– Chwila… – Brwi Ariany
powędrowały ku górze. Zapowietrzyła się, przez chwilę zdolna jedynie patrzeć to na jednego,
to znów na drugiego. – Czy wy jesteście poważni?!
W salonie zapanowała wymowna cisza. Alex pozostał niewzruszony, po prostu spoglądając gdzieś w bok i najwyraźniej próbując udawać, że nie istnieje. Ariana dobrze znała ten wyraz twarzy, o zachowaniu nie wspominając. Nie potrafiła zliczyć, jak często wraz z Mary miały ochotę porządnie mu za to przyłożyć.
Carlos jedynie wywrócił oczami.
– Kolejna – wyrwało mu się.
– Już ich o to pytałam. Mogę pociągnąć temat, jeśli akurat tego sobie życzysz – wtrąciła Amy.
Albo Megan. Ariana wiedziała, że powinna przywyknąć do nazywania jej i Asme imionami, którymi posługiwali się w tym cyklu, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż początkowo sądziła. Zwłaszcza teraz, gdy czuła się sobą, próbując się oswoić z coraz to nowszymi wspomnieniami.
Westchnęła. Rozluźnienie, które poczuła dzięki Samaelowi, zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło.
– Nie chciałem spotkania tylko po to, by słuchać kolejnych wymówek, księżniczko. Mamy sprawy do ogarnięcia – przypomniał zniecierpliwionym tonem Carlos.
– Kiedy cię ostatnio widziałam, byłeś zajęty tym, żeby się nie przekręcić – przypomniała, nim zdążyła ugryźć się w język.
Rzucił jej dziwne, bliżej nieokreślone spojrzenie. Mimo wszystko coś w wyrazie jego twarzy złagodniało, kiedy wysilił się na uśmiech.
– Uważaj, bo pomyślę, że się przejmujesz. – Zbył ją machnięciem ręki. – Wiedziałabyś, gdyby coś mi się stało. Poza tym byłem zajęty ratowaniem twojej przyjaciółki.
Ten argument zamknął jej usta. To i świadomość, że sama potraktowała go niewiele lepiej, bez słowa opuszczając dom. Miała swoje powody, oczywiście, Carlos zaś wciąż pozostawał ni mniej, ni więcej, ale niezwykle irytującym dupkiem, ale… wciąż wiele mu zawdzięczała.
Przestała o tym myśleć w chwili, w której wychwyciła zbliżające się kroki. Wszędzie byłaby w stanie rozpoznać Samaela, mimowolnie uśmiechając się na jego widok. Skinął jej głową, po czym usunął się, by zrobić miejsce Michaelowi i Mary. Ariana odetchnęła, widząc wciąż bladą, ale przynajmniej żywą przyjaciółkę. Krew zniknęła, choć częściowo pozostając zapomnieć o incydencie sprzed ponad doby.
Nadia wślizgnęła się do pokoju na samym końcu. Nie odezwała się nawet słowem, przy pierwszej okazji chowając się w cieniu. Jasne włosy opadły na twarz wampirzycy, częściowo ją przysłaniając.
– Świetnie. Więc są wszyscy – ocenił bez entuzjazmu Carlos. – Ujmę sprawę prosto. Glina prawie został zagryziony przez Skyler, więc reszta pewnie już tutaj dotarła. Tyle, jeśli chodzi o środki bezpieczeństwa.
– Powiedział ten, który sam je złamał – mruknęła Megan.
– Zaraz. Widzieliście Skyler? – zapytał wprost Jason.
Przyczaił się pod ścianą, pojawiając krótko po tym, jak na życzenie Carlosa zdecydowali się zwołać zebranie. Wydawał się spokojny i nienaturalnie wręcz cichy, po prostu biernie obserwując, jak Ariana miota się na prawo i lewo, wyrzucając kolejne wymówki pod adresem jego brata i Alexa. Nawet jeśli dobrze się przy tym bawił, nie dał niczego po sobie poznać.
– Skyler… – powtórzyła Mary. – Ta sama, która…
– To nie tak.
Wszyscy jak na zawołanie spojrzeli na Alexa. Mężczyzna speszył się, ale przynajmniej nie wycofał. W zamian potrząsnął głową, wydając się nad czymś intensywnie myśleć.
– Sam to powiedziałeś, glino – przypomniał mu Carlos. – O kobiecie, więc…
– Najpierw zaatakowało mnie coś innego. Ona najwyraźniej to spłoszyła – wyjaśnił, starannie dobierając słowa.
– Chyba nie rozumiem – przyznał niechętnie Jason.
Megan westchnęła. Skrzyżowała ramiona na piersi, wyraźnie poirytowana.
– Tych dwóch tutaj przy pierwszej okazji poleciało do miasta. Najwyraźniej wpadli na Skyler. – Wzruszyła ramionami. – Problem z demonami polega na tym, że bardzo niewielu z nich zyskało ludzkie ciała. One po prostu istnieją. Albo radzą sobie tak, jak zrobiła to Skyler – dodała i urwała na moment. Ariana z trudem powstrzymała odruchowe pragnienie, by spojrzeć na Michaela. Nawet jeśli żadne z nich tego nie zrobiło, atmosfera momentalnie zgęstniała. – Tak czy siak, to musiało być to. Spłoszyła słabszego od siebie, bo jest najwierniejszą Lucyfera.
Po tych słowach zapadła wymowna cisza. Nie żeby intencje miały tu jakiekolwiek znaczenie, pomyślała Ariana. Wzmianka o ojcu wystarczyła, by zrobiło jej się zimno, zwłaszcza że dobrze wiedziała, że Megan miała rację. Jeśli Skyler pojawiła się w pobliżu, musieli mieć się na baczności.
– Pytanie, co w takim razie z wami.
Poderwała głowę. Nadia nie ruszyła się z miejsca, z uporem spoglądając w ziemię. To, że się odezwała, mogłoby okazać się wyłącznie wrażeniem, ale…
– O co pytasz? – rzuciła bez przekonania Megan.
– O wszystko. Nie jesteś… demonem? – zaryzykowała, w końcu unosząc głowę. – Ty i ten drugi? Czy wszyscy…?
Urwała, ale tak naprawdę nie musiała kończyć. To, co chciała wiedzieć, zdawało się aż nazbyt oczywiste.
– To… nie tak – wtrąciła cicho Ariana. – Amy i Asme…
– Nie ciebie pytam.
Zacisnęła usta. Przez ułamek sekundy poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi, kiedy do głosu doszedł gniew. Gwałtownie zaczerpnęła tchu, próbując się uspokoić. Tak naprawdę nie miała do Nadii pretensji. To, że kobieta mogła być rozżalona, wydawało się aż nazbyt oczywiste, a jednak…
Wyczuła ruch za plecami. Znajome palce jak na zawołanie splotły się z jej własnymi.
– Uważaj na słowa – wyrwało się Samaelowi. – Ona…
– W porządku. – Ariana mocniej chwyciła go za dłoń. Wszystko jest pod kontrolą, przekazała mu mentalnie, po czym ciągnęła dalej, tym razem na głos: – Ma prawo się denerwować.
– Cóż za wyróżnienie. Ktoś w tej rodzinie w końcu daje mi jakieś prawa.
Michael drgnął i zrobił taki ruch, jakby chciał do niej podejść. Zrezygnował, kiedy zwróciła się do niego plecami, gestem nakazując, by trzymał się z daleka.
– Wracając do twojego pytania, to nie. Upadli po prostu wracają w kolejnych cyklach – oznajmiła wprost Megan, jak gdyby nigdy nic decydując się podjąć rozmowę. Ariana była jej za to wdzięczna. – Rodzimy się w ten sposób. Odzyskujemy wspomnienia. Trwamy. Nie potrzebuję cudzego ciała, by dalej istnieć. Wampiryzm to sprzyjające zrządzenie losu, zapewniające nam dodatkowy czas.
– Ach… – Nadia nie wyglądała na przekonaną. Wciąż unikając spoglądania na kogokolwiek, przesunęła się ku wyjściu. – Tylko tyle chciałam wiedzieć.
Nikt nie zatrzymał jej, kiedy wraz z tymi słowami opuściła salę. Przez twarz Meg przemknął cień; wyglądała na zmartwioną.
– Czy ona…?
– Przeżyję. Najwyraźniej musi odegrać scenę raz na jakiś czas – zniecierpliwił się Carlos.
– Carl…
– Tylko bez takich, Mickey. Tak, wiem, lećmy dalej – warknął, wymownie zerkając na starszego brata. – Skyler to pierwsza sprawa. Druga, Ariana wróciła i lepiej, żeby jej nie znaleźli. Po trzecie, wróćmy do Tori, dobrze?
Kim, do diabła jest Tori?, pomyślała, ale nie zadała tego pytania na głos. Czuła, że zaczyna boleć ją głową. Szlag, nie miała cierpliwości do humorów Carlosa, nawet jeśli ten nie zachowywał się inaczej niż zwykle. Co prawda Ariana wyczuwała w nim coś, co nie dawało jej spokoju – rodzaj zmiany, której nie potrafiła sprecyzować – ale mimo wszystko…
Mocniej ścisnęła dłoń Samaela. Przez moment czuła się wręcz tak, jakby tylko jego bliskość zapewniała jej poczucie równowagi. Może i wróciła do siebie, w końcu czując tym, kim była przez cały ten czas, jednak to wciąż ją przytłoczyło. Napięta atmosfera w salonie mówiła sama za siebie.
Michael cierpiał. Jason tylko udawał spokojnego. Nadia… Cóż, wydawała się w najgorszej sytuacji. Ariana aż za dobrze wiedziała, co oznaczało czuć się wykluczonym z czegoś, co bezpośrednio dotykało bliskie osoby.
W porządku?, zmartwił się Sam.
Jedynie potrząsnęła głową. Kątem oka podchwyciła niepewny uśmiech Mary. Przyjaciółka milczała, zaskakująco wręcz spokojna, ale przynajmniej była żywa. W cały tym szaleństwie chociaż to brzmiało jak pozytywny akcent.
– Zostając przy temacie – podjęła, pospiesznie biorąc się w garść – to tak tylko przypomnę, że Eleonora przejęła obowiązki mojej stwórczyni. To może być problem.
Carlos zacisnął usta.
– Jednym z trzech stwórców – poprawił.
– Nie wiem jak ty, ale ja bez problemu mogę wyczuć Arianę. Skoro Skyler tu jest, to mówi samo za siebie – zauważył Samael. – W zasadzie… Byłeś na zewnątrz. Mógłbyś ją odnaleźć, gdybyś nie miał pojęcia o tym miejscu?
– Skąd mam wiedzieć? Ja… – Carlos odwrócił wzrok. – Miałem lepsze zajęcie.
– Jak picie? – sarknął Jason.
– Jak Tori i dwa jebane demony. Mogę w końcu przejść do rzeczy?
– Możesz zacząć uważać na język pod moim dachem – padło w odpowiedzi od strony wejścia.
Carlos parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. Jego spojrzenie jak na zawołanie powędrowało ku Noelowi. Wampir bez pośpiechu podszedł bliżej, bynajmniej nie sprawiając przejętego napiętą atmosferą.
– Naprawdę z tego wszystkiego masz do mnie pretensje akurat o język?
– Mogę doczepić się kradzionego auta, jeśli tak bardzo ci zależy – zaoferował Noel. Nawet nie czekał na odpowiedź, raptownie poważniejąc i zmieniając temat. – Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, nie mamy się czego obawiać. Przynajmniej na razie. Jak długo ja i Megan dbamy o to miejsce, nawet własny ojciec jej tu nie znajdzie.
– Dziękuję, Asme – odetchnęła, siląc się na blady uśmiech.
Chciała mu ufać. Jemu i Amy, nawet jeśli to wydawało się ryzykowne. Z drugiej strony, jeśli nie tej dwójce, gdzie indziej miała szukać pomocy? Gdyby była sama, mogłaby próbować działać w pojedynkę. Ba! W zupełności wystarczyłoby jej to, że odnalazła Samaela. Tak przynajmniej powtarzała sobie w każdym kolejnym cyklu, póki nie działo się coś, co finalnie niszczyło wszystko.
Tym razem jednak sprawy miały się inaczej. W grę wchodzili zarówno ludzie, jaki i wampiry, którym była winna bezpieczeństwo. Nawet Nadii.
– Zaraz się porzygam – wymamrotał Carlos. – Skończyliście już? Bo jeśli tak… Cóż, Tori.
Coś zmieniło się w jego tonie, kiedy po raz wtóry wspomniał to imię. Ariana nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem słyszała go poruszonego. Co prawda wciąż sprawiał wrażenie nieczułego dupka – takiego, który bez wahania zostawiłby zdezorientowaną młodą wampirzycę na pastwę losu – a jednak…
– Powiedziałeś, że do ciebie dzwoniła – zareagowała natychmiast Megan. – Dałabym ci znać, gdybym wiedziała. Ona po prostu…
– Wpakowała się w kłopoty. Tyle wiem. Skyler i Uzjel mają z tym coś wspólnego, a skoro tak… – Carlos westchnął, podchwyciwszy wymowne, pytające spojrzenia. – Victoria to pół-wampirzyca. To znaczy… Wiecie, kwiatki i pszczółki. Zdarzają się na wpół śmiertelne dzieci.
– Ach… – wyrwało jej się. – Chodzą za dnia.
Jak na zawołanie spojrzała na Jasona, pamiętając rozmowę, w której jej o tym powiedział. Skinął głową.
– Kiedy Mistery… Nieważne – mruknął Carlos. – Tori
tu mieszkała. Pod opieką Megan i Noela… I nie, to nie zarzut,
chociaż chętnie bym się dowiedział, co robiła w mieście. Powiedziała,
że nie wie, gdzie jest i co się stało.
– Nie utrzymasz dorastającej dziewczyny pod kloszem, Carlos – syknęła Meg. – Nie wiedziałam…
– To nie jest zarzut. Po prostu głośno myślę – przerwał szorstko. – Zadzwoniła do mnie, bo się bała. Skyler i Uzjel przerwali nam rozmowę.
– Nie rozumiem – westchnął Noel. – Dlaczego mieliby…?
– To ja się pytam. Co ty na to, księżniczko?
Ariana drgnęła, kiedy tak po prostu zwrócił się do niej. Obejrzała się na Samaela, szukając pomocy, jakiejkolwiek wskazówki. Myślenie o przeszłości wciąż bywało skomplikowane i chwilami czuła się tak, jakby oglądała film – odległy i absolutnie z nią niezwiązany.
Gdyby przynajmniej wiedziała, kim jest Tori! Zawahała się, przez moment skupiona wyłącznie na tej myśli.
– Nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą. – Czy ona też…? Cóż, powinnam ją znać?
– Ani trochę. – To Megan zdecydowała się odpowiedzieć. – To normalna dziewczyna. Po prostu wylądowała w złym miejscu i towarzystwie.
Ariana nie była pewna, czy powinna jej wierzyć. Nie, skoro w jej życiu pojęcie przypadku pozostawało względne. To, że Victoria wylądowała akurat pod opieką dwóch upadłych, wcale nie brzmiało jak przypadkowe zrządzenie losu.
Zetknęła na Carlosa, ale ten najwyraźniej nie miał nic więcej do dodania. Czegoś jej nie mówił, tego była pewna, ale… nadal nie miałam pewności czego.
– Sam… Przypominasz sobie cokolwiek, co mogłoby mieć związek z tą dziewczyną? Albo tym, kim jest? – zapytała, układając dłonie na torsie mężczyzny.
– Nie sądzę. Ale nie podoba mi się wzmianka o Uzjelu.
Wzdrygnęła się. Gdzieś na granicy świadomości zamajaczyło kolejne wspomnienie. Pamiętała krew, białą suknię i swój własny gniew. Moment, w którym osobiście pozbawiła mężczyznę życia, kiedy…
Hej.
Potrząsnęła głową. Wizja rozwiała się, wyparta przez spojrzenie znajomych błękitnych oczu.
Była tutaj, w jego ramionach. Oboje żyli, a ona mogła przynajmniej udawać, że nic jej nie grozi. Na razie.
– W tym wszystkim i tak chodzi o mnie. Albo o was – dodała, oglądając się na Carlosa. – Sam to zacząłeś. Jeśli Toro była kimś ważnym dla ciebie, Asme albo Amy, nie zdziwię się, jeśli zabrali ją tylko po to, by was skrzywdzić. Igramy z diabłem, czyż nie?
Mogła sobie to wyobrazić. W pełni wyrafinowanego, mściwego Lucyfera, który z rozmysłem planował kolejne posunięcia. Równie łatwo była w stanie założyć, że Skyler albo Uzjel zaatakowali sami z siebie. Zbyt wiele razy to widziała, żeby wątpić w podobny scenariusz.
Zacisnęła usta. Wiele z tego nie chciała pamiętać. Trzymała wspomnienia na dystans, nie chcąc by zalały ją z pełną mocą. Gdyby miała przetworzyć wszystkie cykle na raz, jak nic by oszalała.
O ile już do tego nie doszło.
– Jeśli na coś wpadnę, powiem wam. Na razie zastanówmy się, co robimy dalej – zaproponowała, starając się zabrzmieć choć odrobinę pewniej.
Wcale nie czuła się jak królowa. Ani trochę
jak ktoś, kto mógłby ich ochronić albo poprowadzić. W głębi
serca wciąż czuła się jak Alyssa – zagubiona i przytłoczona nadmiarem
bodźców. Wciąż nie oswoiła się z tym, co stało się przed
domem. Ponownie spojrzała na Mary, chcąc upewnić się, że ta naprawdę
miała się dobrze, przynajmniej na tyle, ile było to możliwe w tej
sytuacji. Aż za dobrze pamiętała krew, która spłynęła w ziemię, kiedy
dziewczyna tak po prostu poderżnęła sobie gardło.
Tyle że
wciąż musieli działać. Chciała tego, czy też nie…
Jej
spojrzenie ponownie skupiło się na Carlosie.
– Miecz –
wyszeptała, nie odrywając wzroku od mężczyzny. – Co zrobiłeś z mieczem?
– Ach… –
Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie. – Kurwa.
To nie brzmiało
pocieszająco. Szlag! To nie zabrzmiało ani trochę dobrze, zwłaszcza
po wszystkim, co przeszli, by dostać się do muzeum. Ariana
wyprostowała się, coraz bardziej zaniepokojona. Jedynie dłoń Samaela
powstrzymała ją przed natychmiastowym ruszeniem ku wampirowi.
– Nie mów
mi, że… – zaczęła, coraz bardziej poruszenia.
– Miecz? Naprawdę
dorwaliście miecz Gai? – zapytał z niedowierzaniem Noel, nagle tracąc
dotychczasowe opanowanie. – I mówisz o tym teraz?!
– To wcale
nie tak, że wcześniej nie było okazji – obruszył się Carlos. –
Tak, mamy miecz. Księżniczka zniknęła, a później wszystko się skomplikowało,
więc…
– Gdzie? – zniecierpliwiła
się. – Carlos…
– To chyba
oczywiste, że nie noszę go przy sobie.
Zaklęła pod nosem.
Powrót z Nowego Jorku okazał się wstępem do szaleństwa, które
zaprowadziło ich do tego miejsca. Sama również nie zastanawiała się
nad znaczeniem miecza, choć przecież poświęcili tak wiele, żeby go
dorwać. Wiedziała, że był wartościowy, nawet jeśli w obecnej sytuacji pozostawał
całkowicie bezużyteczny. Przynajmniej na razie, póki było niekompletny,
ale…
Skrzywiła
się. Przycisnęła dłonie do skroni, energicznie je pocierając i czując
nieunikniony ból głowy. Próbowała się uspokoić, jakkolwiek przygotować na ewentualne
wspomnienia, które choć trochę rozjaśniłyby sytuację, ale to okazało się
niemożliwe. Nie w tym pokoju i nie z poczuciem, że wszyscy
wokół ją obserwowali. Zdezorientowane spojrzenia doprowadzały ją do szału,
tak jak i poczucie, że powinna ich poprowadzić.
Czuła się
jak dziecko we mgle. Sama również od siebie wymagała, ale… to wciąż
było za dużo. Może i wróciła, czując się sobą bardziej niż
wcześniej, jednak to wciąż nie było wszystko.
– Ali? – usłyszała
znajomy głos.
Mary nagle
znalazła się u jej boku. Ariana uniosła głowę, momentalnie reagując
na znajome imię. Podchwyciła spojrzenie zielonych, kocich oczu
przyjaciółki i nawet spróbowała się uśmiechnąć, jednak przyszło jej
to z trudem.
– W porządku.
Nie przejmuj się mną – mruknęła, próbując zabrzmieć jak najbardziej
kojąco. – Później ci wszystko wytłumaczę, obiecuję.
– Nie o
to chodzi. Po prostu tak zbladłaś…
– Ma rację,
najdroższa. Na razie wystarczy – ocenił natychmiast Samael. – Zgaduję, że
miecz został w domu. Zajmę się tym. Do tego czasu po prostu…
nie róbmy nic głupiego.
– Ale…
Urwała,
podchwyciwszy jego zdecydowane spojrzenie. W następnej sekundzie
zdecydowanie objął ją ramieniem, popychając ku wyjściu.
– Skoro
jest tu bezpiecznie, niech tak będzie. Doba nas nie zbawi,
zwłaszcza że i tak nic nie wiemy. Co najwyżej tyle, że Skyler
pojawiła się w pobliżu – podjął, starannie dobierając słowa. – Będę
potrzebować pomocy, by dostać się do domu. Chyba że znalazłeś
jakąś zmyślną kryjówkę? – dodał, zerkając na Carlosa.
Przez twarz
mężczyzny przemknął cień.
–
Zostawiłem go w gablotce na porcelanową zastawą, ze wstążeczką i kartką
z życzeniami dla Lucyfera – zadrwił, wznosząc oczy ku górze. – Masz mnie
za idiotę? Oczywiście, że znalazłem lepsze miejsce. I nie, nie powiem
ci. – Zmierzył Samaela niemalże wyzywającym spojrzeniem. – Pojedziemy razem.
Samael nie wyglądał
na zadowolonego. Wtuliła się w jego tors, nie chcąc
ryzykować, że jednak straci cierpliwość. Ostatnim, czego potrzebowała, to dwóch
równie impulsywnych facetów, walczących ze sobą bez większego powodu.
– Jak
uważasz. Zorganizujmy się tak szybko, jak tylko będzie to możliwe
– zgodził się niechętnie. Ariana odetchnęła. – Coś jeszcze? Jakby co
wiecie, gdzie nas szukać.
Nawet nie czekał
na odpowiedź. Chcąc nie chcąc pozwoliła, by popchnął ją ku
drzwiom, tym samym ucinając wszelakie dyskusje. W normalnym wypadku natychmiast
by zaprotestowała, ale coraz silniejsze pulsowanie w skroniach
skutecznie ją przed tym powstrzymało. Zdecydowanie nie miała ochoty na kłótnie.
Zerknęła na Mary.
Rzuciła jej przepraszające spojrzenie, w duchu obiecując sobie, że
przy pierwszej okazji zajrzy do przyjaciółki. Cóż, jak tylko nabierze
pewności, że utrzyma się na nogach i…
Czuła, że
gdyby nie ramiona Samaela, jednak wylądowałaby na podłodze.
Przytrzymała się framugi, z ulgą pozwalając wyprowadzić się na korytarz.
Zacisnęła zęby, coraz bardziej poirytowana natarczywym pulsowaniem. Gdzieś w pamięci
wciąż miała przebłyski dotyczące Skyler i Uzjela, przez które z uporem
próbowało przebić się coś innego.
– Szlag… –
wyrwało jej się.
Poczuła
muśnięcie znajomych palców na policzku. Sam wciąż ją trzymał, w następnej
sekundzie bezceremonialnie porywając Arianę na ręce.
– Nie walcz.
To i tak nic nie daje – zasugerował łagodnie. – Wszystko dobrze,
najdroższa?
– Poza tym,
że za moment pęknie mi głowa? Ani trochę – mruknęła bez większego
entuzjazmu.
Zamknęła
oczy. Ból choć odrobinę zelżał, ale wciąż pozostawał obecny. Zacisnęła
powieki, czując się tak, jakby próbowała walczyć z czymś, co za wszelką
cenę próbowało wyrwać się na zewnątrz. Wiedziała, że Samael miał rację,
a opieranie się wspomnieniom prowadziło donikąd, ale chciała
przynajmniej poczekać, aż znajdą się w jakimś spokojniejszym miejscu.
Zresztą sama nie była pewna, czy czuła się gotowa na to, co
dopiero miało nadejść.
Dryfowała.
Tak przynajmniej odebrała sposób, w jaki ją niósł, z lekkością
przemykając przez kolejne korytarze. Ledwo zarejestrowała moment, w którym
wniósł ją do sypialni i ułożył na łóżku. Jej ciało
nieznacznie rozluźniło się, kiedy poczuła pod plecami miękkość materaca,
ale to wciąż nie wystarczyło. Nie, skoro wciąż balansowała gdzieś na krawędzi.
– Poddaj się
temu. I cokolwiek zobaczysz… pamiętaj, że jestem tutaj, najdroższa –
usłyszała tuż przy uchu. – Nigdzie się nie wybieram, Ariano.
Powstrzymała
nieco gorzkie parsknięcie. Podobne obietnice składali sobie wielokrotnie, a jednak…
Pragnęła,
by choć raz było inaczej, niezależnie od konsekwencji.
Będę
pamiętać, przesłała mu słabą myśl, nie będąc w stanie wysilić się
na nic więcej, prócz ruch ustami.
Zaraz po tym
poddała się. Tym razem wślizgnięcie się w kojące objęcia ciemności,
przyszło Arianie z łatwością.
Chaos. Z pewnością tak wyszło, ale muszę na nowo oswoić się z tą historią i bohaterami. Zresztą czego innego spodziewać się po tym, co się stało? No i hej! Mają jakiś plan, prawda? ;> Mogę obiecać, że wyjdzie z tego coś ciekawego…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz