Glina zniknął, ale to było
Carlosowi na rękę. Tak przynajmniej sobie wmawiał, choć sam przecież
poprosił o towarzystwo. Tak naprawdę powinno być mu wszystko jedno,
prawda?
Gdyby miał
opisać jak się czuje, ująłby to bardzo prosto: jak gówno. Nie żeby
doświadczał tego po raz pierwszy, ale nie przypominał sobie, żeby
kiedykolwiek sprawy miały się aż tak źle. Był słaby, ślepy i głuchy…
A przynajmniej tak odbierał świat od chwili, w której jego zmysły
zostały wyłączone.
Może
przesadzał. Przez chwilę niemalże słyszał uporczywy głos Megan, wprost mówiącej,
że dramatyzował. Och, to wcale nie tak, że cokolwiek wiedziała o tym,
czego doświadczał! Ktoś, kto najwyraźniej nigdy nie był człowiekiem, nie miał
prawa tego rozumieć.
Niech to szlag…!
Usłyszał
trzask. Poczuł przeszywający ból, kiedy kieliszek w jego dłoni rozpadł się
na kawałki. Aż syknął, gdy resztki alkoholu dostały się do świeżych
ran. Natychmiast poderwał się na równe nogi, pospiesznie strząsając
szklane odłamki na blat.
– O cholera,
w porządku? – doszło go od strony baru, ale nawet nie spojrzał
na obsługującą go kobietę. Prawda była taka, że niemalże zdążył o niej
zapomnieć.
Odwrócił się
bez słowa, wciskając pokrwawioną dłoń do kieszeni kurtki. Ból nie ustąpił
i wtedy do Carlosa z całą mocą dotarło, że nie miał co
liczyć na magiczne zasklepienie się rany. Jebać to, pomyślał,
nawet nie próbując sprawdzać, jak wyglądało rozcięcie. I tak go nie obchodziło.
Mimo
wyrwania się na zewnątrz, nie poczuł się ani trochę
lepiej. W zasadzie sam nie był pewien, na co liczył, nakłaniając
glinę na wspólne wyjście. Mimo wszystko cieszył się, że zabrał ze sobą
kogoś, kto mógł poprowadzić samochód. Sam czuł się zbyt wzburzony, by mieć
cierpliwość do czegoś tak przyziemnego.
Mętlik w głowie
sprawiał, że Carlos miał ochotę krzyczeć. A potem najlepiej roznieść
pierwszą rzecz, która wpadłaby mu w ręce.
Albo osobę.
– Proszę
pana…?
Nie od razu się
odwrócił. Głos barmanki zaczynał go irytować, zwłaszcza że ta okazała się
całkowicie nieprzydatna. Gdyby przynajmniej potrafiła mu odpowiedzieć, kiedy
zapytał o Tori, to może mógłby spojrzeć na nią bardziej
przychylnie, ale…
Zacisnął
usta, ledwo powstrzymując się od wyrzucenia z siebie całej
wiązanki przekleństw. Zachowując neutralny wyraz twarzy, powoli odwrócił się
i – nie zaszczyciwszy kobiety za barem nawet krótkim spojrzeniem
– zdrową ręką cisnął na blat zwitek pośpiesznie wygrzebanych z kieszeni
banknotów.
– Reszty
nie trzeba – oznajmił obojętnie. Zamierzał odejść, ale w ostatniej
chwili powstrzymał się i dodał coś, co nagle przyszło mu na myśl:
– Ach… Pomyśl o tym, czy na pewno chcesz się tak ubierać.
Niektórzy są nieprzewidywalni.
Nie
obchodziło go, czy zamierzała jakkolwiek zareagować na jego słowa. Co
więcej mógł tylko zgadywać, jak odebrała radę i jego wyraz twarzy.
Mimo wszystko był gotów przysiąc, że kiedy się wycofywał, kobieta
pospiesznie zapinała górny guzik koszuli.
Cholera.
Nic nie mógł prowadzić na to, że mimowolnie pomyślał o Mary. Aż
za dobrze pamiętał, jak razem wracali pogrążonym w ciszy miastem,
kiedy zdecydował się odprowadzić ją z nocnej zmiany w lokalu. Bar
w tym wypadku wydawał się dużo gorszą alternatywą i choć
pracująca w nim kobieta była Carlosowi obojętna, nie mógł powstrzymać się
przed zwróceniem jej uwagi.
Dopiero
idąc ku wyjściu poczuł wpływ alkoholu. Nie wypił wiele – zaledwie dwa
kieliszki, trzeci przypadkowo zamieniając w stos odłamków – ale najwyraźniej
tyle wystarczyło, żeby zaszumiało mu w głowie. To było dziwne, czuć
smak czystego alkoholu po takim czasie. Carlos już nie pamiętał, co
to oznaczało, przyzwyczajony rozcieńczać trunek we krwi, by w ogóle
mieć szansę się upić.
Teraz
potrzebował o wiele mniej. Mimo wszystko czuł się nieznośnie
świadomy, zwłaszcza gdy do głosu znów doszedł ból. Chłód powietrza nieco
go otrzeźwił, ale nie na tyle, by zdołał zapanować nad mętlikiem
w głowie. Stojąc w progu baru, wyciągnął ranną dłoń z kieszeni i w końcu
na nią spojrzał, mimowolnie krzywiąc się na widok wciąż broczącego
krwią rozcięcia. Więcej świeżej posoki pojawiło się, kiedy zacisnął palce.
Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie widział resztek szkła, ale już
nie ufał swojemu wzroku na tyle, by wziąć to za pewniak.
Więc teraz
tego powinien się spodziewać? Prawie roześmiał się histerycznie,
wciąż wpatrzony w krwawiącą dłoń. Świetnie! Więc nie tylko czuł
się, jakby ktoś zamknął go w próżniowej bańce, odcinając od zmysłów,
ale na dodatek wydawał się bardziej kruchy niż chińska
porcelana.
Niech to szlag!
Niech szlag trafi Noela i…
Ale jej nie potrafił
w to mieszać. Przeciwnie – wciąż czuł ulgę na wspomnienie może i przerażonych,
ale wciąż żywych zielonych oczu. Nie tego się spodziewał,
błagając Noela o pomoc, ale prawda była taka, że w tamtej chwili
nie oczekiwał niczego innego, prócz ocaleniem jej życia.
Czemu?
To pytanie
wisiało między nimi od chwili, w której widzieli się po raz
ostatni, ale wciąż nie potrafił na nie odpowiedzieć. Prawda była
taka, że nie rozumiał bardzo wielu rzeczy.
Była
jeszcze Tori, która zdawała się dręczyć jego umysł w sposób
równie uciążliwy, co i Mary. Z drugiej strony, próba namierzenia
dziewczyny wydawała się dość wygodną wymówką i sposobem na zajęcie
czymś głowy. Musiałby być naiwny, by wierzyć, że Victoria przed
zniknięciem przesiadywała w barze. A może po prostu potrzebował
czegokolwiek, byleby mieć poczucie, że w ogóle próbował działać. Że mógł
i…
To samo w sobie
brzmiało beznadziejnie. Chcąc nie chcąc odrzucił od siebie niechciane
myśli, w końcu zmuszając do przyznania, że tracił czasu. Och, no
i jak zwykle zachowywał się jak egoista. W zasadzie sam nie był
pewien, co w tym wszystko było najgorsze – poczucie beznadziei, wątpliwości
czy może świadomość, że osobiście doprowadził do tego, co się działo.
Poświęcenie nieśmiertelności dla Mary w świetle tego, co zrobił, wydawało się
małą ceną, skoro sam doprowadził ją do tego miejsca.
– Carlos!
Zamrugał.
Poderwał głowę w chwili, w której tuż przed nim dosłownie wyrósł
Alexander. Carlos skrzywił się, mimowolnie wzdrygając. Znów uderzyła go skąpość
zmysłów, zwłaszcza że przez moment miał wrażenie, że glina poruszał się z nienaturalną
wręcz prędkością.
– Co?! –
warknął. Wyprostował się niczym struna, próbując ukryć jakiekolwiek oznaki
tego, że cokolwiek mogło go zaskoczyć. Wciąż miał wrażenie, że jego ruchy
są spowolnione. – Nie zachodź mnie tak! Ja…
Urwał.
Dopiero w tamtej chwili dotarło do niego, że coś było nie tak.
Kilka rzeczy uderzyło go niemalże w tym samym momencie, choć nie od razu
je nazwał. Potrzebował chwili, by pojąć, że mężczyzna przed nim wyglądał
blado. Jakby tego było mało, trzymał się za bok i…
Przemknął
tuż obok Alexa. Nerwowo powiódł wzrokiem po ulicy, ale prócz zaparkowanego
samochodu, nie dostrzegł niczego więcej.
– Co się
stało? – ponaglił, bez wahania decydując się przejść do rzeczy.
Może i los
zdecydował się z niego zakpić, na dodatek w zdecydowanie
nieśmieszny sposób, ale Carlos wciąż miał doświadczenie. To i intuicję,
której za wszelką cenę próbował się trzymać.
– To ja się
pytam – mruknął Alex. Z perspektywy Carlosa poruszał się bezszelestnie.
– Nie słyszałeś niczego? Ta kobieta…
– Jaka
znowu…?
– Ta, którą
prawie zabiła Alyssa i… Cholera, nie wiem! – Alex potrząsnął głową. – Coś
tu było. Chyba, chociaż niczego nie widziałem i… A potem
pojawiła się ona. Stwierdziła, że musi ze mną pogadać, a potem
uciekła, jakby się za nią paliło. Zabij mnie, a i tak nie zrozumiem.
Może mówił
coś jeszcze. Mógł, jednak Carlos i tak go nie słuchał. Przez chwilę
wpatrywał się w przestrzeń, nim bezceremonialnie odwrócił się do mężczyzny,
by pochwycić go za przód kurtki. To było niczym impuls, któremu
po prostu się podporządkował, ani przez moment nie biorąc
pod uwagę, że Alexander z łatwością mógłby mu się wyrwać.
– Co
takiego? Chodzi o Skyler? – wyrzucił z siebie na wydechu. –
Widziałeś Skyler?!
– Możesz
mną nie szarpać? Wiedziałem, że pójście z tobą to zły pomysł i…
– Nie przerywaj
mi, tylko odpowiedz! Gdzie ona poszła? – ponaglił, wzmagając uścisk.
Tym razem
Alex zareagował. Carlos skrzywił się, kiedy mężczyzna tak po prostu
odtrącił jego rękę. Dopiero wtedy zauważył ślady własnej krwi na ubraniu
gliny, ale zdecydował się tego nie komentować. Sam
zainteresowany również zauważył jakiekolwiek uwagi dla siebie, choć jego brwi
nieznacznie uniosły się ku górze, gdy dostrzegł ranę.
– Nie szarp
mną, bo i tak ci nie powiem. Gdzieś w tamtą stronę – wyjaśnił
Alex, machając ręką w odpowiednim kierunku – chociaż równie dobrze mogła
rozpłynąć się w powietrzu i… – Urwał. Raz jeszcze potrząsnął głową. –
Jesteśmy na Alasce. Ona też. Jak, do cholery?
– Jeśli to wciąż się
dziwi, to znaczy, że za mało wypiłeś – wymamrotał, uciekając wzrokiem
gdzieś w bok.
Odsunął
się, nie chcąc ryzykować, że znów go poniesie. Uświadomił sobie, że Alex
wciąż mu się przypatruje, ale po wyrazie jego twarzy nie potrafił
stwierdzić, co tak naprawdę działo się w jego głowie. Nie żeby
to miało jakiekolwiek znacznie, choć pełna napięcia cisza, która temu
towarzyszyła, jedynie wszystko komplikowała.
Skyler. Tak szybko,
na dodatek w tym miejscu… Jakim cudem? Czegokolwiek nie mówił,
podzielał pytanie gliny. Z drugiej strony, może faktycznie nie powinni
być zaskoczeni. Sam dopiero co odkrywał zdolności, które przez tyle czasu skrywali
Noel i Megan.
Cholerne
upadłe anioły…
Potrzebował
informacji, nieważne czy zamierzali do czegokolwiek się przyznać.
Kto wie, może w grę wchodził sam Lucyfer, ale…
– …
słuchasz mnie…? Hej!
– Nie –
oznajmił w przypływie szczerości.
Przestąpił
naprzód, nie będąc w stanie biernie tkwić w miejscu. Taki przynajmniej
miał plan, bo kiedy emocje opadły, do głosu znowu doszło zmęczenie i nadmiar
alkoholu. Carlos zachwiał się, odzyskując równowagę wyłącznie dzięki temu, że
cudza dłoń w porę chwyciła go pod ramię. Natychmiast spróbował się
odsunąć, ale uścisk nie zniknął, w zamian przybierając na sile.
– Wracamy.
W tej chwili – oznajmił bez ogródek Alex.
Carlos
prychnął. Spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego,
że akurat ten facet będzie wydawał mu polecenia. Otworzył usta, gotowy
zaprotestować, ale coś w spojrzeniu gliny sprawiło, że ostatecznie z tego
zrezygnował.
– Najpierw
mnie puść – zażądał.
Wyprostował
się, pilnując, by nie zachwiać w drodze do auta. Gdyby
sytuacja była normalna, bez wahania ruszyłby w ślad za Skyler.
Co prawda wytropienie demonicy nadal pozostawałoby wyzwaniem, ale wiele
mogłoby ułatwić to, że przywłaszczyła sobie ciało Eleonory. Gdyby ją znalazł,
miałby szansę dowiedzieć się czegoś sensownego, choćby na temat tego,
co działo się z Tori. O tym, że pozostawał wiele winny
Michaelowi, pozostawało sprawą drugorzędną.
Tyle że
sytuacja nie miała w sobie nic normalnego. Nie chodziło już
nawet o to, że w najlepszym przypadku Skyler zabiłaby go śmiechem,
gdyby zobaczyła, co się z nim stało.
Zatrzasnął
drzwi tak, że aż zagrzechotały szyby. Wbił wzrok w sufit samochodu,
próbując zignorować fakt, że obraz nieznacznie rozmazywał mu się przed
oczami. Alkohol czy utrata krwi…? Podejrzewał, że oba, ale nie miał
pewności. Wiedział jedynie, że tym bardziej nie nadawał się na spotkanie
z jakimkolwiek demonem.
– Wiesz, że
krwawisz? – zapytał wprost Alex, zajmując miejsce za kierownicą.
– Nie pierdol,
tylko jedź.
Glina
wywrócił oczami.
– Powiesz,
co jest grane? – drążył. Jego głos brzmiał coraz bardziej irytująco, może
nawet bardziej niż tamtej barmanki. – Zaatakował mnie demon. Albo nawet
dwa. Ty za to wyglądasz jak siódme nieszczęście, chociaż sądziłem…
– Do diabła,
odpalisz w końcu ten samochód!?
Alexander
zamilkł. W milczeniu taksował byłego wampira wzrokiem, nie wyglądając
na chętnego, żeby dać za wygraną. Być może wszystko sprowadzało się
do alkoholu, ale Carlos mimochodem pomyślał, że facet był bystry. Co
prawda nie zamierzał przyznać tego na głos, ale jednak. Świadomy
czy nie, glina miał głowę na karku – i zauważał więcej niż
powinien.
Milczenie
przeciągało się. Po prostu siedzieli w ciszy, Carlos wciąż wzburzony.
Gniew mimo wszystko miał swoje dobre strony, choć odrobinę rozjaśniając mu w głowie.
Co prawda to również niczego nie ułatwiało, ale i tak uchwycił się
tego uczucia, próbując wziąć się w garść.
– Wiem, że
to nie twój samochód, ale trzymaj. Och… No i wciąż wisisz
mi wyjaśnienia – zapowiedział w końcu mężczyzna.
Carlos bez słowa
przyjął podsunięty mu skrawek materiału. Z zaciekawieniem spojrzał na swojego
towarzysza, jednocześnie owijając dłoń chusteczką. Taki gest był raczej
czymś, czego spodziewał się po Mickiem, choć brat pewnie dodatkowo
zafundowałby mu cały wykład. Nie żeby to było takie złe, skoro miał
raczej powody, by porządnie Carlosowi przyłożyć, ale…
Zauważył,
że Alex pochylił się, by spróbować odpalić samochód. Uporanie się z mechanizmem
bez użycia kluczyków przyszło mu zdecydowanie zbyt łatwo jak na kogoś,
kto pracował w policji.
Ale
przynajmniej milczał. Przez całą drogę nie odezwał się choćby słowem,
co okazało się miłym ustępstwem. Tylko tymczasowym, ale jednak.
Mniej
więcej wtedy – wciąż pod wpływem alkoholu, zły, całkowicie skołowany i w
tak dziwnych warunkach – Carlos z czystym sumieniem doszedł do wniosku,
że zaczynał lubić tego glinę.
~*~
– Poszaleliście! Obaj!
Zwłaszcza ty!
Megan
naskoczyła na nich zanim w ogóle zdążyli otworzyć drzwi do samochodu.
To nie był pierwszy raz, kiedy Carlos widział ją zdenerwowaną. Ba!
Wiedział, że gdyby miała taką ochotę, mogłaby sprawić, że szyby w oknach
eksplodowałyby za sprawą jej krzyku. Mimo wszystko słuchanie oskarżeń
samo w sobie okazało się bolesnym doświadczeniem.
Pierwszy
zdecydował się wysiąść. Przytrzymał się drzwiczek, nim ostatecznie
uchwycił równowagę i – stając się przybrać obojętny wyraz twarzy –
stanął naprzeciwko kobiety. Dobrze znał sposób, w jaki miotała się na prawo
i lewo. Nie zaskoczyło go nawet to, że już na wstępie skupiła się
właśnie na nim.
–
Skończyłaś już? – zapytał, ale w ten sposób jedynie bardziej ją rozjuszył.
– Żartujesz
sobie? Carlos! – jęknęła, wyrzucając obie ręce ku górze. – Zawsze to robisz.
Do diabła, nie możesz być poważny? Mam gdzieś to, że ukradłeś
samochód, ale… – Nagle urwała. Jej oczy pociemniały, kiedy zmierzyła go
wzrokiem. – Po pierwsze, jesteś pijany. Po drugie… Czy to krew?
– Jakbyś w ogóle
musiała pytać – rzucił niedbałym tonem.
Zignorowała
przytyk. Nagle zmaterializowała się tuż obok, naskakując na niego tak gwałtownie,
że aż zatoczył się na ścianę podziemnego garażu. Zauważył błysk jej kłów,
ale przynajmniej nie próbowała rzucić mu się do gardła.
– Co się
stało?
– Sam
chciałbym wiedzieć – wtrącił ze swojego miejsca Alexander, zamykając drzwi po swojej
stronie. – Widzieliśmy Skyler. Tyle wiem, a on…
– On idzie
ze mną – zadecydowała Megan.
Nawet jeśli
wzmianka o Skyler zrobiła na niej wrażenie, nie dała tego po sobie
poznać. W tamtej chwili Carlos po raz kolejny przeklął w duchu
zarówno przytłumione zmysły, jak i ludzkie słabości. Skoro nawet Meg mogła
pomiatać nim na prawo i lewo, jak nic nadszedł czas, żeby strzelił
sobie w łeb. Z dwojga złego oddanie za Mary życia w dosłownym
znaczeniu tego słowa nie było aż tak złą perspektywą…
Początkowo
nie reagował, pozwalając, by Megan wyprowadziła go za sobą na korytarz.
Nie zwracał uwagi na to, gdzie i dlaczego go prowadziła, ale i
tak udało mu się rozpoznać tę część kryjówki, w której mieściła się
większość sypialni. Jeden rzut oka wystarczył, by zidentyfikował pokój,
który zwykle zajmował, kiedy już decydował się zatrzymać w tym
miejscu.
– Są bardziej
subtelne sposoby na zaciągnięcie faceta do sypialni. No i nie wiem,
co na to Noel… – rzucił zaczepnym tonem, siadając na łóżku.
Tyle że
wampirzyca zdecydowanie nie wyglądała na skorą do żartów.
– Jesteś
niepoważny! Carlos, do jasnej cholery… – Zacisnęła usta. Stanęła tuż przed
nim, blada i wyraźnie zmartwiona. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że
chodziło o coś więcej niż tylko to, że mogłaby być na niego zła.
– Znikasz, kiedy nie mamy pojęcia, na czym stoimy. Na dodatek
nie sam i w takim stanie. Myślisz, że co ja sobie
pomyślałam?
– W jakim
stanie? – rzucił bez przekonania, choć dobrze wiedział do czego
zmierzała.
Znów się
przemieściła, tym razem po to, żeby chwycić go za rękę. Pociemniałymi
oczami spojrzała na wciąż świeżą ranę.
– Takim –
oznajmiła wprost. – Do diabła z tym, co się stało, bo do tego
dojdziemy. Mogę zrozumieć wiele rzeczy, ale… Cholera, po prostu przestań
zachowywać się jak dziecko. Zwłaszcza teraz. Ty…
Wyrwał się
z jej uścisku. Pozwoliła mu na to, cofając o krok i zaplatając
ramiona na piersiach. Przez twarz Meg przemknął cień. Wpatrywała się
w niego w ten jakże irytujący sposób, już nie tyle przywodząc mu
na myśl zdrowy rozsądek, co rozczarowaną matkę. I choć dobrze
rozumiał jej wzburzenie, nie miał cierpliwości, by przyjmować
to, co robiła.
– Jestem
człowiekiem. Tak, zrozumiałem! Uwierz mi, że czuję to aż za dobrze! –
zniecierpliwił się. Poderwał się na równe nogi, by móc zrównać się
ze stojącą tuż przed nim wampirzycą. – Noel też wyjaśnił to za dobrze.
Nie potrzebuję przypomnienia.
–
Najwyraźniej tak, skoro…
– Daruj
sobie. Mówię poważnie, Megan – warknął, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo.
– Musiałem odreagować. I… szukałem Tori – dodał łagodniej.
Zwiesiła
ramiona. Zauważył, że krew odpłynęła jej z twarzy. Miał wrażenie, że
tych kilka słów wystarczyło, by uszło z niej całe napięcie. W normalnym
wypadku poczułby satysfakcję, widząc jak Megan tak po prostu się
wycofuje, ale w tamtej chwili nie poczuł niczego. Cóż,
przynajmniej nie to, czego mógłby oczekiwać. Zamiast satysfakcji czy ulgi,
towarzyszyło mu tylko wyraźniejsze niż wcześniej poczucie beznadziei.
– Tori… –
powtórzyła niczym echo. – Więc wiesz. Ja…
–
Zadzwoniła do mnie – przyznał nim zdążył ugryźć się w język.
– Co
takiego…?
Zbył to pytanie
milczeniem. Nie, to zdecydowanie nie była rozmowa, którą chciał
prowadzić po pijaku i ze wzburzoną Meg.
– Potem ci powiem.
To… skomplikowane – przyznał wymijająco. – Najlepiej przy księżniczce. Wolałbym się
nie powtarzać.
Nie
wyglądała na przekonaną, ale skinęła głową. Przyjął to z ulgą,
w gruncie rzeczy do ostatniej chwili spodziewając się nacisków i pytań.
Ale to przecież
była Megan. Jeśli coś w niej cenił to zdecydowanie fakt, że nawet
wybuch trzeciej wojny nie wytrąciłby jej z równowagi, zwłaszcza
gdy w grę wchodziła poważna sytuacja. Mogła się rzucać, mogła go
wyklinać, ale wciąż zachowywała zdrowy rozsądek.
Przynajmniej
na razie. Wątpił, by dalej tak było, kiedy już opowie jej o telefonie
Victorii.
Zdecydowanie
nie w ten sposób chciał sprawdzać, jak mogłaby zachować się nadopiekuńcza
Megan.
Cóż,
przynajmniej na razie to miało poczekać. Kilka dodatkowych godzin i
tak nie miało żadnego z nich zbawić…
– Wciąż
krwawisz – zauważyła cicho Megan. Przesunęła się bliżej, tym razem w pełni
ludzkim tempem. – Mogę?
Bez słowa
podał jej rękę. Kątem oka obserwował jak przysuwa usta do rany, by przesunąć
koniuszkiem języka po rozcięciu. Przymknęła oczy, przez chwilę rozkoszując
słodyczą krwi.
Kąciki jej ust
nieznacznie się uniosły.
– Nie wypiłeś
dużo… No, nie wydaje mi się – rzuciła zaczepnym tonem. – Masz słabą
głowę, Carlos.
– Zamknij
się.
Parsknęła
nieco wymuszonym śmiechem. Kiedy poluzowała uścisk, rana już nie krwawiła,
zamknięta dzięki właściwościom wampirzej śliny. Nie skomentował tego nawet
słowem, ale Megan nie oczekiwała podziękowań.
– Doprowadź się
do porządku. Zobaczę jak sytuacja, no i co z człowiekiem… –
Przystanęła w progu, po czym obejrzała przez ramię. – Wydaje mi się,
czy nie wspomniałeś mu, że ty…?
– Nie.
Megan
westchnęła.
– Jak
uważasz. Idę szukać Noela.
Nie
zatrzymał jej. Kiedy wyszła, opadł na łóżko. Spojrzał na swoją dłoń,
wzrokiem śledząc wciąż dostrzegalny ślad po rozcięciu.
Jednego był pewien: zamierzał wyzbyć się człowieczeństwa tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz