28 listopada 2021

Rozdział XII

Ariana

Chłód powietrza miał w sobie coś kojącego. Nie przeszkadzał jej ani zalegający na ziemi śnieg, ani niska temperatura, kiedy wraz z sędziwą już staruszką szła przez pogrążony w ciszy las. Wiedziała, że Samael był tuż obok, bezszelestnie stawiając kolejne kroki i podążając za nimi niczym cień.

Całą uwagę poświęcała kobiecie. Wciąż nie mogła się nadziwić, jak łaskawy okazał się dla niej czas. Tylko oczy – kolorem i wyrazem przypominające głębiny bezkresnego oceanu – zdradzały, że ta przeżyła o wiele więcej niż przeciętny śmiertelnik.

Srebrzyste włosy łagodnie kołysały się przy każdym kroku. Długie i proste, kojarzyły się z pajęczynami, sięgając aż do talii. Poorana zmarszczkami twarz miała w sobie coś szlachetnego, nawet mimo upływu lat sugerując, że niegdyś należała do niezwykle pięknej kobiety. W każdym ruchu dało się doszukać płynności i gracji, której niejeden mógłby jej pozazdrościć.

Taka właśnie była Tanatos. Ariana raz po raz spoglądała na ludzkie wcielenie samej śmierci, nie mogąc zrozumieć, co zadecydowało, że ta istota tak po prostu funkcjonowała w świecie ludzi. Nie wyglądała na upadłą. Jak dziwne poczucie humoru musiałby mieć stwórca, by skazać kogoś takiego na wieczną tułaczkę i niekończące się odradzanie?

Miała wiele pytań, ale wątpiła, by otrzymała na nie odpowiedzi. Gdyby mogła, długo rozmawiałaby ze Śmiercią, chcąc dowiedzieć się o niej jak najwięcej – o sposobie, w jaki ta widziała otaczający ją świat, o ludziach, samym Lucyferze, przeszłych cyklach… Wszystkim! Pragnęła zrozumieć, choć zarazem czuła, że to okazałoby się swoistym wyzwaniem.

Tyle że nie mieli na to czasu. Ta świadomość okazała się równie uciążliwa, co i przeciągająca się ciszą.

– Wiem, z czym do mnie przyszłaś, Ariano. Pomogę, choć Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, dokąd cię to zaprowadzi – oznajmiła cicho kobieta, rzucając swojej rozmówczyni bliżej nieokreślone spojrzenie. Usta wykrzywił łagodny, pokrzepiający uśmiech. – Jesteś taka podobna do matki… Zawsze ceniłam Gaję.

– Znała pani moją matkę…

– Tanatos – poprawiła kobieta. – Dodatkowe tytuły nie są mi potrzebne.

Ariana niecierpliwie skinęła głową. To nie był pierwszy raz, kiedy napotykała na swojej drodze kogoś, kto mógł coś wiedzieć. Koniec końców zawsze zostawała z niczym, ale niezmiennie próbowała uzyskać choćby szczątkowe informacje. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej wszystko naprawić, zanim sprawy ponownie się skomplikować.

Prawda była taka, że spotkanie ze Śmiercią traktowała jak ostatnią deskę ratunku. Odnalezienie tej istoty okazało się wyzwaniem samym w sobie zarówno dla niej, jak i dla Samaela. Jak na ironię, skoro tego drugiego ludzie wciąż utożsamiali z posłannikiem Tanatos. Większość przekazywanych przez śmiertelnych historii miała w sobie choć ziarenko prawdy, ale nie w tym przypadku.

– W porządku – podjęła, starannie dobierając słowa. Czując, że nie zdoła pociągnąć tematu Gai, zdecydowała się przejść do rzeczy. – Skoro wiesz, o co chcę prosić… Rozumiem, że nam pomożesz? Ja…

Urwała, ostatecznie ograniczając się do bezradnego potrząśnięcia głową. Niespokojnie obejrzała się na Samaela, w jego oczach pragnąć doszukać się czegoś, co dodałoby jej pewności siebie. Coraz częściej czuła się zmęczona, z każdym ślepym zaułkiem bliższa tego, żeby się poddać. Gdyby nie to, że walczyła przede wszystkim o zachowanie tego mężczyzny u swojego boku, już dawno popadłaby w rozpacz.

Czasami miała wrażenie, że to najprostsze rozwiązanie. Umieranie pod wieloma względami takie było. Zdążyła się o tym przekonać, aż za dobrze pamiętając ostatni raz, kiedy odebrała sobie życie.

Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Sukienka, krew i ból… Tylko po to, by po wszystkim nastał jakże upragniony spokój. O więcej nie śmiała prosić.

Tanatos rzuciła jej uważne, badawcze spojrzenie. Ariana z całą mocą poczuła, że kobieta dobrze wiedziała, co działo się w głowie.

Oczywiście, że tak, uświadomiła sobie. Kto, jeśli nie ona…?

– Może na początek powiedz mi, ile zdołaliście ustalić – zasugerowała łagodnie Śmierć.

To Samael zdecydował się wtrącić. Odezwał się pierwszy raz, odkąd na życzenie kobiety wybrali się na spacer po lesie. Ariana była mu za to wdzięczna.

– Wiemy o mieczu archanioła – wyjaśnił pośpiesznie Sam. – Udało nam się do niego dotrzeć, ale… Cóż, to chyba nie wystarczy – przyznał niechętni.

– Jest niepełny – wtrąciła, w końcu odzyskując głos.

– Rozumiem. – Tanatos w zamyśleniu skinęła głową. – Nie zaskoczę was stwierdzeniem, że macie rację.

Ariana dyskretnie zacisnęła dłonie w pięści. To miała być odpowiedź? Ugryzła się w język, nie chcąc w przypływie frustracji powiedzieć czegoś, czego jak nic przyszłoby jej żałować. Zniechęcenie ostatniej osoby, którą mogła poprosić o pomoc, jak nic okazałoby się tragiczne w skutkach.

– Miecz jest bezużyteczny. Nie sądzę, bym mogła go użyć.

Również tym razem doczekała się przytaknięcia. Już otwierała usta, by jakkolwiek zachęcić kobietę do mówienia, ale wtedy ta jednak zdołała się odezwać:

– Miecz archanioła to coś więcej niż broń. Coś, na co ten świat nie jest gotowy i…

– Coś, co może zabić mojego ojca.

Nie mogła powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów na głos. Ta jedna rzecz nie dawała jej spokoju. Jedno pragnienie, w którym widziała cudowne rozwiązanie wszystkich problemów – powielających się raz za razem, wraz z kolejnym cyklem.

Przechodzili przez to tak wiele razy, już nie potrafiła zliczyć, jak często powielali ten sam scenariusz. Wracali. Odzyskiwali wspomnienia. Odnajdowała Samaela.

A potem któreś z nich umierało i wszystko zaczynało się na nowo.

Poczuła ból, kiedy paznokcie wbiły się w wewnętrzną część dłoni. Spróbowała poluzować uścisk, ale nie była w stanie. Uświadomiła sobie, że drży, z trudem powstrzymując narastający w jej wnętrzu gniew. Ile jeszcze? Jak długo miała to jeszcze znosić? Widziała tylko jeden sposób na uwolnienie i choć ten sam w sobie brzmiał jak pogoń za snem, musiała przynajmniej spróbować go wykorzystać. Jeśli oznaczało to zmierzenie się z samym Lucyferem, była gotowa.

Coś w spojrzeniu Tanatos złagodniało. Dłuższą chwilę milczała, po prostu spoglądając na rozeźloną, coraz bliższą wybuchu dziewczynę.

– Najdroższa… – wymruczał Samael, nagle materializując się u jej boku.

Rozluźniła się, ale tylko nieznacznie, czując nacisk jego dłoni na ramionach. Machinalnie uniosła rękę, by przykryć jego rękę swoją. Nie pomogło, ale jego bliskość i tak znaczyła o wiele więcej niż cokolwiek innego.

– Walcz o to, czego tak bardzo pragniesz, księżniczko. Znalazłaś właściwą ścieżkę, ale wciąż dużo w tobie ignorancji – oceniła po chwili namysłu Tanatos.

– Co to znaczy? – zniecierpliwiła się Ariana. – Gdybym wiedziała, co robić…

– Zastanów się przez moment. Czy odszukaliście tylko miecz?

Otworzyła usta, gotowa odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Czy tylko…? Choć odpowiedź wydawała się oczywista, coś w wyczekującym spojrzeniu Śmierci sprawiło, że dziewczyna się zawahała. Spuściła wzrok, wbijając spojrzenie w ziemię i starając się zebrać myśli.

– Jak tak teraz myślę, było coś jeszcze… Pamiętasz, Sam? – Pospiesznie odwróciła się, strząsając z ramion jego dłonie. – Te dziwne teksty. Zastanawialiśmy się, co oznaczają.

– Tylko ty widzisz tekst – przypomniał Samael.

Serce Ariany zabiło mocniej. W istocie, wraz z mieczem zdobyli kilka zwitków papieru, które w pierwszym momencie uznała za bezwartościowe. Do czasu, gdy okazało się, że na jednym z nich zapisane są słowa, które jako jedyna widziała. Do tej pory pamiętała pełne zwątpienia spojrzenie Samaela, kiedy zaczęła niecierpliwić się jego zaprzeczeniami, przekonana, że próbował zabawić się jej kosztem. Dopiero to pełne wątpliwości spojrzenie uświadomiło Arianie, że Sam wcale nie żartował, a zapiski na papierze widziała tylko ona.

– Śmiem twierdzić, że odkryłaś już wszystko. – Głos Tanatos skutecznie sprowadził ją na ziemię. – Skup się na tych, którzy cię otaczają. A na dobry początek postaraj się zrozumieć słowa, które widzisz.

– Ale…

– Ignorancja prowadzi donikąd. Pamiętaj o tym, dobrze? – nie dawała za wygraną kobieta. Przesunęła się, by niemalże z czułością przesunąć pomarszczoną dłonią po policzku Ariany. Jej skóra okazała się dziwna, lodowato zimna, ale przy tym zaskakująco gładka. – Jeśli nie będziesz w stanie tego rozwiązać, to oznacza, że jeszcze nie nadszedł właściwy moment. Czasami nie chodzi o środki do osiągnięcia celu albo pogoń za pragnieniami… – Tanatos uśmiechnęła się niemalże z rozczuleniem. – Najistotniejsze są okoliczności. Albo to, kogo masz przy sobie.

Nie rozumiem…

Nie wypowiedziała tych słów na głos. W oszołomieniu wpatrywała się w oczy samej Śmierci, próbując zebrać myśli. Chciała wierzyć, że naprawdę znalazła wszystkie elementy układanki, ale wcale tego nie czuła. Wręcz przeciwnie – poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana niż wcześniej, gdy dotarło do niej, że odszukanie miecza archanioła to zaledwie kamień milowy.

Mimo wszystko nie odważyła się zaprotestować. Milczenie Tanatos okazało się wystarczająco wymowne. Ariana czuła, że nie dowie się niczego więcej – przynajmniej w temacie, który był dla niej kluczowy. Z drugiej strony…

– Mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie? – wyszeptała z wahaniem.

– Oczywiście, dziecino.

Zawahała się tylko na ułamek sekundy.

– Dlaczego sama Śmierć żyje pośród ludzi, nawet nie jako istota nieśmiertelna, tylko… Cóż, tak.

O dziwo, kobieta jedynie się roześmiała – w przyjemny dla ucha, niemalże serdeczny sposób. Coś w tej reakcji sprawiło, że Ariana mimowolnie obdarzyła ją sympatią.

– Kiedyś ci odpowiem – obiecała Tanatos, nie przestając się uśmiechać. – Uznaj to za wiążącą obietnicę, księżniczką.

Jednak „kiedyś” nigdy nie nadeszło.


Samael

Ariana niespokojnie poruszyła się pod przykryciem. Wystarczyła chwila, by Samael znalazł się u jej boku, nachylając nad nią, by móc sięgnąć bladej twarzy. Poczuł ulgę, kiedy odkrył, że skórę miała przyjemnie chłodną. Czasem, kiedy obserwował jak walczy ze wspomnieniami, niemalże spodziewał się odkryć, że miała gorączkę.

Oczywiście nie była chora. Dużo właściwsze wydało mu się utożsamienie tego stanu z kimś, kto właśnie doświadczał złego snu. Tyle wystarczyło, by zapragnął ją obudzić, ale w porę się powstrzymał. Prędzej czy później musiało do tego dojść. Jak długo nie krzyczała, nie płakała ani nie wyglądała na chętną, by zrobić coś wybitnie głupiego, mógł założyć, że sytuacja miała się nieźle.

To nie był pierwszy raz, kiedy czuwał przy niej w ten sposób. Co prawda nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej aż tyle czasu zajęło jej odzyskanie i uporządkowanie wszystkich przeszłych przeżyć, ale starał się o tym nie myśleć. Cóż, sytuacja się skomplikowała. Zaczynając od dziwnego stanu, w którym utknęła, jako wampirzyca zależna od trzech różnych wcieleń. Nie przypominał sobie również, by w którymkolwiek cyklu ludzkie „ja” Ariany przywarło do niej aż tak trwale, a jednak…

Szlag, w pakiecie z ukochaną dostał Carlosa i jego bliskich, co samo w sobie nie było takie złe. Nie, skoro cała gromadka była wampirami.

Inaczej sprawy miały się z Mary i Alexandrem, ale ich losu Samael wolał nie rozważać.

Raz jeszcze spojrzał na niespokojną twarz Ariany. Oddychała szybko i płytko, ale wystarczająco stabilnie, by zdecydował się nie ingerować. Nigdzie się nie wybieram, pomyślał raz jeszcze, mając nadzieję, że faktycznie o tym pamiętała. Mimo wszystko miał nadzieję, że właśnie nie doświadczała jednego z tych momentów, w których tracili siebie nawzajem.

Zaklął pod nosem. Nie miał pojęcia, jak to zrobi, ale musiał ją ochronić. Wiedział, że podobne deklaracje składał zarówno jej, jak i samemu sobie, zdecydowanie zbyt wiele razy, niemniej mimo wszystko…

Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Nie od razu zareagował, po cichu licząc na to, że intruz jednak pójdzie po rozum do głowy i się wycofa.

Nic z tego.

– Pięknie – mruknął bez entuzjazmu. Jego spojrzenie ponownie powędrowało ku Arianie. – Jestem obok.

To nie tak, że mogła go usłyszeć. Przynajmniej na razie, jednak Samael i tak wolał mieć czyste sumienie. Trzymanie się blisko i czuwanie pozostawało najlepszym, co mógł w tej sytuacji zrobić.

Otworzył drzwi w zdecydowanie niedelikatny, niecierpliwy sposób. Niewiele brakowało, by przypadkiem znokautował niczego niespodziewającego się Jasona. Wampir w porę odskoczył, kierowany właściwymi dla nieśmiertelnego instynktami. Nawet się przy tym nie skrzywił, tak spokojny, jak tylko było to możliwe.

– Możemy pogadać?

Tak naprawdę nie czekał na odpowiedź. Samael uniósł brwi, kiedy mężczyzna tak po prostu wykorzystał okazję, by dostać się do sypialni. Co prawda pozwolił sobie na tylko kilka kroków, zanim zamarł, z dystansu spoglądając na wciąż pogrążoną w niespokojnym śnie Arianę.

– Na korytarzu – zadecydował nieznoszącym sprzeciwu tonem Sam.

Wcale nie miał na to ochotę. Myśl o zostawieniu dziewczyny przyszła mu z trudem, ale jeśli miał być szczery, potrzebował czegoś, co pozwoliłoby mu zająć myśli. Wszystko wydawało się lepsze od czuwania, skoro i tak nie mógł niczego zrobić. Wyrwanie Ariany z transu nie wchodziło w grę, jeśli chciał, żeby doszła do siebie.

Na szczęście Jason nie próbował się kłócić. Bez słowa wyszedł, zapobiegawczo przystając w progu, by upewnić się, czy Samael ruszył za nim. Upadłego korciło, by po prostu zatrzasnąć drzwi i zamknąć się w sypialni od środka, ale w ostatniej chwili powstrzymał ten odruch.

Przy pierwszej okazji oparł się o ścianę, krzyżując ramiona. Przynajmniej nie miał przed sobą Carlosa, ale nie mógł zapomnieć, że właśnie rozmawiał z jego bratem. Po sposobie, w jaki ten wtargnął do sypialni, Samael doszedł do wniosku, że obaj mieli charakterek.

– Więc? Czego potrzebujesz? – zapytał, siląc się na uprzejmość.

Podejrzewał, że szło mu to marnie. Niemalże widział karcące spojrzenie Ariany, ale z drugiej strony… Cóż, czego nie widziała, tego nie miała mieć mu za złe. Samael już tak naprawdę nie pamiętał, co oznaczało współpracować z kimś innym niż księżniczka. Oczywiście, czasami zdarzali im się sojusznicy, ale to nie było to samo. Na pewno nie zaliczali się do konceptu rodziny, ale… Czyż nie to udało się zbudować Alyssie…?

Zacisnął usta. Dla niego ten temat pozostawał obcy. Nie tylko dlatego, że jako Nicholas był gotów wykorzystać pierwszą okazję, by opuścić rodzinny dom.

– Pierwsze pytanie… Wszystko z nią gra? – Jason wymownie skinął głową na zamknięte drzwi.

Samael westchnął.

– Fizycznie? Absolutnie – zapewnił, choć po minie wampira poznał, że takie wyjaśnienie średnio go satysfakcjonowało. – To wspomnienia. Po prostu wspomnienia.

– Ale…

– Ciężko wytłumaczyć to komuś, kto nie przechodzi tego, co my – wyjaśnił, nie kryjąc zniecierpliwienia. – Pomyśl o tym tak… Hm, długo żyjesz? – dodał pod wpływem impulsu.

– Dość – odparł wymijającym tonem Jason. – Wystarczająco, by dać się traktować jak dziecko.

Upadły puścił te słowa mimo uszu.

– Więc wiesz, co oznacza mierzyć się z nadmiarem wspomnień. – Wzruszył ramionami. – Wyobraź sobie, że twoje życie ktoś pociął na umiejscowione w różnych odcinkach historii fragmenty. Od narodzin, aż do śmierci. Inne do czasu odzyskania wspomnień, a jeszcze inne po. A teraz wrzuć to do jednego wora, wymieszaj i spróbuj poukładać, kiedy cała przeszłość wraca do ciebie jednocześnie.

Zauważył, że przez twarz Jasona przemknął cień. Sam również się skrzywił, aż za dobrze pamiętając moment, w którym pierwszy raz wpadł na Alyssę na uczelnianym parkingu. Doświadczenie potrafiło być aż nadto bolesne, zwłaszcza że za każdym razem musieli przetworzyć coraz więcej. Co prawda jemu przypomnienie sobie przyszło naturalne, ale ona…

Wciąż miał wrażenie, że balansowała gdzieś na krawędzi. Wróciła do niego, ale nie całkowicie. Mógł z czystym sumieniem nazywać ją Arianą, jednocześnie czując, że potrzebowała czasu. Nigdy nie należał do osób cierpliwych, ale w tej sytuacji…

– Dobra. – Głos Jasona wyrwał go z zamyślenia. – Powiedzmy, że rozumiem. A ty jesteś…?

– Samael. Ta dziewczyna należy do mnie.

Jak i ja do niej, dopowiedział w myślach. Zmierzył twarz Jasona wzrokiem, próbując ocenić, w jaki sposób ten zareaguje na takie wyznanie. Tak naprawdę mógł tylko zgadywać, co ten facet miał do Ariany. Gdyby okazał się, że jego intencje były… jednoznaczne, Sam wolał od razu to ukrócić. Tak na wszelki wypadek, by uniknąć… nieporozumień.

A jednak twarz Jasona pozostała niewzruszona. Jedynie skinął głową, przesadnie spokojny i rozluźniony. Co prawda nie wycofał się, ale też nie wyglądał na urażonego.

– Uważaj na mojego brata – powiedział w zamian i coś w tych słowach wystarczyło, by wprawić Samaela w konsternację.

– Tyle chyba zdążyłem zaobserwować – wymamrotał.

Nie musiał pytać, o którego z Sorentich mu chodziło. Jeśli ktoś był problematyczny, zdecydowanie musiało chodzić o Carlosa. Wciąż nie wyobrażał sobie współpracy z kimś, kto zdecydowanie nie darzył go sympatią i z własnych pobudek zdecydował się wmieszać w życie Ariany. Podejrzewał, że przy pierwszej okazji mieli się pozabijać, choćby w drodze do Home, gdzie nie byłoby już nikogo, kto mógłby ich powstrzymać.

O dziwo, coś w wyrazie twarzy Jasona złagodniało. Wampir nieznacznie potrząsnął głową.

– Nie w tym rzecz. Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale… – Urwał, jakby sam niepewnych tego, co chciał powiedzieć. Przez chwilę trwali w ciszy, wzajemnie mierząc się wspomnieniami. – Carlos teraz nie jest sobą. Chyba wciąż nie wierzę w to, co się stało, ale to teraz mało istotne. Ważne, że namieszał. A ja naprawdę nie chcę, by coś mu się stało.

Brwi Samaela powędrowały ku górze. Potrzebował chwili, by w pełni uświadomić sobie faktyczne intencje Jasona i to, o co ten właśnie prosił.

Cholera. To, że coś jest nie tak z Carlosem, wyczuł już w chwili, w której zainterweniował Asme. Nie miał pojęcia, czy Ariana wyczuła ludzki pierwiastek, który powstał wówczas w wampirze, ale dla Sama ta kwestia już wtedy stała się oczywista. Co prawda sam zainteresowany wyraźnie robił wszystko, żeby się tym nie afiszować, ale…

– Więc jednak – mruknął, ledwo powstrzymując uśmiech. – Naprawdę? Stał się człowiekiem?

– Nie żeby powiedział mi to wprost. Michael mówił, że średnio to przyjął.

Kto by pomyślał…

– Gdyby nie to, że naprawdę potrzebujemy miecza, nawet bym się w to nie mieszał. Nie sądzę, żeby twój brat chciał się ze mną dogadywać – zauważył przytomnie.

– Carlos z nikim się nie dogaduje, jeśli nie musi.

Tym razem Samael nie powstrzymał się od uśmiechu – nieco tylko wymuszonego, ale przynajmniej szczerego. Zmierzył Jasona wzrokiem, mimochodem dochodząc do wniosku, że przynajmniej on wydawał się zachowywać względnie normalnie. Na pewno trzymał się lepiej od Michaela, który miał dość powodów, by odchodzić od zmysłów, zamartwiając się o żonę.

Musiał zapytać Arianę, jak w takim razie powinien traktować Jasona Sorenti. Jeśli ten faktycznie mógł okazać się przyjacielem…

– Nie będę bawić się w niańkę – zastrzegł, prostując się. Bez pośpiechu przeszedł kilka kroków, nie będąc w stanie dłużej ustać w miejscu. – Ale też nie dam go zabić. Ariana byłaby niepocieszona, gdyby coś stało się jednemu z jej stwórców – dodał, wznosząc oczy ku górze.

To też nie było mu na rękę. Ba! Nikomu nie było. Trzech nieśmiertelnych, którzy jakimś cudem zostali powiązani z samą córką Lucyfera, zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Jeśli dodać do tego, że jeden właśnie został człowiekiem, a jedyna kobieta w ich gronie została naczyniem dla najgorszego z możliwych demonów…

Ten cykl to jakiś żart, uświadomił sobie Samael. Tyle przynajmniej wiedział na tę chwilę. Możliwe, że sam był w szoku, w gruncie rzeczy radząc sobie równie marnie, co i Ariana, ale nad tym wolał się nie zastanawiać.

Gdzieś za plecami wychwycił pełne ulgi westchnienie Jasona.

– Niczego więcej nie oczekuję.

– Tylko nie dziękuj. Nie robię tego dlatego, że poprosiłeś – rzucił zaczepnym tonem Samael.

Wampir jedynie parsknął pozbawionym wesołości śmiechem.

– Nie miałem takiego zamiaru – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością. – Jeśli zaś chodzi o Alyssę…

– Arianę.

Spojrzał na Jasona akurat w chwili, w której ten wywrócił oczyma.

– Ariana – poprawił się – to moja przyjaciółka. Taka, której mam dużo do zarzucenie, ale powiedzmy, że teraz wiele kwestii stało się dla mnie jasnych. – Przez twarz wampira przemknął cień. – Jeśli będę mógł coś zrobić, nie zawaham się. I nie, nie musisz za to dziękować.

Z tymi słowami odszedł. Samael chwilę jeszcze tkwił na korytarzu, oparty o ścianę i wpatrzony w miejsce, w którym dopiero co stał jego rozmówca.

Tak. Ten cykl zdecydowanie miał okazać się wyjątkowy.

Lubię Jasona. Ja naprawdę lubię Jasona… :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz