27 października 2021

Rozdział X

Carlos

Glina zniknął, ale to było Carlosowi na rękę. Tak przynajmniej sobie wmawiał, choć sam przecież poprosił o towarzystwo. Tak naprawdę powinno być mu wszystko jedno, prawda?

Gdyby miał opisać jak się czuje, ująłby to bardzo prosto: jak gówno. Nie żeby doświadczał tego po raz pierwszy, ale nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek sprawy miały się aż tak źle. Był słaby, ślepy i głuchy… A przynajmniej tak odbierał świat od chwili, w której jego zmysły zostały wyłączone.

Może przesadzał. Przez chwilę niemalże słyszał uporczywy głos Megan, wprost mówiącej, że dramatyzował. Och, to wcale nie tak, że cokolwiek wiedziała o tym, czego doświadczał! Ktoś, kto najwyraźniej nigdy nie był człowiekiem, nie miał prawa tego rozumieć.

Niech to szlag…!

Usłyszał trzask. Poczuł przeszywający ból, kiedy kieliszek w jego dłoni rozpadł się na kawałki. Aż syknął, gdy resztki alkoholu dostały się do świeżych ran. Natychmiast poderwał się na równe nogi, pospiesznie strząsając szklane odłamki na blat.

– O cholera, w porządku? – doszło go od strony baru, ale nawet nie spojrzał na obsługującą go kobietę. Prawda była taka, że niemalże zdążył o niej zapomnieć.

Odwrócił się bez słowa, wciskając pokrwawioną dłoń do kieszeni kurtki. Ból nie ustąpił i wtedy do Carlosa z całą mocą dotarło, że nie miał co liczyć na magiczne zasklepienie się rany. Jebać to, pomyślał, nawet nie próbując sprawdzać, jak wyglądało rozcięcie. I tak go nie obchodziło.

Mimo wyrwania się na zewnątrz, nie poczuł się ani trochę lepiej. W zasadzie sam nie był pewien, na co liczył, nakłaniając glinę na wspólne wyjście. Mimo wszystko cieszył się, że zabrał ze sobą kogoś, kto mógł poprowadzić samochód. Sam czuł się zbyt wzburzony, by mieć cierpliwość do czegoś tak przyziemnego.

Mętlik w głowie sprawiał, że Carlos miał ochotę krzyczeć. A potem najlepiej roznieść pierwszą rzecz, która wpadłaby mu w ręce.

Albo osobę.

– Proszę pana…?

Nie od razu się odwrócił. Głos barmanki zaczynał go irytować, zwłaszcza że ta okazała się całkowicie nieprzydatna. Gdyby przynajmniej potrafiła mu odpowiedzieć, kiedy zapytał o Tori, to może mógłby spojrzeć na nią bardziej przychylnie, ale…

Zacisnął usta, ledwo powstrzymując się od wyrzucenia z siebie całej wiązanki przekleństw. Zachowując neutralny wyraz twarzy, powoli odwrócił się i – nie zaszczyciwszy kobiety za barem nawet krótkim spojrzeniem – zdrową ręką cisnął na blat zwitek pośpiesznie wygrzebanych z kieszeni banknotów.

– Reszty nie trzeba – oznajmił obojętnie. Zamierzał odejść, ale w ostatniej chwili powstrzymał się i dodał coś, co nagle przyszło mu na myśl: – Ach… Pomyśl o tym, czy na pewno chcesz się tak ubierać. Niektórzy są nieprzewidywalni.

Nie obchodziło go, czy zamierzała jakkolwiek zareagować na jego słowa. Co więcej mógł tylko zgadywać, jak odebrała radę i jego wyraz twarzy. Mimo wszystko był gotów przysiąc, że kiedy się wycofywał, kobieta pospiesznie zapinała górny guzik koszuli.

Cholera. Nic nie mógł prowadzić na to, że mimowolnie pomyślał o Mary. Aż za dobrze pamiętał, jak razem wracali pogrążonym w ciszy miastem, kiedy zdecydował się odprowadzić ją z nocnej zmiany w lokalu. Bar w tym wypadku wydawał się dużo gorszą alternatywą i choć pracująca w nim kobieta była Carlosowi obojętna, nie mógł powstrzymać się przed zwróceniem jej uwagi.

Dopiero idąc ku wyjściu poczuł wpływ alkoholu. Nie wypił wiele – zaledwie dwa kieliszki, trzeci przypadkowo zamieniając w stos odłamków – ale najwyraźniej tyle wystarczyło, żeby zaszumiało mu w głowie. To było dziwne, czuć smak czystego alkoholu po takim czasie. Carlos już nie pamiętał, co to oznaczało, przyzwyczajony rozcieńczać trunek we krwi, by w ogóle mieć szansę się upić.

Teraz potrzebował o wiele mniej. Mimo wszystko czuł się nieznośnie świadomy, zwłaszcza gdy do głosu znów doszedł ból. Chłód powietrza nieco go otrzeźwił, ale nie na tyle, by zdołał zapanować nad mętlikiem w głowie. Stojąc w progu baru, wyciągnął ranną dłoń z kieszeni i w końcu na nią spojrzał, mimowolnie krzywiąc się na widok wciąż broczącego krwią rozcięcia. Więcej świeżej posoki pojawiło się, kiedy zacisnął palce. Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie widział resztek szkła, ale już nie ufał swojemu wzroku na tyle, by wziąć to za pewniak.

Więc teraz tego powinien się spodziewać? Prawie roześmiał się histerycznie, wciąż wpatrzony w krwawiącą dłoń. Świetnie! Więc nie tylko czuł się, jakby ktoś zamknął go w próżniowej bańce, odcinając od zmysłów, ale na dodatek wydawał się bardziej kruchy niż chińska porcelana.

Niech to szlag! Niech szlag trafi Noela i…

Ale jej nie potrafił w to mieszać. Przeciwnie – wciąż czuł ulgę na wspomnienie może i przerażonych, ale wciąż żywych zielonych oczu. Nie tego się spodziewał, błagając Noela o pomoc, ale prawda była taka, że w tamtej chwili nie oczekiwał niczego innego, prócz ocaleniem jej życia.

Czemu?

To pytanie wisiało między nimi od chwili, w której widzieli się po raz ostatni, ale wciąż nie potrafił na nie odpowiedzieć. Prawda była taka, że nie rozumiał bardzo wielu rzeczy.

Była jeszcze Tori, która zdawała się dręczyć jego umysł w sposób równie uciążliwy, co i Mary. Z drugiej strony, próba namierzenia dziewczyny wydawała się dość wygodną wymówką i sposobem na zajęcie czymś głowy. Musiałby być naiwny, by wierzyć, że Victoria przed zniknięciem przesiadywała w barze. A może po prostu potrzebował czegokolwiek, byleby mieć poczucie, że w ogóle próbował działać. Że mógł i…

To samo w sobie brzmiało beznadziejnie. Chcąc nie chcąc odrzucił od siebie niechciane myśli, w końcu zmuszając do przyznania, że tracił czasu. Och, no i jak zwykle zachowywał się jak egoista. W zasadzie sam nie był pewien, co w tym wszystko było najgorsze – poczucie beznadziei, wątpliwości czy może świadomość, że osobiście doprowadził do tego, co się działo. Poświęcenie nieśmiertelności dla Mary w świetle tego, co zrobił, wydawało się małą ceną, skoro sam doprowadził ją do tego miejsca.

– Carlos!

Zamrugał. Poderwał głowę w chwili, w której tuż przed nim dosłownie wyrósł Alexander. Carlos skrzywił się, mimowolnie wzdrygając. Znów uderzyła go skąpość zmysłów, zwłaszcza że przez moment miał wrażenie, że glina poruszał się z nienaturalną wręcz prędkością.

– Co?! – warknął. Wyprostował się niczym struna, próbując ukryć jakiekolwiek oznaki tego, że cokolwiek mogło go zaskoczyć. Wciąż miał wrażenie, że jego ruchy są spowolnione. – Nie zachodź mnie tak! Ja…

Urwał. Dopiero w tamtej chwili dotarło do niego, że coś było nie tak. Kilka rzeczy uderzyło go niemalże w tym samym momencie, choć nie od razu je nazwał. Potrzebował chwili, by pojąć, że mężczyzna przed nim wyglądał blado. Jakby tego było mało, trzymał się za bok i…

Przemknął tuż obok Alexa. Nerwowo powiódł wzrokiem po ulicy, ale prócz zaparkowanego samochodu, nie dostrzegł niczego więcej.

– Co się stało? – ponaglił, bez wahania decydując się przejść do rzeczy.

Może i los zdecydował się z niego zakpić, na dodatek w zdecydowanie nieśmieszny sposób, ale Carlos wciąż miał doświadczenie. To i intuicję, której za wszelką cenę próbował się trzymać.

– To ja się pytam – mruknął Alex. Z perspektywy Carlosa poruszał się bezszelestnie. – Nie słyszałeś niczego? Ta kobieta…

– Jaka znowu…?

– Ta, którą prawie zabiła Alyssa i… Cholera, nie wiem! – Alex potrząsnął głową. – Coś tu było. Chyba, chociaż niczego nie widziałem i… A potem pojawiła się ona. Stwierdziła, że musi ze mną pogadać, a potem uciekła, jakby się za nią paliło. Zabij mnie, a i tak nie zrozumiem.

Może mówił coś jeszcze. Mógł, jednak Carlos i tak go nie słuchał. Przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń, nim bezceremonialnie odwrócił się do mężczyzny, by pochwycić go za przód kurtki. To było niczym impuls, któremu po prostu się podporządkował, ani przez moment nie biorąc pod uwagę, że Alexander z łatwością mógłby mu się wyrwać.

– Co takiego? Chodzi o Skyler? – wyrzucił z siebie na wydechu. – Widziałeś Skyler?!

– Możesz mną nie szarpać? Wiedziałem, że pójście z tobą to zły pomysł i…

– Nie przerywaj mi, tylko odpowiedz! Gdzie ona poszła? – ponaglił, wzmagając uścisk.

Tym razem Alex zareagował. Carlos skrzywił się, kiedy mężczyzna tak po prostu odtrącił jego rękę. Dopiero wtedy zauważył ślady własnej krwi na ubraniu gliny, ale zdecydował się tego nie komentować. Sam zainteresowany również zauważył jakiekolwiek uwagi dla siebie, choć jego brwi nieznacznie uniosły się ku górze, gdy dostrzegł ranę.

– Nie szarp mną, bo i tak ci nie powiem. Gdzieś w tamtą stronę – wyjaśnił Alex, machając ręką w odpowiednim kierunku – chociaż równie dobrze mogła rozpłynąć się w powietrzu i… – Urwał. Raz jeszcze potrząsnął głową. – Jesteśmy na Alasce. Ona też. Jak, do cholery?

– Jeśli to wciąż się dziwi, to znaczy, że za mało wypiłeś – wymamrotał, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.

Odsunął się, nie chcąc ryzykować, że znów go poniesie. Uświadomił sobie, że Alex wciąż mu się przypatruje, ale po wyrazie jego twarzy nie potrafił stwierdzić, co tak naprawdę działo się w jego głowie. Nie żeby to miało jakiekolwiek znacznie, choć pełna napięcia cisza, która temu towarzyszyła, jedynie wszystko komplikowała.

Skyler. Tak szybko, na dodatek w tym miejscu… Jakim cudem? Czegokolwiek nie mówił, podzielał pytanie gliny. Z drugiej strony, może faktycznie nie powinni być zaskoczeni. Sam dopiero co odkrywał zdolności, które przez tyle czasu skrywali Noel i Megan.

Cholerne upadłe anioły…

Potrzebował informacji, nieważne czy zamierzali do czegokolwiek się przyznać. Kto wie, może w grę wchodził sam Lucyfer, ale…

– … słuchasz mnie…? Hej!

– Nie – oznajmił w przypływie szczerości.

Przestąpił naprzód, nie będąc w stanie biernie tkwić w miejscu. Taki przynajmniej miał plan, bo kiedy emocje opadły, do głosu znowu doszło zmęczenie i nadmiar alkoholu. Carlos zachwiał się, odzyskując równowagę wyłącznie dzięki temu, że cudza dłoń w porę chwyciła go pod ramię. Natychmiast spróbował się odsunąć, ale uścisk nie zniknął, w zamian przybierając na sile.

– Wracamy. W tej chwili – oznajmił bez ogródek Alex.

Carlos prychnął. Spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że akurat ten facet będzie wydawał mu polecenia. Otworzył usta, gotowy zaprotestować, ale coś w spojrzeniu gliny sprawiło, że ostatecznie z tego zrezygnował.

– Najpierw mnie puść – zażądał.

Wyprostował się, pilnując, by nie zachwiać w drodze do auta. Gdyby sytuacja była normalna, bez wahania ruszyłby w ślad za Skyler. Co prawda wytropienie demonicy nadal pozostawałoby wyzwaniem, ale wiele mogłoby ułatwić to, że przywłaszczyła sobie ciało Eleonory. Gdyby ją znalazł, miałby szansę dowiedzieć się czegoś sensownego, choćby na temat tego, co działo się z Tori. O tym, że pozostawał wiele winny Michaelowi, pozostawało sprawą drugorzędną.

Tyle że sytuacja nie miała w sobie nic normalnego. Nie chodziło już nawet o to, że w najlepszym przypadku Skyler zabiłaby go śmiechem, gdyby zobaczyła, co się z nim stało.

Zatrzasnął drzwi tak, że aż zagrzechotały szyby. Wbił wzrok w sufit samochodu, próbując zignorować fakt, że obraz nieznacznie rozmazywał mu się przed oczami. Alkohol czy utrata krwi…? Podejrzewał, że oba, ale nie miał pewności. Wiedział jedynie, że tym bardziej nie nadawał się na spotkanie z jakimkolwiek demonem.

– Wiesz, że krwawisz? – zapytał wprost Alex, zajmując miejsce za kierownicą.

– Nie pierdol, tylko jedź.

Glina wywrócił oczami.

– Powiesz, co jest grane? – drążył. Jego głos brzmiał coraz bardziej irytująco, może nawet bardziej niż tamtej barmanki. – Zaatakował mnie demon. Albo nawet dwa. Ty za to wyglądasz jak siódme nieszczęście, chociaż sądziłem…

– Do diabła, odpalisz w końcu ten samochód!?

Alexander zamilkł. W milczeniu taksował byłego wampira wzrokiem, nie wyglądając na chętnego, żeby dać za wygraną. Być może wszystko sprowadzało się do alkoholu, ale Carlos mimochodem pomyślał, że facet był bystry. Co prawda nie zamierzał przyznać tego na głos, ale jednak. Świadomy czy nie, glina miał głowę na karku – i zauważał więcej niż powinien.

Milczenie przeciągało się. Po prostu siedzieli w ciszy, Carlos wciąż wzburzony. Gniew mimo wszystko miał swoje dobre strony, choć odrobinę rozjaśniając mu w głowie. Co prawda to również niczego nie ułatwiało, ale i tak uchwycił się tego uczucia, próbując wziąć się w garść.

– Wiem, że to nie twój samochód, ale trzymaj. Och… No i wciąż wisisz mi wyjaśnienia – zapowiedział w końcu mężczyzna.

Carlos bez słowa przyjął podsunięty mu skrawek materiału. Z zaciekawieniem spojrzał na swojego towarzysza, jednocześnie owijając dłoń chusteczką. Taki gest był raczej czymś, czego spodziewał się po Mickiem, choć brat pewnie dodatkowo zafundowałby mu cały wykład. Nie żeby to było takie złe, skoro miał raczej powody, by porządnie Carlosowi przyłożyć, ale…

Zauważył, że Alex pochylił się, by spróbować odpalić samochód. Uporanie się z mechanizmem bez użycia kluczyków przyszło mu zdecydowanie zbyt łatwo jak na kogoś, kto pracował w policji.

Ale przynajmniej milczał. Przez całą drogę nie odezwał się choćby słowem, co okazało się miłym ustępstwem. Tylko tymczasowym, ale jednak.

Mniej więcej wtedy – wciąż pod wpływem alkoholu, zły, całkowicie skołowany i w tak dziwnych warunkach – Carlos z czystym sumieniem doszedł do wniosku, że zaczynał lubić tego glinę.

~*~

– Poszaleliście! Obaj! Zwłaszcza ty!

Megan naskoczyła na nich zanim w ogóle zdążyli otworzyć drzwi do samochodu. To nie był pierwszy raz, kiedy Carlos widział ją zdenerwowaną. Ba! Wiedział, że gdyby miała taką ochotę, mogłaby sprawić, że szyby w oknach eksplodowałyby za sprawą jej krzyku. Mimo wszystko słuchanie oskarżeń samo w sobie okazało się bolesnym doświadczeniem.

Pierwszy zdecydował się wysiąść. Przytrzymał się drzwiczek, nim ostatecznie uchwycił równowagę i – stając się przybrać obojętny wyraz twarzy – stanął naprzeciwko kobiety. Dobrze znał sposób, w jaki miotała się na prawo i lewo. Nie zaskoczyło go nawet to, że już na wstępie skupiła się właśnie na nim.

– Skończyłaś już? – zapytał, ale w ten sposób jedynie bardziej ją rozjuszył.

– Żartujesz sobie? Carlos! – jęknęła, wyrzucając obie ręce ku górze. – Zawsze to robisz. Do diabła, nie możesz być poważny? Mam gdzieś to, że ukradłeś samochód, ale… – Nagle urwała. Jej oczy pociemniały, kiedy zmierzyła go wzrokiem. – Po pierwsze, jesteś pijany. Po drugie… Czy to krew?

– Jakbyś w ogóle musiała pytać – rzucił niedbałym tonem.

Zignorowała przytyk. Nagle zmaterializowała się tuż obok, naskakując na niego tak gwałtownie, że aż zatoczył się na ścianę podziemnego garażu. Zauważył błysk jej kłów, ale przynajmniej nie próbowała rzucić mu się do gardła.

– Co się stało?

– Sam chciałbym wiedzieć – wtrącił ze swojego miejsca Alexander, zamykając drzwi po swojej stronie. – Widzieliśmy Skyler. Tyle wiem, a on…

– On idzie ze mną – zadecydowała Megan.

Nawet jeśli wzmianka o Skyler zrobiła na niej wrażenie, nie dała tego po sobie poznać. W tamtej chwili Carlos po raz kolejny przeklął w duchu zarówno przytłumione zmysły, jak i ludzkie słabości. Skoro nawet Meg mogła pomiatać nim na prawo i lewo, jak nic nadszedł czas, żeby strzelił sobie w łeb. Z dwojga złego oddanie za Mary życia w dosłownym znaczeniu tego słowa nie było aż tak złą perspektywą…

Początkowo nie reagował, pozwalając, by Megan wyprowadziła go za sobą na korytarz. Nie zwracał uwagi na to, gdzie i dlaczego go prowadziła, ale i tak udało mu się rozpoznać tę część kryjówki, w której mieściła się większość sypialni. Jeden rzut oka wystarczył, by zidentyfikował pokój, który zwykle zajmował, kiedy już decydował się zatrzymać w tym miejscu.

– Są bardziej subtelne sposoby na zaciągnięcie faceta do sypialni. No i nie wiem, co na to Noel… – rzucił zaczepnym tonem, siadając na łóżku.

Tyle że wampirzyca zdecydowanie nie wyglądała na skorą do żartów.

– Jesteś niepoważny! Carlos, do jasnej cholery… – Zacisnęła usta. Stanęła tuż przed nim, blada i wyraźnie zmartwiona. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że chodziło o coś więcej niż tylko to, że mogłaby być na niego zła. – Znikasz, kiedy nie mamy pojęcia, na czym stoimy. Na dodatek nie sam i w takim stanie. Myślisz, że co ja sobie pomyślałam?

– W jakim stanie? – rzucił bez przekonania, choć dobrze wiedział do czego zmierzała.

Znów się przemieściła, tym razem po to, żeby chwycić go za rękę. Pociemniałymi oczami spojrzała na wciąż świeżą ranę.

– Takim – oznajmiła wprost. – Do diabła z tym, co się stało, bo do tego dojdziemy. Mogę zrozumieć wiele rzeczy, ale… Cholera, po prostu przestań zachowywać się jak dziecko. Zwłaszcza teraz. Ty…

Wyrwał się z jej uścisku. Pozwoliła mu na to, cofając o krok i zaplatając ramiona na piersiach. Przez twarz Meg przemknął cień. Wpatrywała się w niego w ten jakże irytujący sposób, już nie tyle przywodząc mu na myśl zdrowy rozsądek, co rozczarowaną matkę. I choć dobrze rozumiał jej wzburzenie, nie miał cierpliwości, by przyjmować to, co robiła.

– Jestem człowiekiem. Tak, zrozumiałem! Uwierz mi, że czuję to aż za dobrze! – zniecierpliwił się. Poderwał się na równe nogi, by móc zrównać się ze stojącą tuż przed nim wampirzycą. – Noel też wyjaśnił to za dobrze. Nie potrzebuję przypomnienia.

– Najwyraźniej tak, skoro…

– Daruj sobie. Mówię poważnie, Megan – warknął, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. – Musiałem odreagować. I… szukałem Tori – dodał łagodniej.

Zwiesiła ramiona. Zauważył, że krew odpłynęła jej z twarzy. Miał wrażenie, że tych kilka słów wystarczyło, by uszło z niej całe napięcie. W normalnym wypadku poczułby satysfakcję, widząc jak Megan tak po prostu się wycofuje, ale w tamtej chwili nie poczuł niczego. Cóż, przynajmniej nie to, czego mógłby oczekiwać. Zamiast satysfakcji czy ulgi, towarzyszyło mu tylko wyraźniejsze niż wcześniej poczucie beznadziei.

– Tori… – powtórzyła niczym echo. – Więc wiesz. Ja…

– Zadzwoniła do mnie – przyznał nim zdążył ugryźć się w język.

– Co takiego…?

Zbył to pytanie milczeniem. Nie, to zdecydowanie nie była rozmowa, którą chciał prowadzić po pijaku i ze wzburzoną Meg.

– Potem ci powiem. To… skomplikowane – przyznał wymijająco. – Najlepiej przy księżniczce. Wolałbym się nie powtarzać.

Nie wyglądała na przekonaną, ale skinęła głową. Przyjął to z ulgą, w gruncie rzeczy do ostatniej chwili spodziewając się nacisków i pytań.

Ale to przecież była Megan. Jeśli coś w niej cenił to zdecydowanie fakt, że nawet wybuch trzeciej wojny nie wytrąciłby jej z równowagi, zwłaszcza gdy w grę wchodziła poważna sytuacja. Mogła się rzucać, mogła go wyklinać, ale wciąż zachowywała zdrowy rozsądek.

Przynajmniej na razie. Wątpił, by dalej tak było, kiedy już opowie jej o telefonie Victorii.

Zdecydowanie nie w ten sposób chciał sprawdzać, jak mogłaby zachować się nadopiekuńcza Megan.

Cóż, przynajmniej na razie to miało poczekać. Kilka dodatkowych godzin i tak nie miało żadnego z nich zbawić…

– Wciąż krwawisz – zauważyła cicho Megan. Przesunęła się bliżej, tym razem w pełni ludzkim tempem. – Mogę?

Bez słowa podał jej rękę. Kątem oka obserwował jak przysuwa usta do rany, by przesunąć koniuszkiem języka po rozcięciu. Przymknęła oczy, przez chwilę rozkoszując słodyczą krwi.

Kąciki jej ust nieznacznie się uniosły.

– Nie wypiłeś dużo… No, nie wydaje mi się – rzuciła zaczepnym tonem. – Masz słabą głowę, Carlos.

– Zamknij się.

Parsknęła nieco wymuszonym śmiechem. Kiedy poluzowała uścisk, rana już nie krwawiła, zamknięta dzięki właściwościom wampirzej śliny. Nie skomentował tego nawet słowem, ale Megan nie oczekiwała podziękowań.

– Doprowadź się do porządku. Zobaczę jak sytuacja, no i co z człowiekiem… – Przystanęła w progu, po czym obejrzała przez ramię. – Wydaje mi się, czy nie wspomniałeś mu, że ty…?

– Nie.

Megan westchnęła.

– Jak uważasz. Idę szukać Noela.

Nie zatrzymał jej. Kiedy wyszła, opadł na łóżko. Spojrzał na swoją dłoń, wzrokiem śledząc wciąż dostrzegalny ślad po rozcięciu.

Jednego był pewien: zamierzał wyzbyć się człowieczeństwa tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz