Kolejny raz
śniła. Trwała w koszmarze, bo inaczej nie była w stanie określić
tego, co działo się wokół niej. Co więcej, tym razem wcale nie zapadała się
w pustkę, chociaż tak się czuła – jakby wciąż spadała, kolejny raz tracą
kontrolę nad sobą, ciałem i wszystkim, czego doświadczała. Czegokolwiek by
nie zrobiła, nie potrafiła znaleźć drogi wyjścia z tego szaleństwa.
Gniew
i przerażenie mieszały się ze sobą, coraz trudniejsze do zniesienia.
Ariana miotała się, w gruncie rzeczy marząc tylko o jednym:
o ucieczce. Pragnęła znów schować się za Alyssą – kimś delikatniejszym,
komu podobne doświadczenia były obce. Znów tchórzyła, pragnąc po prostu się
wycofać i…
–
Najdroższa.
Dłonie
Samaela mocniej zacisnęły się na jej barkach. Jego obecność była kojąca,
zresztą jak i to, że próbował ją wspierać. Czuła jego ból, choć robił
wszystko, byleby tego nie okazywać. Jakimś cudem pewnie trzymał się na nogach,
próbując ją pocieszać. Nie pierwszy raz robił wszystko, by zapewnić, że
postępowała dobrze, choć Ariana zdecydowanie tego nie czuła. Pragnęła zabić
Skyler, ale w tej sytuacji…
Krzywdziła
ich wszystkich. To nic, że przed sobą nie miała Eleonory – już nie i to
również było jej winą – skoro demonica trafiła w sedno.
Właściwie
nie zarejestrowała momentu, w którym pojawił się Michael. Pamiętała tylko
własny gniew i to, że jednak dała się sprowokować. Nie od razu pojęła
dlaczego bezwładne ciało Skyler osunęło się na ziemię bez oznak życia. To po
prostu nie pasowało do tego wampira – tak po prostu przeszyć serce kogoś, kogo
kochał nad życie.
Wszystko
było nie tak. Od chwili, w której się tu pojawiła, a właściwie od
momentu, gdy stchórzyła jeszcze w Nowym Jorku, pozwalając by Carlos
porzucił Eleonorę…
Ciężko
osunęła się na kolana. Samael nawet nie próbował utrzymywać jej w pionie,
w zamian klękając tuż obok i bez słowa biorąc ją w ramiona.
Oddychała szybko i płytko, z trudem chwytając powietrze. Świat na chwilę
zwolnił, w końcu wracając na właściwe tory, ale i to nie pomogło jej się
uspokoić. Wręcz przeciwnie – do Ariany dopiero wtedy z całą mocą dotarło,
co tak naprawdę się wydarzyło.
Gwałtownie
zaczerpnęła tchu, niemal natychmiast żałując tej decyzji. Słodki zapach krwi
wciąż wypełniał powietrze, wzmagając pragnienie i pobudzając zmysły.
Ariana jęknęła, czując pulsowanie w samoistnie wydłużających się kłach.
Jej spojrzenie jak na zawołanie powędrowało ku miejscu, w którym –
w kałuży własnej krwi – leżało bezwładne cia…
Leżała
Mary.
Tylko na
taką myśl było ją w tamtej chwili stać. Choć przed oczami wciąż miała
moment, w którym dziewczyna poderżnęła sobie gardło, Ariana nie potrafiła
dopuścić do siebie świadomości, że przyjaciółka umarła. Wróciła do siebie,
a jednak nadal nie potrafiła tego zaakceptować. W przypadku Alyssy to
byłoby w pełni uzasadnione – ten strach, czyste wręcz przerażenie
i upór z jakim odsuwała myśl o śmierci – ale nie dla kogoś, kto
od wieków trwał w świecie nieśmiertelnych. Nie dla kogoś, kto potrafił własnoręcznie
odebrać sobie życie albo ukrócić cudze, ale…
Tyle że to
ona była Alyssą. I kochała Mary wystarczająco mocno, by nie potrafić
przyjąć do świadomości, że miałaby ją stracić.
Usłyszała
kojący szept Samaela, ale to działo się gdzieś poza nią. Ariana wciąż
wpatrywała się w jeden punkt, choć nie widziała niczego. Wszelakie bodźce
dochodziły do niej jakby z oddali, obce i nic nieznaczące. Patrzyła na
Carlosa, który – Dobry Boże, czemu? – rzucił się reanimować
trupa, ale i to nie miało dla niej znaczenia. Nie, skoro czuła, że już nie
było o kogo walczyć.
On
przynajmniej próbuje.
Coś
ścisnęło ją w gardle. Przez chwilę zapragnęła strząsnąć z ramion
dłonie Samaela, skulić się na ziemi, a potem zacząć krzyczeć. Nie
ochroniła jej. Nie zrobiła niczego, choć powinna, zwłaszcza że od początku
chodziło o dziewczynę, którą traktowała niemalże jak siostrę. Gdyby była
rozsądna, już dawno zrobiłaby to, co powiedział Carlos i po prostu
ukróciła tę znajomość, gdy jeszcze miała po temu okazję. Teraz wydawało się to
w pełni uzasadnione i rozsądne, tym bardziej że w przeszłości
Ariana robiła to nie raz. Kiedy wracała, dawne życie odchodziło
w zapomnienie na rzecz tego… prawdziwego. Bezpieczna otoczka, za
którą kryła się do momentu odzyskania wspomnień i Samaela, prędzej czy
później zawsze znikała.
Tym razem
było inaczej, a ona aż prosiła się o nieszczęście. Zwlekała, naiwnie
wierząc, że mogła pogodzić wampiryzm i przyjaźń z kimś, kto nigdy nie
powinien dowiedzieć się o istotach nocy. Trwała w tym tak długo, aż
było za późno.
Kiedy
zrobiłam się aż taka słaba?
Z
opóźnieniem dotarło do niej, że płakała. Łzy płynęły już wcześniej, ale wtedy
była w stanie je zignorować, poniekąd tłumacząc je narastającą frustracją.
Teraz już nie potrafiła udawać, a tym bardziej powstrzymać narastającego
w piersi szloch.
– Ariano!
Nie od razu
uprzytomniła sobie, że naglący głos nie należał do Samaela. Aż wzdrygnęła się,
kiedy tuż przed nią znikąd zmaterializowała się jakaś postać. Kobieta była
smukła, wysoka i o zdecydowanych, wręcz drapieżnych rysach twarzy. Długie
do pasa czarne włosy związała niedbale na czubku głowy, spojrzenie zaś utkwiła
w klęczącej tuż u jej stóp Arianie. Dziewczyna nie zareagowała od
razu, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej tępo wpatrywać się w parę
lśniących, intensywnie niebieskich tęczówek. Teraz wiedziała, co oznaczały, ale
i tak poczuła się co najmniej zagubiona.
Zesztywniała,
kiedy przybyszka ukucnęła przy niej, bez pytania chwytając ją za ramiona.
Zdecydowanym ruchem poderwała Arianę ku górze, bezceremonialnie stawiając na
nogach.
–
Powiedziałabym, że miło cię widzieć, ale nie mamy na to czasu – oznajmiła bez
wahania wampirzyca. Jej głos zabrzmiał zdecydowanie, wręcz nagląco i w
sposób, który jednoznacznie świadczył o tym, że nie przyjmowała odmowy. –
Wybacz brak królewskiego przyjęcia, ale musisz zadowolić się tym.
– Kim…? –
wychrypiała Ariana, ale nie było jej dane dokończyć.
– Zaraz się
obrażę – żachnęła się kobieta. Zaraz po tym westchnęła i niemalże
z czułością pogładziła ledwo utrzymującą się na nogach, wciąż zapłakaną
Arianę po policzku. – Możesz mi mówić Megan, tak jak wszyscy. Przynajmniej tego
imienia nikt nie kojarzy z facetem – mruknęła, wznosząc oczy ku górze.
Ariana
zamrugała, wciąż oszołomiona i pełna wątpliwości. Mimo wszystko coś
w słowach podtrzymującej ją wampirzycy dało jej do myślenia, zwłaszcza że
ta nie mogła być zwykłą nieśmiertelną. Być może to nie miało znaczenia, ale…
– Amy – wyszeptała.
Doczekała
się wyłącznie łagodnego, nieco tylko nerwowego śmiechu. To wystarczyło, by
uprzytomniła sobie, że trafiła w sedno. Oczywiście, że ją znała – od
samego początku, tym bardziej że anielica zwykle stała po jej stronie. Ariana
nie pamiętała, kiedy widziała ją ostatnim razem, ale to nie było ważne.
Wystarczyło, że Upadłą najwyraźniej wciąż frustrowało, że zgodnie
z ludzkimi wierzeniami, utożsamiano ją z mężczyzną.
– Serio
wolę Megan. – Kobieta energicznie potrząsnęła głową. – Nieważne. Przestań się
mazać i chodź. Asme też tu jest – dodał, a Ariana zesztywniała.
–
Asmodeusz…
– Możesz
powtórzyć sobie nasze imiona później. Na razie się stąd zbierajmy, póki… –
zaczęła spiętym tonem Megan, ale ostatecznie nie dokończyła. W zamian
nagle wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu odsuwając od wciąż
oszołomionej Ariany. – Niech to szlag.
Do
dziewczyny dopiero po chwili dotarło, że działo się coś wartego uwagi. Jej
spojrzenie jak na zawołanie znów powędrowały ku Mary, choć tym razem nie
próbowała skupiać się na przyjaciółce. W zamian w roztargnieniu
spojrzała na pochylonych nad bezwładnym ciałem mężczyzn – a zwłaszcza
dwóch, tym bardziej że jednym z nich był Carlos. Jej stwórca
w niemalże desperacki sposób wpatrywał się w drugiego wampira, równie
ciemnowłosego, choć całkiem Arianie obcego. Albo i nie do końca, bo choć
widziała nieśmiertelnego pierwszy raz, po słowach Amy z łatwością
utożsamiła go z kolejnym wcieleniem Asmodeusza.
Megan,
poprawiła się machinalnie. Prosiła, żeby mówić na nią Megan…
Tyle że to
nie było ważne. Przestało takie być w momencie, w którym Asmodeusz
wzruszył ramionami i – obdarzywszy Carlosa przenikliwym, zaciekawionym
spojrzeniem – wyciągnął ku wampirowi dłoń.
Zaraz po
tym wszystko potoczyło się zdecydowanie zbyt szybko.
Carlos
zesztywniał, jakby rażony prądem. To była zaledwie chwila – ułamki sekund,
które wystarczyły, by zmieniło się wszystko.
W
oszołomieniu obserwowała jak jej stwórca zatacza się, nagle bez sił osuwając na
ziemie. Ariana spięła się, przez chwilę mając ochotę do Carlosa podbiec
i upewnić się, że nic mu się nie stało. Ostatecznie nie zrobiła tego,
zdolna co najwyżej biernie obserwować Asmodeusza, który w porę pochwycił wampira,
nie pozwalając mu upaść.
W tym samym
momencie Mary gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc i – gwałtownie przy
tym kaszląc – wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu podrywając do
siadu. Wzrokiem w panice powiodła dookoła – w całkowicie bezwiedny,
machinalny sposób.
Jakimś
cudem zielone oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
– Krew…
D-dlaczego jestem…? – zaczęła i zaraz urwała z trudem łapiąc oddech.
– Co ja chciałam…?
Może
dokończyła, ale nawet jeśli tak było, Ariana tego nie usłyszała. Zareagowała
bez chwili wahania, dosłownie rzucając się na przyjaciółkę. W jednej
chwili stała przy Megan, bezmyślnie wpatrując się w Mary, a w
następnej klęczała w kałuży krwi, tuląc dziewczynę do siebie. Uświadomiła
sobie, że płacze, wręcz zanosząc się rozdzierającym szlochem, ale nie dbała
o to. Liczyło się tylko jedno.
Mary była
żywa. Ariany nie obchodziło jak do tego doszło i czy to w ogóle miało
rację bytu. Liczyło się wyłącznie to, że trzymała przyjaciółkę w ramionach
– przyjemnie ciepłą, oddychającą i równie ludzką, co zazwyczaj.
– Ali… –
usłyszała tuż przy uchu. Nawet nie drgnęła, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że gdyby
choć trochę poluzowała uścisk, wszystko po raz kolejny poszłoby nie tak.
– Jesteś
tutaj – szepnęła drżącym głosem. Powtarzała to krótkie zdanie niczym mantrę,
kołysząc się przy tym i wciąż tuląc przyjaciółkę do siebie. – Jesteś…
– No tak,
tak… Dusisz mnie!
Jedynie się
roześmiała – w całkowicie niekontrolowany, wręcz histeryczny sposób.
W końcu odważyła się wyprostować i spojrzeć na siedzącą tuż przed nią
dziewczynę. Uprzytomniła sobie, że teraz obie były całe we krwi, nie
wspominając o tym, że zdecydowanie zbyt dużo posoki zalegało na ziemi,
ale… to też nie było ważne. Bezwiednie spojrzała na gardło Mary, ale choć
i tam dostrzegła czerwień, po cięciu na szyi nie pozostawał nawet ślad.
Jakby nic
się nie wydarzyło. Tak po prostu.
Dookoła
nagle zapanowała cisza, ale i to nie zrobiło na Arianie wrażenia. Jak
urzeczona wpatrywała się w przyjaciółkę, wciąż niedowierzając. Cokolwiek
się wydarzyło, nie było normalne. Nie mogło takie być, a jednak…
– Mary.
Tym razem
głos nie należał do niej. Obie jak na zawołanie spojrzały wprost na klęczącego
tuż obok, bladego jak papier Alexandra. Również na jego ubraniu Ariana
dostrzegła krew, ale i tym razem posoka nie zrobiła na niej większego
wrażenia. Chociaż czuła palenie w gardle, to nie głód stanowił
najważniejszy problem.
Nie była
pewna, która z nich jako pierwsza rzuciła się Alexa uściskać.
W zasadzie obie mogły się na to zdecydować dokładnie w tym samym
momencie – i na tyle bezceremonialnie, by powalić mężczyznę na ziemię. Nie
zaprotestował, być może zbyt oszołomiony, ale i to wydało się Arianie mało
istotne. Był tutaj, z kolei Mary żyła i…
– A to
ciekawe. Tak swoją drogą, dobry wieczór, księżniczko. – Męski głos wyrwał ją
z zamyślenia. Instynktownie poderwała głowę, spoglądając wprost
w błękitne oczy wciąż podtrzymującego Carlosa Asmodeusza. Spojrzenie
nieśmiertelnego na krótką chwilę spoczęło również na Mary, ale prawie
natychmiast odwrócił od niej wzrok. – Nie chcę wam przerywać, ani nic
z tych rzeczy, ale mamy do pogadania… Ale zdecydowanie nie w tym
miejscu.
Mówił
swobodnym tonem, tak lekko i radośnie, jakby właśnie dyskutowali
o pogodzie. Nie wyglądał na szczególnie przejętego tym, że dziewczyna,
która powinna być martwa, nagle się obudziła, a tym bardziej że wciąż
podtrzymywał Carlosa. Już samo to wystarczyło, by wytrącić Arianę z równowagi,
w niemalże brutalny sposób sprowadzając na ziemię.
Poderwała
się gwałtownie, ślizgając na wciąż pokrywającej trawę krwi.
– Co się
stało? – wyrzuciła z siebie na wydechu. Miała ochotę krzyczeć,
a jednak jej głos zabrzmiał słabo i ledwo słyszalnie. – Carlos… –
zaczęła, ale Asmodeusz zdecydował się jej przerwać.
– Mówiłem
mu, że nie mam pojęcia, co się stanie. Ale skoro prosił… Świat zawsze dąży do
równowagi.
Przez
chwilę poczuła się, jakby ktoś ją uderzył. Bezwiednie zacisnęła dłonie
w pięści – tak mocno, że cudem nie połamała sobie przy tym palców.
–
Równowagi? – Wzdrygnęła się, słysząc za plecami spięty głos Jasona. Nerwowo
spojrzała najpierw na niego, a później na stojącego kawałek dalej,
trzymającego w ramionach nieprzytomną Nadię Michaela. Ten drugi unikał
spoglądania na kogokolwiek, a już zwłaszcza unieruchomioną Skyler. –
O czym mówisz? Co z mim bratem?
Zabrzmiał
na przejętego, ale to nie wydało się Arianie dziwne. Jason mógł mówić co
chciał, a tym bardziej regularnie wyklinać Carlosa kilka pokoleń wstecz,
ale jedno było oczywiste: wciąż pozostawali braćmi. Chciał tego czy nie,
najwyraźniej wciąż się o niego troszczył.
I ona
również.
Równowaga…
Strach
powrócił i to ze zdwojoną siłą. Do cholery, jak miała to rozumieć?
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie
chociażby słowa. Zbytnio niepokoiła ją myśl, która jak na zawołanie pojawiła
się w jej umyśle – zbyt przerażająca i po prostu niemożliwa,
zwłaszcza że Mary…
– Zaraz. –
Głos przyjaciółki doszedł do niej jakby z oddali. Wyczuła, że ta się
poruszyła, próbując się podnieść, choć przyszło jej to z wyraźnym trudem.
W zasadzie gdyby nie Alex, na którym zawisła, by mieć szansę odzyskać
równowagę, jak nic z powrotem wylądowałaby na ziemi. – Co się stało? Ja… –
Urwała, niezdolna dokończyć myśli. – Boże, ta cała krew… Ja przecież…
Nie musiała
patrzeć na dziewczynę, by pojąć, że ta zrozumiała. Wystarczyło, że wyraźnie
usłyszała jak serce Mary zamiera, by po chwili zacząć trzepotać się
w niemalże rozpaczliwy sposób, zupełnie jakby chciało udowodnić wszystkim
wokół, że było żywe. Że ona taka była. Metaliczny posmak na języku jasno
uświadomił Arianie, że przyjaciółka ledwo panowała nad przerażeniem, choć
uczucie to równie dobrze mogło należeć do niej samej. Bała się, choć wcale tego
nie chciała.
– Cóż,
jeśli Bóg miał z tym jakiś związek, to okazał się wyjątkowo łaskawy. –
Asmodeusz westchnął przeciągle. – To nie to, co myślicie, okej? Nie umarł za
ciebie, dziecino – dodał, a Mary aż się zapowietrzyła.
–
A mógł?! – obruszyła się. Zachwiała się, wciąż roztrzęsiona i bliska
omdlenia. Jeśli Ariana miała być ze sobą szczera, czuła się niewiele lepiej. –
Zresztą nieważne! Jak to za mnie!?
Nie miała
pojęcia, skąd w ogóle brała siłę na to, żeby krzyczeć. Przerażona czy nie,
nagle zaczęła się miotać, nie pierwszy raz zachowując jak uwięzione
w klatce zwierzę. Zielone oczy zabłysły gniewem, choć to przerażenie
wysunęło się na pierwszy plan.
– Za dużo
emocji – mruknął Upadły, wznosząc oczy ku górze.
W tamtej
chwili również Ariana zapragnęła na niego warknąć.
– Asme… –
zaczęła, a mężczyzna uśmiechnął się smutno, natychmiast przenosząc na nią
wzrok.
–
Pamiętasz. – Z uznaniem skinął jej głową. – Możesz zwracać się do mnie
Noel, ale nie nalegam. Aczkolwiek sądzę, że to imię brzmi mniej…
problematycznie.
Prychnęła,
przez chwilę nie mając pewności czy się śmiać, czy płakać. Każde demoniczne
imię brzmiało źle, w szczególności dla kogoś obeznanego w temacie.
Ktoś, kto przy pierwszej okazji przedstawiłby się jako istota rodem
z piekła, w najlepszym wypadku zostałby uznany za szaleńca.
– Mogę
mówić do ciebie jakkolwiek zechcesz, o ile w końcu mi odpowiesz –
warknęła Ariana. – Co tu się stało? On nie… – zaczęła, wpatrując się
w Carlosa.
– Och,
żyje. W ogóle jakby to było coś dziwnego – żachnął się Asmodeusz. Albo
raczej Noel. Musiała przywyknąć do nowych wcieleń jego i Amy, ale to było
co najmniej problematyczne, tym bardziej że jej myśli raz po raz rozpraszało
coś zgoła innego. – Zawsze był zdecydowanie zbyt uparty.
– Noel!
Mężczyzna
uniósł brwi.
– Mam to
uznać za rozkaz czy prośbę? Z całym szacunkiem do ciebie, Ariano, ale na
takie rozmowy jeszcze przyjdzie czas.
To zamknęło
jej usta. Zamilkła, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Czy on
właśnie mi odmówił?, pomyślała w oszołomieniu i jakaś jej cząstka
zapragnęła porządnie nim potrząsnąć. Kiedyś by to zrobiła, nie wyobrażając
sobie, że ktokolwiek miałby traktować ją w ten sposób.
Właśnie
wtedy jej spojrzenie spoczęło na Samaelu. Frustracja momentalnie zniknęła,
a Ariana rozluźniła się, walcząc o zachowanie zdrowego rozsądku.
Asme miał
rację. Zwykle dobrze jej radził, choć nie zawsze chciała słuchać. No
i zarówno Nole, jak i Megan, wydawali się stać po jej stronie,
a to o czymś świadczyło.
Zamknęła
oczy. Mętlik w głowie coraz bardziej dawał jej się we znaki, skutecznie doprowadzając
do szału.
Za dużo.
Tego po prostu jest za dużo…
I właśnie
wtedy go wyczuła. Wyprostowała się niczym struna, zamierając i z trudem
powstrzymując zaskoczony okrzyk. Przez chwilę poczuła się tak, jakby do jej
krwiobiegu wstrzyknięto lodowatą wodę, przy okazji skutecznie przyprawiając o dreszcze.
–
Najdroższa? – doszło ją jakby z oddali.
Miała
wrażenie, że zwracał się do niej ktoś jeszcze, ale to głos Samaela okazał się
najwyraźniejszy, zwłaszcza że mężczyzna jak na zawołanie zmaterializował się
tuż obok niej. Nie zaprotestowała, kiedy wziął ją w ramiona, ujmując jej
twarz w obie dłonie i przymuszając do tego, by spojrzała mu
w oczy. Jego własne – znajome, intensywnie niebieskie i tak
przenikliwe, że aż poczuła się nieswojo – dosłownie przeszywały ją na wskroś.
– Wyczuł,
że coś jest nie tak – oznajmiła pod wpływem impulsu, nie odrywając wzroku od
obejmującego ją mężczyzny. – Mój ojciec. Jestem pewna, że wkrótce się tu
pojawi… I to najpewniej nie sam.
Brwi
Samaela powędrowały ku górze.
–
Osobiście? – zapytał z niedowierzaniem. – Niech to szlag…
Nawet się
nie skrzywiła. Przekleństwa wydawały się w pełni uzasadnione, nie
wspominając o tym, że na usta cisnęła jej się cała wiązanka.
– Mówiłem,
że to zły moment – wtrącił ze swojego miejsca Noel. Jego spokój coraz bardziej
drażnił Arianę, ale powstrzymała się od komentarza. – Nie wiem jak wy, ale my
się stąd zbieramy.
– Ale co
z…?
Nie miała
okazji, żeby dokończyć. Jedynie bezradnie spojrzała na Michaela, bynajmniej nie
zaskoczona tym, że ten wciąż wyglądał na obojętnego, wyraźnie unikając
czyjegokolwiek wzroku.
Noel
jedynie potrząsnął głową.
– Niczego
z nią teraz nie zrobimy… A ja nie zaryzykuję sprowadzenia sobie pod
dach kochanicy Lucyfera – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Możecie albo
przystać na moje warunki, albo działać na własną rękę. Nie ukrywam, że liczę na
to pierwsze, więc… Ach, Meg pokaże wam sztuczkę – rzucił, z błyskiem
w oczach spoglądając na milczącą kobietę.
Ariana nie
odpowiedziała. Spojrzała na wciąż obejmującego ją Sameala, szukając
jakiejkolwiek pomocy; wskazówki co do tego, co powinna zrobić. Nie chciała przewodzić
– nie, skoro decyzja nie dotyczyła tylko jej – ale mimo wszystko…
A potem
doszedł ją cichy, choć zaskakująco zdecydowany głos Jasona.
– Zmywajmy
się stąd.
To
wystarczyło.
Dzień dobry! Patrzę na nagłówek i tak myślę, że prędzej czy później musiało do tego dojść. Liczę na to, że zbytnio się nie pośpieszyłam i nazywanie Ariany „po imieniu” okaże się w pełni uzasadnione. Trochę mieszania, mało wyjaśnień, ale to tylko kwestia czasu. No i zawsze mogę poczekać na Wasze teorie, prawda? ^^Dziękuję za obecność. Jak zawsze, by jej znaczenie się dla mnie nie zmieniło. Z mojej strony to tyle, więc… do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz