciąż frustrowała się przez to, że zgodnie z ludzkimi
wierzeniami, utożsamiano ją z mężczyzną.
– Serio
wolę Megan. – Kobieta energicznie potrząsnęła głową. – Nieważne. Przestań się
mazać i chodź. Asme też tu jest – dodał, a Ariana zesztywniała.
–
Asmodeusz…
– Możesz
powtórzyć sobie nasze imiona później. Na razie się stąd zbierajmy, póki… –
zaczęła spiętym tonem Megan, ale ostatecznie nie dokończyła. W zamian
nagle wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu odsuwając od wciąż
oszołomionej Ariany. – Niech to szlag.
Do
dziewczyny dopiero po chwili dotarło, że działo się coś wartego uwagi. Jej
spojrzenie jak na zawołanie znów powędrowały ku Mary, choć tym razem nie
próbowała skupiać się na przyjaciółce. W zamian w roztargnieniu
spojrzała na pochylonych nad bezwładnym ciałem mężczyzn – a zwłaszcza
dwóch, tym bardziej że jednym z nich był Carlos. Wampie w niemalże
desperacki sposób wpatrywał się w drugiego wampira, równie ciemnowłosego,
choć całkiem Arianie obcego. Albo i nie do końca, bo choć widziała
nieśmiertelnego pierwszy raz, po słowach Amy z łatwością utożsamiła go z kolejnym
wcieleniem Asmodeusza.
Megan, poprawiła się machinalnie. Prosiła, żeby mówić na nią Megan…
Tyle że to
nie było ważne. Przestało takie być w momencie, w którym Asmodeusz
wzruszył ramionami i – obdarzywszy Carlosa przenikliwym, zaciekawionym
spojrzeniem – wyciągnął ku wampirowi dłoń.
Zaraz po
tym wszystko potoczyło się zdecydowanie zbyt szybko.
Wrażenie
było takie, jakby dotyk Upadłego wystarczył, by porazić wampira prądem. To była
zaledwie chwila – ułamki sekund, które wystarczyły, by zmieniło się dosłownie
wszystko.
W
oszołomieniu obserwowała jak jej stwórca zatacza się, nagle bez sił osuwając na
ziemie. Ariana spięła się, przez chwilę mając ochotę do Carlosa podbiec i upewnić
się, że nic mu się nie stało. Ostatecznie nie zrobiła tego, zdolna co najwyżej
biernie obserwować Asmodeusza, który w porę pochwycił wampira, nie
pozwalając mu upaść.
W tym samym
momencie Mary gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc i – gwałtownie przy
tym kaszląc – wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu podrywając do
siadu. Wzrokiem w panice powiodła dookoła – w całkowicie bezwiedny,
machinalny sposób.
Jakimś
cudem zielone oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
– Krew…
D-dlaczego jestem…? – zaczęła i zaraz urwała z trudem łapiąc oddech.
– Co ja chciałam…?
Może
dokończyła, ale nawet jeśli tak było, Ariana tego nie usłyszała. Zareagowała
bez chwili wahania, dosłownie rzucając się na przyjaciółkę. W jednej
chwili stała przy Megan, bezmyślnie wpatrując się w Mary, a w
następnej klęczała w kałuży krwi, tuląc dziewczynę do siebie. Uświadomiła
sobie, że płacze, nagle wręcz zanosząc rozdzierającym wręcz szlochem, ale nie
dbała o to. W tamtej chwili liczyło się dla niej wszystko jedno.
Mary była
żywa. Nie obchodziło jej jakim cudem do tego doszło i czy coś podobnego w ogóle
powinno się wydarzyć. Liczyło się wyłącznie to, że trzymała przyjaciółkę w ramionach
– przyjemnie ciepłą, oddychającą i równie ludzką, co zazwyczaj.
– Ali… –
usłyszała tuż przy uchu. Nawet nie drgnęła, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w chwili,
w której pozwoliłaby sobie na rozluźnienie albo choć trochę poluzowała
uścisk, wszystko po raz kolejny poszłoby nie tak.
– Jesteś
tutaj – szepnęła dziwnie drżącym głosem. Powtarzała to krótkie zdanie niczym
mantrę, kołysząc się przy tym i wciąż tuląc przyjaciółkę do siebie. –
Jesteś…
– No tak,
tak… Dusisz mnie!
Jedynie się
roześmiała – w całkowicie niekontrolowany, wręcz histeryczny sposób. W końcu
odważyła się wyprostować i spojrzeć na siedzącą tuż przed nią dziewczynę.
Uprzytomniła sobie, że teraz obie były całe we krwi, nie wspominając o tym,
że zdecydowanie zbyt dużo posoki zalegało na ziemi, ale… to też nie było ważne.
Bezwiednie spojrzała na gardło Mary, ale choć i tam dostrzegła czerwień,
po cięciu na szyi nie pozostawał nawet ślad.
Jakby nic
się nie wydarzyło… Tak po prostu.
Dookoła
nagle zapanowała cisza, ale i to nie zrobiło na Arianie wrażenia. Jak
urzeczona wpatrywała się w przyjaciółkę, wciąż nie dowierzając. Cokolwiek
się wydarzyło, nie było normalne. Nie mogło takie być, a jednak…
– Mary.
Tym razem
głos nie należał do niej. Obie jak na zawołanie spojrzały wprost na klęczącego
tuż obok, bladego jak papier Alexandra. Również na jego ubraniu Ariana
dostrzegła krew, ale i tym razem posoka nie zrobiła na niej większego
wrażenia. Chociaż czuła palenie w gardle, to nie głód stanowił
najważniejszy problem.
Nie była
pewna, która z nich jako pierwsza rzuciła się Alexa uściskać. W zasadzie
obie mogły się na to zdecydować dokładnie w tym samym momencie – i na
tyle bezceremonialnie, by dosłownie powalić mężczyznę na ziemię. Nie
zaprotestował, być może zbyt oszołomiony, ale i to wydało się Arianie mało
istotne. Był tutaj, z kolei Mary żyła i…
– A to
ciekawe. Tak swoją drogą, dobry wieczór, księżniczko. – Męski głos wyrwał ją z zamyślenia.
Instynktownie poderwała głowę, spoglądając wprost w błękitne oczy wciąż
podtrzymującego Carlosa Asmodeusza. Spojrzenie nieśmiertelnego na krótką chwilę
spoczęło również na Mary, ale prawie natychmiast odwrócił od niej wzrok. – Nie
chcę wam przerywać, ani nic z tych rzeczy, ale mamy do pogadania… Ale
zdecydowanie nie w tym miejscu.
Mówił
swobodnym tonem, tak lekko i radośnie, jakby właśnie dyskutowali o pogodzie.
Nie wyglądał na szczególnie przejętego tym, że dziewczyna, która powinna być
martwa, nagle się obudziła, a tym bardziej że wciąż podtrzymywał Carlosa.
Już samo to wystarczyło, by wytrącić Arianę z równowagi, w niemalże
brutalny sposób sprowadzając dziewczynę na ziemię.
Poderwała
się gwałtownie, ślizgając na wciąż pokrywającej trawę krwi.
– Co się
stało? – wyrzuciła z siebie na wydechu. Miała ochotę krzyczeć, a jednak
jej głos zabrzmiał słabo i ledwo słyszalnie. – Carlos… – zaczęła, ale
Asmodeusz zdecydował się jej przerwać.
– Mówiłem
mu, że nie mam pojęcia, co się stanie. Ale skoro prosił… Świat zawsze dąży do
równowagi.
Przez
chwilę poczuła się tak, jakby ktoś ją uderzył. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści
– tak mocno, że tylko cudem nie połamała sobie przy tym palców. Zresztą nawet
gdyby do tego doszło, w przypływie emocji i tak niczego by nie
poczuła.
–
Równowagi? – Aż wzdrygnęła się, słysząc tuż za plecami spięty głos Jasona. W oszołomieniu
spojrzała najpierw na niego, a później na stojącego kawałek dalej,
trzymającego w ramionach nieprzytomną Nadię Michaela. Ten drugi unikał
spoglądania na kogokolwiek, a już zwłaszcza unieruchomioną Skyler. – O czym
mówisz? Co z mim bratem?
Zabrzmiał
na przejętego, ale to nie wydało się Arianie dziwne. Jason mógł mówić co
chciał, a tym bardziej regularnie dostawać przez Carlosa szału, ale jedno
było oczywiste: wciąż pozostawali braćmi. Chciał tego czy nie, najwyraźniej
wciąż się o wampira troszczył.
I ona
również.
Równowaga…
Strach powrócił
i to ze zdwojoną siłą. Do cholery, jak miała to rozumieć? Otworzyła i zaraz
zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. Zbytnio
niepokoiła ją myśl, która jak na zawołanie pojawiła się w jej umyśle –
zbyt przerażająca i po prostu niemożliwa, zwłaszcza że Mary…
– Zaraz. –
Głos przyjaciółki doszedł do niej jakby z oddali. Wyczuła, że ta się
poruszyła, próbując się podnieść, choć przyszło jej to z wyraźnym trudem. W zasadzie
gdyby nie Alex, na którym właściwie zawisła, by mieć szansę odzyskać równowagę,
jak nic z powrotem wylądowałaby na ziemi. – Co się stało? Ja… – Urwała,
niezdolna dokończyć myśli. – Boże, ta cała krew… Ja przecież…
Nie musiała
patrzeć na dziewczynę, by pojąć, że ta zrozumiała. Wystarczyło, że wyraźnie
usłyszała jak serce Mary zamiera, by po chwili zacząć trzepotać się w niemalże
rozpaczliwy sposób, zupełnie jakby chciało udowodnić wszystkim wokół, że było
żywe. Że ona taka była. Metaliczny posmak na języku jasno uświadomił Arianie,
że jej przyjaciółka ledwo panowała nad przerażeniem, choć uczucie to równie
dobrze mogło należeć do niej. Bała się, choć wcale tego nie chciała.
– Cóż,
jeśli Bóg miał z tym jakiś związek, to okazał się wyjątkowo łaskawy. –
Asmodeusz westchnął przeciągle. – To nie to, co myślicie, okej? Nie umarł za
ciebie, dziecino – dodał, a Mary aż się zapowietrzyła.
– A mógł?!
– obruszyła się. Zachwiała się, wciąż roztrzęsiona i nagle bliska
omdlenia. Jeśli Ariana miała być ze sobą szczera, czuła się niewiele lepiej. –
Zresztą nieważne! Jak to za mnie!? – zniecierpliwiła się Mary, ostatecznie tracąc
cierpliwość.
Nie miała
pojęcia, skąd przyjaciółka w ogóle brała siłę na to, żeby krzyczeć.
Przerażona czy nie, nagle zaczęła się miotać, nie pierwszy raz zachowując jak
uwięzione w klatce zwierzę. Zielone oczy zabłysły gniewem, choć to
przerażenie wysunęło się na pierwszy plan.
– Za dużo
emocji – mruknął Upadły, wznosząc oczy ku górze.
W tamtej
chwili również Ariana zapragnęła na niego warknąć.
– Asme… –
zaczęła, a mężczyzna uśmiechnął się smutno, natychmiast przenosząc na nią
wzrok.
– Pamiętasz.
– Z uznaniem skinął jej głową. – Możesz zwracać się do mnie Noel, ale nie
nalegam. Aczkolwiek sądzę, że to imię brzmi mniej… problematycznie.
Prychnęła,
przez chwilę nie mając pewności czy się śmiać, czy może jednak płakać. Każde
demoniczne imię brzmiało źle, w szczególności dla kogoś obeznanego w temacie.
Ktoś, kto przy pierwszej okazji przedstawiłby się jako istota rodem z piekła,
w najlepszym wypadku zostałby uznany za szaleńca.
– Mogę
mówić do ciebie jakkolwiek zechcesz, o ile w końcu mi odpowiesz – warknęła
Ariana. – Co tu się stało? On nie… – zaczęła, wpatrując się w Carlosa.
– Och,
żyje. W ogóle jakby to było coś dziwnego – żachnął się Asmodeusz. Albo
raczej Noel. Musiała przywyknąć do nowych wcieleń jego i Amy, ale to było
co najmniej problematyczne, tym bardziej że jej myśli raz po raz rozpraszało
coś zgoła innego. – Zawsze był zdecydowanie zbyt uparty.
– Noel!
Mężczyzna
uniósł brwi.
– Mam to
uznać za rozkaz czy prośbę? Z całym szacunkiem do ciebie, Ariano, ale na
takie rozmowy jeszcze przyjdzie czas.
Jego słowa
zamknęły jej usta. Zamilkła, przez chwilę zdolna co najwyżej z niedowierzaniem
patrzeć na mężczyznę. Czy on właśnie mi
odmówił?, pomyślała w oszołomieniu i jakaś jej cząstka zapragnęła
porządnie nim potrząsnąć. Kiedyś by to zrobiła, nie wyobrażając sobie, że
ktokolwiek miałby traktować ją w ten sposób.
Właśnie
wtedy jej spojrzenie spoczęło na Samaelu. Frustracja momentalnie zniknęła, a Ariana
rozluźniła się, walcząc o zachowanie zdrowego rozsądku. Miał rację. Zwykle
dobrze jej radził, choć nie zawsze chciała słuchać. No i zarówno Nole, jak
i Megan, wydawali się stać po jej stronie, a to o czymś
świadczyło.
Zamknęła
oczy. Mętlik w głowie coraz bardziej dawał jej się we znaki, skutecznie
doprowadzając do szału.
Za dużo. Tego po prostu jest za dużo…
I właśnie
wtedy go wyczuła. Wyprostowała się niczym struna, zamierając i z trudem
powstrzymując zaskoczony okrzyk. Przez chwilę poczuła się tak, jakby do jej
krwiobiegu wstrzyknięto lodowatą wodę, przy okazji skutecznie przyprawiając ją o dreszcze.
– Najdroższa?
– doszło ją jakby z oddali.
Miała
wrażenie, że zwracał się do niej ktoś jeszcze, ale to głos Samaela okazał się
najwyraźniejszy, zwłaszcza że jak na zawołanie zmaterializował się tuż obok
niej. Nie zaprotestowała, kiedy wziął ją w ramiona, ujmując jej twarz w obie
dłonie i przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy. Jego własne –
znajome, intensywnie niebieskie i tak przenikliwe, że aż poczuła się
nieswojo – dosłownie przeszywały ją na wskroś.
– Wyczuł,
że coś jest nie tak – oznajmiła pod wpływem impulsu, nie odrywając wzroku od
obejmującego ją mężczyzny. – Mój ojciec. Jestem pewna, że wkrótce się tu pojawi…
I to najpewniej nie sam.
Brwi Samaela
powędrowały ku górze.
– Osobiście?
– zapytał z niedowierzaniem. – Niech to szlag…
Nawet się nie
skrzywiła. Przekleństwa wydawały się w pełni uzasadnione, nie wspominając o tym,
że na usta cisnęła jej się cała wiązanka.
– Mówiłem,
że to zły moment – wtrącił ze swojego miejsca Noel. Jego spokój coraz bardziej
drażnił Arianę, ale powstrzymała się od komentarza. – Nie wiem jak wy, ale my
się stąd zbieramy. Megan pokaże wam sztuczkę.
– Ale co
z…?
Nie miała
okazji, żeby dokończyć. Jedynie bezradnie spojrzała na Michaela, bynajmniej nie
zaskoczona tym, że ten wciąż wyglądał na obojętnego, wyraźnie unikając
czyjegokolwiek wzroku.
Noel jedynie
potrząsnął głową.
– Niczego z nią
teraz nie zrobimy… A ja nie zaryzykuję sprowadzenia sobie pod dach
kochanicy Lucyfera – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Możecie albo
przystać na moje warunki, albo działać na własną rękę. Nie ukrywam, że liczę na
to pierwsze, więc… Ach, Meg pokaże wam sztuczkę – rzucił, z błyskiem w oczach
spoglądając na milczącą kobietę.
Ariana nie
odpowiedziała. Spojrzała na wciąż obejmującego ją Sameala, szukając jakiejkolwiek
pomocy – wskazówki co do tego, co powinna zrobić. Nie chciała decydować – nie,
skoro decyzja nie dotyczyła tylko jej – ale mimo wszystko…
A potem
doszedł ją cichy, choć zaskakująco zdecydowany głos Jasona.
– Zmywajmy
się stąd.
To wystarczyło.
Dzień dobry! Patrzę na nagłówek i tak myślę, że prędzej czy później musiało do tego dojść. Liczę na to, że zbytnio się nie pośpieszyłam i nazywanie Ariany „po imieniu” okaże się w pełni uzasadnione. Trochę mieszania, mało wyjaśnień, ale to tylko kwestia czasu. No i zawsze mogę poczekać na Wasze teorie, prawda? ^^Dziękuję za obecność. Jak zawsze, by jej znaczenie się dla mnie nie zmieniło. Z mojej strony to tyle, więc… do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz