30 kwietnia 2019

Rozdział II

Ariana
Kolejny raz śniła. Trwała w koszmarze, bo inaczej nie była w stanie określić tego, co działo się wokół niej. Co więcej, tym razem wcale nie zapadała się w pustkę, chociaż tak się czuła – jakby wciąż spadała, kolejny raz tracą kontrolę nad sobą, ciałem i wszystkim, czego doświadczała. Czegokolwiek by nie zrobiła, nie potrafiła znaleźć drogi wyjścia z tego szaleństwa.
Gniew i przerażenie mieszały się ze sobą, coraz trudniejsze do zniesienia. Ariana miotała się, w gruncie rzeczy marząc tylko o jednym: o ucieczce. Pragnęła znów schować się za Alyssą – kimś delikatniejszym, komu podobne doświadczenia były obce. Znów tchórzyła, pragnąc po prostu się wycofać i…
– Najdroższa.
Dłonie Samaela mocniej zacisnęły się na jej barkach. Jego obecność była kojąca, zresztą jak i to, że próbował ją wspierać. Czuła jego ból, choć robił wszystko, byleby tego nie okazywać. Jakimś cudem pewnie trzymał się na nogach, próbując ją pocieszać. Nie pierwszy raz robił wszystko, by zapewnić, że postępowała dobrze, choć Ariana zdecydowanie tego nie czuła. Pragnęła zabić Skyler, ale w tej sytuacji…
Krzywdziła ich wszystkich. To nic, że przed sobą nie miała Eleonory – już nie i to również było jej winą – skoro demonica trafiła w sedno.
Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym pojawił się Michael. Pamiętała tylko własny gniew i to, że jednak dała się sprowokować. Nie od razu pojęła dlaczego bezwładne ciało Skyler osunęło się na ziemię, nie dając przy tym żadnych oznak życia. To po prostu nie pasowało do tego wampira – tak po prostu przeszyć serce kogoś, kogo kochał nad życie.
Wszystko było nie tak. Od chwili, w której się tu pojawiła, a właściwie od momentu, gdy stchórzyła jeszcze w Nowym Jorku pozwalając by Carlos porzucił Eleonorę…
Ciężko osunęła się na kolana. Samael nawet nie próbował utrzymywać jej w pionie, w zamian klękając tuż obok i bez słowa biorąc ją w ramiona. Oddychała szybko i płytko, co najmniej jakby chwilę wcześniej przyszło jej pokonać maraton. Świat choć na chwilę zwolnił, w końcu wracając na właściwe tory, ale i to nie pomogło się jej uspokoić. Wręcz przeciwnie – dopiero wtedy z całą mocą dotarło do niej, co tak naprawdę się wydarzyło.
Gwałtownie zaczerpnęła tchu, prawie natychmiast zaczynając żałować tej decyzji. Słodki zapach krwi wciąż wypełniał powietrze, wzmagając pragnienie i pobudzając zmysły. Ariana jęknęła, czując pulsowanie w samoistnie wydłużających się kłach. Jej spojrzenie jak na zawołanie powędrowało ku miejscu, w którym – w kałuży własnej krwi – leżało bezwładne cia…
Leżała Mary.
Tylko na taką myśl było ją w tamtej chwili stać. Choć przed oczami wciąż miała moment, w którym dziewczyna poderżnęła sobie gardło, Ariana nie potrafiła dopuścić do siebie świadomości, że dziewczyna była martwa. Była sobą, a jednak nadal nie potrafiła tego zaakceptować. W przypadku Alyssy to byłoby w pełni uzasadnione – ten strach, czyste wręcz przerażenie i upór z jakim odsuwała myśl o śmierci – ale nie dla kogoś, kto od wieków trwał w świecie nieśmiertelnych. Nie dla kogoś, kto potrafił własnoręcznie odebrać sobie życie albo ukrócić cudze, ale…
Tyle że to ona była Alyssą. I kochała Mary wystarczająco mocno, by nie potrafić przyjąć do wiadomości tego, że miałaby ją stracić.
Usłyszała kojący szept Samaela, ale to działo się jakby poza nią. Ariana wciąż wpatrywała się w jeden punkt, choć w gruncie rzeczy nie widziała niczego. Wszelakie bodźce dochodziły do niej jakby z oddali, zupełnie jakby w rzeczywistości jej nie dotyczyły. Patrzyła na Carlosa, który – Dobry Boże, czemu? – rzucił się reanimować trupa, ale i to nie miało dla niej znaczenia. Nie, skoro czuła, że już nie było o kogo walczyć.
On przynajmniej próbuje.
Coś ścisnęło ją w gardle. Przez chwilę zapragnęła strząsnąć z ramion dłonie Samaela, skulić się na ziemi, a potem zacząć krzyczeć. Nie ochroniła jej. Nie zrobiła niczego, choć powinna, zwłaszcza że od początku chodziło o dziewczynę, którą traktowała niemalże jak siostrę. Gdyby była rozsądna, już dawno zrobiłaby to, co powiedział Carlos i po prostu ukróciła tę znajomość, gdy jeszcze miała po temu okazję. Teraz wydawało się to w pełni uzasadnione i rozsądne, tym bardziej że w przeszłości Ariana robiła to nie raz. Kiedy wracała, dawne życie odchodziło w zapomnienie na rzecz tego… prawdziwego. Bezpieczna otoczka, którą otaczała się do momentu odzyskania wspomnień i odzyskania Samaela, prędzej czy później zawsze znikała.
Tym razem było inaczej, a ona aż prosiła się o nieszczęście. Zwlekała, naiwnie wierząc, że mogła pogodzić wampiryzm i przyjaźń z kimś, kto nigdy nie powinien dowiedzieć się o istotach nocy. Trwała w tym tak długo, aż było za późno.
Kiedy zrobiłam się aż taka słaba?
Z opóźnieniem dotarło do niej, że płakała. Łzy płynęły już wcześniej, ale wtedy była w stanie je zignorować, poniekąd tłumacząc je narastającą frustracją. Teraz już nie była w stanie udawać, a tym bardziej powstrzymać narastającego w jej piersi szloch. Zepsuła wszystko, z kolei teraz…
– Ariano!
Nie od razu uprzytomniła sobie, że naglący głos nie należał do Samaela. Aż wzdrygnęła się, kiedy tuż przed nią znikąd zmaterializowała się jakaś postać. Kobieta była smukła, wysoka i o zdecydowanych, wręcz drapieżnych rysach twarzy. Długie do pasa czarne włosy związała niedbale na czubku głowy, spojrzenie zaś utkwiła w klęczącej tuż u jej stóp Arianie. Dziewczyna nie zareagowała od razu, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej tępo wpatrywać się w parę lśniących, intensywnie niebieskich tęczówek. Teraz wiedziała co oznaczały, ale i tak poczuła się co najmniej zagubiona.
Zesztywniała, kiedy przybyszka ukucnęła przy niej, bez pytania chwytając ją za ramiona. Zdecydowanym ruchem poderwała Arianę ku górze, przymuszając do tego, by ta stanęła na nogi.
– Powiedziałabym, że miło cię znów widzieć, ale nie mamy na to czasu – oznajmiła bez wahania wampirzyca. Jej głos zabrzmiał zdecydowanie, wręcz nagląco i w sposób, który jednoznacznie świadczył o tym, że nieznajoma nie przyjmowała odmowy. – Wybacz brak królewskiego przyjęcia, ale musisz mi to wybaczyć.
– Kim…? – wychrypiała Ariana, ale nie było jej dane dokończyć.
– Zaraz się obrażę – żachnęła się kobieta. Zaraz po tym westchnęła i niemalże z czułością pogładziła ledwo utrzymującą się na nogach, wciąż zapłakaną Arianę po policzku. – Możesz mi mówić Megan, tak jak wszyscy. Przynajmniej tego imienia nikt nie kojarzy z facetem – mruknęła, wznosząc oczy ku górze.
Ariana zamrugała, wciąż oszołomiona i pełna wątpliwości. Mimo wszystko coś w słowach podtrzymującej ją wampirzycy dało jej do myślenia, zwłaszcza że ta nie mogła być zwykłą nieśmiertelną. Być może to nie miało znaczenia, ale…
– Amy – wyszeptała pod wpływem impulsu.
Doczekała się wyłącznie łagodnego, nieco tylko nerwowego śmiechu. To wystarczyło, by uprzytomniła sobie, że trafiła w sedno. Oczywiście, że ją znała – od samego początku, tym bardziej że anielica zwykle stała po jej stronie. Ariana nie pamiętała, kiedy widziała ją ostatnim razem, ale to nie było ważne. Wystarczyło, że Upadła najwyraźniej wciąż frustrowała się przez to, że zgodnie z ludzkimi wierzeniami, utożsamiano ją z mężczyzną.
– Serio wolę Megan. – Kobieta energicznie potrząsnęła głową. – Nieważne. Przestań się mazać i chodź. Asme też tu jest – dodał, a Ariana zesztywniała.
– Asmodeusz…
– Możesz powtórzyć sobie nasze imiona później. Na razie się stąd zbierajmy, póki… – zaczęła spiętym tonem Megan, ale ostatecznie nie dokończyła. W zamian nagle wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu odsuwając od wciąż oszołomionej Ariany. – Niech to szlag.
Do dziewczyny dopiero po chwili dotarło, że działo się coś wartego uwagi. Jej spojrzenie jak na zawołanie znów powędrowały ku Mary, choć tym razem nie próbowała skupiać się na przyjaciółce. W zamian w roztargnieniu spojrzała na pochylonych nad bezwładnym ciałem mężczyzn – a zwłaszcza dwóch, tym bardziej że jednym z nich był Carlos. Wampie w niemalże desperacki sposób wpatrywał się w drugiego wampira, równie ciemnowłosego, choć całkiem Arianie obcego. Albo i nie do końca, bo choć widziała nieśmiertelnego pierwszy raz, po słowach Amy z łatwością utożsamiła go z kolejnym wcieleniem Asmodeusza.
Megan, poprawiła się machinalnie. Prosiła, żeby mówić na nią Megan…
Tyle że to nie było ważne. Przestało takie być w momencie, w którym Asmodeusz wzruszył ramionami i – obdarzywszy Carlosa przenikliwym, zaciekawionym spojrzeniem – wyciągnął ku wampirowi dłoń.
Zaraz po tym wszystko potoczyło się zdecydowanie zbyt szybko.
Wrażenie było takie, jakby dotyk Upadłego wystarczył, by porazić wampira prądem. To była zaledwie chwila – ułamki sekund, które wystarczyły, by zmieniło się dosłownie wszystko.
W oszołomieniu obserwowała jak jej stwórca zatacza się, nagle bez sił osuwając na ziemie. Ariana spięła się, przez chwilę mając ochotę do Carlosa podbiec i upewnić się, że nic mu się nie stało. Ostatecznie nie zrobiła tego, zdolna co najwyżej biernie obserwować Asmodeusza, który w porę pochwycił wampira, nie pozwalając mu upaść.
W tym samym momencie Mary gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc i – gwałtownie przy tym kaszląc – wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu podrywając do siadu. Wzrokiem w panice powiodła dookoła – w całkowicie bezwiedny, machinalny sposób.
Jakimś cudem zielone oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
– Krew… D-dlaczego jestem…? – zaczęła i zaraz urwała z trudem łapiąc oddech. – Co ja chciałam…?
Może dokończyła, ale nawet jeśli tak było, Ariana tego nie usłyszała. Zareagowała bez chwili wahania, dosłownie rzucając się na przyjaciółkę. W jednej chwili stała przy Megan, bezmyślnie wpatrując się w Mary, a w następnej klęczała w kałuży krwi, tuląc dziewczynę do siebie. Uświadomiła sobie, że płacze, nagle wręcz zanosząc rozdzierającym wręcz szlochem, ale nie dbała o to. W tamtej chwili liczyło się dla niej wszystko jedno.
Mary była żywa. Nie obchodziło jej jakim cudem do tego doszło i czy coś podobnego w ogóle powinno się wydarzyć. Liczyło się wyłącznie to, że trzymała przyjaciółkę w ramionach – przyjemnie ciepłą, oddychającą i równie ludzką, co zazwyczaj.
– Ali… – usłyszała tuż przy uchu. Nawet nie drgnęła, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w chwili, w której pozwoliłaby sobie na rozluźnienie albo choć trochę poluzowała uścisk, wszystko po raz kolejny poszłoby nie tak.
– Jesteś tutaj – szepnęła dziwnie drżącym głosem. Powtarzała to krótkie zdanie niczym mantrę, kołysząc się przy tym i wciąż tuląc przyjaciółkę do siebie. – Jesteś…
– No tak, tak… Dusisz mnie!
Jedynie się roześmiała – w całkowicie niekontrolowany, wręcz histeryczny sposób. W końcu odważyła się wyprostować i spojrzeć na siedzącą tuż przed nią dziewczynę. Uprzytomniła sobie, że teraz obie były całe we krwi, nie wspominając o tym, że zdecydowanie zbyt dużo posoki zalegało na ziemi, ale… to też nie było ważne. Bezwiednie spojrzała na gardło Mary, ale choć i tam dostrzegła czerwień, po cięciu na szyi nie pozostawał nawet ślad.
Jakby nic się nie wydarzyło… Tak po prostu.
Dookoła nagle zapanowała cisza, ale i to nie zrobiło na Arianie wrażenia. Jak urzeczona wpatrywała się w przyjaciółkę, wciąż nie dowierzając. Cokolwiek się wydarzyło, nie było normalne. Nie mogło takie być, a jednak…
– Mary.
Tym razem głos nie należał do niej. Obie jak na zawołanie spojrzały wprost na klęczącego tuż obok, bladego jak papier Alexandra. Również na jego ubraniu Ariana dostrzegła krew, ale i tym razem posoka nie zrobiła na niej większego wrażenia. Chociaż czuła palenie w gardle, to nie głód stanowił najważniejszy problem.
Nie była pewna, która z nich jako pierwsza rzuciła się Alexa uściskać. W zasadzie obie mogły się na to zdecydować dokładnie w tym samym momencie – i na tyle bezceremonialnie, by dosłownie powalić mężczyznę na ziemię. Nie zaprotestował, być może zbyt oszołomiony, ale i to wydało się Arianie mało istotne. Był tutaj, z kolei Mary żyła i…
– A to ciekawe. Tak swoją drogą, dobry wieczór, księżniczko. – Męski głos wyrwał ją z zamyślenia. Instynktownie poderwała głowę, spoglądając wprost w błękitne oczy wciąż podtrzymującego Carlosa Asmodeusza. Spojrzenie nieśmiertelnego na krótką chwilę spoczęło również na Mary, ale prawie natychmiast odwrócił od niej wzrok. – Nie chcę wam przerywać, ani nic z tych rzeczy, ale mamy do pogadania… Ale zdecydowanie nie w tym miejscu.
Mówił swobodnym tonem, tak lekko i radośnie, jakby właśnie dyskutowali o pogodzie. Nie wyglądał na szczególnie przejętego tym, że dziewczyna, która powinna być martwa, nagle się obudziła, a tym bardziej że wciąż podtrzymywał Carlosa. Już samo to wystarczyło, by wytrącić Arianę z równowagi, w niemalże brutalny sposób sprowadzając dziewczynę na ziemię.
Poderwała się gwałtownie, ślizgając na wciąż pokrywającej trawę krwi.
– Co się stało? – wyrzuciła z siebie na wydechu. Miała ochotę krzyczeć, a jednak jej głos zabrzmiał słabo i ledwo słyszalnie. – Carlos… – zaczęła, ale Asmodeusz zdecydował się jej przerwać.
– Mówiłem mu, że nie mam pojęcia, co się stanie. Ale skoro prosił… Świat zawsze dąży do równowagi.
Przez chwilę poczuła się tak, jakby ktoś ją uderzył. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści – tak mocno, że tylko cudem nie połamała sobie przy tym palców. Zresztą nawet gdyby do tego doszło, w przypływie emocji i tak niczego by nie poczuła.
– Równowagi? – Aż wzdrygnęła się, słysząc tuż za plecami spięty głos Jasona. W oszołomieniu spojrzała najpierw na niego, a później na stojącego kawałek dalej, trzymającego w ramionach nieprzytomną Nadię Michaela. Ten drugi unikał spoglądania na kogokolwiek, a już zwłaszcza unieruchomioną Skyler. – O czym mówisz? Co z mim bratem?
Zabrzmiał na przejętego, ale to nie wydało się Arianie dziwne. Jason mógł mówić co chciał, a tym bardziej regularnie dostawać przez Carlosa szału, ale jedno było oczywiste: wciąż pozostawali braćmi. Chciał tego czy nie, najwyraźniej wciąż się o wampira troszczył.
I ona również.
Równowaga…
Strach powrócił i to ze zdwojoną siłą. Do cholery, jak miała to rozumieć? Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. Zbytnio niepokoiła ją myśl, która jak na zawołanie pojawiła się w jej umyśle – zbyt przerażająca i po prostu niemożliwa, zwłaszcza że Mary…
– Zaraz. – Głos przyjaciółki doszedł do niej jakby z oddali. Wyczuła, że ta się poruszyła, próbując się podnieść, choć przyszło jej to z wyraźnym trudem. W zasadzie gdyby nie Alex, na którym właściwie zawisła, by mieć szansę odzyskać równowagę, jak nic z powrotem wylądowałaby na ziemi. – Co się stało? Ja… – Urwała, niezdolna dokończyć myśli. – Boże, ta cała krew… Ja przecież…
Nie musiała patrzeć na dziewczynę, by pojąć, że ta zrozumiała. Wystarczyło, że wyraźnie usłyszała jak serce Mary zamiera, by po chwili zacząć trzepotać się w niemalże rozpaczliwy sposób, zupełnie jakby chciało udowodnić wszystkim wokół, że było żywe. Że ona taka była. Metaliczny posmak na języku jasno uświadomił Arianie, że jej przyjaciółka ledwo panowała nad przerażeniem, choć uczucie to równie dobrze mogło należeć do niej. Bała się, choć wcale tego nie chciała.
– Cóż, jeśli Bóg miał z tym jakiś związek, to okazał się wyjątkowo łaskawy. – Asmodeusz westchnął przeciągle. – To nie to, co myślicie, okej? Nie umarł za ciebie, dziecino – dodał, a Mary aż się zapowietrzyła.
– A mógł?! – obruszyła się. Zachwiała się, wciąż roztrzęsiona i nagle bliska omdlenia. Jeśli Ariana miała być ze sobą szczera, czuła się niewiele lepiej. – Zresztą nieważne! Jak to za mnie!? – zniecierpliwiła się Mary, ostatecznie tracąc cierpliwość.
Nie miała pojęcia, skąd przyjaciółka w ogóle brała siłę na to, żeby krzyczeć. Przerażona czy nie, nagle zaczęła się miotać, nie pierwszy raz zachowując jak uwięzione w klatce zwierzę. Zielone oczy zabłysły gniewem, choć to przerażenie wysunęło się na pierwszy plan.
– Za dużo emocji – mruknął Upadły, wznosząc oczy ku górze.
W tamtej chwili również Ariana zapragnęła na niego warknąć.
– Asme… – zaczęła, a mężczyzna uśmiechnął się smutno, natychmiast przenosząc na nią wzrok.
– Pamiętasz. – Z uznaniem skinął jej głową. – Możesz zwracać się do mnie Noel, ale nie nalegam. Aczkolwiek sądzę, że to imię brzmi mniej… problematycznie.
Prychnęła, przez chwilę nie mając pewności czy się śmiać, czy może jednak płakać. Każde demoniczne imię brzmiało źle, w szczególności dla kogoś obeznanego w temacie. Ktoś, kto przy pierwszej okazji przedstawiłby się jako istota rodem z piekła, w najlepszym wypadku zostałby uznany za szaleńca.
– Mogę mówić do ciebie jakkolwiek zechcesz, o ile w końcu mi odpowiesz – warknęła Ariana. – Co tu się stało? On nie… – zaczęła, wpatrując się w Carlosa.
– Och, żyje. W ogóle jakby to było coś dziwnego – żachnął się Asmodeusz. Albo raczej Noel. Musiała przywyknąć do nowych wcieleń jego i Amy, ale to było co najmniej problematyczne, tym bardziej że jej myśli raz po raz rozpraszało coś zgoła innego. – Zawsze był zdecydowanie zbyt uparty.
– Noel!
Mężczyzna uniósł brwi.
– Mam to uznać za rozkaz czy prośbę? Z całym szacunkiem do ciebie, Ariano, ale na takie rozmowy jeszcze przyjdzie czas.
Jego słowa zamknęły jej usta. Zamilkła, przez chwilę zdolna co najwyżej z niedowierzaniem patrzeć na mężczyznę. Czy on właśnie mi odmówił?, pomyślała w oszołomieniu i jakaś jej cząstka zapragnęła porządnie nim potrząsnąć. Kiedyś by to zrobiła, nie wyobrażając sobie, że ktokolwiek miałby traktować ją w ten sposób.
Właśnie wtedy jej spojrzenie spoczęło na Samaelu. Frustracja momentalnie zniknęła, a Ariana rozluźniła się, walcząc o zachowanie zdrowego rozsądku. Miał rację. Zwykle dobrze jej radził, choć nie zawsze chciała słuchać. No i zarówno Nole, jak i Megan, wydawali się stać po jej stronie, a to o czymś świadczyło.
Zamknęła oczy. Mętlik w głowie coraz bardziej dawał jej się we znaki, skutecznie doprowadzając do szału.
Za dużo. Tego po prostu jest za dużo…
I właśnie wtedy go wyczuła. Wyprostowała się niczym struna, zamierając i z trudem powstrzymując zaskoczony okrzyk. Przez chwilę poczuła się tak, jakby do jej krwiobiegu wstrzyknięto lodowatą wodę, przy okazji skutecznie przyprawiając ją o dreszcze.
– Najdroższa? – doszło ją jakby z oddali.
Miała wrażenie, że zwracał się do niej ktoś jeszcze, ale to głos Samaela okazał się najwyraźniejszy, zwłaszcza że jak na zawołanie zmaterializował się tuż obok niej. Nie zaprotestowała, kiedy wziął ją w ramiona, ujmując jej twarz w obie dłonie i przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy. Jego własne – znajome, intensywnie niebieskie i tak przenikliwe, że aż poczuła się nieswojo – dosłownie przeszywały ją na wskroś.
– Wyczuł, że coś jest nie tak – oznajmiła pod wpływem impulsu, nie odrywając wzroku od obejmującego ją mężczyzny. – Mój ojciec. Jestem pewna, że wkrótce się tu pojawi… I to najpewniej nie sam.
Brwi Samaela powędrowały ku górze.
– Osobiście? – zapytał z niedowierzaniem. – Niech to szlag…
Nawet się nie skrzywiła. Przekleństwa wydawały się w pełni uzasadnione, nie wspominając o tym, że na usta cisnęła jej się cała wiązanka.
– Mówiłem, że to zły moment – wtrącił ze swojego miejsca Noel. Jego spokój coraz bardziej drażnił Arianę, ale powstrzymała się od komentarza. – Nie wiem jak wy, ale my się stąd zbieramy. Megan pokaże wam sztuczkę.
– Ale co z…?
Nie miała okazji, żeby dokończyć. Jedynie bezradnie spojrzała na Michaela, bynajmniej nie zaskoczona tym, że ten wciąż wyglądał na obojętnego, wyraźnie unikając czyjegokolwiek wzroku.
Noel jedynie potrząsnął głową.
– Niczego z nią teraz nie zrobimy… A ja nie zaryzykuję sprowadzenia sobie pod dach kochanicy Lucyfera – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Możecie albo przystać na moje warunki, albo działać na własną rękę. Nie ukrywam, że liczę na to pierwsze, więc… Ach, Meg pokaże wam sztuczkę – rzucił, z błyskiem w oczach spoglądając na milczącą kobietę.
Ariana nie odpowiedziała. Spojrzała na wciąż obejmującego ją Sameala, szukając jakiejkolwiek pomocy – wskazówki co do tego, co powinna zrobić. Nie chciała decydować – nie, skoro decyzja nie dotyczyła tylko jej – ale mimo wszystko…
A potem doszedł ją cichy, choć zaskakująco zdecydowany głos Jasona.
– Zmywajmy się stąd.
To wystarczyło.
Dzień dobry! Patrzę na nagłówek i tak myślę, że prędzej czy później musiało do tego dojść. Liczę na to, że zbytnio się nie pośpieszyłam i nazywanie Ariany „po imieniu” okaże się w pełni uzasadnione. Trochę mieszania, mało wyjaśnień, ale to tylko kwestia czasu. No i zawsze mogę poczekać na Wasze teorie, prawda? ^^
Dziękuję za obecność. Jak zawsze, by jej znaczenie się dla mnie nie zmieniło. Z mojej strony to tyle, więc… do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz