Chłód powietrza miał w sobie
coś kojącego. Nie przeszkadzał jej ani zalegający na ziemi
śnieg, ani niska temperatura, kiedy wraz z sędziwą już staruszką szła
przez pogrążony w ciszy las. Wiedziała, że Samael był tuż obok,
bezszelestnie stawiając kolejne kroki i podążając za nimi niczym
cień.
Całą
uwagę poświęcała kobiecie. Wciąż nie mogła się nadziwić, jak łaskawy okazał się
dla niej czas. Tylko oczy – kolorem i wyrazem przypominające głębiny
bezkresnego oceanu – zdradzały, że ta przeżyła o wiele więcej niż
przeciętny śmiertelnik.
Srebrzyste
włosy łagodnie kołysały się przy każdym kroku. Długie i proste,
kojarzyły się z pajęczynami, sięgając aż do talii. Poorana
zmarszczkami twarz miała w sobie coś szlachetnego, nawet mimo upływu lat
sugerując, że niegdyś należała do niezwykle pięknej kobiety. W każdym
ruchu dało się doszukać płynności i gracji, której niejeden mógłby
jej pozazdrościć.
Taka
właśnie była Tanatos. Ariana raz po raz spoglądała na ludzkie
wcielenie samej śmierci, nie mogąc zrozumieć, co zadecydowało, że ta istota
tak po prostu funkcjonowała w świecie ludzi. Nie wyglądała
na upadłą. Jak dziwne poczucie humoru musiałby mieć stwórca, by skazać
kogoś takiego na wieczną tułaczkę i niekończące się odradzanie?
Miała
wiele pytań, ale wątpiła, by otrzymała na nie odpowiedzi. Gdyby
mogła, długo rozmawiałaby ze Śmiercią, chcąc dowiedzieć się o niej
jak najwięcej – o sposobie, w jaki ta widziała otaczający ją
świat, o ludziach, samym Lucyferze, przeszłych cyklach… Wszystkim!
Pragnęła zrozumieć, choć zarazem czuła, że to okazałoby się swoistym
wyzwaniem.
Tyle że
nie mieli na to czasu. Ta świadomość okazała się równie
uciążliwa, co i przeciągająca się ciszą.
– Wiem,
z czym do mnie przyszłaś, Ariano. Pomogę, choć Bóg mi świadkiem, że
nie mam pojęcia, dokąd cię to zaprowadzi – oznajmiła cicho kobieta,
rzucając swojej rozmówczyni bliżej nieokreślone spojrzenie. Usta wykrzywił
łagodny, pokrzepiający uśmiech. – Jesteś taka podobna do matki… Zawsze
ceniłam Gaję.
– Znała
pani moją matkę…
–
Tanatos – poprawiła kobieta. – Dodatkowe tytuły nie są mi potrzebne.
Ariana
niecierpliwie skinęła głową. To nie był pierwszy raz, kiedy napotykała na swojej
drodze kogoś, kto mógł coś wiedzieć. Koniec końców zawsze zostawała z niczym,
ale niezmiennie próbowała uzyskać choćby szczątkowe informacje. Cokolwiek,
co pozwoliłoby jej wszystko naprawić, zanim sprawy ponownie się skomplikować.
Prawda
była taka, że spotkanie ze Śmiercią traktowała jak ostatnią deskę ratunku.
Odnalezienie tej istoty okazało się wyzwaniem samym w sobie zarówno
dla niej, jak i dla Samaela. Jak na ironię, skoro tego drugiego ludzie
wciąż utożsamiali z posłannikiem Tanatos. Większość przekazywanych przez
śmiertelnych historii miała w sobie choć ziarenko prawdy, ale nie w tym
przypadku.
– W porządku
– podjęła, starannie dobierając słowa. Czując, że nie zdoła pociągnąć
tematu Gai, zdecydowała się przejść do rzeczy. – Skoro wiesz, o co
chcę prosić… Rozumiem, że nam pomożesz? Ja…
Urwała,
ostatecznie ograniczając się do bezradnego potrząśnięcia głową. Niespokojnie
obejrzała się na Samaela, w jego oczach pragnąć doszukać się
czegoś, co dodałoby jej pewności siebie. Coraz częściej czuła się zmęczona,
z każdym ślepym zaułkiem bliższa tego, żeby się poddać. Gdyby nie to,
że walczyła przede wszystkim o zachowanie tego mężczyzny u swojego
boku, już dawno popadłaby w rozpacz.
Czasami
miała wrażenie, że to najprostsze rozwiązanie. Umieranie pod wieloma
względami takie było. Zdążyła się o tym przekonać, aż za dobrze
pamiętając ostatni raz, kiedy odebrała sobie życie.
Nieprzyjemny
dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Sukienka, krew i ból… Tylko po to,
by po wszystkim nastał jakże upragniony spokój. O więcej nie śmiała
prosić.
Tanatos
rzuciła jej uważne, badawcze spojrzenie. Ariana z całą mocą poczuła,
że kobieta dobrze wiedziała, co działo się w głowie.
Oczywiście,
że tak, uświadomiła sobie. Kto, jeśli nie ona…?
– Może
na początek powiedz mi, ile zdołaliście ustalić – zasugerowała łagodnie
Śmierć.
To
Samael zdecydował się wtrącić. Odezwał się pierwszy raz, odkąd na życzenie
kobiety wybrali się na spacer po lesie. Ariana była mu za to wdzięczna.
– Wiemy
o mieczu archanioła – wyjaśnił pośpiesznie Sam. – Udało nam się do niego
dotrzeć, ale… Cóż, to chyba nie wystarczy – przyznał niechętni.
– Jest niepełny
– wtrąciła, w końcu odzyskując głos.
–
Rozumiem. – Tanatos w zamyśleniu skinęła głową. – Nie zaskoczę was
stwierdzeniem, że macie rację.
Ariana dyskretnie
zacisnęła dłonie w pięści. To miała być odpowiedź? Ugryzła się w język,
nie chcąc w przypływie frustracji powiedzieć czegoś, czego jak nic
przyszłoby jej żałować. Zniechęcenie ostatniej osoby, którą mogła poprosić
o pomoc, jak nic okazałoby się tragiczne w skutkach.
– Miecz
jest bezużyteczny. Nie sądzę, bym mogła go użyć.
Również
tym razem doczekała się przytaknięcia. Już otwierała usta, by jakkolwiek
zachęcić kobietę do mówienia, ale wtedy ta jednak zdołała się
odezwać:
– Miecz
archanioła to coś więcej niż broń. Coś, na co ten świat nie jest
gotowy i…
– Coś,
co może zabić mojego ojca.
Nie
mogła powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów na głos. Ta jedna
rzecz nie dawała jej spokoju. Jedno pragnienie, w którym
widziała cudowne rozwiązanie wszystkich problemów – powielających się raz
za razem, wraz z kolejnym cyklem.
Przechodzili
przez to tak wiele razy, już nie potrafiła zliczyć, jak często
powielali ten sam scenariusz. Wracali. Odzyskiwali wspomnienia. Odnajdowała
Samaela.
A potem
któreś z nich umierało i wszystko zaczynało się na nowo.
Poczuła
ból, kiedy paznokcie wbiły się w wewnętrzną część dłoni. Spróbowała
poluzować uścisk, ale nie była w stanie. Uświadomiła sobie, że drży,
z trudem powstrzymując narastający w jej wnętrzu gniew. Ile jeszcze?
Jak długo miała to jeszcze znosić? Widziała tylko jeden sposób na uwolnienie
i choć ten sam w sobie brzmiał jak pogoń za snem, musiała
przynajmniej spróbować go wykorzystać. Jeśli oznaczało to zmierzenie się
z samym Lucyferem, była gotowa.
Coś w spojrzeniu
Tanatos złagodniało. Dłuższą chwilę milczała, po prostu spoglądając na rozeźloną,
coraz bliższą wybuchu dziewczynę.
–
Najdroższa… – wymruczał Samael, nagle materializując się u jej boku.
Rozluźniła
się, ale tylko nieznacznie, czując nacisk jego dłoni na ramionach.
Machinalnie uniosła rękę, by przykryć jego rękę swoją. Nie pomogło,
ale jego bliskość i tak znaczyła o wiele więcej niż cokolwiek
innego.
– Walcz
o to, czego tak bardzo pragniesz, księżniczko. Znalazłaś właściwą
ścieżkę, ale wciąż dużo w tobie ignorancji – oceniła po chwili
namysłu Tanatos.
– Co to znaczy?
– zniecierpliwiła się Ariana. – Gdybym wiedziała, co robić…
–
Zastanów się przez moment. Czy odszukaliście tylko miecz?
Otworzyła
usta, gotowa odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
Czy tylko…? Choć odpowiedź wydawała się oczywista, coś w wyczekującym
spojrzeniu Śmierci sprawiło, że dziewczyna się zawahała. Spuściła wzrok, wbijając
spojrzenie w ziemię i starając się zebrać myśli.
– Jak
tak teraz myślę, było coś jeszcze… Pamiętasz, Sam? – Pospiesznie odwróciła
się, strząsając z ramion jego dłonie. – Te dziwne teksty. Zastanawialiśmy
się, co oznaczają.
– Tylko ty widzisz
tekst – przypomniał Samael.
Serce Ariany
zabiło mocniej. W istocie, wraz z mieczem zdobyli kilka zwitków
papieru, które w pierwszym momencie uznała za bezwartościowe. Do czasu,
gdy okazało się, że na jednym z nich zapisane są słowa, które jako
jedyna widziała. Do tej pory pamiętała pełne zwątpienia spojrzenie
Samaela, kiedy zaczęła niecierpliwić się jego zaprzeczeniami,
przekonana, że próbował zabawić się jej kosztem. Dopiero to pełne
wątpliwości spojrzenie uświadomiło Arianie, że Sam wcale nie żartował, a zapiski
na papierze widziała tylko ona.
– Śmiem
twierdzić, że odkryłaś już wszystko. – Głos Tanatos skutecznie sprowadził ją na ziemię.
– Skup się na tych, którzy cię otaczają. A na dobry
początek postaraj się zrozumieć słowa, które widzisz.
– Ale…
–
Ignorancja prowadzi donikąd. Pamiętaj o tym, dobrze? – nie dawała za wygraną
kobieta. Przesunęła się, by niemalże z czułością przesunąć
pomarszczoną dłonią po policzku Ariany. Jej skóra okazała się dziwna,
lodowato zimna, ale przy tym zaskakująco gładka. – Jeśli nie będziesz
w stanie tego rozwiązać, to oznacza, że jeszcze nie nadszedł
właściwy moment. Czasami nie chodzi o środki do osiągnięcia celu
albo pogoń za pragnieniami… – Tanatos uśmiechnęła się niemalże z rozczuleniem.
– Najistotniejsze są okoliczności. Albo to, kogo masz przy sobie.
Nie
rozumiem…
Nie wypowiedziała
tych słów na głos. W oszołomieniu wpatrywała się w oczy
samej Śmierci, próbując zebrać myśli. Chciała wierzyć, że naprawdę znalazła
wszystkie elementy układanki, ale wcale tego nie czuła. Wręcz
przeciwnie – poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana niż wcześniej,
gdy dotarło do niej, że odszukanie miecza archanioła to zaledwie
kamień milowy.
Mimo
wszystko nie odważyła się zaprotestować. Milczenie Tanatos okazało się
wystarczająco wymowne. Ariana czuła, że nie dowie się niczego więcej –
przynajmniej w temacie, który był dla niej kluczowy. Z drugiej
strony…
– Mogę
zadać ci jeszcze jedno pytanie? – wyszeptała z wahaniem.
–
Oczywiście, dziecino.
Zawahała się
tylko na ułamek sekundy.
–
Dlaczego sama Śmierć żyje pośród ludzi, nawet nie jako istota
nieśmiertelna, tylko… Cóż, tak.
O dziwo,
kobieta jedynie się roześmiała – w przyjemny dla ucha, niemalże
serdeczny sposób. Coś w tej reakcji sprawiło, że Ariana mimowolnie
obdarzyła ją sympatią.
– Kiedyś
ci odpowiem – obiecała Tanatos, nie przestając się uśmiechać. –
Uznaj to za wiążącą obietnicę, księżniczką.
Jednak „kiedyś” nigdy nie nadeszło.
Ariana niespokojnie poruszyła się
pod przykryciem. Wystarczyła chwila, by Samael znalazł się u jej boku,
nachylając nad nią, by móc sięgnąć bladej twarzy. Poczuł ulgę, kiedy
odkrył, że skórę miała przyjemnie chłodną. Czasem, kiedy obserwował jak walczy
ze wspomnieniami, niemalże spodziewał się odkryć, że miała gorączkę.
Oczywiście
nie była chora. Dużo właściwsze wydało mu się utożsamienie tego stanu
z kimś, kto właśnie doświadczał złego snu. Tyle wystarczyło, by zapragnął
ją obudzić, ale w porę się powstrzymał. Prędzej czy później
musiało do tego dojść. Jak długo nie krzyczała, nie płakała ani
nie wyglądała na chętną, by zrobić coś wybitnie głupiego, mógł
założyć, że sytuacja miała się nieźle.
To nie był
pierwszy raz, kiedy czuwał przy niej w ten sposób. Co prawda nie przypominał
sobie, by kiedykolwiek wcześniej aż tyle czasu zajęło jej odzyskanie
i uporządkowanie wszystkich przeszłych przeżyć, ale starał się o tym
nie myśleć. Cóż, sytuacja się skomplikowała. Zaczynając od dziwnego
stanu, w którym utknęła, jako wampirzyca zależna od trzech różnych
wcieleń. Nie przypominał sobie również, by w którymkolwiek cyklu
ludzkie „ja” Ariany przywarło do niej aż tak trwale, a jednak…
Szlag, w pakiecie
z ukochaną dostał Carlosa i jego bliskich, co samo w sobie nie było
takie złe. Nie, skoro cała gromadka była wampirami.
Inaczej
sprawy miały się z Mary i Alexandrem, ale ich losu Samael
wolał nie rozważać.
Raz jeszcze
spojrzał na niespokojną twarz Ariany. Oddychała szybko i płytko, ale wystarczająco
stabilnie, by zdecydował się nie ingerować. Nigdzie się
nie wybieram, pomyślał raz jeszcze, mając nadzieję, że faktycznie o tym
pamiętała. Mimo wszystko miał nadzieję, że właśnie nie doświadczała
jednego z tych momentów, w których tracili siebie nawzajem.
Zaklął pod nosem.
Nie miał pojęcia, jak to zrobi, ale musiał ją ochronić.
Wiedział, że podobne deklaracje składał zarówno jej, jak i samemu sobie,
zdecydowanie zbyt wiele razy, niemniej mimo wszystko…
Pukanie do drzwi
wyrwało go z zamyślenia. Nie od razu zareagował, po cichu
licząc na to, że intruz jednak pójdzie po rozum do głowy i się
wycofa.
Nic z tego.
– Pięknie –
mruknął bez entuzjazmu. Jego spojrzenie ponownie powędrowało ku
Arianie. – Jestem obok.
To nie tak,
że mogła go usłyszeć. Przynajmniej na razie, jednak Samael i tak wolał
mieć czyste sumienie. Trzymanie się blisko i czuwanie pozostawało
najlepszym, co mógł w tej sytuacji zrobić.
Otworzył
drzwi w zdecydowanie niedelikatny, niecierpliwy sposób. Niewiele
brakowało, by przypadkiem znokautował niczego niespodziewającego się Jasona.
Wampir w porę odskoczył, kierowany właściwymi dla nieśmiertelnego
instynktami. Nawet się przy tym nie skrzywił, tak spokojny, jak
tylko było to możliwe.
– Możemy
pogadać?
Tak naprawdę
nie czekał na odpowiedź. Samael uniósł brwi, kiedy mężczyzna tak po prostu
wykorzystał okazję, by dostać się do sypialni. Co prawda
pozwolił sobie na tylko kilka kroków, zanim zamarł, z dystansu
spoglądając na wciąż pogrążoną w niespokojnym śnie Arianę.
– Na korytarzu
– zadecydował nieznoszącym sprzeciwu tonem Sam.
Wcale nie miał
na to ochotę. Myśl o zostawieniu dziewczyny przyszła mu z trudem,
ale jeśli miał być szczery, potrzebował czegoś, co pozwoliłoby mu zająć
myśli. Wszystko wydawało się lepsze od czuwania, skoro i tak nie mógł
niczego zrobić. Wyrwanie Ariany z transu nie wchodziło w grę,
jeśli chciał, żeby doszła do siebie.
Na
szczęście Jason nie próbował się kłócić. Bez słowa wyszedł,
zapobiegawczo przystając w progu, by upewnić się, czy Samael
ruszył za nim. Upadłego korciło, by po prostu zatrzasnąć drzwi i zamknąć się
w sypialni od środka, ale w ostatniej chwili powstrzymał
ten odruch.
Przy
pierwszej okazji oparł się o ścianę, krzyżując ramiona. Przynajmniej
nie miał przed sobą Carlosa, ale nie mógł zapomnieć, że właśnie
rozmawiał z jego bratem. Po sposobie, w jaki ten wtargnął
do sypialni, Samael doszedł do wniosku, że obaj mieli charakterek.
– Więc?
Czego potrzebujesz? – zapytał, siląc się na uprzejmość.
Podejrzewał,
że szło mu to marnie. Niemalże widział karcące spojrzenie Ariany, ale z drugiej
strony… Cóż, czego nie widziała, tego nie miała mieć mu za złe.
Samael już tak naprawdę nie pamiętał, co oznaczało współpracować z kimś
innym niż księżniczka. Oczywiście, czasami zdarzali im się sojusznicy, ale
to nie było to samo. Na pewno nie zaliczali się do konceptu
rodziny, ale… Czyż nie to udało się zbudować Alyssie…?
Zacisnął
usta. Dla niego ten temat pozostawał obcy. Nie tylko dlatego, że
jako Nicholas był gotów wykorzystać pierwszą okazję, by opuścić rodzinny
dom.
– Pierwsze
pytanie… Wszystko z nią gra? – Jason wymownie skinął głową na zamknięte
drzwi.
Samael
westchnął.
–
Fizycznie? Absolutnie – zapewnił, choć po minie wampira poznał, że takie
wyjaśnienie średnio go satysfakcjonowało. – To wspomnienia. Po prostu
wspomnienia.
– Ale…
– Ciężko
wytłumaczyć to komuś, kto nie przechodzi tego, co my – wyjaśnił,
nie kryjąc zniecierpliwienia. – Pomyśl o tym tak… Hm, długo żyjesz? –
dodał pod wpływem impulsu.
– Dość –
odparł wymijającym tonem Jason. – Wystarczająco, by dać się traktować
jak dziecko.
Upadły
puścił te słowa mimo uszu.
– Więc wiesz,
co oznacza mierzyć się z nadmiarem wspomnień. – Wzruszył ramionami. –
Wyobraź sobie, że twoje życie ktoś pociął na umiejscowione w różnych
odcinkach historii fragmenty. Od narodzin, aż do śmierci. Inne do czasu
odzyskania wspomnień, a jeszcze inne po. A teraz wrzuć to do jednego
wora, wymieszaj i spróbuj poukładać, kiedy cała przeszłość wraca do ciebie
jednocześnie.
Zauważył,
że przez twarz Jasona przemknął cień. Sam również się skrzywił, aż za dobrze
pamiętając moment, w którym pierwszy raz wpadł na Alyssę na uczelnianym
parkingu. Doświadczenie potrafiło być aż nadto bolesne, zwłaszcza że za każdym
razem musieli przetworzyć coraz więcej. Co prawda jemu przypomnienie sobie
przyszło naturalne, ale ona…
Wciąż miał
wrażenie, że balansowała gdzieś na krawędzi. Wróciła do niego, ale
nie całkowicie. Mógł z czystym sumieniem nazywać ją Arianą,
jednocześnie czując, że potrzebowała czasu. Nigdy nie należał do osób
cierpliwych, ale w tej sytuacji…
– Dobra. –
Głos Jasona wyrwał go z zamyślenia. – Powiedzmy, że rozumiem. A ty jesteś…?
– Samael.
Ta dziewczyna należy do mnie.
Jak i ja do niej,
dopowiedział w myślach. Zmierzył twarz Jasona wzrokiem, próbując ocenić, w jaki
sposób ten zareaguje na takie wyznanie. Tak naprawdę mógł tylko zgadywać,
co ten facet miał do Ariany. Gdyby okazał się, że jego intencje
były… jednoznaczne, Sam wolał od razu to ukrócić. Tak na wszelki
wypadek, by uniknąć… nieporozumień.
A jednak
twarz Jasona pozostała niewzruszona. Jedynie skinął głową, przesadnie spokojny
i rozluźniony. Co prawda nie wycofał się, ale też nie wyglądał
na urażonego.
– Uważaj na mojego
brata – powiedział w zamian i coś w tych słowach wystarczyło, by wprawić
Samaela w konsternację.
– Tyle chyba
zdążyłem zaobserwować – wymamrotał.
Nie musiał
pytać, o którego z Sorentich mu chodziło. Jeśli ktoś był
problematyczny, zdecydowanie musiało chodzić o Carlosa. Wciąż nie wyobrażał
sobie współpracy z kimś, kto zdecydowanie nie darzył go sympatią i z własnych
pobudek zdecydował się wmieszać w życie Ariany. Podejrzewał, że przy
pierwszej okazji mieli się pozabijać, choćby w drodze do Home,
gdzie nie byłoby już nikogo, kto mógłby ich powstrzymać.
O dziwo,
coś w wyrazie twarzy Jasona złagodniało. Wampir nieznacznie potrząsnął głową.
– Nie w tym
rzecz. Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale… – Urwał, jakby sam
niepewnych tego, co chciał powiedzieć. Przez chwilę trwali w ciszy,
wzajemnie mierząc się wspomnieniami. – Carlos teraz nie jest sobą. Chyba
wciąż nie wierzę w to, co się stało, ale to teraz mało
istotne. Ważne, że namieszał. A ja naprawdę nie chcę, by coś mu się
stało.
Brwi
Samaela powędrowały ku górze. Potrzebował chwili, by w pełni
uświadomić sobie faktyczne intencje Jasona i to, o co ten właśnie
prosił.
Cholera.
To, że coś jest nie tak z Carlosem, wyczuł już w chwili, w której
zainterweniował Asme. Nie miał pojęcia, czy Ariana wyczuła ludzki
pierwiastek, który powstał wówczas w wampirze, ale dla Sama ta kwestia
już wtedy stała się oczywista. Co prawda sam zainteresowany wyraźnie robił
wszystko, żeby się tym nie afiszować, ale…
– Więc jednak
– mruknął, ledwo powstrzymując uśmiech. – Naprawdę? Stał się człowiekiem?
– Nie żeby
powiedział mi to wprost. Michael mówił, że średnio to przyjął.
Kto by pomyślał…
– Gdyby nie to,
że naprawdę potrzebujemy miecza, nawet bym się w to nie mieszał. Nie sądzę,
żeby twój brat chciał się ze mną dogadywać – zauważył przytomnie.
– Carlos z nikim się
nie dogaduje, jeśli nie musi.
Tym razem
Samael nie powstrzymał się od uśmiechu – nieco tylko wymuszonego,
ale przynajmniej szczerego. Zmierzył Jasona wzrokiem, mimochodem dochodząc
do wniosku, że przynajmniej on wydawał się zachowywać względnie normalnie.
Na pewno trzymał się lepiej od Michaela, który miał dość powodów,
by odchodzić od zmysłów, zamartwiając się o żonę.
Musiał
zapytać Arianę, jak w takim razie powinien traktować Jasona Sorenti. Jeśli
ten faktycznie mógł okazać się przyjacielem…
– Nie będę
bawić się w niańkę – zastrzegł, prostując się. Bez pośpiechu
przeszedł kilka kroków, nie będąc w stanie dłużej ustać w miejscu.
– Ale też nie dam go zabić. Ariana byłaby niepocieszona, gdyby coś stało się
jednemu z jej stwórców – dodał, wznosząc oczy ku górze.
To też nie było
mu na rękę. Ba! Nikomu nie było. Trzech nieśmiertelnych, którzy
jakimś cudem zostali powiązani z samą córką Lucyfera, zdecydowanie nie wróżyło
dobrze. Jeśli dodać do tego, że jeden właśnie został człowiekiem, a jedyna
kobieta w ich gronie została naczyniem dla najgorszego z możliwych
demonów…
Ten cykl
to jakiś żart, uświadomił sobie Samael. Tyle przynajmniej wiedział na tę
chwilę. Możliwe, że sam był w szoku, w gruncie rzeczy radząc sobie równie
marnie, co i Ariana, ale nad tym wolał się nie zastanawiać.
Gdzieś za plecami
wychwycił pełne ulgi westchnienie Jasona.
– Niczego
więcej nie oczekuję.
– Tylko nie dziękuj.
Nie robię tego dlatego, że poprosiłeś – rzucił zaczepnym tonem Samael.
Wampir
jedynie parsknął pozbawionym wesołości śmiechem.
– Nie miałem
takiego zamiaru – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością. – Jeśli zaś chodzi
o Alyssę…
– Arianę.
Spojrzał na Jasona
akurat w chwili, w której ten wywrócił oczyma.
– Ariana –
poprawił się – to moja przyjaciółka. Taka, której mam dużo do zarzucenie,
ale powiedzmy, że teraz wiele kwestii stało się dla mnie jasnych. –
Przez twarz wampira przemknął cień. – Jeśli będę mógł coś zrobić, nie zawaham
się. I nie, nie musisz za to dziękować.
Z tymi
słowami odszedł. Samael chwilę jeszcze tkwił na korytarzu, oparty o ścianę
i wpatrzony w miejsce, w którym dopiero co stał jego rozmówca.
Tak. Ten cykl
zdecydowanie miał okazać się wyjątkowy.
Lubię Jasona. Ja naprawdę lubię Jasona… :D

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz